Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camerimage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camerimage. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Trzy razy jeden

Ida
reż. Paweł Pawlikowski, POL, DEN, 2013
80 min. Solopan
Polska premiera: 25.10.2013
Dramat



Na swój sposób to jest mi nawet trochę głupio, że kazałem Idzie czekać na siebie tyle czasu. Zwłaszcza, że miałem ją już kilka razy na wyciągnięcie ręki. Najpierw, jeszcze w październiku, byłem o włos, aby ją zaliczyć obejrzeć na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Miałem ją już wybraną we wstępnej selekcji, ale na ostatniej prostej stchórzyłem, tzn nie, to złe słowo. Wcale nie stchórzyłem, tylko postawiłem na inne tytuły, bo budżet i czas miałem okrojony, a pożądanych pozycji, zwłaszcza niedostępnych w późniejszym kinowym repertuarze zbyt wiele. Idę obejrzę sobie później w kinie - mówiłem. Jasne. Odpuściłem ją także dlatego, że mierził mnie trochę jej opis i ogólna tematyka, która na myśl przywodziła mi Pokłosie, a te dostarczyło mi jedynie wielkiej zgagi. Znów zapachniało polskim cebulactwem, wydumanymi zbrodniami na narodzie żydowskim i drzwiami od stodoły.

Mijały miesiące, a Ida zgarniała kolejne, całkiem prestiżowe, także zagraniczne nagrody. Londyn, Toronto, sukces kasowy we Francji, w kraju też zgarnęła niemal wszystko co tylko było możliwe. Niektórzy nawet się mnie pytali (jak bym był jakąś wyrocznią), co ja w ogóle sądzę o filmie i czy warto go obejrzeć. A ja co? Jajco. Nic nie sądzę, bo przecież jeszcze nie widziałem. Na szczęście to już przeszłość. Wkurwiłem się, mówiąc najoględniej i kupiłem sobie Idę na DVD.

No i cóż. Żałuję, że kazałem jej tyle czasu czekać, ale to już pisałem. Cieszę się bardzo, że Pawlikowki nie poszedł śladami Pasikowskiego i nie skupił się głównie na złych Polakach-Katolikach, bezwzględnych mordercach niewinnych Żydów. Owszem, ten wątek jest w tej niezwykłej historii poruszony, powiedzmy, że występuje w tle, ale jego odbiór w stosunku do całości nie wzbudził we mnie większego niesmaku, tak jak wspomniane Pokłosie właśnie. Pawlikowski inspirując się życiorysem prawdziwej stalinowskiej sędziny, komunistycznej bestii - Haliny Wolińskiej, stworzył postać prokurator Wandy (kapitalna Agata Kulesza) i może trochę zbyt delikatnie ją potraktował, nawet pozwalając widzowi się z nią zaprzyjaźnić, ale na swój sposób została ona w filmie za swoje czyny ukarana. W przeciwieństwie np. do gen. Jaruzelskiego, który nadal przedstawiany jest w mediach jako bohater i w gruncie rzeczy miły, poczciwy dziadek, a nie tak jak powinno się go nazywać - zdrajcą, mordercą i dyktatorem. Jednak życie w Polsce nauczyło mnie już tego, abym się temu nie dziwił.

Niewinność, delikatność, czystość i miłość do Boga jak i drugiego człowieka symbolizuje w tym filmie tytułowa Ida, która w duecie z "krwawą Wandą" maluje niezwykły obraz utkany z naszej bolesnej historii, którą nadal trudno jest sprawiedliwie osądzić. Podoba mi się głównie to, że reżyser niczego widzowi ordynarnie nie narzuca, skupia się jedynie na emocjach, na ludziach, a nie na ideach. Oczywiście wszystko zależy od nas samych jak ostatecznie zinterpretujemy ten obraz, ale sądzę, że bez względu na światopogląd widza, odbiór filmu wszędzie będzie podobny, czego najlepszym dowodem są zachwyty zagranicą.

Jednak mój największy aplauz budzą w Idzie czarno-białe zdjęcia, oraz fantastyczne kadry, które w nieruchomej konwencji, poprzez zastygłą w bezruchu kamerę obserwują nieśpiesznie poprowadzoną historię. Aktorzy czasem aż nie mieszczą się w jej głębi i ramach, co tylko potęguje doznanie artystycznej estymy i uzyskuje odczucie kameralnej klimatyczności. Piękne, subtelne, wyciszone, aktorskie kino z bijącą z niego mistyczną wręcz duchowością przywodzącą na myśl największe dzieła Bergmana. Czuć w nim zarówno chłód, jak i gorąc od wulkanu emocji. Ida nawiązuje, oraz czerpie całymi garściami z największych klasyków polskiego kina. Jakże się cieszę, że nadal jeszcze nie zginęło.  

5/6

IMDb: 7,5
Filmweb: 7,2





Blue Jasmine
reż. Woody Allen, USA, 2013
98 min. Kino Świat
Polska premiera: 23.08.2013
Dramat, Komedia



Muszę to z siebie wyrzucić. Woody Allen przestał mnie jarać. Właściwie, to stało się to już jakieś 12 lat temu, za czasów Klątwy Skorpiona, czy Koniec z Hollywood, a w kolejnych latach, przy pomocy swoich romantycznych wojaży po Europie, coraz częściej zaczął mnie wręcz irytować. W pewnym sensie można zaryzykować stwierdzenie, że wyrosłem już z tego żydowskiego neurotyka, tak jak i z kina Almodovara, którym przecież też się kiedyś jarałem. Nie mniej, w momencie kształtowania się mej kinematograficznej wrażliwości, twórczość Allena była mi bardzo bliska. Zwłaszcza cenię sobie jego reżyserski dorobek z lat 70-tych i 80-tych. Nowy Jork, kłopoty z zaadaptowaniem się do wielkomiejskiego tempa i stylu życia, toksyczność związków międzyludzkich, schorzenia nerwicowe oraz te na tle psychicznym, do tego błyskotliwe dialogi, dystans do samego siebie i siarczysty humor. Imponowało mi to. Allen był pewnego rodzaju lustrem, w którym można było się samemu przejrzeć, a nawet zaśmiać z własnego odbicia, o ile ktoś to w ogóle potrafił. Mnie akurat nigdy nie sprawiało to większego problemu, dlatego przez wiele lat kumplowałem się z tym przemądrzałym kurduplem w okularach.

