Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 września 2010

Nałóg w czasach rewolucji

Morfina
reż. Aleksiej Bałabanow, RUS, 2008
110 min.


Długo polowałem na ten film. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego że reżyserem Morfiny jest Aleksiej Bałabanow – twórca równie głośnych co mocnych produkcji, takich jak Ładunek 200, czy Brat i Brat2. A po drugie, że ten rosyjski mistrz brutalnego post sowieckiego realizmu, wziął tym razem na tapetę pierwsze ważne dzieło innego mistrza, tym razem literatury, w dodatku swojego krajana – Michaiła Bułhakowa. Byłem więc bardzo ciekaw jak Bałabanow poradzi sobie z nieco inną, acz nie mniej ponurą i wymagającą rzeczywistością. Tak więc oczekiwania przed seansem duże.

Morfina to pierwsza powieść Bułhakowa, skończona w 1927 roku. Autobiograficzne opowiadanie z czasów, kiedy praktykował jako młody lekarz wenerolog i nie w głowie mu było jeszcze pisanie.

Do zabitego dechami małego prowincjonalnego miasteczka, w asyście typowej śnieżnej i mroźnej rosyjskiej zimy, przyjeżdża młody lekarz Michaił Poliakow (Leonid Bichevin). Podejmuje prace w lokalnym szpitalu, gdzie na co dzień musi oswajać się nie tylko z surowością przestrzeni i nieprzyjazną aurą, ale także z biedą, zacofaniem, oraz wymagającą praktyką lekarską. Bystrość, a być może także i posiadany geniusz sprawiały, iż leczenie miejscowej ludności szło mu nadzwyczaj sprawnie. I to nawet w sytuacjach, które znał tylko z ksiąg medycyny naprędce wertowanych przed operacjami.

Ambitnemu lekarzowi raczącego się rosyjską muzyką i kulturą wyższą, doskwiera jednak bieda intelektualna i samotność w mało gościnnej śnieżnej rzeczywistości. Zupełnie przypadkiem znajduje ukojenie w wstrzykniętej mu z konieczności dawce morfiny. Pierwszej z wielu. Dawce która na zawsze odmieni jego życie i w tak dramatycznie brutalny sposób je skróci, otwierając przed nim nowe doznania i tajemnice.

Dość łatwa przewidywalność dalszych losów i wypadków naszego bohatera, nie psuje mi jednak przyjemności z oglądania kolejnych sekwencji filmu. W opisie rzeczywistości Bałabanow dalej trzyma wyznaczony już dawno w swoich pierwszych produkcjach kurs. Jest pod każdym razem prawdziwie, aż do bólu. Jak ma być zimno, to kamera pokazuje to w taki sposób, aby widz marzł wraz z Poliakowem. Kiedy lekarz amputuje pacjentowi nogę, bierzemy w tym udział niczym jego asystent. Michaił wstrzykuje sobie dawkę morfiny - widzimy żyłę i igłę. Nie ma cenzury w sposobie przekazu. Nie u Bałabanowa. To nie w jego stylu. Tu nawet sceny miłosne wydają się bliskie rzeczywistości.

Kupuje taki realizm i bezpośredniość. Bez ściemy i uważania na ciągle czyhające za rogiem moralne poprawności. Minimalizm i brutalność w świecie fałszu i obłudy. Niby w innej, obcej rzeczywistości, ale równocześnie tak bardzo nam bliskiej i doskonale znanej. Może niekoniecznie młodszym pokoleniom, ale też siła przekazu tandemu Bułhakow/Bałabanow wydaje się być nadzwyczaj elastyczna i szalenie uniwersalna.

Na pierwszy plan wysuwa się niby klasyczne ostrzeżenie przed łatwym zniszczeniem sobie życia, co rzecz jasna jest motorem napędowym opowiadania. Ja jednak w historii żywota ambitnego młodego lekarza – morfinisty, dostrzegam także inny przekaz. A raczej brutalne uświadomienie widzowi jego znikomego wpływu na otaczającą go rzeczywistość. Na bezinteresowność i znieczulice naszego otoczenia. Na kult jednostki, który wydaje się być tylko mitem.

Postawienie tak mocnych tez kapitalnie zgrywa się z czasami Rewolucji Lutowej i Październikowej. Z rosyjską brutalną rzeczywistością i biedą. A także ze zbydlęceniem jednostki ludzkiej. Z narodzinami Związku Radzieckiego i w perspektywie, dalszym moralnym upadlaniem człowieka. I kto wie. Może te celowe odpłynięcie od brzegów otaczającej Poliakowa rzeczywistości, symbolizuje także w jakiś pokrętny sposób uwolnienie się od jeszcze cięższych czasów następującej Rosji sowieckiej? Bunt przeciw systemowi zagłady? Zbyt śmiałe?

Dziś mamy jednak już inne realia. Rosja też jest inna. Ale przesłanie dwóch Panów B. w wielu aspektach wydaje się być nadal aktualne.

Być może brakuje trochę lepszego dopieszczenia filmu od strony czysto technicznej. Nie uświadczymy tu wielu hollywodzkich wyniosłych naleciałości i gadżetów. I bardzo dobrze. Dzięki temu film wydaje się prawdziwszy, szczery i taki... słowiański. Mocna rzecz. Czekam na więcej mądrego brutalizmu Panie Bałabanow. Choć może już niekoniecznie o Rosji.

4/6



niedziela, 7 marca 2010

Życie ulotne jak ulotka

Pożegnania
reż. Yojiro Takita, JPN, 2008
130 min. Vivarto


Jako że tegoroczne Oscary nie budzą we mnie większych emocji, a nawet żadnych. To jednak pozostanę jeszcze przez chwilę w ich klimacie. Wpadła mi bowiem w ucho pewna japońska wiolonczela, która na pierwszy rzut oka z Oscarem może i faktycznie nie ma wiele wspólnego, ale grając piękną melodię o życiu i śmierci w nagrodzonych w zeszłym roku Oscarem Pożegnaniach, tknęła we mnie trochę życia, pasji i orientalnej filozofii życia. Jak widać po decyzji Akademii... nie tylko mi spodobał się jej wydźwięk.

Dla przeciętnego europejczyka, typowy Japończyk to szalenie trudny do zrozumienia dziwak. No bo tak. Dziwnie skrzeczy, wiecznie i głupkowato się uśmiecha, kłania się nawet wiatrowi, a będąc poza krajem - obowiązkowo wyposażony jest w aparat fotograficzny. Jeśli do kompletu dodamy ich durne programy rozrywkowe i teleturnieje w telewizji, odbiór mieszkańców kraju kwitnącej wiśni, często musi być taki, jaki przeważnie jest.

Ich dalekowschodnia kultura może czasem więc i razi nasze europejskie standardy moralne, ale bierze się to przede wszystkim z braku zrozumienia, oraz naszych różnic kulturowych, które nawet w dobie globalizacji, jeszcze nie zdążyły się zatrzeć (i dobrze). W japońskiej tradycji nie sposób nie dostrzec pewnych pięknych i odziedziczonych po przodkach symboli, które często przypisują wielkie znaczenia małym rzeczom, a w których to jednostką nadrzędną wbrew globalnej i konsumpcyjnej naleciałości... nadal jest człowiek, oraz szacunek do życia i śmierci, które są ulotne jak kwiaty Sakury.

Yojiro Takita w Pożegnaniach, przedstawił obraz Japończyków jakich chyba chciałby, aby obywatel reszty świata widział na co dzień. Ale także przedstawiając zagrożenia jakie niesie za sobą postępująca globalna amnezja kulturowa, stara się także przypomnieć swoim krajanom skąd pochodzą, jak mają postępować w życiu, oraz kim nigdy nie będą.

Za pośrednictwem głównego bohatera i jego życiowych losów, przeprowadza widza po lekko wyboistej drodze, bynajmniej nie usłanej różami, by w ostateczności doprowadzić widza do chwili zadumy. Daigo Kobayashi gra na wiolonczeli w tokijskiej orkiestrze w Filharmonii, lecz pewnego dnia zostaje ona rozwiązana. Tu kamyczek do ogródka wrzuca Takita, który jasno daje do zrozumienia, że przez romans ludzkości z wszech maści tanią i niewymagającą większego wysiłku, oraz lansowaną przez wielkie koncerny popkulturą, zdradzana zostaje w ten sposób kultura wyższa, która często pozostawiona sama sobie - umiera. Być może reżyser odnosząc się do tego konkretnego przykładu trochę przeszacował, ale tu bardziej chodzi o myśl która sama w sobie jest bardzo prawdziwa, ale też i mało odkrywcza.

Nasz bohater traci więc pracę i pozostaje z niespłaconym drogim instrumentem, w dodatku z zachwianą wiarą w muzykę oraz własne umiejętności. Jako że w Japonii także żyć z czegoś trzeba, sprzedaje wiolonczelę i wraz z żoną decyduje się na powrót po latach do rodzinnego miasteczka, w którym to i w odziedziczonym po jego matce domu, oboje pragną zacząć wszytko od nowa. Są więc nowi przyjaciele, znajomi, ale przede wszystkim... nowa praca. Daigo zupełnie przypadkowo zostaje pracownikiem tajemniczego „biura podróży” specjalizującego się nie w wycieczkach do ciepłych krajów, lecz w godnym wysyłaniu umarłych ludzi do innego, lepszego świata. Czyli taki ichniejszy zakład pogrzebowy.

Praca ciężka i wstydliwa. Nie każdy potrafi przebywać z umarlakami, dotykać ich, przemywać i ubierać. Ale też jest to praca dobrze płatna, dla której można przezwyciężyć swoje słabości. Daiko będący w finansowej potrzebie, zmuszony jest więc do tego, by dać sobie z tym radę, ale też nadal traktuje związany z tym wstyd, jak swojego najlepszego przyjaciela.

Śmierć w filmie ukazana jest raz z przymrużeniem oka, wręcz w groteskowy sposób (pierwsza scena filmu), innym razem przyjmuje bardzo odpychające i śmierdzące pozy. Nie mniej jednak, reżyser udowadnia, że jest ona taka sama i równa dla wszystkich. Wszyscy też zasługują na równe traktowanie, zwłaszcza w chwilach naszej ostateczności. Daigo, a co za tym idzie, również i widzowie, z pogrzebu na pogrzeb, zaczyna coraz lepiej rozumieć definicję śmierci (a przy okazji również i życia), z całym towarzyszącym jej bagażem bólu i cierpienia najbliższych.

W Japonii ceremonia chowania ludzi jest nie tyle inna od naszej, co zwyczajnie i po prostu piękna. W towarzystwie rodziny i najbliższych, oddaje się zmarłemu szacunek i cześć poprzez uroczysty ceremoniał pochówku ze specjalnym ubieraniem i malowaniem twarzy zmarłego w taki sposób, aby chowane ciało przypominało żywe, tak jak pamiętają je najbliżsi. Ten szalenie wzniosły i widowiskowy rytuał okraszony w filmie piękną muzyką, zmienia podejście do wykonywanego zawodu nie tyle samego Daigo, ale również krytykujących go i brzydzących się jego profesją najbliższych.

Takita poprzez delikatność w przekazie obrazu, oraz wykorzystując ludzką wrażliwość na piękno i muzykę, na nowo przekonuje Japończyków do oddawania należytego szacunku zmarłym, a pozostałym mieszkańcom innych kontynentów, rysuje jej definicję na nowo. Łamie tematy tabu w taki sposób, abyśmy dostrzegli w śmierci nie tylko kres naszego ziemskiego życia z perspektywy największego, aczkolwiek według nas bardzo odległego zagrożenia, lecz żebyśmy uzmysłowili sobie fakt, że zarówno życie jak i śmierć są bardzo ulotne i każdego dnia kroczą równym krokiem obok siebie. Obie są także szalenie piękne i nieuniknione. Jak kwiaty kwitnącej wiśni, rodzą się każdego roku, by umrzeć.

Nieco baśniowa narracja filmu chwyta za serce, a klasyczna muzyka wypełnia je błogim magicznym nastrojem. Czasem jest też z czego się pośmiać, w końcu życie i śmierć, to nie tylko smutne doznania. Polecam gorąco. Oscar tym razem jak najbardziej zasłużony.

4/6



niedziela, 4 października 2009

Warto rozmawiać

Kocham cię od tak dawna
reż. Philppe Claudel, FRA, GER 2008
115 min. Vivarto


Nie. To wbrew pozorom nie jest film o motylkach w brzuchu. Tytuł jest być może i trochę mylący, choć z pewnością w opowieści zaserwowanej nam przez uznanego francuskiego pisarza - Philippe Claudela, aż kipi od skrywanej silnej wrażliwości stworzonych przez siebie bohaterów. Przez lata pisał o nich powieści, tym razem wziął do ręki kamerę aby zarazić widzów podobną i rzeczową analizą ludzkich dramatów z jaką mają do czynienia na co dzień jego czytelnicy.

