Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAFTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAFTA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Trzy razy jeden

Ida
reż. Paweł Pawlikowski, POL, DEN, 2013
80 min. Solopan
Polska premiera: 25.10.2013
Dramat



Na swój sposób to jest mi nawet trochę głupio, że kazałem Idzie czekać na siebie tyle czasu. Zwłaszcza, że miałem ją już kilka razy na wyciągnięcie ręki. Najpierw, jeszcze w październiku, byłem o włos, aby ją zaliczyć obejrzeć na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Miałem ją już wybraną we wstępnej selekcji, ale na ostatniej prostej stchórzyłem, tzn nie, to złe słowo. Wcale nie stchórzyłem, tylko postawiłem na inne tytuły, bo budżet i czas miałem okrojony, a pożądanych pozycji, zwłaszcza niedostępnych w późniejszym kinowym repertuarze zbyt wiele. Idę obejrzę sobie później w kinie - mówiłem. Jasne. Odpuściłem ją także dlatego, że mierził mnie trochę jej opis i ogólna tematyka, która na myśl przywodziła mi Pokłosie, a te dostarczyło mi jedynie wielkiej zgagi. Znów zapachniało polskim cebulactwem, wydumanymi zbrodniami na narodzie żydowskim i drzwiami od stodoły.

Mijały miesiące, a Ida zgarniała kolejne, całkiem prestiżowe, także zagraniczne nagrody. Londyn, Toronto, sukces kasowy we Francji, w kraju też zgarnęła niemal wszystko co tylko było możliwe. Niektórzy nawet się mnie pytali (jak bym był jakąś wyrocznią), co ja w ogóle sądzę o filmie i czy warto go obejrzeć. A ja co? Jajco. Nic nie sądzę, bo przecież jeszcze nie widziałem. Na szczęście to już przeszłość. Wkurwiłem się, mówiąc najoględniej i kupiłem sobie Idę na DVD.

No i cóż. Żałuję, że kazałem jej tyle czasu czekać, ale to już pisałem. Cieszę się bardzo, że Pawlikowki nie poszedł śladami Pasikowskiego i nie skupił się głównie na złych Polakach-Katolikach, bezwzględnych mordercach niewinnych Żydów. Owszem, ten wątek jest w tej niezwykłej historii poruszony, powiedzmy, że występuje w tle, ale jego odbiór w stosunku do całości nie wzbudził we mnie większego niesmaku, tak jak wspomniane Pokłosie właśnie. Pawlikowski inspirując się życiorysem prawdziwej stalinowskiej sędziny, komunistycznej bestii - Haliny Wolińskiej, stworzył postać prokurator Wandy (kapitalna Agata Kulesza) i może trochę zbyt delikatnie ją potraktował, nawet pozwalając widzowi się z nią zaprzyjaźnić, ale na swój sposób została ona w filmie za swoje czyny ukarana. W przeciwieństwie np. do gen. Jaruzelskiego, który nadal przedstawiany jest w mediach jako bohater i w gruncie rzeczy miły, poczciwy dziadek, a nie tak jak powinno się go nazywać - zdrajcą, mordercą i dyktatorem. Jednak życie w Polsce nauczyło mnie już tego, abym się temu nie dziwił.

Niewinność, delikatność, czystość i miłość do Boga jak i drugiego człowieka symbolizuje w tym filmie tytułowa Ida, która w duecie z "krwawą Wandą" maluje niezwykły obraz utkany z naszej bolesnej historii, którą nadal trudno jest sprawiedliwie osądzić. Podoba mi się głównie to, że reżyser niczego widzowi ordynarnie nie narzuca, skupia się jedynie na emocjach, na ludziach, a nie na ideach. Oczywiście wszystko zależy od nas samych jak ostatecznie zinterpretujemy ten obraz, ale sądzę, że bez względu na światopogląd widza, odbiór filmu wszędzie będzie podobny, czego najlepszym dowodem są zachwyty zagranicą.