Ale z końcem lat 90-tych Allen raptem się w tym wszystkim zatracił. Może mu się znudziło, może miał dość, nie wiem, ale nagle przestał być psychoanalitykiem milionów. Co prawda próbował jeszcze ze dwa razy wrócić do swych korzeni, zwłaszcza w niezłym według mnie Whatever Works, ale na tle nowych szaleństw jakimi zaskarbił sobie sympatię, zwłaszcza pań, dla których nowy Allen stał się czarującym i szarmanckim przewodnikiem po wykwintnym świecie pełnego dostojności rodem z wyższych sfer i z romantyzmem w tle (w skrócie - Vicky Cristina Barcelona), wyglądało to już, może nie mało poważnie, ale po prostu inaczej. W pierwszej chwili nawet mi się to podobało, ale dziś, z perspektywy czasu, mam żal. Mam żal, że opuścił Nowy Jork. Podobał mi się jeszcze względnie O północy w Paryżu, ale bardziej dlatego, że sam już przestałem oczekiwać od tego gnojka w pinglach czegokolwiek z niego samego.

Do Blue Jasmine podchodziłem więc jak pies do jeża. No kompletnie mnie nie ciągnęło. Już po samym przeczytaniu opisu wiedziałem doskonale jak będzie mi smakował jej finalny odbiór. Ot, typowy Allen znany mi dobrze już od prawie piętnastu lat. Na dźwięk jego nazwiska zaczął towarzyszyć mi przesyt jego ogólnej twórczości. Ja wiem, że w jego wieku facet zapewne chce płodzić jak najwięcej i ciągle nie chce zdejmować nogi z gazu, a wręcz ją dociska, w końcu w głowie kłębi się już z pewnością pewna niepokojącą myśl, która szepcze na ucho, że to może być już jego ostatni film. Bo może. Nie mniej, od kilku już lat, gdy widzę zbliżającą się premierę nowego filmu Allena kręconego głównie w Europie - ciężko se wzdycham.

Sięgnąłem jednak po Blue Jasmine, bo mimo wszystko nie dawała mi spokoju i oczywiście otrzymałem dokładnie to, czego się po niej spodziewałem. Typowy, współczesny Allen. Multum dialogów, czasem nawet zabawnych, problemy egzystencjalne kilku bohaterów, pastisz i satyra zwłaszcza na nowobogackie środowiska, ą i ę, do tego skomponowany przez samego Allena jazz, niezła Cate Blanchett i… w zasadzie to wszystko. Miła rozrywka na niedzielne popołudnie. Szkoda, że Allen dostarcza nam dziś już tylko tego. Cóż. Starość nie radość.

3/6

IMDb: 7,4
Filmweb: 7,0





Dom Hemingway
reż. Richard Shepard, GBR, 2013
93 min.
Polska premiera: ?
Dramat, Komedia, Gangsterski



Zupełnie nie dostrzegłem tego tytułu w na bieżąco układanym w mym łbie repertuarze. Możliwe bardzo, że byłem w tym czasie w kiblu, chory, albo akuratnie trzeźwiałem. Przez miesiąc. Na Hemingwaya wpadłem dopiero przed kilkoma dniami, przypadkiem i przy okazji gapiąc się tak bez sensu na fejsbuka innych. Wystarczył mi jednak tylko jeden kadr, jedno zdjęcie podpisane zabawnym dialogiem, żeby obudzić w sobie głód gangsterki.

Jeszcze tego samego dnia zmierzyłem się więc z uroczym w chuj Jude Law (z ręką na sercu, nie mam pojęcia jak odmienić jego nazwisko na swojski). Nie muszę tu chyba po raz kolejny pisać, jednak i tak to zrobię, że uwielbiam takież to ekstremalne jednostki ludzkie podziwiać na ekranie. Mam słabość do wykolejeńców, pojebańców i wszech maści narwańców, którzy lubią stawiać na szali swojego życia wszystko co tylko znajduje się w ich zasięgu. Tytułowy Dom Hemingway to uznany na rynku kasiarz i złodziej (pijak rzecz jasna również), który wyłazi z pudła po dwunastoletniej odsiadce. W międzyczasie umiera mu żona, a jego latorośl, która słusznie go nienawidzi, jest już matką jakiegoś małego mulata. Hemingway musi jednak wpierw zadbać o swoje interesy i bierze się za odebranie nagrody za trzymanie mordy w kuble w czasie swojej garowania.

Scenariusz wydaje się być prostszy od szkolnego przedstawienia z okazji Dnia Matki, ale okraszony zjawiskowymi dialogami oraz charyzmą Jude Law, ostatecznie daje radę. Gorzej z jego odzwierciedleniem i przeniesieniem na ekran. Tutaj młokos - Richard Shepard - poległ niemal w całej rozciągłości. O ile początek filmu daje nadzieję na wyjątkowo zgrabne, szemrane kino w stylu kultowego już Przekrętu (otwierający tekst o kutasie Hemingweya – arcydzieło), to im dalej w las, tym więcej chorych drzew.

Rozczarowanie ogromne, bo też i oczekiwania po zapijaczonym, narwanym i uroczym skurwielu miałem tak samo wielkie jak jego ego. To jednak nie jest jego winą, że reżyser nie udźwignął ciężaru, albo też nie miał pomysłu na porządne szarpnięcie. Jude Law obronił ten film przed ostatecznym i w pełni zasłużonym linczem, także bez dwóch zdań wprowadzając do powszechnej, obiegowej świadomości milionów tysięcy kilka zabawnych dialogów i ocierających się o geniusz scen, ale to jednak dużo za mało, aby wbijać sobie do głowy ten tytuł. Mały plusik jeszcze za naplucie w twarz tej błąkającej się po świecie mendy - poprawności politycznej, i to by było w sumie na tyle. Dom Hemingway jest cool, ale film o nim mocno do dupy. Spieprzyli niezłych rozmiarów potencjał. Cóż, nie mój problem.