Żadnej książki Claudela nie czytałem, nie mniej jednak w sposobie jakim szkicuje opowieść w swoim pełnometrażowym debiucie, daje się odczuć literackie podejście do sztuki filmowej. Mamy do czynienia ze świetnie opisaną charakterystyką postaci oraz jej wewnętrznym świetnie przedstawionym niepokojem i nieszczęściem. Duża w tym też zasługa odtwórczyni głównej roli, świetnej brytyjskiej aktorki Kristin Scott Thomas. Niemniej uważam jednak, że nawet najlepsi aktorzy nie uratują źle wyreżyserowanego filmu.

Scott Thomas gra w filmie Juliette. Poznajemy ją chwilę po tym jak opuszcza zakład karny w którym spędziła ostatnie 15 lat swojego życia za jakże haniebny czyn jakim jest morderstwo. Nie napiszę kogo, nie chcę spoilerować. Claudel nie śpieszy się nam z odkryciem wszystkich kart, stąd o jej mrocznej przeszłości dowiadujemy się stopniowo czekając z kulminacją napięć do ostatnich minut filmu. Zanim jednak do tego dojdziemy, Juliette wyda nam się dość odpychająca. Zamknięta w sobie, oszczędna w słowach, mało kontaktowa i przynajmniej ja nie darzyłem jej z początku wielką sympatią. Z resztą nie tylko ja.

Juliette po wyjściu z więzienia przygarnia jej młodsza siostra Lea. Już od samego początku czuć wielki dystans i niezręczność sytuacji. Siostry nie umieją się między sobą porozumieć. Wszystko co do siebie mówią jest wymuszoną dyplomacją i grą słownych niedopowiedzeń. W domu rodzinnym Lei, na Juliette czeka wyjątkowo międzynarodowe towarzystwo. Mąż Luc (no ten akurat francuz), adoptowane dwie dziewczynki z Wietnamu, oraz senior rodu, niemowa polskiego pochodzenia. Do tego jeszcze dochodzą dość egzotyczni przyjaciele rodziny. Nienajlepiej czująca się na wolności oraz w nowym towarzystwie Juliette, stara się minimalnym nakładem sił przetrzymać ten okres do czasu znalezienia sobie pracy oraz własnego mieszkania. Nie mniej jednak Juliette nieustannie irytuje i razi swoim nastawieniem anty wszystkich współlokatorów na widzach skończywszy.

Jednak już od samego początku i pierwszego zetknięcia się Juliette z Leą, da się odczuć skrywany ból i cierpienie u obu sióstr. Claudel z każdą minutą będzie go pielęgnował i umiejętnie podsycał atmosferę, by na końcu doprowadzić do emocjonalnej erupcji wulkanu. Dowiemy się wtedy nie tylko o zakopanych przed laty głęboko tajemnicach, ale i zmienimy swoje nastawienie do głównego motywu przewodniego filmu jakim jest nie tyle zbrodnia i kara, co próba odkupienia swoich win uwięzionych w szponach wstydu i zakłamania.

Niezbyt dotąd sympatyczna Juliette koniec końców okaże się wspaniałą, silną i dojrzałą kobietą której będziemy dalej już tylko kibicować. I to właśnie jest największą siłą tego filmu. Claudel poprzez inteligentne sterowanie emocjami i prowadzenie widza za rączkę przez zawiłe zakamarki ludzkich umysłów, potrafi wmówić człowiekowi że nawet morderstwo może być szalenie piękne i szlachetne.

Kocham cię od tak dawna to niezwykle mądra i subtelna analiza jednego z ludzkich tragicznych żywotów, w którym to jednak można odnaleźć wiele z życia jakie doskonale już znamy z autopsji. Krzepiące zakończenie i wyciągnięte przez Claudela na koniec wnioski podkreślają tezę iż warto ze sobą rozmawiać. Warto mieć też obok siebie kogoś bliskiego, kogoś kto wysłucha i zrozumie nawet wtedy kiedy nie chcemy się z nikim i niczym dzielić. Kapitalny debiut filmowy Philippe. Z pewnością jeden z lepszych europejskich dramatów jakie widziałem w ostatnich latach. Do tego po mistrzowsku zagrany. Zdobywca wielu prestiżowych nagród. Warto więc udać się do kina i poszukać trochę naturalnego ciepła w dość chłodne już niestety wieczory.

5/6

piątek, 11 września 2009

Zbrodnia i kara

Zniknięcie
reż. Erik Poppe, NOR, 2008
90 min. Vivarto


Każdy wiek ma swoje prawa. Ot, stara jak świat maksyma. W każdym wieku popełniamy liczne błędy, a ich całościowe zsumowanie dobitnie przekłada się na nasz poziom życiowego doświadczenia. Im mniej ich popełnimy, tym świat nasz będzie piękniejszy. Przynajmniej w teorii. Ale też życiowe niepowodzenia oraz dokonane w przeszłości przez nas złe i nietrafione wybory, potrafią człowieka czegoś nauczyć. Spowodować że inaczej spojrzymy na otaczającą nas rzeczywistość. Czasem potrafimy zrozumieć swój błąd i wyciągnąć z niego odpowiednie wnioski, a czasem tylko beznamiętnie się w nim zatracamy. Norweg Erik Poppe postanowił w swoim najnowszym filmie właśnie opowiedzieć o błędach młodości, ich bolesnych konsekwencjach, a przede wszystkim o żmudnej i ciężkiej próbie odkupienia swoich win. Czy jest to w ogóle możliwe? Czy można choćby najczystszą teraźniejszością zamazać swoją wstydliwą przeszłość?

Skandynawskie kino znane jest ze swojej bezpośredniości, bezkompromisowości i barwnego minimalizmu w przekazie. Nie inaczej jest i tym razem. Poppe skupia się na tym wszystkim co jest nienazwane i niedopowiedziane. Posiłkuje się dobrze dobraną i trafną muzyką, zabawą z kamerą oraz mistrzowską i szczerą grą aktorów.

W Zniknięciu mamy do czynienia z żywotem Jana, którego poznajemy w więzieniu. Odbywa wyrok za spowodowanie śmierci małego dziecka. Jest to jednak już inny Jan niż przed laty, kiedy to jako nastolatek popełnił bolesny błąd, który odcisnął się piętnem na całym jego życiu. Poppe korzystając z retrospektywy, bawi się pętlą czasu wracając co i rusz do lat młodości Jana, do jego najtragiczniejszego w skutkach czynu. A powstałe w ten sposób konsekwencje ukazuje koncentrując się na teraźniejszych krzywych oraz mimice twarzy dorosłego już Jana.

Po latach otwiera się jednak przed nim szansa na powrót do życia znanego tylko z jego młodzieńczych i beztroskich szczeniackich lat. Dostaje szansę na wyjście warunkowe oraz pracę kościelnego organisty w niedużej parafii, której notabene pastorem jest (to nawet w salonach Ery jest niemożliwe) młoda i piękna Anna. Janowi, a od tej pory już ukrywającemu swoją prawdziwą tożsamość Thomasowi, bardzo zależy na nowej pracy oraz jak najszybszym dostosowaniu się do nowych otaczających go realiów. Jednak zadra z przeszłości nadal nie daje mu spokoju, a śledzące go konsekwencje i na wolności zdają się zbliżać do niego z prędkością wprost proporcjonalną do jego autentycznego wysiłku włożonego w próbę wtopienia się w uczciwy świat pozbawiony brutalności i okrucieństw.

Ale zanim do tego dojdzie, Thomas wpierw rozkochuje w sobie uroczą panią pastor o pięknych oczach. A jej kilkuletni syn (celowo łudząco podobny do chłopca którego "nie chcący" zabił Thomas - kapitalna zagrywka Erika) wyraźnie już od samego początku zaczyna darzyć sympatią nowego organistę. Jednak jak to stosunkowo łatwo było przewidzieć, beztroska sielanka nie mogła trwać długo. Ukrywane bolesne tajemnice i kłamstwa prędzej czy później zawsze wychodzą na światło dzienne, siejąc przy okazji okrutne i często bezpowrotne spustoszenie. Jednak Poppe postanowił rozprawić się z grzechem przewodnim tej opowieści w dość zaskakujący i oryginalny sposób. Otóż w mniej więcej połowie filmu, dochodzi do nieoczekiwanego zwrotu wydarzeń, a przede wszystkim narracji. Jan Thomas staje się nagle postacią drugoplanową. A do głosu dochodzi matka zabitego przez niego chłopca. W zupełnie przypadkowy sposób ich ścieżki życiowe niechcący krzyżują się ze sobą pod strzechą domu bożego.

I właśnie w tym momencie z dość przyzwoitego filmu robi nam się kino wręcz wybitne. Nie ma bowiem dla mnie nic piękniejszego niż inteligentne wzbudzenie we mnie zaskoczenia oraz ciekawości w połowie i tak już dość ciekawego seansu.

Poppe w pierwszej części filmu skupił się na historii Jana Thomasa, budząc w widzu mimo wszystko litość i dużo sympatii skierowanej pod adresem mordercy. W drugiej zaś, skoncentrował się na dramacie matki, w której po wielu latach od tragedii nadal tkwi żal i cierpienie. Dochodzi więc do arcyciekawego zderzenia dwóch światów i dwóch jakże różnych spojrzeń na jedno i to samo wydarzenie. Mało tego. Poppe w jednym jak i drugim przypadku serwuje wieloma przemyślanymi argumentami, które widz wykorzystuje wedle własnego uznania optując za jedną ze stron. Oczywiście morderstwa i to jeszcze małego dziecka, w żaden sposób usprawiedliwić się nie da. Jednak w asyście okoliczności łagodzących potrafi człowieka zbić trochę z tropu. Ale nie matkę. Dla niej utrata swojego pierworodnego zawsze będzie odbierana w ten sam sposób. Jej oczami widzimy ten sam ciąg wydarzeń doświadczony już w pierwszej części filmu. Zaczyna nam w zupełnie logiczny sposób wmawiać iż Jan Thomas jest psychopatą zabijającym małe dzieci. Zero litości. Bez przebaczenia. Zemsta i zrobienie czegokolwiek to jej motyw przewodni w którym w końcu się zatraca.

Dochodzi więc do bardzo ciekawego zderzenia ze sobą obu światów. Na jaw wychodzi ukrywana i celowo niedopowiedziana przez twórców historia. W końcu matka i Jan stają face to face. Historia zatacza koło.
Poppe ukazuje to po mistrzowsku. Chylę pokłony. Raz jeszcze na koniec zadaje nam te same pytania. Czy potrafimy wybaczać? Czy umiemy i czy w ogóle chcemy naprawiać swoje stare błędy? Czy da się postawić grubą kreskę i wyrzucić z siebie wszystko co niewygodne? Ale przede wszystkim daje do zrozumienia że warto już od najmłodszych lat traktować swoje życie śmiertelnie poważnie. Każde głupstwo popełnione w młodości odciska się w większym bądź mniejszym stopniu na naszym dorosłym życiu. Niestety nie da się później tego zmazać gumką do ścierania. Warto więc poświęcić filmowi swoją uwagę. Gwarantuję że w pewnym momencie zaskoczy. I to mimo że nie powstał on po to by go polubić. Kwintesencja inteligentnego kina.

5/6

czwartek, 13 sierpnia 2009

Sztuka w sztuce

Synecdoche, New York
reż. Charlie Kaufman, USA, 2008
124 min. Best Film

Jeden z najwybitniejszych i najbardziej szalonych amerykańskich twórców filmowych, autor niebanalnych scenariuszy do tak wyjątkowych obrazów jak "Być jak John Malkovich", "Zakochany bez pamięci", czy "Adaptacja", postanowił tym razem samemu usiąść za kamerą i zadebiutować w roli reżysera.
Efekt? Porażający...

Wielkość i oryginalność jego scenariuszy nie sposób opisać słowami. Filmy oparte o jego szalone literackie fantazje są niezmiernie trudne w odbiorze. Naszpikowane dwuznacznością, niezliczoną ilością analogii do Freuda czy Dostojewskiego. Zanik barier czasowych i wyznaczenie im nowych wytycznych, oraz wprowadzenie Lynchowej definicji permanentnego chaosu na ekranie, czy wzbudzenie u widza poczucia zagubienia i niezrozumienia. To wszystko powoduje, że filmy w których maczał palce Kaufman, nie są adresowane do ludzi którzy oczekują od filmu przede wszystkim łatwej rozrywki i odprężenia. Ja na Kaufmanie zawsze jestem spięty niczym skazaniec podczas odczytywania wyroku. Ale to miłe uczucie. Czuję się współproducentem filmu i jego współodbiorcą jednocześnie. Nie inaczej było i tym razem.

Synecdoche zaczyna się bardzo niewinnie. Caden Cotard (rewelacyjny jak zawsze Philip Seymour Hoffman) stara się w miarę normalnie funkcjonować w otaczającym go świecie, dzieląc między sobą obowiązki jakie niesie za sobą ojcostwo, małżeństwo i praca reżysera teatralnego. Jednak dość szybko stajemy się świadkami narodzin jego coraz to większych problemów. Pogarszający się stan zdrowia, kryzys małżeński, ogarniająca go pustka i zwątpienie. Wszystko w takt filmów Koterskiego o Adasiu Miauczyńskim, choć w tym przypadku jest zdecydowanie mniej śmiesznie.