Jednak mój największy aplauz budzą w Idzie czarno-białe zdjęcia, oraz fantastyczne kadry, które w nieruchomej konwencji, poprzez zastygłą w bezruchu kamerę obserwują nieśpiesznie poprowadzoną historię. Aktorzy czasem aż nie mieszczą się w jej głębi i ramach, co tylko potęguje doznanie artystycznej estymy i uzyskuje odczucie kameralnej klimatyczności. Piękne, subtelne, wyciszone, aktorskie kino z bijącą z niego mistyczną wręcz duchowością przywodzącą na myśl największe dzieła Bergmana. Czuć w nim zarówno chłód, jak i gorąc od wulkanu emocji. Ida nawiązuje, oraz czerpie całymi garściami z największych klasyków polskiego kina. Jakże się cieszę, że nadal jeszcze nie zginęło.  

5/6

IMDb: 7,5
Filmweb: 7,2





Blue Jasmine
reż. Woody Allen, USA, 2013
98 min. Kino Świat
Polska premiera: 23.08.2013
Dramat, Komedia



Muszę to z siebie wyrzucić. Woody Allen przestał mnie jarać. Właściwie, to stało się to już jakieś 12 lat temu, za czasów Klątwy Skorpiona, czy Koniec z Hollywood, a w kolejnych latach, przy pomocy swoich romantycznych wojaży po Europie, coraz częściej zaczął mnie wręcz irytować. W pewnym sensie można zaryzykować stwierdzenie, że wyrosłem już z tego żydowskiego neurotyka, tak jak i z kina Almodovara, którym przecież też się kiedyś jarałem. Nie mniej, w momencie kształtowania się mej kinematograficznej wrażliwości, twórczość Allena była mi bardzo bliska. Zwłaszcza cenię sobie jego reżyserski dorobek z lat 70-tych i 80-tych. Nowy Jork, kłopoty z zaadaptowaniem się do wielkomiejskiego tempa i stylu życia, toksyczność związków międzyludzkich, schorzenia nerwicowe oraz te na tle psychicznym, do tego błyskotliwe dialogi, dystans do samego siebie i siarczysty humor. Imponowało mi to. Allen był pewnego rodzaju lustrem, w którym można było się samemu przejrzeć, a nawet zaśmiać z własnego odbicia, o ile ktoś to w ogóle potrafił. Mnie akurat nigdy nie sprawiało to większego problemu, dlatego przez wiele lat kumplowałem się z tym przemądrzałym kurduplem w okularach.

Ale z końcem lat 90-tych Allen raptem się w tym wszystkim zatracił. Może mu się znudziło, może miał dość, nie wiem, ale nagle przestał być psychoanalitykiem milionów. Co prawda próbował jeszcze ze dwa razy wrócić do swych korzeni, zwłaszcza w niezłym według mnie Whatever Works, ale na tle nowych szaleństw jakimi zaskarbił sobie sympatię, zwłaszcza pań, dla których nowy Allen stał się czarującym i szarmanckim przewodnikiem po wykwintnym świecie pełnego dostojności rodem z wyższych sfer i z romantyzmem w tle (w skrócie - Vicky Cristina Barcelona), wyglądało to już, może nie mało poważnie, ale po prostu inaczej. W pierwszej chwili nawet mi się to podobało, ale dziś, z perspektywy czasu, mam żal. Mam żal, że opuścił Nowy Jork. Podobał mi się jeszcze względnie O północy w Paryżu, ale bardziej dlatego, że sam już przestałem oczekiwać od tego gnojka w pinglach czegokolwiek z niego samego.

Do Blue Jasmine podchodziłem więc jak pies do jeża. No kompletnie mnie nie ciągnęło. Już po samym przeczytaniu opisu wiedziałem doskonale jak będzie mi smakował jej finalny odbiór. Ot, typowy Allen znany mi dobrze już od prawie piętnastu lat. Na dźwięk jego nazwiska zaczął towarzyszyć mi przesyt jego ogólnej twórczości. Ja wiem, że w jego wieku facet zapewne chce płodzić jak najwięcej i ciągle nie chce zdejmować nogi z gazu, a wręcz ją dociska, w końcu w głowie kłębi się już z pewnością pewna niepokojącą myśl, która szepcze na ucho, że to może być już jego ostatni film. Bo może. Nie mniej, od kilku już lat, gdy widzę zbliżającą się premierę nowego filmu Allena kręconego głównie w Europie - ciężko se wzdycham.