3/6

IMDb: 6,3
Filmweb: 6,4



czwartek, 24 kwietnia 2014

Przemoc w czasach dobrobytu

Heli
reż. Amat Escalante, MEX, GER, FRA, 2013
105 min. Spectator
Polska premiera: 31.01.2014
Dramat




Brutalność, przemoc i dosłowne ich przenoszenie na ekran już dawno przestało mną wstrząsać. W świecie permanentnych morderstw, zabójstw, lokalnych wojen i wypadków drogowych, którymi przecież tak chętnie epatuje telewizja, coraz trudniej jest człowiekowi uronić łzę nad kolejnym trupem. „W wyniku porannej kolizji dwóch samochodów na krajowej siódemce zginęło pięć osób, dwie są ciężko ranne, w tym ośmiomiesięczne dziecko” – I nic. Przełączasz na inny kanał gdzie między jednym serialem a drugim lecą jeszcze reklamy. Odnoszę wrażenie, że ludzie dziś bardziej wzruszają się na widok zdjęć małych kotków i piesków znalezionych w lesie, niż na widok kolejnych śmiertelnych ofiar np. gdzieś w Syrii. Znieczulica. Ktoś powie - Takie czasy. Ludzie się przyzwyczaili. A ja tylko przytaknę i dodam od siebie - Media zwyczajnie obrzydziły nam śmierć i cierpienia innych ludzi.

Przed kompletnym olaniem przemocy i brutalizacji społecznej bronią się jeszcze cierpienia nieletnich oraz dzieci. Tak, tu jeszcze można zbudować wokół tematu jakiś kapitał i wzbudzić zainteresowanie przeciętnego kapitalistycznego grubasa. Bieda i głód? Nie, to trochę za mało. Przerabialiśmy to przecież już w latach 80-tych. Żadna sensacja, wymyślcie coś lepszego. To może jakiś gang nieletnich? Wyzysk, narkotyki i brutalna przemoc? Byyyło, no, ale Europa może da się raz jeszcze na to złapać. I po raz kolejny złapała, gdzieniegdzie. Wystarczyło trochę egzotyki, ukazanie meksykańskiej prowincji, domu z blachy, a w nim młode małżeństwo i małe dziecko. Niedojrzałość, naiwność, niewinny błąd nieletnich, przez co skorumpowana władza wraz z lokalnym gangiem zaczyna się upominać o swoje. Prosta recepta. Jury zeszłorocznego festiwalu w Cannes to wystarczyło.

Mnie tak już trochę nie bardzo. Cierpię chyba na tą samą znieczulicę co te wszystkie miliony wokół. Newsy w telewizji zastąpiłem sportem i filmami, a gazety czytam po nagłówkach. Myślę, że tylko utrata kogoś bliskiego może dziś wywołać w człowieku te reakcje, jakie winny się w nim tlić przy byle tragicznej okazji. Dlatego więc przed hiszpańskim reżyserem pojawiło się bardzo trudne zadanie, aby tytułowego Heli, oraz jego rodzinę jak najdokładniej przybliżyć widzowi i spowodować, żeby odbiorca się z nimi wszystkimi zaprzyjaźnił, polubił, bo może dopiero wtedy ich cierpienie wyda mu się hmm... takie ludzkie. Niestety sztuka ta nie bardzo mu się udała. Heli jest takim lekko orientalnym z punktu widzenia Europy głosem wołającym na puszczy, że tak oto w XXI wieku ciągle dzieje się komuś niesprawiedliwość społeczna i krzywda, oraz, że w zasadzie nikogo to nie obchodzi. Bo nie obchodzi. Najmocniej przepraszam, ale też mi odkrycie. Nie mniej lubię takie historie. Surowe, obdarte z odcieni oczojebnych pasteli i złudzeń, które walą między oczy prawdą oraz próbują ci udowodnić, że: Co ty kurwa wiesz o ciężkim życiu? I faktycznie, po obejrzeniu Heli moje cierpiące przez świąteczne przeżarcie ego wydaje się co najmniej trochę niepoważnie. Ale też z drugiej strony medalu, kompletnie się tym nie przejąłem.

Początek filmu, pierwsza scena i już wiesz, że film powstał tylko i wyłącznie po to, aby zadać widzowi ból. Nieważne jaki. Może być nawet i ból dupy od kinowego fotela. Ważne, aby bolało i z ogromu tegoż cierpienia wyłoniło się coś pięknego, jakaś ulotna myśl, morał czy wniosek. Heli przeleciał przez polski repertuar kinowy niczym testowane Pendolino przez stację Łowicz. W Warszawie grali go w styczniu, chyba w trzech, może w czterech kinach. Jak wspomniałem na początku, przemoc, nawet w wydaniu latynoskim przestała już robić na Europejczykach jakiekolwiek wrażenie. Przemoc, to dla nas żyć za tysiąc złotych. Brazylijskie Miasto Boga w 2002 chyba wyczerpało temat nieletnich, którzy bezsensownie giną w świecie zarezerwowanym dla dorosłych. Świadomość przeciętnego europejskiego białasa jest dziś więc taka, że nieletnie dzikusy tam za oceanem albo w Afryce, latają po swoich favelach boso i strzelają do siebie z ostrej, kropka. Po cholerę więc zawracać mu jeszcze tym dupę bardziej?