Cadena w końcu zostawia żona, wyjeżdża do Berlina wraz z ich 4-letnią córką. Caden pogrąża się coraz bardziej w swojej anarchii, aż w końcu otrzymuje duże i bardzo prestiżowe stypendium za które postanawia nakręcić sztukę swojego życia. Bez kompromisów i bez niedopowiedzeń. Przenosi swój pełen bólu i cierpienia świat, a także aktorów do gigantycznej opuszczonej hali w Nowym Yorku i tu zaczyna się dopiero prawdziwy Kaufman. Akcja filmu zaczyna nam się wymykać z pod kontroli. Przestajemy ogarniać co jest prawdą, a co tylko fikcją literacką. Kaufman potrafi jak bardzo niewielu innych twórców, w poważną scenę tknąć elementy irracjonalnej groteski w taki sposób, iż z początku nie jesteśmy w stanie wyłapać granicy pomiędzy światami powagi i absurdu.

Do tego jednostka czasu zaczyna wywijać pętle, których mogą pozazdrościć najlepsi powietrzni akrobaci świata. Zupełnie przypadkiem dowiadujemy się niczym po muśnięciu rykoszetem, iż dzisiaj to jutro, a wczoraj będzie za 10 lat. Życie Cadena stało się głównym motorem napędowym scenariusza jego reżyserowanej sztuki. Pod dachem gigantycznej hali (która notabene sam nie wiem czy była prawdziwa, czy tylko stworzona w szalonej wyobraźni Cadena) znajdują swe schronienie scenografie żywcem wyjęte z doświadczanego przez Cadena "rzeczywistego" świata. Rośnie nam pod nią kawałek miasta, wraz z jego niecodziennymi absurdami w postaci chociażby wiecznie płonącego domu Hazel - jednej z miłości Cadena, sypialni hotelowej, wycinka jego mieszkania, czy pokoju jego córki.

Mijają lata, a sztuka cały czas nie doczekała się swojej premiery. Aktorzy zaczynają marudzić, a Caden coraz bardziej choruje. Alienuje się i doświadcza coraz to nowszych uniesień i zawodów miłosnych, które, co warto zaznaczyć, stanowią bardzo ważny i silny punkt filmu. Schorowany Caden zagubiony w świecie stworzonym przez samego siebie od podstaw pod dachem hali, w myśl ciągle zmieniających się w jego życiu sytuacji i nastrojów nieustannie zmienia scenografię, postacie, scenariusz, a nawet sam tytuł, który koniec końców nigdy nie został przez niego wymyślony. Raptem dowiadujemy się że reżyseria sztuki trwa już 17 lat, lecz wariująca pętla czasu nie daje nam tego odczuć. W raz z Cadenem pragniemy odszukać jego czteroletniej córki, która w rzeczywistości "jakiejś" ma lat już przecież naście. W raz z nim szukamy jego miłości. Szukamy sensu jego istnienia. Szukamy sensu jakiegokolwiek.

Kaufman zrobił z Cadena schizofrenika, jednak na swój sposób doskonale go rozumiemy. Przynajmniej ja nie miałem z tym większych problemów. Widzę w jego postaci wiele z samego siebie. Swoje pragnienia, dążenie do spełnienia w miłości, w pracy zawodowej. To wszystko jednak i tak jest bez znaczenia, synekdocha oznacza określenie całości przez część, lub części przez całość. "Wszystko jest wszystkim" i "każdy jest każdym". A na koniec i tak zostajemy sami. Tak jak Caden, który staje się zakładnikiem własnej wymyślonej przez siebie sztuki, oraz swoich bohaterów. Końcowa scena, w której tajemniczy sufler dyryguje życiem podstarzałego już Cadena i gasi mu ostatecznie światło na tle opuszczonej i stworzonej przez niego scenografii... jest szalenie wymowna i bardzo wzruszająca.

Zakończenie tej opowieści jest więc bardzo przygnębiające. Jak zresztą i cały film. Jednak sposób ekspresji, poziom dyskusji i ciężar gatunkowy jakiego dźwignięcia podjął się po raz kolejny Kaufman, powodują iż bez cienia wątpliwości mamy do czynienia z filmem wybitnym.

Szkoda że czcigodna Akademia Filmowa nie potrafiła docenić wysiłku Kaufmana i nie znalazła choćby jednego powodu do nominacji do tegorocznego Oscara. Może nie zrozumieli, a może po prostu nie chcieli zrozumieć. W sumie nawet mnie to nie dziwi. To szalenie trudny w odbiorze film. Wybitnie zagrany i rewelacyjnie wyreżyserowany. Przysiadając do niego trzeba się naprawdę dobrze nastroić i skoncentrować na samej treści. A przede wszystkim należy wykazać się dużą cierpliwością. Film niestety jest chyba zbyt długi i momentami nuży, przez to nie dostanie ode mnie najwyższej noty. Sam jednak obejrzę go jeszcze nie raz, gdyż należy on do tych produkcji, które oglądając ponownie odnajduje się w nich ciągle coś nowego, na co nie zwróciliśmy uwagi za pierwszym, czy dziesiątym razem. Dzięki temu dajemy się im ciągle zaskakiwać i ponownie wzruszać. To wielka sztuka. Sztuka w sztuce. Polska premiera we wrześniu.

5/6


piątek, 24 lipca 2009

Czerń i biel pod flagą biało-czerwoną

Somers Town
reż. Shane Meadows, GBR, 2008
75 min.


Po niezłym This is England naszła mnie ochota na kolejny film Shane'a Meadows'a. Zwróciłem się więc ku internetowym niebiosom i ściągnąłem jego najnowsze dziecko, czyli Somers Town (oczywiście nie róbcie tego w domu, kupujcie tylko oryginały). No... może nie takie już nowe, bo premiera odbyła się w lutym ubiegłego roku, ale jednak jakby jego najnowsze.

O Meadows'ie mówi się, że jest topowym przedstawicielem kina społecznego na wyspach. A te, kto jak kto, Brytyjczycy akurat robić potrafią. I faktycznie. Jeśli trzeba przenieść na duży ekran zupełnie zwyczajny portret klasy robotniczej, czy obraz utrzymany w socjalistycznym duchu społecznych nizin, to twórcy z wysp nie mają w tej dziedzinie równych sobie. To dość specyficzne kino. Ciężkie w odbiorze, bowiem zawiera elementy na co dzień nie występujące w komercyjnych odmianach światowych produkcji. Twórcy filmów społecznych skupiają się przede wszystkim na życiu zwykłych, szarych ludzi, na ich cierpieniach, samotnościach, codziennych kłopotach i emocjonalnych niespełnieniach. Opowiadane historie często są nudne, ale ciekawe, bo prawdziwe.

Najnowszą historyjkę Meadows'a również zaliczyć należy raczej do tych nudnych. W dodatku aby uwypuklić szarość losów bohaterów, Shane ogołocił taśmę filmową ze wszystkich możliwych kolorów. Wyjątek stanowi kilka ostatnich minut filmu. W tych właśnie odcieniach szarości Meadows opowiada nam o losach dwójki młodych chłopaków których dzieli nie tylko kraj pochodzenia, lecz również mentalność, oraz sposób na życie. Marek (Piotr Jegiełło który w kraju nad Wisłą zagrał jedynie epizod w Plebani, jako syn nijakich Tośków), żyje sobie na emigracji w Somers w Londku (wiem wiem, nie ma takiego miasta) ze swoim ojcem Mariuszem (Irek Czop). Ojciec, jak na typowego Polaka na wyspach przystało, pracuje ciężko na budowie. Synek w tym czasie szwenda się po mieście z aparatem Zorka 5 w koszulce MU i robi kilka zdjęć na minutę. W dosyć przypadkowy sposób spotyka mniej więcej swojego rówieśnika Tomo, o którym wiemy tylko tyle, że pochodzi z Nottingham i przyjechał do Londynu pociągiem z zamiarem poszwendania się.

No i chłopaki zaczynają się szwendać. Marek, wrażliwy i spokojny chłopak zakochany w o wiele starszej uroczej Francuzce z pobliskiego baru (ma chłopak gust.. wiadomo, nasz człowiek), z początku jest nieufny i ostrożny względem brytyjskiego cwaniaczka, który na moje oko po prostu uciekł z domu i szuka swojego miejsca na ziemi. Ten z kolei nie odpuszcza i dzięki swojej przekonującej ckliwości wykupuje w końcu u Marka pokaźne połacie zaufania i przyjaźń. Razem bajerują Francuzeczkę... razem przesiadują u Marka w domu, razem się wygłupiają, w końcu też razem wpadają kiedy nawaleni w truposza nakrywa ich ojciec Marka.

Warto poświęcić i jemu słów parę. Akurat uważam że zagrał najlepiej z całej palety aktorskiej, choć wiele akurat nie musiał. Wyjechał do Anglii z synem niby za chlebem, ale z czasem dowiadujemy się o nieudanym małżeństwie, licznych kłótniach i typowo polskim rodzinnym małomiasteczkowym getcie. Mimo że obaj tęsknią za ojczyzną, matką i żoną, to żyją na obczyźnie z zachowaniem szczątkowej choć imitacji definicji szczęśliwej rodziny. Mariusz opiekuje się synem jak tylko potrafi. Ciężko pracuje i stara się po prostu być dobrym ojcem. Meadows na szczęście unikał stereotypów i pokazał Polaków nie jako pijaków i złodziei, lecz po prostu jako zwykłych ludzi. Może tak nas po prostu widzi.

Kontakt Marka z Tomo, mimo że zbudowany na samych przeciwieństwach, ośmiela tego pierwszego i ostatecznie prowokuje do wewnętrznego wynaturzenia oraz większej otwartości względem swojego ojca. Pada kilka mocnych słów, trochę żalu i moralitetów. Lecz dzięki temu wszystko się między nimi zazębia. A Tomo? W sumie jest tylko jakby łącznikiem pomiędzy Markiem a jego ojcem. Małą zaostrzoną kredką, która próbuje pokolorować czarno-białe tło opowieści. Z pewnością dodaje jej trochę uroku, choć mnie osobiście nie przekonuje. Z resztą tak jak i mało wyrazisty Marek. Ale w duecie już radzą sobie z tym znacznie lepiej.

Film w sumie o niczym. Niby o życiu młodych chłopaków w dorosłym świecie, ale ciężko doszukać się w nim przemyślanej fabuły i jakiegoś przesłania. Jednak na swój sposób przyciąga dzięki swojej prostocie i mądremu artystycznemu minimalizmowi. Sporo w nim też polskich akcentów i naszego tłumaczonego na angielski języka. Z pewnością warto rzucić na niego okiem z czystej ciekawości... jak nas tam widzą na wyspach. Do tego Meadows po raz kolejny zaprosił do współpracy Gavina Clarka, który okrasił film kilkoma miłymi dla ucha, świetnie dopasowanymi do czerni i bieli nutami. Dzięki temu film trzyma poziom i klimat którym zaraża. Ale niczym groźnym. Wizyta u lekarza więc zbyteczna.

3/6

czwartek, 2 lipca 2009

Spojrzeć śmierci w oczy

Palermo Shooting
reż. Wim Wenders, GER, ITA 2008
124 min. Gutek Film


I znowu słoneczna Italia. Z Genuy przenoszę się jednak na Sycylię. Do Palermo. W tej właśnie niezwykłej scenerii Wim Wenders rozprawia się z definicjami życia i śmierci. Skupiając się na cienkiej linii je dzielących, wplątuje w to wszystko odrobinę magii która prowokuje do zanurkowania w głąb samego siebie.

Palermo Shooting to według samego Wendersa jeden z najbardziej osobistych filmów w jego bogatej karierze. Scenariusz napisał specjalnie pod Campino (wokalista Die Toten Hosen), co uznaję za strzał w dyszkę, gdyż ten podstarzały rockers zagrał w sumie całkiem nieźle. Do tego (tu osobista refleksja) w filmie wystąpiła również moja jedna z największych kinowych miłości, piękna Giovanna Mezzogiorno, w której zabujałem się przed laty oglądając "Okna" Ferzana Ozpetka. No i cóż. Mogę tylko powiedzieć że stara miłość nie rdzewieje. Nadal ma się dobrze. A nasz ekranowy związek nabrał dojrzałości ;)

Finn (Campino) jest wziętym i sławnym fotografem. O jego zdjęcia zabijają się największe światowe galerie, a licznie spotykane na jego drodze fanki, zabijają się o autograf mistrza i zrobienie mu.. dobrze ustami. Mimo sławy i dostatku, Finna dręczą myśli natury egzystencjalnej. Zastanawia się nad swoim życiem i pragnie zmian. No takie w sumie dość typowe to pragnienia dla 90% populacji świata. Marzy o spowolnieniu, które pozwoli mu zauważyć wszystko to, co z powodu nadmiernej prędkości jest dla niego niezauważalne. Dręczą go dziwne sny, a także widuje nierealne postacie które prowokują go do ów przemyśleń. M.in. pod ich wpływem, Finn postanawia zabrać całą ekipę wraz ze swoją modelką (Mila Jovovich z uroczym bobasem w brzuchu) do Palermo w celu przeprowadzenia wyjątkowej sesji fotograficznej.