Sięgnąłem jednak po Blue Jasmine, bo mimo wszystko nie dawała mi spokoju i oczywiście otrzymałem dokładnie to, czego się po niej spodziewałem. Typowy, współczesny Allen. Multum dialogów, czasem nawet zabawnych, problemy egzystencjalne kilku bohaterów, pastisz i satyra zwłaszcza na nowobogackie środowiska, ą i ę, do tego skomponowany przez samego Allena jazz, niezła Cate Blanchett i… w zasadzie to wszystko. Miła rozrywka na niedzielne popołudnie. Szkoda, że Allen dostarcza nam dziś już tylko tego. Cóż. Starość nie radość.

3/6

IMDb: 7,4
Filmweb: 7,0





Dom Hemingway
reż. Richard Shepard, GBR, 2013
93 min.
Polska premiera: ?
Dramat, Komedia, Gangsterski



Zupełnie nie dostrzegłem tego tytułu w na bieżąco układanym w mym łbie repertuarze. Możliwe bardzo, że byłem w tym czasie w kiblu, chory, albo akuratnie trzeźwiałem. Przez miesiąc. Na Hemingwaya wpadłem dopiero przed kilkoma dniami, przypadkiem i przy okazji gapiąc się tak bez sensu na fejsbuka innych. Wystarczył mi jednak tylko jeden kadr, jedno zdjęcie podpisane zabawnym dialogiem, żeby obudzić w sobie głód gangsterki.

Jeszcze tego samego dnia zmierzyłem się więc z uroczym w chuj Jude Law (z ręką na sercu, nie mam pojęcia jak odmienić jego nazwisko na swojski). Nie muszę tu chyba po raz kolejny pisać, jednak i tak to zrobię, że uwielbiam takież to ekstremalne jednostki ludzkie podziwiać na ekranie. Mam słabość do wykolejeńców, pojebańców i wszech maści narwańców, którzy lubią stawiać na szali swojego życia wszystko co tylko znajduje się w ich zasięgu. Tytułowy Dom Hemingway to uznany na rynku kasiarz i złodziej (pijak rzecz jasna również), który wyłazi z pudła po dwunastoletniej odsiadce. W międzyczasie umiera mu żona, a jego latorośl, która słusznie go nienawidzi, jest już matką jakiegoś małego mulata. Hemingway musi jednak wpierw zadbać o swoje interesy i bierze się za odebranie nagrody za trzymanie mordy w kuble w czasie swojej garowania.

Scenariusz wydaje się być prostszy od szkolnego przedstawienia z okazji Dnia Matki, ale okraszony zjawiskowymi dialogami oraz charyzmą Jude Law, ostatecznie daje radę. Gorzej z jego odzwierciedleniem i przeniesieniem na ekran. Tutaj młokos - Richard Shepard - poległ niemal w całej rozciągłości. O ile początek filmu daje nadzieję na wyjątkowo zgrabne, szemrane kino w stylu kultowego już Przekrętu (otwierający tekst o kutasie Hemingweya – arcydzieło), to im dalej w las, tym więcej chorych drzew.

Rozczarowanie ogromne, bo też i oczekiwania po zapijaczonym, narwanym i uroczym skurwielu miałem tak samo wielkie jak jego ego. To jednak nie jest jego winą, że reżyser nie udźwignął ciężaru, albo też nie miał pomysłu na porządne szarpnięcie. Jude Law obronił ten film przed ostatecznym i w pełni zasłużonym linczem, także bez dwóch zdań wprowadzając do powszechnej, obiegowej świadomości milionów tysięcy kilka zabawnych dialogów i ocierających się o geniusz scen, ale to jednak dużo za mało, aby wbijać sobie do głowy ten tytuł. Mały plusik jeszcze za naplucie w twarz tej błąkającej się po świecie mendy - poprawności politycznej, i to by było w sumie na tyle. Dom Hemingway jest cool, ale film o nim mocno do dupy. Spieprzyli niezłych rozmiarów potencjał. Cóż, nie mój problem.

3/6

IMDb: 6,3
Filmweb: 6,4



niedziela, 9 marca 2014

Rzymskie nostalgie

Wielkie piękno
reż. Paolo Sorrentino, ITA, 2013
142 min. Film Point Group
Polska premiera: 07.02.2013
Dramat