Pewnikiem przy okazji tegorocznego mundialu w Brazylii wszystkie możliwe światowe organizacje społeczne będą grzmieć i bić na alarm, że jak to tak, taka tu bieda, przemoc i narkotyki, a obok za płotem cały świat spaceruje sobie z klapkami na oczach? Jakimś Europejczykom pewnie ukradną wszystkie pieniądze, może też komuś spadnie łeb w ciemnej uliczce, gdy przez przypadek wsadzi go gdzieś za głęboko, jeszcze innym na znak miłości i światowego pokoju drogą płciową zostanie przekazany symbol globalnej miłości – HIV. Na stadionach i w fun-zone’ach będzie bawił się cały świat, a tuż obok gdzieś w slumsach z głodu będzie umierało małe dziecko, którego tragizm zostanie uwieczniony na drogiej kamerze - osiągnięciu światowej techniki, a jej operator i reżyser w jednej osobie zgarnie na prestiżowym festiwalu filmowym nagrodę za najlepszy dokument. Mundial się skończy. Stadiony i lament pozostaną. Wiemy to przecież najlepiej, cyrk obwoźny był także i u nas, dwa lata temu.

Meksykańskie Heli jest więc wypisz wymaluj takim przerywnikiem w naszym konsumpcyjnym uganianiu się za cudzym ogonem. Ulokowane gdzieś pomiędzy lunchem a kolacją sporządzoną z mrożonki Hortexu (sorry za lokowanie) po pracy. Ogląda się go trochę jak główne wydanie Wiadomości. „A teraz informacje ze świata. Giną ludzie. Umierają tysiące. Z głodu” - A chuj mnie to obchodzi! Mi brakuje na nowy amortyzator do roweru i jakoś nie dramatyzuję, po czym czekam na sport i pogodę. Mimo, że zawsze byłem dość wrażliwym dzieckiem, a teraz, będąc zupełnie dorosłym, jestem (jak mnie się przynajmniej wydaje) także dość wrażliwy na ludzkie cierpienie, to jednak przez upowszechnienie się przemocy i zadomowienie się jej w wygodnym fotelu środków masowego przekazu, coraz częściej przyłapuję siebie samego zastygłego na levelu: „jebie mnie to”. I wiecie co? Wcale nie mam przez to wyrzutów sumienia.

Owszem, w Heli wkurzająca jest ludzka niemoc i bezsilność, oraz godność człowieka umorusana po nos w gównie. Całkiem możliwe, że ta opowieść przez krótką chwilę uświadomi komuś, że wcale nie żyjemy w fajnych czasach, tak jak mu się dotąd wydawało, acz ciągle naiwnie wierzę, że wszyscy jesteśmy już tego dawno świadomi. Na trwałe zmiany w umyśle odbiorcy jednak bym specjalnie nie liczył. Film wydał się mi dość bezrefleksyjny i bynajmniej nie jest to winą reżysera, ani też jego twórców. Przynajmniej nie największą. To światowa polityka i media komentujące otaczającą nas rzeczywistość spowodowały, że mamy tego wszystkiego przesyt, że lepiej ogląda się dziś pornole i gapi na cycki oraz małe kotki na fejsbuku. Dlatego właśnie Heli jest z gruntu przegranym filmem, mimo, że co do zasady jest filmem dobrym. Z pewnością świat nie uroni nad nim łez, czego zresztą jego tournée po polskich kinach jest tego najlepszym przykładem. W dobrobycie, choćby tylko iluzorycznym, ludzie i tak mają wyjebane na biedę, przemoc i wojny. Przynajmniej do czasu, kiedy te nie upomną się o niego samego, ale wtedy będzie już za późno na reakcję, a wyciągniętą raptem łapę po pomoc upierdolą ci inni, podobni do Ciebie. Film rzecz jasna polecam.

4/6

IMDb: 7,0
Filmweb: 6,5





wtorek, 4 marca 2014

Sentymentytakietam

Inside Llewyn Davis
reż. Ethan, Joel Coen, USA, FRA, GBR 2013
105 min. Vue Movie Distribution
Polska premiera: 28.02.2014
Dramat, Komedia, Muzyczny



Nareszcie. Mit faceta z gitarą został obalony. Wbrew obiegowej opinii, wcale nie jest to wyśniony ideał kobiecej natury wychowanej na Harlequinach, żaden też piękny książę przemieszczający się na białym rumaku, który dla swej wybranki serca komponuje serenady i wyśpiewuje jej pod oknem blokowisk obiecując przy tym baśniową miłość i romantyczne kolacje w McDonald's, oraz wierność aż po kres ostatniej spłaconej raty za wspólne mieszkanie. Wiem o tym najlepiej, bo sam od lat rzępolę na jednej z trzech swoich gitar i jedyne co udało mi się dzięki nim porwać, to struny, a nie jakieś tam kobiece serca. Niewiasty wolą jak je się utrzymuje, po prostu, a nie śpiewa do kotleta w dziurawych skarpetach. True story.

Być może z podobnego założenia wychodzą bracia Coen, którzy sięgając po biografię amerykańskiego muzyka folkowego – Dave’a Van Ronka, zmasakrowali trochę nas wszystkich, tych szarpiących za struny do ogniska w blasku księżyca, oraz wepchnęli nas w ramiona samotności, niespełnienia, szaleństwa i niezrozumienia. Ale też, nie tak znów do ostatecznego końca. Na szczęście.

Stęskniłem się trochę za koszernymi braciszkami. Od A Serious Man (2009) nie nakręcili niczego godnego uwagi. No, był po drodze nominowany do Oscara western True Grit, także iście gwiazdorskie Tajne przez poufne, ale umówmy się, dla fanów Coenów, do których sam przecież się zaliczam, były to wyjątkowo marne pozycje. Przeleciały radzieckim migiem przed oczami, wzdłuż granicy ukraińskiej, po czym zniknęły hen za horyzontem i tyle z nich było pożytku. Wygląda jednak na to, że w końcu się doczekaliśmy. Czegoś odrobinę konkretniejszego, bardziej namacalnego, może nie hitu, bynajmniej, z pewnością nie tytułu do którego będziemy przez lata wracać, tak jak do Arizony Junior, Barton Finka, Big Lebowskiego, Bracie, gdzie jesteś?, czy do To nie jest kraj dla starych ludzi, ale z pewnością film ten łapie się ogonów uciekającej od peletonu elity i uparcie stara się utrzymywać do niej dystans.