Na miejscu odkrywa magię i uroki miasta. Sycylijskie uliczki i zabytki zdają się być ucieleśnieniem jego lęków i jeszcze bardziej ośmielają jego wyobraźnię. Po uporaniu się ze sprawami zawodowymi, Finn postanawia zostać jeszcze kilka dni na Sycylii, ale już zupełnie sam. Z aparatem w ręku i ze słuchawkami w uszach zwiedza miasto szukając inspiracji i odpowiedzi na dręczące go pytania. Kroczymy wraz z nim po wąskich i brudnych uliczkach Palermo. Słuchamy tej samej muzyki co on i pojmujemy otaczającą go rzeczywistość jego oczami.

Senna i abstrakcyjna rzeczywistość Finna, coraz częściej wnosi swe owoce do realnego świata. Wenders pokazuje to w taki sposób, że sam miałem czasem problem w odrożnieniu snu od jawy. Lubię takie klimaty. Wizualne insynuacje i zaglądanie do wnętrz głównych bohaterów. W nieziemskich wizjach Finna coraz częściej do głosu dochodzi pewna tajemnicza postać w kapturze (Dennis Hooper), która wydaje się prześladować naszego fotografa, próbując przy tym ustrzelić go strzałą ze srebrnego i lśniącego łuku.

Wyraźnie przejęty i pochłonięty tym faktem Finn, podczas jednego ze swych kolejnych zjazdów poznaje piękną Flavię (wspomniana maj lof), którą to dość szybko wtajemnicza w swój aktualny i nieco nie trzymający się kupy żywot. Opowieść o wyraźnie nakreślonych dotąd abstrakcyjnych i nieco poetyckich rysach, zaczyna przyjmować trochę melodramatyczną pozę. Między naszą dwójką rodzi się uczucie, jednak nie przysłania ono zbytnio sensu opowieści, a nawet je po części wzbogaca. Finn zyskuje zatem lokalnego sprzymierzeńca który pomaga mu uporać się z jego problemami. To dzięki Flavii udaje mu się w końcu odnaleźć tajemniczą postać w kapturze. I dzięki niej, także zrozumieć samego siebie.

Gdy dochodzi w końcu do konfrontacji dowiadujemy się kim tak naprawdę jest ów tajemnicza postać. Jednak nie ma zaskoczenia. Przynajmniej nie tak wielkiego jak oczekiwałem. Spodziewałem się czegoś o wiele bardziej oryginalnego, bardziej dopasowanego do niekonwencjonalnej charakterystyki filmu. Nie usatysfakcjonował mnie też poziom dyskusji i przeprowadzony dialog pomiędzy naszą dwójką. Zabrakło dopełnienia w treści, a raczej mądrości. Trochę za płytko jak na tak dużą ilość rozlanej wcześniej wody. Do tego Wenders nadał finałowej scenie filmu szalenie minimalistyczny wymiar. Z pewnością nie każdemu to wystarczy.

Jednak mimo wszystko Wenders i tak mi zaimponował. Strasznie mnie kręcą tak pokręcone i zawiłe ludzkie historie. Niby proste, a jednak oglądając je, często odnosimy wrażenie że widzimy to wszystko podobnie. W końcu sami często koczujemy gdzieś pomiędzy dwoma światami. Śnimy i marzymy o innym lepszym życiu, o swojej niepoznanej jeszcze miłości. Lubimy łączyć nasze wyobrażenia z naszą szarą rzeczywistością. Komponować swój idealny równoległy świat według własnych półproduktów. Wenders właśnie o tym nam opowiada. Skłania też do refleksji oraz namawia, abyśmy trochę zwolnili i z innej perspektywy spojrzeli na własne życie. A na koniec nakazuje wyciągnąć z tego wnioski.

Warto jeszcze odnotować nieźle dobraną ścieżkę dźwiękową. Nick Cave, Lou Reed, Portishead, Beirut, Calexico, Jason Collet i wielu innych. Momentami film przyjmuje formę teledysku. Zwiedzamy ulice Palermo w rytm muzyki jaką za pomocą słuchawek wpaja sobie i przy okazji nam do głów, Finn. Zatem nie tylko wizualnie jest zacnie. Dużo muzyki wzbogaca tą i tak dość dopracowaną produkcję. Może i mogło by być lepiej. Wenders z całą pewnością nie przebija swojego "Niebo nad Berlinem", ale przecież nie musi. Jest inaczej, a równocześnie tak samo oryginalnie.

W kinach u nas od 21 sierpnia. Czyli (o zgrozo) aż 15 miesięcy po światowej premierze. Takie kwiatki rosną tylko w Polsce...

4/6

niedziela, 28 czerwca 2009

Lato, słońce, plaża, smutek

Genua
reż. Michael Winterbottom, GBR, ITA, 2008
94 min. Monolith Films


Jeśli chcesz o czymś zapomnieć, jedź do Genuy. Zdaje się mówić do nas Michael Winterbottom. Gwarancji co prawda żadnych nie daje, ale przynajmniej możesz sobie zwiedzić piękne miasto i popluskać się w ciepłym morzu. Nie wiem dlaczego akurat tam zaprowadza nas ten utalentowany reżyser za rękę, ale fakt faktem że postanawia właśnie to włoskie miasto obsadzić w roli barwnego tła dla jego opowieści. Tła, które mimowolnie staje się głównym bohaterem filmu.

Sposób prezentacji Genuy w moich oczach zepchnął opowiadaną historię na drugi plan. Co nie jest rzecz jasna do końca uznawane przeze mnie za wadę. Joe (Colin Firth), po samochodowym wypadku w którym ginie jego żona, postanawia zabrać swoje dwie młode i rozbite emocjonalnie córki do Genuy w której to ma prowadzić zajęcia na tamtejszym Uniwersytecie. Celem nadrzędnym jest jednak oderwanie córek od rodzinnego domu i związaną z nim tęsknotą i pustką powstałą po stracie ich matki. Kelly i młodsza Mary bez słowa sprzeciwu zgadzają się na podróż do Europy, traktując ją jak ich wymarzone wakacje. Tak właśnie zaczyna się film.

W tym momencie do akcji wkracza wspomniana główna bohaterka. Czyli Genua. Od razu widać, że Winterbottom zaczynał od filmów dokumentalnych. Szalenie trafnie wydobywa koloryt i klimat z miasta oraz jego mieszkańców. Wraz z całą trójką uczymy się nowego otoczenia, poznajemy trochę zarysu historycznego w pigułce, oraz staramy się razem z nimi nie zgubić w malowniczych, ciasnych i krętych uliczkach starego miasta. Dzięki temu zabiegowi daje się odczuć przyjemny powiew europejskiego kina wraz z jego nieodłącznymi standardami, przez co fajnie się wszystko ogląda.

Ale skupmy się na naszych nowych mieszkańcach Genuy. Cała trójka permanentnie unika rozmów o swojej matce i żonie, jednak wszyscy doświadczają jej brak na swój charakterystyczny sposób. Najmłodsza Mary, która czuje się winna spowodowania wypadku, widuje w swojej bujnej wyobraźni mamę i zdaje się tęsknić za nią najbardziej. Czego dowodem są jej ciągle powtarzające się nocne ataki histerii i płaczu. Jej starsza siostra Kelly, koncentruje się na nowych chłopakach, jazdą na skuterze i próbie udowodnieniu całemu światu z jej ojcem na czele, że jest już dorosła i może robić co jej się tylko podoba. No i mamy Joe'a, ich ojca i zarazem matkę z konieczności, który po prostu stara się aby jego córki były szczęśliwe. Sam nie zdradza nam zbytnio swoich uczuć, jest szorstki i wydaje się mocny psychicznie. Pod wpływem nowego otoczenia zgadza się na niewinny flirt ze swoją miejscową studentką.

Niby wszystkie trzy postacie zagrane i ukazane nam są całkiem poprawnie. Jednak zabrakło mi u nich większego wynaturzenia emocjonalnego. Poza Mary, pozostała dwójka sprowadza temat swojej matki/żony do zakończonego etapu w swoim życiu i odrzuca go od siebie jak najdalej tylko potrafi. Próbują znaleźć temat zastępczy, ale nie wiem do końca czym się przy tym dokładnie kierują. Oczywiście jest to na swój sposób bardzo wymowne zachowanie, szalenie indywidualne. Ile ludzi, tyle sposobów przeżywania swoich osobistych tragedii. Jednak ich poczynania nie do końca mnie przekonują, choć je rozumiem.

Wydaje mi się również, że Winterbottom celowo nie pozwala nam bardziej wgłębić się w umysły naszych bohaterów. Za prawie każdym razem gdy mógł pójść kilka kroków dalej, błyskawicznie przeskakuje do innej sceny. Być może sami mamy ich ocenić i zastanowić się co byśmy zrobili na ich miejscu, ale być może też po prostu myślał że nam to wystarczy. Mi niestety nie bardzo.

Końcową sceną pokazuje nam co prawda wreszcie jakiś wspólny mianownik całej trójki, który łączy ich trochę zagubione i błąkające się samotnie po uliczkach Genuy dusze. Jednoczy je w silnym rodzinnym uścisku, krzyżując przy tym ich kręte dotąd wąskie puste uliczki, tworząc z nich szeroką i oświetloną ulicę, którą odtąd podążają już razem. Jednak ja mimo wszystko z całej historii zapamiętam i tak tylko świetną rolę Firtha, męczący płacz Mary, anorektyczną budowę ciała Kelly, oraz piękną architekturę miasta które chciałbym kiedyś w przyszłości odwiedzić. Nie znaczy to jednak że film jest kiepski. Nie jest. Jest niepełny i nie do końca mnie przekonujący, za to szalenie urokliwy i klimatyczny. Warto dać mu szansę. Być może do was bardziej przemówi i może nawet odnajdziecie w nim swoje życie.

4/6

sobota, 11 kwietnia 2009

Kochać czy być?

Elegia
reż. Isabel Coixet, USA, 2008
108 min. Monolith Films


Czytając opis pomyślałem że to film dla mnie. Dla zdeklarowanego kawalera z wyboru. Pouczająca opowieść która da mi garść informacji i rad na przyszłość. No bo przecież to musi być strasznie klawe życie na starość. Całkiem sprawny fizycznie i ustawiony materialnie starszy facet po rozwodzie. Uznany profesor literatury i krytyk teatralny. Klasowy wolny strzelec. Wielbiciel i wykwintny koneser kobiecego ciała. Bajeruje swoje studentki na swą sławę, poezję i urok osobisty. A w jego sidła wpada w końcu przepiękna Consuela (Penelopka). No czyż można wyobrazić sobie lepsze życie po sześćdziesiątce? Można. Isabel Coixet jak na kobietę przystało... wylewa nam - facetom, wiadro pomyj na głowę. W celu otrzeźwienia rzecz jasna.

Na pierwszy rzut oka film wydaje się prezentować sobą bardzo duży potencjał. Scenariusz bowiem oparty jest na prawdziwej historii opisanej przez Philipa Rotha w bardzo głośnej i uznanej powieści "Konające zwierzę". Niestety nie czytałem, ale po zapoznaniu się z filmową jej interpretacją przez Coixet, pośpieszę czym prędzej do księgarni w celu jej nabycia.

Mamy więc do czynienia z dogłębną analizą fascynacji swoją seksualnością zestawioną z upływem czasu, cierpieniem i chorobą prowadzącą do obumierania ludzkich tkanek. Romans sześćdziesięcioletniego wykładowcy i jego dwudziestoczteroletniej studentki, wydaje się prezentować uczuciowy egoizm i moralną zgniliznę, która to daje dopiero początek rozważaniom nad miłością, śmiercią i przemijaniem.

Życie po sześćdziesiątce Davida Kepesha (fenomenalny Kingsley) kręci się w okół czterech osób. Przyjaciela od serca George'a, z którym to bez przerwy analizuje swoje życiowe i dręczące go problemy podczas gierki w squasha. Kochanki Carolyn, która od lat zaspokaja jego fizyczne potrzeby w zamian za lojalność i uczciwość. Syna Kennetha, którego ciągle unika, a który to ma ogromny żal do ojca za porzucenie jego i matki. W końcu pojawia się ona, śliczna kubanka - Consuela, która wywraca cały jego świat do góry nogami i brutalnie obnaża jego wszystkie słabości.