Oktawian August - pierwszy cesarz rzymski rzekł kiedyś, iż "Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". W rzeczy samej, układ ówczesnych dróg wybudowanych przez Rzymian był jednym z ich największych inżynieryjnych osiągnięć. W wielu dzisiejszych zakątkach świata nadal jest to marzeniem ściętej głowy, także w Polsce. Dzięki siedemdziesięciu tysięcy kilometrom połączeń ułatwione było szybkie przemieszczanie się legionów, kupców, oraz przy okazji także barbarzyńców, a każda wybudowana droga prowadziła bezpośrednio do, lub przez wieczne miasto. Przy brukowych alejach były ustawiane kamienie milowe, a na skrzyżowaniach umieszczano kapliczki poświęcone duszom zmarłych. Oglądając Podziwiając (Wielkie piękno się nie ogląda, je się podziwia), także słuchając towarzyszącemu mu wielogłosowych utworów liturgicznych, muzyki klasycznej wymieszanej czasem z tą współczesną, taneczną i nostalgiczną odnosiłem dziwne wrażenie, iż pokonując wraz z głównym bohaterem każdy kolejny kilometr drogi, każdy odcinek utkany z fragmentów jego życia, wiodący również naszymi, polskimi, dziurawymi asfaltami ozdobionymi płaczącymi wierzbami przy jej krawędziach, odkrywam w sobie, także w życiu w ogóle i w ludziach, coś ogromnie ważnego oraz pięknego.

Przez cały film, a także zaraz po nim, przez kilka dni zastanawiałem się jednak cóż takiego konkretnego odkryłem. Niestety, postanowiłem w końcu złożyć broń i przyjąć honorową dezercję własnych myśli, które w procesie porządkowania faktów zaczęły już zjadać własny ogon. Ale to nie wstyd i żaden powód do rozpaczań. Paolo Sorrentino stworzył obraz, który (nie mam co do tego żadnych wątpliwości) jest kinematograficznym dziełem sztuki. A jej się nie definiuje, tzn. można, wielu próbuje, lecz według mnie ją się po prostu bezkrytycznie przyjmuje, lub też bezwarunkowo odrzuca. Jestem zdumiony, szczerze zaskoczony, że Wielkie piękno sięgnęło w tym roku po Oscara. Na miejscu jego twórców poczułbym się tym faktem wręcz urażony. To trochę tak, jakby wyróżnić Pendereckiego nagrodą MTV Video Music Awards przekazywaną kompozytorowi przez skąpo odzianą, znaną tylko szesnastolatkom bicz. No zupełnie bez sensu.

Nie mniej trudno przejść obok filmu dzieła sztuki zupełnie obojętnie. Neapolitańczyk Sorrentino porównywany jest dziś do samego mistrza Felliniego, a jego najnowsze dziecko do klasyki włoskiego neorealizmu. Zapewne słusznie, znawcą gatunku co prawda nie jestem, acz ciągle się w tym segmencie szkolę, ale w każdej minucie filmu rzeczywiście czuć wielką moc naładowaną energią z obcego, jakby niedzisiejszego świata. Wszystko jest tu w tak uroczy sposób odmienne, niebanalne i zaskakujące. Niby nacechowane emocjami i instynktami dobrze nam znanymi z autopsji, ale pokolorowane w barwy, za którymi momentami ciężko jest nadążyć rogówką. Do pierwszych dziesięciu minut filmu trzeba po prostu się przyzwyczaić, tak jak oczy po wyjściu z ciemności na światło dzienne. Nie wiem, może to przez ten boski Rzym, jego nasłonecznienie, które zwłaszcza teraz, nadal jeszcze w bardziej zimowych okolicznościach przyrody mocno kłuje w oczy, a może też to przez te nieco zepsute środowisko artystyczne w którym się poruszamy, przez wciągany przez nich koks na szalonych imprezach oraz ogólny włoski temperament. Jest coś w tym obrazie nieokrzesanego, perwersyjnego i dekadenckiego, coś, co podziwia się z rozdziawioną gębą. Odziany w wzrok dziecka autystycznego próbowałem zrozumieć świat, jaki przecież dotąd wydawał mi się doskonale znany, a który niepostrzeżenie znów mi chyba uciekł gdzieś podczas przycinania poobiedniego komara.