Inside Llewyn Davis odbieram przede wszystkim jako pewnego rodzaju hołd złożony swoim fanom. „A niech mają, należy im się, ostatnio w ogóle o nich nie dbaliśmy” (Bo nie dbaliście!). Rzecz jasna należy im się za to pochwała, a nawet kilka chwalebnych akapitów, ale też lukrować im zbytnio nie mam zamiaru. Może to przez ten dzisiejszy dzień pełen bomb kalorycznych (zacząłem pisać w Tłusty Czwartek - wyszło jak wyszło, wiem, leń jestem), a może to też przez lekki przesyt nostalgicznych piosenek jakie się prężą w tejże produkcji. Dziwne trochę, bo osobiście nawet lubię sentymentytakietam, niektóre brzmią tu całkiem nieźle, ale ich stężenie przypadające na jeden milimetr kwadratowy materiału światłoczułego jest chyba z deczka za wysokie.


Tak więc mamy do czynienia z opowieścią o niespełnionym muzyku obdarzonym sporym talentem, ale także o pasożycie i irytującym lekkoduchu, który nie potrafi iść na kompromis z życiem, oraz, jak to drzewiej bywało, gra głównie w podrzędnych spelunach, codziennie śpi na innej przypadkowo napotkanej kanapie, tudzież podłodze i przez cały film próbuje odnaleźć klucz do kłódki otwierającej przed nim wrota do wielkiej solowej kariery. Jesteśmy siłą wepchnięci do realiów lat sześćdziesiątych, do Greenwich Village w Nowym Jorku, do czasów, w których Elvis Presley spłacał dług swojemu krajowi służąc w wojsku, a Bob Dylan dopiero szykował się do rozwinięcia swych skrzydeł. Kamera, a my wraz z nią, zostaliśmy osadzeni w środowisku początkujących muzyków, wciśnięci w sam środek artystycznej bohemy, w siedlisko niepokornych dusz, przedstawicieli ludzi młodych, ogarniętych pasją, oraz będących pod wpływem utopijnych marzeń. Co chwila bierzemy udział w jakimś zadymionym od fajek koncercie, czy też zwykłym rzępoleniu do obiadu. Muzyka, raz lepsza, raz gorsza jest tu wszechobecna, przez co w tagach gatunkowych przy tytule obok „dramatu” i „komedii”, widnieje także „film muzyczny”. Nie jestem fanem, owszem, lubię muzykę, ale nie przepadam za tym jak za dużo w filmie się śpiewa. Cierpię na wrodzoną, a może też i nabytą, nie wiem, nienawiść do musicali. Wszystkich. Na szczęście film muzyczny to jakby niezupełnie to samo, dzięki czemu tym razem weszło zaskakująco gładko, wręcz śpiewająco, ale to pewnie bardziej dlatego, że w przeszłości moja gitara i ja często stawialiśmy na tego samego konia. A tak bajdełej. Uważam, że OST z filmu to murowany kandydat do hitu sprzedaży i do bicia rekordów wyświetleń na YT. Oscar Isaac (a.k.a Llewyn Davis), muszę przyznać, ma facet talent. Bynajmniej nie tylko muzyczny. W tej roli narodził się na nowo i kto wie, może właśnie otworzył przed sobą wrota do wielkiej aktorskiej kariery. W każdym bądź razie tego mu życzę.

Nieco mniej słodka niż zazwyczaj Carey Mulligan (ma ktoś tak, że ciągle ją myli z Michelle Williams i na odwrót? Skąd mi ten error siedzi we łbie się pytam?), z tymi jej słodkimi oczkami, znów śpiewa nostalgiczną piosenkę jak we Wstydzie McQueena, acz tym razem w towarzystwie dwóch panów, w tym Justina Timberlake’a - etatową gwiazdę od MTV po Vivę, który chyba pozazdrościł swojemu kompanowi z klubu Myszki Mickey, Ryan’owi Gosling’owi i także chciałby zrobić karierę w branży filmowej. Nie wiem czy mu w tym kibicować, czy może lepiej rzucać kłody spłodzone z mej wrodzonej złośliwości pod nogi, ale swoim epizodem, bo w sumie trudno nazwać to rolą, najwyżej drugoplanową, nie zdążył mnie ani wystarczająco wkurwić, ani tym bardziej oczarować. Robił swoje. Znaczy się śpiewał, tylko trochę inaczej. Poprawnie, ale bez zachwytów.

Muzyka jest więc motywem przewodnim tej opowieści, co rzecz jasna nie dziwi. Na szczęście w jej, momentami zbyt wielkim natężeniu, zachowało się jeszcze sporo z Coenów. Czuwają nad wszystkim i niczym gospodarz domu, krzywdy zrobić nie dadzą nikomu. Przede wszystkim są obecni w dialogach. Te, momentami ocierają się o pierwszą ligę, przepraszam, o Ekstraklasę. To samo z humorem. Klasyczny, czarny, sarkastyczny, mądry i zbyt trudny w zrozumieniu dla większości odbiorców. Znaczy się, typowy dla ich rodzimej ekspresji. Wcale nie rozśmieszający do łez, jak to wmawiają nam spoty reklamowe i plakaty polskiego dystrybutora. Kpina to jakaś. Za celowe wprowadzanie ludzi w błąd powinna być zsyłka na Krym. Co ja gadam, pięknie tam przecież. Niech będzie więc Kutno. Nikt na tym filmie nie ma prawa płakać ze śmiechu, chyba, że się cierpi na Zespół Angelmana. Wtedy przepraszam.