Z początku Davidowi chodzi o to co nam w większości. O zwykłe przedmiotowe zaliczenie młodego mięska. Kobieta jest przecież najlepsza wtedy, gdy jest młoda, piękna, chętna i jednorazowa. Jednak ten dość szowinistyczny układ szybko wymyka się spod przyjętych przez niego zasad i norm. Zatraca się w permanentnym uczuciu które przez lata pogrążone było w jego bezpiecznych i bogatych pokładach egoizmu, a teraz przyjęło niepokojących go kształtów nad którymi, ten przecież inteligentny facet, zdaje się nie panować.

Coixet koncentruje się przez cały film przede wszystkim na samym Kepeshu. Na jego przemyśleniach, analizach i posunięciach. Każda z pozostałych czterech osób wydaje się być w tym filmie tylko dodatkiem, zjawami które sam powołał do życia David. Filozoficzne wywody i relacje między nimi stanowią dla niego drogowskaz z którego wskazówek niekoniecznie pragnie korzystać. Fascynacja Consuelą skontrastowana z jego lękiem przed nieuniknionym upływem czasu, jest motorem napędowym jego obecnej egzystencji. Odczuwa strach przed jej utratą, a jednocześnie niechęć do akceptacji jej bliskości i współuczestnictwa w swoim dotąd bardzo surowym i sterylnym świecie. Jak bowiem pogodzić ze sobą strach przed samotną starością i śmiercią z egoizmem i swoją niemożnością nawiązania autentycznej więzi z drugą osobą?

Isabel Coixet próbowała dać w Elegii odpowiedź na to jak i kilka innych postawionych wyżej pytań. Chyba nie do końca potrafiła się z tego mimo wszystko dość trudnego zadania wywiązać. Naostrzyła mi jednak mocno apetyt na wgłębienie się w tą interesującą sferę filozoficznych wywodów. Dlatego właśnie sięgnę po źródło i poszukam interesujących mnie odpowiedzi w książce Rotha.

A Elegia? No cóż. To szalenie intymna i szczera opowieść o życiu i śmierci. Okraszona wybitnymi rolami Kingsleya i Cruz. Bardzo klimatyczna i namoczona w kieliszku czerwonego wina. Zdecydowanie warta wypicia. Nie podoba mi się co prawda zakończenie historii, no ale nie musi. Grunt że sprowokowała mnie do współudziału i zestawienia swojego prywatnego życia względem doświadczeń i wysuwanych wniosków przez Kepesha. Świetny wykład Panie Profesorze. Szkoła życia.

4/6

sobota, 21 marca 2009

Taplanie się w grzechu

Trzy małpy
reż. Nuri Bilge Ceylan, TUR, FRA, ITA, 2008
109 min. Gutek Film


Rzuciłem okiem zupełnie przypadkiem. W poszukiwaniu inspiracji wygrzebałem ten dość intrygujący tytuł na stronach Gutka. Ceylan to turecki reżyser młodego pokolenia. Zasłynął filmem "Klimaty". W pewnych kręgach okrzyknięty został nawet mianem nowego Bergmana. To wielki zaszczyt, ale też ogromna odpowiedzialność i spore oczekiwania. I właśnie z tego tytułu, oraz z powodu obdarowania "Trzech małp" Złotą Palmą w Cannes (2008 - najlepszy reżyser), postanowiłem rzucić okiem na jego najnowszą produkcję.

Faktycznie. W "Trzech małpach" również da się dostrzec Bergmanowskie naleciałości. Film naszpikowany jest emocjami. Wielkie dłużyzny, mało tekstu, skupienie Ceylana na twarzach bohaterów. Z pewnością nie każdemu to się spodoba. Mnie jednak tego typu narracja przypadła do gustu.

Film opowiada o losach trzyosobowej rodziny żyjącej gdzieś w bloku na obrzeżach Stambułu. Jednak już od samego początku naszego zetknięcia się z nimi, cała trójka rozpoczyna podróż w odosobnienie w którym rządzić będzie zakłamanie i strach. Mąż - ojciec, zgadza się odsiedzieć wyrok w więzieniu zamiast jego szefa. Ten w zamian obiecuje zaopiekować się jego rodziną. Robi to jednak zbyt dosłownie. Żona - matka, zatraca się w zupełnie bezsensownym związku z ich nowym opiekunem. Trzecia małpa - syn, borykający się z problemem samookreślenia odkrywa ów związek i rozpoczyna proces trawienia.

Ceylan nie feruje żadnych wyroków, tylko nakazuje przyglądać się trójce naszych bohaterów. Skupia się na ich relacjach, poczuciu skrzywdzenia oraz licznych niedopowiedzeniach. Gdy z więzienia wychodzi głowa rodziny, sytuacja rzecz jasna jeszcze bardziej się komplikuje. Powoli na jaw wychodzą wszystkie kłamstwa, które odgrzebują przy okazji również inne, stare i tylko pozornie wyleczone rany. Jedna odsłonięta tajemnica prowokuje do ekshibicjonizmu następnej... i następnej.

Z pozoru więc sytuacja wydaje się być beznadziejna. Logika nakazuje, aby związek niewiernej i zagubionej żony ze swoim zrozpaczonym i oszukanym mężem nie miał prawa dalej funkcjonować w podobnym układzie. Jednak cała trójka wybiera inną drogę. Zamykając się w sobie wraz ze swoimi cierpieniami, próbują nie dostrzegać swoich, oraz ich najbliższych grzechów. Trzy małpy żyją dalej tłumiąc w sobie wściekłość, smutek i żal. Ceylan udowadnia nam tym samym, że to droga donikąd. Że prędzej czy później i tak dochodzi do tragedii. Człowiek nie może zbyt długo funkcjonować w tak przyjętej i bardzo niewygodnej pozie.

Faktycznie. Tak też czyni. Dochodzi do tragedii. Jedna z trzech małp zabija czwartą najważniejsza osobę w tym filmie, od której to wszystko się zaczęło. "Wyrywa chwasta" licząc na to, że pozbywając się sprawcy całego zamieszania, wszystko wróci do normy. Niestety tak się nie dzieje. Sytuacja całej trójki jeszcze bardziej się komplikuje.

Tylko otrzeźwienie umysłów. Ich emocjonalne wynaturzenie. A także akceptacja swoich wad i chęć odkupienia win przywraca im względną normalność. Jednak nasi bohaterowie muszą pokonać bardzo długą i wyboistą drogę aby się o tym przekonać. Widz z kolei musi wykazać się ogromnym skupieniem i cierpliwością dla nauk Ceylana. Całą historię opowiada nam w bardzo nieśpiesznym tempie. W dodatku ubierając ją w piękne zdjęcia, prowokuje nas do wejścia w świat trzech małp i poczucia na własnej skórze ich oddechu oraz pełnego emocji dotyku. W pewnym stopniu to mu się udaje. Jednak w całym swoim postanowieniu chyba jednak za bardzo skupia się na detalach, na próbie zobrazowania duszności pomieszczeń i ciężkości czarnych chmur. Nie prosi nas byśmy zrozumieli trzech małp, tylko nam o nich opowiada. Trudny to film. Z pewnością nie dla każdego. Ale nazwisko Ceylana z pewnością należy zapamiętać. Na pewno obejrzę jego następny film.

4/6

niedziela, 15 marca 2009

Siedem prac Asteriksa

Siedem dusz
reż. Gabriele Muccino, USA, 2008
123 min. United International Pictures


Powiem wprost. Nie chciałem go oglądać. Will Smith co by nie zagrał, już chyba na zawsze będzie kojarzył mi się z hollywodzką komercyjną papką. No taki to ich etatowy wykidajło. Gabriele Muccino z kolei to zupełnie obca mi persona z którą dotąd nie miałem styczności. Wiem za to że to już drugi wspólny projekt obu Panów, bowiem w poprzednim filmie "W pogoni za szczęściem", Muccino również główną rolą obdarzył Smitha. Widać zaiskrzyło między nimi, lub jest im po prostu ze sobą dobrze. Oba filmy opisywane są jako emocjonalne killery, czy tam wyciskacze łez, jak kto woli. Cóż... sprawdzimy.

Za namową znajomych i ich zachwytów, postanowiłem więc wyrobić sobie własne zdanie na ów produkt. Robiłem to rzecz jasna z obawami. Mam bowiem często tak, że czasem wiem wystarczająco dużo o nieoglądanym jeszcze filmie, że w związku z tym lepiej będzie jeśli już na zawsze takim pozostanie. "Siedem dusz" wydawał się być standardowym szablonem mego przeczucia.

No i na gorąco po jego obejrzeniu, powiem wam szczerze... że się miło zaskoczyłem. Serio. Z pewnością nie jest to wielkie kino. Tu chyba się wszyscy ze sobą zgodzimy. Ale ma w sobie coś co przykuło moją uwagę oraz wzbudziło całkiem zdrowe i przyjemne emocje. O dziwo wielu pozytywów dostarczył mi na tacy sam niezbyt lubiany przeze mnie Will Smith. Najciemniej pod latarnią? Gdyby zagrał więcej tego typu ról, to kto wie, może nawet i napiłbym się z nim wódki.

Sam reżyser, no cóż... Fellini to on jest. Ale mimo to czuć momentami makaroniarskie spojrzenie na kino. No może nie do końca włoskie, ale europejskiego (nomen omen) ducha oglądając ów dzieło z pewnością można doświadczyć. To naturalnie spora zaleta tej produkcji. Zwłaszcza w początkowym jej dość chaotycznym biegu.

Co do treści. Ta jest niestety zbyt naciągana i patetyczna. Sporo mam jej do zarzucenia. Główny bohater jawiony jest niczym święty. A film opowiada bardziej o żmudnym procesie jego kanonizacji, aniżeli o przekonującej historii z "życia wziętej". Piękna to rzecz jasna postawa, w której to człowiek męczony poczuciem winy i chęci jej odkupienia zrzeka się wszystkiego, łącznie z ze swoimi organami. Doprawdy szlachetne to i godne naśladowania... ale jakby nadludzkie. Gabriele w dodatku naszpikował niemal każdą scenę małymi bombkami, po których eksplozji doświadczamy niesamowicie dużych ilości bólu i cierpienia. Faktycznie więc. Film ów jest killerem. Wolałbym jednak aby zabijał mnie czymś więcej niż notorycznie smutnymi buźkami Smitha, Dawson czy Harrelsona. Nie bardzo pomaga nawet nieźle dobrana muzyka, która zdaje się spełniać rolę sprawozdawcy filmowego dla niedowidzących.

Całkiem nieźle jest za to z narracją i montażem. Zdjęcia też dają radę. Bardzo podoba mi się wspomniany chaos w sposobie przedstawiania scen i bohaterów. Z początku można się nawet nieco pogubić, a to skłania do wytężenia swojej uwagi. Dobry więc to zamysł który w ogólnym rozrachunku raczej pozytywnie nakazuje odebrać film jako całość. "Siedem dusz" o dziwo znacznie bardziej mną wzruszył niż głośniejszy i naszpikowany wyższym budżetem Benjamin Button. A to już duży atut. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że z założenia wcale takim miał nie być. Dam mu więc mocną czwórkę. Może i trochę na wyrost, ale uroniona łezka tu i ówdzie... może po prostu była mi potrzebna.

4/6

sobota, 7 marca 2009

Czapki z głów!

Gran Torino
reż. Clint Eastwood USA, AUS, 2008
116 min. Warner Bros. Polska



Do Clinta Eastwooda trzeba chyba po prostu dorosnąć. Dojrzeć emocjonalnie. Umieć spojrzeć na jego dokonania z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Ja zasadniczo nigdy za nim jakoś specjalnie nie przepadałem. Kojarzył mi się raczej z westernami i dość sztampowym kinem akcji klasy B. Jenak jako aktor był i jest nadal dość przekonujący i szalenie charakterystyczny. Lubię te jego wymowne marszczenie brwi i przenikliwy wzrok, a także kilka rewelacyjnych ról. Clint jako reżyser... to niby kino dla twardzieli. Proste w formie i treści. Raczej unikałem jego dzieł, z resztą nawet niewiele z nich widziałem. Nie mój świat i raczej nie moje klimaty. I zapewne tak już pozostanie. Jest jednak małe ale.

Eastwood to również mocne dramaty społeczne. Filmy o życiu i jego odcieniach z całej palety kaprysów. Im starszy, tym robi ich więcej i lepiej. Obowiązkowo rzecz jasna te z jego udziałem i w roli głównej. U mnie zaczęło się od niezłego i dość zaskakującego "Co się wydarzyło w Madison County", ale absolutnym hitem który mnie zwalił z nóg był "Za wszelką cenę" sprzed pięciu lat. I chyba nie byłem w tym odbiorze zbyt osamotniony. Wzruszająca historia ambitnej bokserki zgarnęła 4 Oscary. Potem Eastwood na kilka lat ponownie wrócił do tego w czym czuje się chyba najlepiej. Nakręcił kilka tytułów wojennych i sensacyjnych, raczej bez historii. I kiedy już myślałem, że był to tylko wypadek przy pracy, stary pryk ponownie się spiął, podobno ostatni już raz (mam nadzieję, że blefował). Znowu życiowy dramat, znowu wielki Clint i znowu wielkie wow!