Jep Gambardella, nasz bohater, mizantrop, człowiek wyszukanego intelektu, leń i pisarz, który napisał dotąd tylko jedną powieść, romansidło, które ustawiło go na lata, jest reprezentantem wyższych sfer Rzymu, z którego właściwie nigdy się nie ruszył. Nie interesuje go bycie częścią eleganckiego i bogatego środowiska w jakim się porusza, on chce być jego królem. Nie chce tylko chodzić na imprezy, on pragnie móc je niszczyć. Jego największym odkryciem po skończeniu 65 roku życia było to, że nie może tracić już więcej czasu na robienie rzeczy, których nie chce czynić. Ja to odkryłem już... no jakiś czas temu. W któryś z deszczowych poniedziałków z rzędu tkwiąc jak ten głupi chuj na przystanku. Niestety, ale na tymże odkryciu wszystko się zaczęło, a także jednocześnie skończyło. Nie będę udawał. Polubiłem Jepa. Bardzo. Chciałbym być kiedyś taki jak on. Na starość. W pewnym sensie pomógł mi wyznaczyć kolejny cel w swoim dość zgorzkniałym żywocie. Zapewne do jutra mi przejdzie, ale szczerze nie pogniewałbym się, gdybym po sześćdziesiątce był szanowanym pisarzem nie martwiącym się o saldo na koncie przed pierwszym, oraz gdybym posiadał apartament z widokiem na Koloseum. Klasa, styl, elegancja i cięty humor, że o pięknych kobietach, które lubią przebywać w jego towarzystwie nie pomnę. Nie pogniewałbym się, gdyby mnie to spotkało już teraz, choćby jutro, nie za lat dwadzieścia. Nie chcę czekać. Starość w Polsce przyjmuje zupełnie odmienne barwy, ale czas to zmienić. Zamierzam być w tym pionierem. Trzymajcie kciuki.

Jednak wiele nas ze sobą łączy już dziś. Ja również potrafię rozpoznać sukę z daleka, nawet nie muszę jej bliżej poznawać, ani z nią rozmawiać, wiem to i już. Także tak jak on nierzadko widzę przed zaśnięciem falujące morze na suficie. Często nawet mocno buja, nie jestem tylko pewien, czy to przez te fale, czy może jednak przez nadmiar alkoholu stężonego w umyśle. Cierpimy również na podobne problemy z pisaniem. Mnie też się zwykle nie chce. Ciągle nas coś rozprasza, irytuje i wkurwia, a pisarz z wybuchami gniewu jest jak sprinter z zadyszką. Różnimy się jednak w treści oraz zapewne w jakości. Nie to, że nie chciałbym zostać pisarzem, moja dusza tego pragnie, ale palce, rozum i wyobraźnia nie nadążają za jej fanaberiami. Rozumiem go także doskonale kiedy mówi, że w jego wieku piękna kobieta już nie wystarczy. Owszem, pomaga rozwiązać wiele problemów, dostarcza też chwile radości, ale etap życia, w którym uganiałem się za nimi jak opętany próbując przy tym którąś z nich zdzielić maczugą po łbie minął już chyba bezpowrotnie. Tkwimy więc razem na krawędzi rozpaczy i jedyne co możemy zrobić, to spojrzeć sobie w oczy, dotrzymać towarzystwa i trochę pożartować, czasem też zapłakać.

Opowieść ta w pewnym sensie dotyka kryzysu starości, jesieni naszego życia, pewnie także i wieku średniego, jakkolwiek go nazwać. Jest to o tyle bolesne, bowiem jej postępowość ukazana jest w sposób, o którym marzy niejeden dwudziestoletni młokos. Zabawa, imprezy, beztroska, ciepło, słońce, piękne kobiety i ich jeszcze piękniejsze cycki, muzyka, alkohol i inne używki, także seks, a wszystko to pręży swoje muskuły na tle pięknego, letniego Rzymu. Obserwujemy ludzi sztuki, literatury, kina i elity kulturalnego Rzymu, którzy mają niby wszystko, sławę, pieniądze, dobra materialne, ale w wieku lat 40, 50, czy 60-ciu, nie są już w stanie marzyć i pragnąć tak jak ludzie młodzi, biedni i naiwni. Dorosłość, ludzka dojrzałość, jest niczym więcej, niż tylko odkrywaniem, że wszystko w co dotąd wierzyłeś, kiedy byłeś młody, to fałsz, a z kolei wszystko to, co w młodości odrzucałeś, teraz okazuje się prawdą (Carlos Ruiz). Wielkie piękno odbieram więc jako uliczny drogowskaz moralny wbity w ziemię przez człowieka, który wszystko już w życiu widział i teraz chciałby przed czymś młodych ludzi przestrzec.