Świetnie jest także ze zobrazowaniem tragizmu głównego bohatera. W taki naturalnie beznadziejny sposób nie idzie mu w życiu, a nas to po prostu bawi. Ludzie lubią obserwować kiedy jednemu z nich nie wychodzi, to przecież takie zabawne. Potrafimy niby współczuć cudzym bólom, ale nie przyjemnościom. Jest coś dziwnie nudnego w szczęściu innych ludzi, dlatego kręci nas ich nieszczęście. Moglibyśmy być, albo nawet jesteśmy tacy jak Llewyn Davis. M.in. stąd te dwuznaczne "Inside" obecne zarówno w tytule filmu, jak i w tytule jego zupełnie niesprzedawalnej płyty solowej. Wchodzimy wgłąb jego pragnień i marzeń, ale też i wewnątrz jego schizów, które w swoim wyposażeniu standardowym posiada całkiem zacne. Lubię takie postacie. Powiedzieć o nich niebanalne, to tak jakby nic nie powiedzieć. Facet jest rozbrajająco swojski. Trochę może i ciapciak, także pechowiec, ale jego wybuchowe wkurwy są także i moimi wkurwami. Dlatego właśnie tak się z nim zakumplowałem. Nie tylko przez tą jego gitarę. Może po prostu także i we mnie jest coś takiego spierdolonego na amen. Cóż. Zawsze miałem słabość do ekscentryków.

Pozostałe postacie, te właściwie z każdego planu, to wcale nie mniej osobowościowe oryginały. Świetnie komponują się z pierwszym, nieco zagubionym tłem. Np. kot, Ulisses (znane imię, nieprawdaż?). Czworonożny zbieg z jednej z tymczasowej noclegowni Davisa. Niby nic nie gada (dziwne, nie?), niczego spektakularnego nie czyni, poza klasyczną spierdolką przez okno, zachowuje się po prostu jak zwykły i przeciętny kot udomowiony, mimo, że rudy, a wszyscy o nim bez przerwy gadają. WTF? Nie ma ani jednej recki w sieci, która nie poruszyłaby wątku jego istnienia. Nawet ja poświęcam mu swój jakże drogocenny akapit, zupełnie nie wiedzieć czemu. A przecież nienawidzę kotów. Zawsze uważałem, że psy górą. Trochę to dziwne, bo są one bardziej bliższe mojej natury. Koty w sensie. Chodzą własnymi ścieżkami, są niezależne i charakteryzują się wysokich lotów indywidualizmem. Zupełnie jak ja. Zapewne dlatego więc za nimi nie przepadam. Nie znoszę bowiem konkurencji. Pojawienie się w dość chaotycznym życiu Llewyna Davisa kota, stanowi sporych rozmiarów, oraz całkiem zabawną sprzeczność. Żyją ze sobą trochę jak pies z kotem. Jak facet z kobietą. Jak Putin z resztą świata. Niby pozory są zachowane, ale między wierszami najchętniej by siebie utłukli. Ulisses, gdyby były przyznawane filmowe nagrody dla zwierząt, miałby ze dwie statuetki jak w banku. W kategorii Najlepszy sierściuch pierwszoplanowy i Najlepsza scena akcji.

Klasyczną Coenszczyznę ratuje także niezawodny John Goodman, który swą niedużą, acz jednocześnie wielką rolą wprowadza nas w nastrój oraz klimat dobrze nam znany ze starszych filmów braci. Tych momentów, w których odnosimy wrażenie (przynajmniej ja), że cofamy się w czasie do starszych filmów Coenów, co prawda nie ma zbyt wiele, ale wyłapywanie ich w czasie seansu dostarczyło mi sporej, tak jak ten pączek, który właśnie wchłonąłem, frajdy (przypominam, że pisałem to w Tłusty Czwartek).

Sumując, jest to więc bardzo kameralna opowieść, zupełnie nieoscarowa, ale teraz, już po jej obejrzeniu wiem wreszcie dlaczego. Okraszona stemplem jakości braciszków, trochę może i wyje do kotleta, trochę śmieszy, trochę prowokuje do wiercenia się w fotelu, także trochę czaruje i wzrusza, wszystkiego jest tu trochę, ale tak w sam raz. Odnoszę jednak wrażenie, że chyba tylko fani braci docenią ów obraz nieco bardziej, tak jak to mu się należy, ale też zasadniczo, co mnie obchodzi cała reszta? Na moje oko warto. Jeśli ktoś nie doszukał się w W drodze Waltera Sallesa jakże pożądanego klimatu Jacka Kerouaca, to w Inside Llewyn Davis może przyjść mu to o wiele łatwiej. Fajna jest też ta wszechobecna sepia. Mała rzecz, a cieszy. Najlepszym jednak dowodem na to, że film miał na mnie jakiś wpływ (niekoniecznie dobry) jest fakt, że zaraz po seansie, już jakoś po północy sięgnąłem po gitarę, by, po pierwsze, obudzić ludzi w bloku, po drugie, uświadomić sobie przed snem po raz tysięczny, że gówno ze mnie, a nie zapiewajło. Nigdy serc kobiet z jej pomocą łamać nie będę. Pożyteczna więc była to lekcja. Polubiłem Llewysa tak jak każdego życiowego nieudacznika, może wam też się uda. Powodzenia.

4/6

IMDb: 7,7
Filmweb: 6,8



środa, 11 grudnia 2013

Piękne nic

Grawitacja
reż. Alfonso Cuarón, USA, GBR, 2013
90 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 11.10.2013
Dramat, Sci-Fi



Prawdopodobnie jestem jedynym człowiekiem na Ziemi, który dotąd nie widział jeszcze Grawitacji. Na swój sposób czułem się z tym świetnie. Poważka. Absolutny spokój w bani w szczytowym momencie, kiedy cały świat debatował nad geniuszem Cuaróna, trójwymiarowym efekciarstwem oraz kosmicznym realizmem, tudzież jego brakiem. Mogłem w tym czasie w spokoju zajmować się czymś znacznie pożyteczniejszym dla ludzkości, np. płaceniem podatków. Niektórzy zarzucali mi nawet, że **** ze mnie a nie kinomaniak. Cóż, zapewne mieli rację, nigdy nie twierdziłem, że nim jestem. Ale oto stało się. W końcu i ja dołączyłem, w dodatku zupełnie świadomie, do grona ludzkości, która dawno mi już uciekła oraz schowała się za nieboskłonem. I cholera jasna, strasznie tu teraz ciasno. A było przecież tak fajnie... Zawsze muszę coś spieprzyć.