Gran Torino to nie tylko sportowy model Forda. To również symbol-ikona złotych lat siedemdziesiątych w których to nadal wydaje się żyć mentalnie Clint Eastwood aka Walt Kowalski. Walt czy Clint. W moich oczach to jeden i ten sam facet. Cały czas miałem i nadal odnoszę wrażenie, że nakręcił ten film o sobie. O swoich lękach i tęsknotach. Jakby jeszcze przed swoją śmiercią chciał wskazać zepsutemu amerykańskiemu społeczeństwu jakiś drogowskaz. Wskrzesić pewne bliskie mu ideały i patriotyczne wartości na których się wychował, a które to obecnie wydają się być w odwrocie. Przy okazji Eastwood śmieje się głośno w twarz ogólnie rozumianej i panoszącej się tu i ówdzie po całym świecie poprawności politycznej.

Przeczytałem ostatnio w jakimś wywiadzie jego pełną żalu wypowiedź. Skarżył się, że w obecnych czasach nie można już nawet opowiedzieć w towarzystwie niewinnego dowcipu o żółtkach, czarnuchach czy Żydach. Od razu jest skandal, obraza moralności, brak tolerancji, rasizm i idziesz za to siedzieć. Ludziom jakby zaczęło już brakować odrobinę dystansu do samych siebie i do świata w jakim funkcjonują. Dlatego też Eastwood stworzył Walta Kowalskiego, zasłużonego weterana wojennego z Korei, wyposażonego w  twarde i ortodoksyjne życiowe zasady, ale te z wczoraj, czy raczej, z przedwczoraj. Jest też trochę takim rasistą, ale tym z ludzką twarzą (jeśli można to tak w ogóle nazwać). A już na pewno z dość wysublimowanym poczuciem humoru. Jego niedzisiejszość jest w wielu aspektach bardzo moja i bardzo mi bliska. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że Eastwood obdarzył go polskim, nie byle jakim nazwiskiem ;)

Kowalskiego poznajemy w trudnej sytuacji i kondycji psychicznej. Umiera mu żona. Do tego w całej okolicy aż roi się od kolorowych i skośnych. Biali są w zdecydowanej mniejszości, jednak ten uparcie pozostaje na starych śmieciach. Na jego trawniku dumnie powiewa amerykańska flaga, która wydaje się symbolizować wszystko to, z czym Eastwood chce walczyć z pomocą kilku kamer i scenariusza. Kowalski jest zgorzkniały, bardzo złośliwy i wyposażony we wszystkie te cechy, które wydają się być zarezerwowane dla typowego aspołecznego i nieprzyjemnego starca z którym to lepiej nie zaczynać. Jednak już od samego początku, jedyne co we mnie budził nasz poczciwy, rześki staruszek, to ogromną sympatię. Jego kąśliwe komentarze, wulgarny i siarczysty język wcale nie gorszą. W jego wydaniu po prostu bawią, dają do myślenia i uczą.

Mimo jego zacietrzewienia, dochodzi do wielkiego zbliżenia z synem skośnookich sąsiadów. Ich relacje z początku bardzo chłodne i zdystansowane, z czasem nabierają zupełnie ludzkich, ciepłych odcieni. Ale myślę, że Eastwoodowi niezupełnie chodziło o uwypuklenie tego, jak bardzo źle robimy często traktując kolorowych z rasistowską wręcz wyższością. Ja osobiście historię ich wzajemnych relacji odebrałem jako wzorcowy układ ponad podziałami, zawarty we wspólnym interesie. Kowalski nawiązał emocjonalny sojusz z małym "żółtkiem", by na koniec swojego żywota mógł zrobić coś dla innych, tak jakby chciała tego jego zmarła żona. Ich współpraca oparta jest na zdrowych i uczciwych relacjach, ale tych pod dyktando starszego i doświadczonego, lecz jednak BIAŁEGO człowieka. Genetyczna klasowość jest więc mniej więcej zachowana. Kowalski nie musi robić czegoś wbrew samemu sobie, mimo, że ma czasem z tym problemy, jednak rozprawiając się ze wszech otaczającymi go złymi ludźmi, którzy w jego staromodnym światopoglądzie są niczym innym jak chwastami, spełnia się w stu procentach, a przy okazji pomaga innym, teoretycznie obcym mu, zwłaszcza ideologicznie ludziom. Połączenie szorstkiego świata zasad z chłopięcą niewinnością doskonale się zazębia i dopełnia, a twarde i niedzisiejsze zasady życiowe, wcale nie okazują się znów jakieś bardzo kosmiczne i nieakceptowalne (dobra nauka także dla nas samych i tego co się dziś dzieje w Europie).

Nie wiem jak odbiorą ten film biali, żółci, czarni, czy różowi. Zapewne wszyscy zrobią to inaczej. Ja jednak jestem wdzięczny Eastwoodowi za odwagę. Mimo, że nie poszedł na absolutną całość, oraz, że zostawił sobie bezpieczną przestrzeń w sposobie interpretacji, to jednak odbiór Gran Torino jest dla mnie zupełnie oczywisty. I co najważniejsze, zupełnie uniwersalny, bardzo na czasie oraz szalenie międzynarodowy w swoim przesłaniu. Doskonale wpisuje się również w nasz jakże inny, ale bardzo podatny i czyhający na te same zagrożenia polski grunt. Dlatego cieszę się, że powstał oraz, że lada chwila wejdzie do naszych kin. Mam szczerą nadzieję, że obejrzy go wiele zepsutych dzieciaków, a także ludzi wyprutych ze wszelkich zasad moralnych. I nawet jeśli nic a nic z tego nie zrozumieją, może wrócą do niego za lat kilka nieco mądrzejsi i powiedzą tak jak ja teraz: Brawo Brudny Harry! Obyś jeszcze trochę pożył i poopowiadał nam o życiu. Czapki z głów.

5/6



niedziela, 1 marca 2009

Allen tkwi w dialogach

Vicky Cristina Barcelona
reż. Woody Allen, USA, ESP, 2008
96 min. Kino Świat


Wreszcie wpadł mi w ręce długo przeze mnie oczekiwany najnowszy film Allena. Mam niewyobrażalnych rozmiarów słabość do ukazywanej przez Woody'ego swojej wizji świata. Nie ważne czy to tylko jego scenariusz, reżyseria, produkcja filmowa czy książka. Zawsze bawi i prowokuje w ten sam charakterystyczny dla siebie sposób. Uwielbiam jego, momentami mocno irytujący acz wyszukany czarny humor. Pełną absurdu dogłębną analizę ludzkich zachowań. Ośmieszanie ludzkich słabości ze swoim egzystencjalizmem na czele. Analogie i ciągłe nawiązywanie w jego filmach do ludzkiej seksualności, religii i szeroko pojmowanej filozofii życia, spowodowały że punkt widzenia Allena albo się kocha, albo nienawidzi. Ja mam to szczęście że cholernie kręci mnie i zdaje się, doskonale rozumiem to co Allen ma mi do powiedzenia.

W najnowszym swoim filmie Allen jednak po raz kolejny mnie zaskakuje. Kilka razy podczas seansu zastanawiałem się, czy aby mi się przypadkiem coś we łbie nie poprzestawiało i upewniałem się, że to na pewno nazwisko Allena widnieje pod hasłem Reżyser. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że autorem tego szalonego obrazu jest sam Pedro Almodovar podany w sosie własnym. Odnalazłem w filmie więcej analogii i podobieństw do tych serwowanych nam przez tego hiszpańskiego skandalisty, aniżeli do cherlawego i neurotycznego okularnika. Mamy więc do czynienia w filmie z etatową muzą Pedra - Penelopką. Jest też jego inny słynny krajan, przystojniak na widok którego kobiety zdejmują majtki przez głowę (Bardem), a całość akcji dzieje się w słonecznej Hiszpanii. Jakby tego jeszcze było mało, to sama historia, intryga i zwrot akcji również na myśl przywodzi mi filmy Almodovara właśnie.

Ile więc jest w filmie Allena samego Allena? Ano na szczęście wystarczająco, a może i nawet ciut więcej. Przede wszystkim Allen tkwi w dialogach. Te jak zwykle są soczyste, przemyślane, pełne humoru i groteski. Woody po mistrzowsku dodaje do tej dość lekkiej i w sumie banalnej letniej opowiastki, pełnych uroku komplikacji, które to kołyszą emocjonalną huśtawkę na prawo i lewo. Raz jeszcze na lewo i ponownie w prawo...

Niemal w każdym momencie trwania filmu i w każdej klatce czuje się hiszpański temperament produkcji. W kinie na ten seans powinno się montować fotele Seata. Aż dziw bierze że coś takiego może wyjść z pod ręki zadeklarowanego neurotycznego nowojorczyka. Może Woody był na wczasach w Hiszpanii i wpadła mu w oko jakaś miejscowa piękność? Cokolwiek było tego przyczyną, fakt stał się faktem. Zrobił film słoneczny, lekki, łatwy i przyjemny, w sam raz dla kobiet. Tak też go właśnie cały czas odbierałem. Jakbym to nie ja był jego docelowym odbiorcą. Choć w sumie faceci obejrzeć go również powinni. Dowiemy się z niego wiele ciekawych prawd o relacjach damsko-męskich i damsko-damskich. Może i nie odkryjemy Ameryki, ale się przyda. Np. dowiemy się jak szybko i skutecznie uwieść Scarlett Johansson.

Ideałem jednak będzie rzucenie okiem na "Vicky..." w towarzystwie kobiety. Swojej, nabytej, adoptowanej, czy cudzej i pożyczonej. Nie ważne. Wtedy film sprowokuje do być może ciekawej dyskusji. Jeśli nie... to znaczy że twoja kobieta już myśli o spakowaniu się i potajemnym wykupie oferty last minute, która to zabierze ją jak najszybciej do słonecznej Barcelony. Bądźcie więc czujni i nie puszczajcie ich samopas w południowe kierunki kontynentu ;)

Jak więc oceniam sam film? W sumie pozytywnie. Urzekły mnie kobiece role. A zwłaszcza jedna. Nie, nie mam na myśli słodkiej i naiwnej Scarlettki. Nie mówię też o uwodzicielskiej i pełnej hiszpańskiego temperamentu wyrafinowanej Penelopce. Najlepiej chyba wypadła trzecia z nich. Ta najmniej seksowna i wylansowana, Rebecca Hall. To właśnie ona najbardziej mnie uwiodła w tym filmie. Może właśnie dlatego że najmniej się starała?

Na pewno nie będę też zdejmować majtek przez głowę na widok Bardema. Choć dzięki niemu chyba jeszcze bardziej zrozumiałem ten fenomen przystojnych południowców, na których widok nasze kobiety są w stanie wydać z siebie takie odgłosy, jakich nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. I pewnie nigdy już nie usłyszymy.

Nie jest to film do jakich przyzwyczaił nas Woody Allen. Nie oznacza to jednak że jest przez to gorszy, czy też lepszy. Jest inny. Tak jak wakacje w Hiszpanii są inne niż te spędzone nad polskim morzem. I tak właśnie należy odbierać "Vicky Cristinę Barcelonę". Jako szalony wakacyjny wyjazd na południe. Trzeba się dobrze bawić i korzystać ze słońca. Bawmy się więc.

4/6

czwartek, 12 lutego 2009

Nudny przypadek Davida Finchera

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
reż. David Fincher, USA, 2008
166 min. Warner Bros Polska


No cóż. W zasadzie to nie wiem od czego zacząć.
Najnowszy obraz Davida Finchera za pomocą zwiastunów kinowych szalenie intryguje widza. Nie ukrywam że ze mną zrobił to samo. Bo jak inaczej podejść do pomysłu z którego dowiadujemy się o dość oryginalnym życiu człowieka, który urodził się starcem tylko po to, aby umrzeć jako dziecko. No po prostu musiałem skosztować.

Młody Benjamin przyszedł na świat w nieprawdopodobnym stylu. Za wartości artystyczne dostałby z pewnością mocną dziewiątkę. Podczas porodu okazuje się, że ma więcej zmarszczek niż przeciętny sześćdziesięciolatek. Nie widzi, nie słyszy, cierpi na demencję starczą. A jego cherlawa kondycja wystarcza mu co najwyżej do zrobienia kupki. Matka Benjamina umiera podczas porodu. Ojciec z trudem powstrzymuje się od odruchów wymiotnych. Obwinia go za śmierć żony, a jako karę wymierza mu dożywotnią banicję. Podrzuca go do... domu starców. Tam przygarnia go pracownica przytułku dla starych i porzuconych. Miejsce to wydaje się więc być idealnym lokum dla naszego bohatera.