To jest nawet dość zabawne, ale też trochę dziwne uczucie, bowiem po obejrzeniu tegoż oto przedstawienia (tak będę ową produkcję nazywał), wcale nie czuję się o coś konkretnego wzbogacony. Moje pojęcie o tymże hmm... przedstawieniu (sorrki za powtarzalność) przed i po seansie, jest niemalże identyczne. Wystarczyły mi ze dwa trailery, trochę czytanego tekstu i komentarzy, by dowiedzieć się o Grawitacji tyle, ile potrzeba do jej rzetelnej oceny. Aż sam się sobie dziwię, że mnie to w ogóle dziwi. Nie zliczę sytuacji oraz filmów, które miałem w pełni rozkminione tylko po obejrzeniu zwiastunów. Kiedyś myślałem, że to talent, dziś, że to po prostu producenci i piarowcy są idiotami, bu upychają całą fabułę i sens filmu w ledwie dwóch minutach teledysku. Bez sensu.

Nie będzie mi teraz lekko po tych kilku miesiącach obsuwy coś nowego o Grawitacji wystękać, spłodzić coś na tyle interesującego, aby przykuło to czyjąś uwagę i pozostawiło na tymże wpisie do końca. Wszystko zostało już na jej temat napisane. Żądnych nowych doznań i odkryć muszę z bólem serca rozczarować. Niemniej muszę mieć to już za sobą, tak dla świętego spokoju, żeby odhaczyć i skupić się na czymś innym.

Wbrew wątpliwej urody mojego wstępniaka, nie będę smarował Grawitacji gównem. Oczywiście ukrywał również nie mam zamiaru, iż to nie jest moje de gustibus. Szkoda to dla mnie wielka, bowiem jak już kilka razy wspominałem przy różnych okazjach, a nawet dwa wpisy temu, jestem fanem sci-fi i to nawet wielkim. Ale z tym jest jak z - wybaczcie - cyckami. Też je uwielbiam, ale takich autentycznie boskich i w moim typie jest stosunkowo niewiele na tym łez padole. Takie są to już okrutne prawa przyrody, nic nie poradzę. Na kiepskie sci-fi również.

Wiem wiem, już lecą na mnie "kurwy" i "chuje". Miałem czelność obrazić świętość. Nie obrażam. Stwierdzam tylko pewne oczywiste dla mnie fakty, które zapewne są obce innym, większości, a może nawet i wszystkim, ale z tym także niewiele jestem w stanie uczynić. Niestety. Ale wróćmy do fekaliów. Grawitacja kupą nie jest, zgoda. Z punktu widzenia widowiskowego, technicznego i nowatorskiego, albo nie, wycofuje te nowatorstwo, bo to zwykła ściema jest. No więc z punktu widzenia tych dwóch pierwszych, jest to przedstawienie niezwykle zacne dla oka. Naprawdę, chylę czoła, moje uszanowanko, jak to mawia pies Pieseł. Komercyjna rozrywka dla mas na całkiem wysokim nomen omen poziomie. A jak jeszcze ktoś lubi na łeb przywdziać specjalny okular, to nawet i w 3D może się poszczać z wrażenia. No co kto lubi. Nic mi do tego. Ja jednak nie zaliczam się do tych oczarowanych i zachłyśniętych techniką jednostek. Nie wiem, albo już wyrosłem z uganiania się za własnym ogonem, albo te wszystkie wizualne fajerwerki przestały robić na mnie wrażenie. Owszem, Kubrick też zaszokował ludzkość w roku 1968, ale on przynajmniej przy zupełnej okazji chciał także wbić coś odbiorcy do łba, jakąś myśl, coś ważnego z jego punktu widzenia opowiedzieć. Natomiast Cuarón wraz ze swoją ekipą, cóż... niestety skupił się tylko na pustym efekciarstwie, jak zresztą większość współczesnych twórców dzisiejszego kina sci-fi, ale o tym pisałem już kilka razy i nie chce mi się znów do tego wracać. Takie czasy, takie sci-fi.


Tak więc mamy piękne i sztucznie wygenerowane zdjęcia, efekt kosmicznej nieważkości, wspaniałą, przyznaję, matkę Ziemię widzianą z perspektywy około 600 km nad poziomem morza i Teleskopu Hubble'a. Doprawdy, można się zawiesić na widoku niebieskiej planety, z dala od tylu milionów debili. Nawet szczerze rozumiałem zachwyt i przesadny luz Matta Kowalsky'ego. Sam bym z radości fruwał sobie wkoło w tą i z powrotem oraz raczył puszczać w eter dowcipy, że o bajerowaniu "niebieskookiej" dr Ryan Stone nawet nie pomnę ("konkurencji praktycznie żadnej" - jak to mawiał Maksik w Seksmisji). Ale to by było przecież zbyt nudne. Zatem twórcy postanowili tchnąć w te beztroskie latanie jakąś dramaturgię (w tym przypadku jest ona o wiele ważniejsza, niż dajmy na to zupełnie nieobecna tu fabuła). Aby to uczynić, autorzy musieli nagiąć trochę praw i kosmicznych prawidłowości. Oczywiście nie każdy musi się na tym znać. Ja w zasadzie również, ale pech chciał, że miałem więcej czasu na zapoznanie się ze wszystkimi opiniami na temat tegoż kosmicznego przedstawienia, także tymi od strony bardziej naukowej.