Benek nam więc dorasta wśród niedołężnych starców. Ci umierają jeden po drugim, a on sam jakby na złość naturze, z każdym dniem czuje się coraz lepiej. Wyostrzają mu się zmysły, uczy się chodzić, a nawet zakochuje nam się w ślicznej Daisy. Jednak przez swoją przypadłość jesteśmy świadkami licznych paradoksów. Mając prawie tyle samo lat co bardzo dziewczęca Daisy, Benek z wyglądem starca nie pasuje do dziewczyny. A wszelkie próby zbliżenia zostają brutalnie przerywane przez ich opiekunów.

Fincher z wielkim spokojem i wręcz ślamazarnym budowaniem napięcia odsłania nam kolejne wątki naszych bohaterów. Jak dla mnie jest jednak o wiele za spokojnie. Nie mniej jednak praktycznie cały czas jestem ciekaw jak dalej potoczy się historia tego ekhm... niedopasowanego do świata wybryku natury. Kiedy już dowiadujemy się że Benek zamieni nam się za chwilę w przystojnego Brada Pitta, ten opuszcza swój dom pragnąc skosztować życia. I słusznie. Wie już że lada chwila jego ciało odkryje przed nim dalsze tajemnice i sprezentuje mu nowe możliwości. Opuszcza więc swoją przyszywaną matkę i młodziutką Daisy. Zaciąga się na statek i doświadcza wielu licznych acz nie zawsze interesujących przygód.

Jako przystojny już facet powraca na stare śmieci. Daisy staje się rzecz jasna fajną laską. W tym miejscu muszę przyznać tak przy okazji, że Cate Blanchett jakoś nigdy specjalnie mnie nie kręciła,lecz w tym filmie wyglądała momentami wprost bajecznie. Benek był chyba tego samego zdania, gdyż jego miłość do Daisy staje się głównym motywem przewodnim filmu. Jednak Daisy traktując go bardziej jako przyjaciela z dzieciństwa, unika jego lekko koślawej bezpośredniości i szczerości. Przez jednak pewien zawiły splot wydarzeń, los znowu wpycha ich sobie w ramiona. Widzimy więc wreszcie kawałek normalności w życiu Buttona na którą to bez wątpienia sobie zasłużył. Ale oczywiście taka sielanka nie może trwać wiecznie. Mając na uwadze swoją przypadłość, pewnego dnia Benek bez słowa opuszcza naszą słodziutką i zrozpaczoną Daisy. Ucieka przed nieuniknionym tłumiąc w sobie gorycz i żal. Wie że natura wydając go na świat potężnie go skrzywdziła, a przy okazji i jego najbliższych. Zdając sobie doskonale sprawę z niespełnienia jakiego koniec końców doświadczy, Button oczekuje w samotności na hmm... smoczek?

Tak też rzecz jasna się staje. Widzimy więc małego Benka którego życie ponownie krzyżuje się z już nieco starszą, acz nadal śliczną Daisy. Zakończenie tej historii jednak już raczej rozczarowuje. Jak z resztą cały film którego scenariusz miał przecież ogromny potencjał. Fincher jednak zrobił z niego typowego emocjonalnego killera. Momentami odczuwałem deja vu. Widziałem liczne analogie do takich melodramatów jak Wichry Namiętności, czy nawet Titanic. Od tego drugiego Fincher ściągnął nawet sposób narracji. Tam o miłości życia w realiach statku zderzającego się z górą lodową opowiadała nam podstarzała Kate Winslet, tutaj w ten sam schemat wcieliła się babcia Blanchett.

Nie dla mnie więc to raczej filmidło. Z pewnością jest to bardzo wzruszająca historia opowiedziana z wielką starannością i dbałością o detale. Typowy wyciskacz łez okraszony pięknymi zdjęciami i muzyką. Nie ma w nim jednak niczego więcej. Myśl przewodnia filmu, która ostrzega nas przed konsekwencjami nieodwracalności upływu czasu, tak na prawdę nie odkrywa żadnej Ameryki. Jest nudno i schematycznie. Do tego film jest o wiele za długi. Wróżę mu rzecz jasna spore powodzenie. Nawet może kilka Oscarów. Obejrzeć można, bo w sumie warto. Ale ja osobiście szybko o nim zapomnę.

3/6

poniedziałek, 9 lutego 2009

Requiem dla legendy

Zapaśnik
reż. Darren Aronofsky, USA, 2008
111 min. SPInka


Zacznę od osobistej refleksji. Do wszystkiego co zostało namaszczone przez Aronofsky'ego podchodzę z poczuciem wielkiego i bezwarunkowego zaufania. Jest to bowiem jeden z tych reżyserów, którego sposób ekspresji i wizjonerstwa, jest szalenie zbieżny z moją percepcją postrzegania kina. Niestety Darren filmy płodzi niezwykle rzadko. Od jego ostatniej produkcji (Źródło) minęły dwa lata. Od jeszcze wcześniejszego i najgłośniejszego (Requiem...) aż osiem. Dużo więc to dla mnie za mało. Tym bardziej więc nie mogłem doczekać się Wrestlera. U nas premiera kinowa dopiero za miesiąc. Wybaczcie, ale dość już miałem czekania.

Gdy w zeszłym roku czytałem pierwsze wiadomości i zapowiedzi przyznaję, że w pierwszej chwili trochę zwątpiłem. Amerykańskie zapasy najdelikatniej mówiąc, trącą mi największą tandetą i kiczem jaki kiedykolwiek widział ten usportowiony glob. Nie bardzo więc chciałem oglądać filmu o tych udających walkę spoconych jankesach. Zelektryzowała mnie jednak informacja o głównej roli w którą to został zaprzęgnięty dawno nie widziany na wielkim ekranie Mickey Rourke. Świetna wiadomość - pomyślałem. Poczekam więc. Nie będę ferował wyroków. Po raz kolejny zaufam Darrenowi.

No i co? No i znowu to zrobił. I to po raz kolejny po mistrzowsku. Zaskoczenie? Gdzie tam ;)

Tym razem Darren serwuje nam przepiękną historię o kawałku mięsa wyposażonego w całkiem człekokształtne odruchy. W jego mięsistą postać wcielił się oczywiście wspomniany wyżej idol nastolatek z lat 80tych. Filmowy Randy "The Ram" Robinson. Paradoksalnie, również i w filmie okazuje się być idolem tłumów z przed 20 lat. Czyżby więc podróż sentymentalna? Analogii do jego prywatnego życiorysu osobiście widzę tu znacznie więcej.

Randy jest zakurzoną i podstarzałą gwiazdą wrestlingu właśnie minionych już lat 80tych. Jednak już na dzień dobry przedstawiony jest nam jako wielokrotnie przekopany worek zgniłych ziemniaków.
Wielki to facet, odziany w dziesiątki blizn i śladów licznie stoczonych walk. Ale charakterologicznie stanowi emocjonalny wrak człowieka. Całe jego obecne życie to wynajmowana przyczepa kempingowa, zdezolowany bus, oraz praca na kilka etatów gdzie popadnie. Jest jednak coś co go utrzymuje na powierzchni i dzięki temu stara się nas przekonać do tego, że jakoś tam panuje nad swoim życiem. Co weekend bierze udział w ustawianych walkach pokazowych dla nielicznych entuzjastów tego jakże bardzo porąbanego sportu.

Oczywiście swojego zdania na temat wrestlingu nie zmieniam. Nadal uważam że to najgłupszy sport jaki można było wymyślić. Kompletnie go nie rozumiem i nie akceptuję. Jest absolutnym synonimem amerykańskości i ich prymitywnych zainteresowań. Nie mniej jednak... (no cóż), sposób w jaki przedstawił Darren tychże walczących ze sobą facetów, przyznaję... że spowodował iż, co prawda nadal zdanie mam jakie mam, ale przynajmniej postaram się aż tak bardzo złego słowa na temat wrestlingu nie rozpowszechniać.

Dla naszego kawałka mięsa zapasy to jednak całe życie. Był na ich absolutnym topie. Dzieciaki wieszały plakaty z jego podobizną nad swoimi łóżkami. Kobiety marzyły o nocy spędzonej z Randym, a faceci z brzuszkiem robili wszystko by tylko zdobyć bilety na jego walki. Teraz, dwadzieścia lat później, widzimy Randy'ego który mentalnie nadal tkwi w latach 80. Jego sława już dawno jest przeterminowana.
Tylko nieliczni pamiętają jego sylwetkę i osiągnięcia. Na ustawiane mini walki przychodzą garstki ludzi. Nikt już za nim nie tęskni. Nikt go nie wspomina. Sam Randy niczego się nie dorobił. Całe życie żył chwilą. Nie przejmował się nawet losem swojej córki. Interesowały i nadal interesują go tylko zapasy, a także striptizerka z pobliskiego klubu nocnego (słodziutka Marisa Tomei).

Randy z trudem wiąże koniec z końcem. Zalega z czynszem, brakuje na odżywki i inne dopalacze. Za walki dostaje marne parę dolarów. Ale dopóki walczy wie że żyje. Ciągle liczy że się odkuje. Że weźmie udział w wielkiej walce za dużą kasę, że powróci jego legenda, a wraz z nią liczni uśpieni fani. Za tą naiwność zostaje jednak brutalnie skarcony. W najmniej odpowiednim momencie Randy dostaje ataku serca. Wyrok najbardziej bolesny z bolesnych. Lekarze kategorycznie zabraniają mu brania udziału w dalszych walkach. Jego kondycja fizyczna jest fatalna. Psychiczna, Wydaje się być jeszcze gorsza. Randy zatem staje na zakręcie swego życia. Jedyne na czym mu zależało zostaje właśnie brutalnie odebrane.

Pod wpływem rozmowy ze striptizerką w której Randy wydaje się być zakochany, postanawia odmienić swoje życie. Zaczyna pracę na stoisku mięsnym w markecie. Ale przede wszystkim postanawia odwiedzić swoją dawno niewidzianą córkę i przeprosić za lata bezinteresowności. W obcych mu dotąd rolach (sumienny pracownik i dobry ojciec), Randy wydaje się nie radzić. Praca w mięsnym go poniża, a córka nie chce nawet na niego patrzeć. I tu się zaczyna prawdziwy geniusz aktorski Rourke. Po mistrzowsku podejmuje rękawicę. Chcąc udowodnić swojej córce jak bardzo się zmienił, zaczyna heroiczną walkę z własnym egoizmem i swoimi słabościami. Walkę tą niestety ostatecznie przegrywa, ale nie sposób odmówić mu ambicji. Jego ból i bezradność emanują nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów szczerością i chęcią dokonania zmian w swoim życiu. Przeprowadzony przez niego publicznie rachunek sumienia spowodował, iż zacząłem mocno trzymać kciuki za powodzenie jego planów.

Niestety. Darren nie byłby sobą, gdyby pozwolił spełnić me prośby. Nie spełnił moich... lecz Randy'ego. Przywrócił go ponownie na ring. Sprezentował mu walkę życia. Ostatnią. Randy podejmuje wyzwanie. Zbiera swe siły aby ostatecznie zmierzyć się ze swoją przeszłością. Znowu są tłumy fanów. Ci znów skandują jego imię. Ponownie śpiewa dla niego Axel Rose. Wspaniałe lata 80 is back. I kiedy raptem widzimy na chwilę przed skokiem na swojego przeciwnika szczęśliwego Randy'ego, nagle pojawia się czarny ekran. Tą wzruszającą opowieść Darren pozwala nam dokończyć po swojemu.

Kapitalny film. Rola Rourke, dla mnie oskarowa. Odniosłem wrażenie, że Mickey przy pomocy Randy'ego rozprawia się ze swoim prywatnym życiem i osobistymi klęskami. Aronofsky trafił w dziesiątkę stawiając na niego. A Rourke nie odmawiając Darrenowi - powrócił do życia na nowo.

5/6

środa, 4 lutego 2009

Mafia z ludzką twarzą

Gomorra
reż. Matteo Garrone, ITA, 2008
135 min. Syrena Films



Książki niestety nie czytałem. Nie wiedziałem więc czego dokładnie mam się po filmie spodziewać. Wiem tylko, że publikacja Roberta Saviano wywołała we Włoszech pokaźnych rozmiarów burzę. Oskarżona przez autora i obdarta ze szmat mafia wydała na niego wyrok. Saviano napisał o tym o czym wiedziały całe Włochy, ale nikt nie odważył się tego głośno i otwarcie wcześniej powiedzieć. Wyrok śmierci paradoksalnie przysporzył autorowi ogromnej popularności, a Matteo Garrone postanowił przenieść historię neapolitańskiej kamorry na ekran.

Dotąd w filmie włoska mafia była przedstawiana jakby odrysowana od jednego i tego samego szablonu. Zwłaszcza w hollywoodzkim wydaniu. Była więc siła i potęga rodziny która była najważniejsza. Jej mocne, wielopokoleniowe i nierozerwalne więzi, poetycka wręcz miłość, oraz ogromne wpływy. Okrucieństwa i szemrane interesy ukazywane były w taki sposób, że widz w większości odczuwał raczej sympatię do bohaterów, samemu opowiadając się po stronie teoretycznie tylko ciemnych charakterów. Imponował nam niepisany kodeks zachowań, charaktery bohaterów, charyzma oraz ich lojalność względem głów rodzin. Mitologiczny już Ojciec Chrzestny wpoił nam wręcz liryczne piękno, a charakterystyczne role De Niro, Pacino, czy Brando trwale zakorzeniły się w filmowym kanonie.

Być może tak to wszystko wyglądało naprawdę. Taki obraz mafii był utrwalany przez lata za oceanem. Jednak we Włoszech, kolebce komorry, wszystko wyglądało jakby inaczej. Gomorra opisana przez Saviano i pokazana przez Garrone, dla tych którzy włoską mafię odbierają oczami amerykanów, może wprowadzić w osłupienie. Film jest autentyczną antyreklamą Włoch i Neapolu. Slamsy, permanentny bród, kryzys zasad moralnych. W tej oto atmosferze doświadczamy zderzenia naszej dotychczasowej i nieco naiwnej wiedzy o budowanej przez lata legendzie, z brutalną szarą rzeczywistością. Matteo Garrone na przykładzie kilku pozornie nie związanych ze sobą wątków, opowiada nam z zachowaniem odpowiedniego dystansu schematy i procesy zachodzące w głowach członków mafii, ich młodych adeptów, czy o chłopięcych marzeniach o wstąpieniu do mafijnych struktur. Mechanizmy niby te same co u Scorsese, ale obdarte z nowobogackich szat. Odziane tylko w socjopatyczną manię współuczestnictwa. Nic innego się nie liczy.

Momentami miałem wrażenie że oglądam dokument. Surowa przestrzeń, kapitalna praca kamery której celem nadrzędnym wydawać by się mogło, była zasada "obserwuj ale nie przeszkadzaj". Minimalizm w formie i treści dodał co prawda całej produkcji uroku, ale stawiając widza w bezpiecznej odległości, w roli bacznego obserwatora, nie pozwolił nam zaprzyjaźnić się ani choćby zidentyfikować z żadnym z przedstawionych bohaterów. Zapewne było to celowym posunięciem. Widz miał skupić się przede wszystkim na strukturach działania organizacji, jej wielkości i sile perswazji.
Ale w tych mocno sterylnych warunkach zabrakło mi jednak jakiegoś impulsu. Czegoś co pobudzi, wyznaczy drogowskaz. Film wydaje się więc być trochę bezpłciową produkcją. Ma problemy z samookreśleniem się. Ale przynajmniej zachęca do dyskusji i przemyśleń. A to już całkiem sporo.

3/6

niedziela, 1 lutego 2009

Trochę o filozofii kibica

Cass
reż. Jon S.Baird, GBR, 2008
108 min.


Sięgnąłem po ten tytuł w zasadzie tylko dlatego, że będąc dość blisko kibicowskich klimatów, jestem zawsze ciekaw każdej produkcji filmowej która dotyka znanej mi sceny. Zwykle czynię to z ciekawości, bowiem interesuje mnie jak ludzie pochodzący teoretycznie z zewnątrz widzą nas - kibiców.

W Polsce rzecz jasna widzą nas tak jak np. lobbują temat dziennikarze redakcji sportowej Gazety Wyborczej. Czyli standardowo. Bydło, bandyci, złodzieje... słowem kibole. Taką oto właśnie definicję wymyślili sobie ci smutni Panowie. Niestety dla nas, polskie społeczeństwo w zdecydowanej większości podziela zdanie owych Panów. Dlatego też każdy kibicowski wątek pojawiający się w polskim filmie czy też serialu, przyjmuje raczej groteskowy wyraz twarzy.
Wszystko dlatego, że odbiór kibiców piłkarskich w tym kraju jest mocno zafałszowany, wyboldowany i celowo negatywnie wykreowany przez media. Nie będę się jednak zbytnio rozwodził nad tematem, bo też mi się zwyczajnie za bardzo nie chce. Jednak również na wyspach, jak i prawie w każdym innym wystarczająco cywilizowanym kraju, problem kibiców również istnieje. Tzn też są. Kibice w sensie.

I również praktycznie wszędzie się ich nie lubi. Mam tu na myśli zorganizowany ruch kibicowski, a nie jakichś tam Andrzejów z trąbkami (bez urazy rzecz jasna dla tych pierwszych). Zorganizowane, często fanatyczne grupy kibicowskie przeważnie prowadzą na trybunach własną politykę, która to nie zawsze jest spójna z interesem właścicieli naszych klubów. Celem nadrzędnym posiadaczy klubu są pieniądze, szybki zysk i bezwarunkowa dyscyplina na trybunach. Zaś interesem kibiców jest permanentne dobro klubu z poszanowaniem jego historii oraz tradycji, jak i dobro samych siebie. Bez żadnych negocjacji. I tu pojawia się klasyczny konflikt interesów.
Kibice bowiem byli, są i zawsze będą obecni na własnych trybunach. Zawsze będą się czuli współwłaścicielem tego na czym wyrośli i w co się zaangażowali. I to niezależnie od poziomu sportowego reprezentowanego przez swoich piłkarzy oraz miejsca w ligowej tabeli. Natomiast majętni właściciele klubów, traktują je tylko jako inwestycję. Jedni i drudzy przeważnie nie mogą więc spotkać się we wspólnym mianowniku. Finał tej zabawy kończy się przeważnie zawsze w ten sam sposób. Winą za wszelkie zło obarczani są kibice. Wszystko jest pięknie, piłkarze wygrywają, tylko im coś zawsze nie pasuje.

Tytułowy Cass Pennant również wywodzi się ze środowiska kibiców, dla których ważne jest coś więcej niż tylko ciepły hot dog zjedzony na trybunach. Jest to opowieść oparta na biograficznej historii opisanej przez czołowego kibica West Ham United, członka legendarnej grupy Inner City Firm. Jest szorstko, czasem może i brutalnie, czasem śmiesznie, ale za to prawdziwie. A przynajmniej takie były założenia. Ruch kibicowski wywodzi się bowiem z niższych warstw społecznych. Na trybunach nigdy nie było Wersalu, ale w obecnych czasach, w których rządzi w sporcie przede wszystkim rozrywka i pieniądz, awanturujących się i nie chcących dostosować do współczesnego szablonu grzecznych i bogatych kibiców nikt już dzisiaj nie potrzebuje. Ci, wyposażeni od kołyski w pewne ideały i okrzepnięci na szlaku swoich wyjazdowych meczy, pozostawieni są więc samym sobie. Zatem rozgrywają często swoje prywatne spotkania. Czy to na dzielnicy, w swoim mieście lub na zupełnie obcym terytorium. Cass stara się właśnie opowiedzieć o tych być może nieco zawiłych i niezrozumiałych dla przeciętnego człowieka kibicowskich przygodach.

Na wyspach powstało już wcześniej kilka tego typu produkcji. Pionierem wśród nich był całkiem niezły i ceniony Football Factory. Był też nieco gorszy Green Street Hooligans. Tak więc angole, którzy przez wielu stawiani są na szczycie światowej kibicowskiej drabinki, i mimo że od dobrej dekady zwalczani są we własnym kraju przez wszystkich kogo tylko popadnie, potrafią jednak zrobić ciekawe oraz dobre kino poruszające dość trudną z założenia i do zobrazowania tematykę.
Niestety tym razem się nie udało. Jonowi Baird zabrakło chyba pomysłu na opowiedzenie przecież bardzo ciekawego życiorysu legendy kibiców londyńskiego klubu. Może nie udało się to dlatego, że ów reżyser to permanentny żółtodziób. Nowicjusz, który nie nakręcił jeszcze nic wyjątkowego.

Mamy więc do czynienia z filmem który nie zrobi furory ani w światku typowo kibicowskim (bardzo nieudolnie zobrazowanie owego światka), ani też nie za bardzo przypadnie do gustu zwykłym zjadaczom chleba. Ci ostatni raczej nie zrozumieją intencji i zamysłu reżysera. Nie wiem nawet czy sam reżyser rozumie. Nie wiem więc do kogo tak naprawdę kierowana jest ta produkcja. Ja nie zobaczyłem w niej niczego czego nie doświadczyłbym już we wcześniejszych wspomnianych wyżej przeze mnie tytułach. Potraktowałem więc film bardziej jako ciekawostkę. Dowiedziałem się z niego trochę o legendzie kibiców West Hamu. O jego życiu, początkach kibicowania i życiowych, czasem humorystycznych, a czasem szalenie dramatycznych wydarzeniach opartych na faktach. Fajnie. Ale nic poza tym.

2/6

niedziela, 25 stycznia 2009

Nudne przez kiepskie

Tajne przez poufne
reż. Joel, Ethan Coen, USA, FRA, GBR 2008
96 min. Best Film


To znowu oni. Bracia Coen. Po "To nie jest kraj..." znacznie zaostrzył mi się apetyt na ten reżyserski duet. A raczej - powrócił mi apetyt. Czytane opinie? Różne, różniste. Jednak nie traktując ich ze zbyt wielką powagą, oraz mając na uwadze fakt, że statystycznie braciszkowie tylko średnio raz na kilka lat płodzą naprawdę wybitny film, sięgnąłem po ich najnowszy produkt, lecz z dużą dozą ostrożności. Nie oczekiwałem po nim zbyt wiele. Ale mocna obsada dawała nadzieję na podtrzymanie dobrej, ubiegłorocznej braterskiej passy.

Tym razem braciszkowie zaserwowali nam komedię. Czyli konwencję w której czują się chyba najlepiej. Ponownie wielkie nazwiska i znowu wątek szpiegowski. Sprawdzona recepta, a może wygodnictwo? Muszę przyznać, iż lista nazwisk biorących udział w tym jednak umiarkowanie śmiesznym przedstawieniu, zrobiła na mnie całkiem duże wrażenie. Lubię ten łysy łeb Malkovicha, oraz jego charakterystyczny grymas na twarzy, pojawiający się niemal w każdej produkcji do której zostanie zaproszony. Mam do niego słabość, więc zacznę od niego. Tym razem powierzono mu rolę agenta CIA. Coenowie wyposażyli go w niewierną żonę, problemy z alkoholem, oraz idące za tym problemy w pracy. Życie. Nasz agent Cox w konsekwencji traci swoje prestiżowe stanowisko. W akcie wściekłości, a może i desperacji, postanawia spisać swoje wspomnienia w celu ośmieszenia i skompromitowania swoich dawnych kolegów.

Coenowie nie byli by jednak sobą, gdyby nie postanowili utrudnić troszeczkę życie Coxowi. I tak, jego zołzowata żona (Tilda Swinton), przypadkiem znajduję cedeka z dziełem życia swojego mężulka. Jak to też zwykle bywa w tego typu produkcjach, postanawia tej płyty już mu nie oddawać (oj nie ładnie). Jej braciszkowie również postanowili skomplikować odrobinę życiorys. Wredna żonka gubi więc płytkę w klubie fitness. W tym też miejscu i momencie, pojawia się szalony duet gwiazdorski. McDormand-Pitt. Czyli głupia i głupszy. I to dosłownie.

Oczywiście znajdują tą płytę i nie wiedzieć czemu od razu wiedzą, iż to co się na niej znajduje łatwo można zamienić na gruby szmal. Układają więc plan jak tego dokonać. Do tej jakże zawiłej historii swoje dwa grosze dorzuca również pomysłowy Dobromir. Uroczy, acz mocno obciachowy George Clooney (brziiidal). Fajną mu rolę bracia powierzyli, gdyż jego głównym sensem istnienia w tejże produkcji jest permanentne ciupcianie. Dyma wszystko co się rusza i na drzewo nie czmycha. Z czego też skrupulatnie aktor korzysta. Pani Cox wpada więc zupełnie przypadkiem w jego obsesyjne i pełne żądzy sidła. Tak więc akcja nam się zagęszcza, a nawet ze sobą krzyżuje.

Głupia i głupszy kontynuują realizację swojego szalonego planu. Szantażują naszego agencika. Ten obchodzi się z nimi w dość osobliwy sposób. Z wielkim wdziękiem i gracją rozbija nos Panu głupszemu. Do gry wkraczają coraz to nowsi gracze, a cała historia powoli wymyka się z rąk. I to dosłownie wszystkim. Coxowi który paraduje z siekierą przed domem. Panu od ciupciania który niechcący naciska spust celując w szafę. Panu głupszemu, który na jego nieszczęście chwilę wcześniej do niej włazi. W końcu i braciom Coen, którzy w układaniu szalonej intrygi, zagubili jakby samych siebie.

O co w tym wszystkim chodzi? Nie odpowiem, bo pytanie to nadal stanowi dla mnie nie lada wyzwanie. Niby dzieje się wiele. Aktorstwo wyśmienite. Kilka całkiem urokliwych scenek. Szczypta typowego dla braci humoru i śmiechu. Ale zestawiając wszystko w jedną całość... flaki z olejem niestety. Historyjka barwna i zabawna, ale w sumie o niczym. Lekko, łatwo i umiarkowanie przyjemnie. Wyleciało z głowy zaraz po obejrzeniu. Szkoda.

3/6