No i co ona, ta nauka w senie, rzecze nam na ten temat? Ano np. to, że Hubble znajduje się na wyższej orbicie, niż międzynarodowa stacja ISS, do której Kowalsky (ciągle kojarzył mi się z tym pingwinem z Madagaskaru) holuje niemal pozbawioną tlenu panią doktor (po cholerę ona tyle gadała, skoro była już na tlenowej rezerwie?). A to oznacza, że zniszczony teleskop poruszał się z prędkością o około 400 km mniejszą niż stacja. Teoretycznie więc nasza zbłąkana w kosmosie dwójka, a raczej w orbicie Ziemi, bo do kosmosu to jeszcze daleko, nie miała prawa zbliżyć się z pomocą swojego manewrowego plecaczka, w dodatku obciążonego panią Bullock do znacznie szybszej od nich stacji. To raz. Dwa. Hubble, ISS i chińska stacja Tiangong krążą, cytuję: "po orbitach ustawionych pod odmiennymi kątami względem Ziemi. Przesiadka między nimi byłaby ekstremalnie trudna, jeśli nie niemożliwa, zwłaszcza przy prędkości kilkudziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę". Pomijam już fakt, że w rzeczywistości nie doszłoby już do pierwszej tragedii od której wszystko się zaczęło, czyli do zniszczenia teleskopu oraz wahadłowca przez kosmiczne śmieci, które powinny poruszać się po innej orbicie. Poza tym, po zestrzeleniu przez Rosjan ich satelity, niemożliwym byłoby, aby nastąpił opisywany w filmie efekt śmieciowego domina, a przynajmniej nie w tak krótkim czasie. No i w końcu cztery, słynne już słitaśne patrzenie sobie w swoje "niebieskie" oczy dwójki naszych gołąbków - Cloney'a i Bullock w chwili, kiedy coś niewytłumaczalnego z punktu widzenia nauki ciągnie naszego amanta w dół, przez co musieli się rozdzielić na amen. Taka scena byłaby normalna tu, na Ziemi, ale nie w warunkach mikrograwitacji.


Oczywiście wymienione wyżej przekłamania oraz te przeze mnie nieporuszone, w żaden sposób nie dyskwalifikują filmu. Mało tego, bez nich wcale by go nie było, bo zwyczajnie być go nie mogło. Trzeba się z tym po prostu pogodzić już na starcie. Większość oczywiście to potrafiła, koniec końców uczyniłem to i ja, acz potrzebowałem na to trochę więcej czasu. Już od samego początku i podświadomie traktowałem Grawitację z wielkim przymrużeniem oka. W kościach łupało, że będzie to tylko opakowana w złoty i błyszczący papier pustka intelektualna, o czym świadczy chociażby zaciąg aktorski. Bullock i Clooney rzecz jasna są dobrymi aktorami, nawet ich szczerze lubię, ale pasowali mi do tego kosmosu jak Sasha Grey do roli zakonnicy u Hanekego. To, że zagrali poprawnie niczego w tej kwestii nie zmienia. Są pewne uprzedzenia o jakich się filozofom nie śniło. Życie.

Tak więc wszystkie te sceny, które przyznaję, bardzo zgrabnie trzymają widza w napięciu, musiały zostać doposażone w pierwiastek fantazji, inaczej, musielibyśmy wyjść z kina już po 15 minutach, bo by tam wszyscy w tym czasie nam poginęli. Nawet te piękne żółte słońce im wybaczam, bo jak powszechnie wiadomo, w tychże kolorach mieni się ono tylko z perspektywy ziemskiej atmosfery. Mimo, że winno być oślepiająco białe, to jednak fajnie było się na nie od tak pogapić. Ale to wynika bardziej z tego, że sam mam słabość do astronomicznych obserwacji gwiazd, księżyca, wschodów i zachodów słońca, zatem tego typu narrację przyjmuję z dużą radością i zrozumieniem. Mogli tylko darować nam tych durnych i irytujących dialogów, gadania do siebie oraz wewnętrznych przemyśleń Bullock. Wolałbym już obejrzeć tą opowieść w kosmicznej ciszy. Umówmy się, nie mieli oni zbyt wiele mądrego nam do powiedzenia. To duża wada, bodaj największa, tak samo jak wkurzający Kowalsky, który w obliczu śmierci strzela na prawo i lewo żartami, oraz przez cały czas nie schodzi mu z gęby banan. Iście niespotykanie spokojny człowiek, ale wiadomo, NASA tylko takich ma u siebie. Całe szczęście, że Cuarón zgrabnie wybrnął ze sceny pukania przez niego w szybkę Sojuza, bo serio, miałem ochotę wyłączyć w tym momencie telewizor.

No dobra. Chciałem, aby tym razem było krótko, a znów niepotrzebnie się rozpisałem. Zatem kończę swój wywód. Grawitację należy traktować o wiele mniej serio, niż chcieliby tego np. jej producenci. Tylko wtedy da się ją przełknąć bez obaw o swój układ trawienny. To typowe komercyjne kino, które musi rządzić się komercyjnymi prawami, stąd niedostatki w treści, realizmie, fabule i tak dalej. Jak na kino rozrywkowe jest po prostu wspaniale, bo też inaczej być nie może. Z góry skazane było na sukces. Ja go jednak traktuje mniej jak film, a bardziej jak audiowizualne przedstawienie dedykowane kinom IMAX, tak jak niegdyś te wszystkie trójwymiarowe filmy o zwierzątkach i oceanicznych światach skrytych gdzieś w głębinach. Niby również piękne i fascynujące, dzieci zachwycone, ale jednak niewiele one miały wspólnego z zasadami poważnego kina na jakich ja się opieram. Ot, piękne i zapierające dech w piersiach nic. Tester możliwości naszych wypasionych telewizorów 3D i kin domowych blue-ray. Doceniam wielki wysiłek włożony w proces produkcji i chęci, podobają mi się zdjęcia, a także zgrabnie zbudowane napięcie, emocje oraz sprzedanie mi przygniatającego respektu przed ciągle obcym kosmosem, ale szczerze cieszę się, że mam to już za sobą.

4/6

IMDb: 8,4
Filmweb: 7,5