Ważna jest także uduchowiona warstwa filmu, nacechowana religijną symboliką, która bardzo do mnie trafiła, mimo, że była z początku bardzo zdradliwa. Liczne tła utkane z rzymskich kościołów, sakralnej architektury, muzyki liturgicznej, sióstr zakonnych i księży, kontrastują z filozoficznym, ateistycznym środowiskiem artystycznym, z cyckami i z pięknem kobiecego ciała. Wiara przedstawiona jest tu na początku jako gałąź nadłamana pod ciężarem tradycji liczonej w tysiącach lat i skażona współczesną zgnilizną oraz zepsuciem moralnym, ale finalnie, to właśnie Bóg i jego nauki triumfują. Największe filmowe mądrości przekazane są widzowi za pomocą skromnej staruszki - Świętej, przez co przyznaję, w pewnym momencie można poczuć się trochę wywróconym na lewą stronę. W Wielkim pięknie czuć bliskość Boga oraz wyniosłości artyzmu. Osiągnięcie tak zacnej harmonii pomiędzy dwoma odmiennymi i sprzecznymi ze sobą światami jest możliwe chyba tylko we Włoszech, w kraju tak bardzo oddanym wartościom chrześcijańskim. Nawet środowiska epatujące etycznym zepsuciem są w pewnym sensie wierne katolickim tradycjom, co cholernie mi imponuje, oraz budzi szczery podziw i zazdrość. Odnoszę wrażenie, że Sorrentino chciał przy zupełnej okazji wyraźnie pogrozić palcem odstępstwom od tej reguły, leżącym także po stronie kościelnych i duchownych, którzy w filmie przedstawieni są na ogół niezbyt korzystnie. Panoszący się po starym kontynencie kryzys wiary próbuje zatrzymać z pomocą Świętej - skromnej starszej, ubogiej kobiety, która rzuca nieco jasnego światła nie tyle na samego Jepa, ale także na widzów. Mam nadzieję, że skutecznie.

Czym jest więc tytułowe wielkie piękno? To przede wszystkim świadomość rzeczy ulotnych, często niezwykle małych, z pozoru nieistotnych, na które zwykle nie zwraca się większej uwagi. Jep Gambardella, człowiek dojrzały, inteligentny, pogrążony w nostalgii i traktujący ją jako jedyną możliwą w jego wieku rozrywką dla kogoś, kto nie wierzy już w przyszłość, w końcu zaczął je w swoim życiu dostrzegać. Swoimi mądrościami dzieli się w pierwszej osobie z widzem. Tłumaczy nam, że warto cieszyć się każdą chwilą, także pięknymi wspomnieniami, że ważne jest tu i teraz, uczciwość i ludzkie dobro. Jakże uniwersalne są to wartości. W każdym wieku smakują różnie, ale tylko w dojrzałości naszego życia można dostrzec prawdziwe clue ich znaczenia.

Szalony to film i niebywale piękny. Opowiada o starości, która chce być wiecznie młoda. Wielkie piękno jest natchnieniem do życia, lepszego życia, dla każdego z nas, a także sztuką godzenia się samego z sobą. Wszyscy jesteśmy takimi samymi pisarzami jak Jep, różnimy się tylko w wypluwanej przez nas treści. Reżyser zwraca uwagę na rzeczy małe, ale niezwykle ważne, jak tradycję, duchowość, szczodrość i oddanie. Każde życie kończy się śmiercią, jednak najpierw jest życie, jakieś, często ukryte w paplaninie, chaosie i hałasie, w drobnych sztuczkach i oszustwach. Ważne jednak w nim są te wszystkie przebłyski piękna jakie dopiero w jesieni życia stają się dla nas tak bardzo wyraźne, a jednocześnie tak bardzo nieosiągalne za młodu. Jestem szczerze oczarowany tym filmem. Jego artystyczną, zupełnie niecodzienną stylistyką, artyzmem i duchowością. Do tego dochodzą wspaniałe zdjęcia, kadry, klimat i treść, także anielska muzyka autorstwa m.in. Davida Langa, Pertinusa, Tavenera, a nawet naszego Preisnera. Jestem przekonany, że film ten za lat 20-30 będzie odbierany jako klasyka i wielkie dzieło światowej kinematografii. Rozpiera mnie duma i zadowolenie, że byłem tego naocznym świadkiem. Włoskie kino wraca na należne mu miejsce. Na piedestał. Forza Italia! Grazie, signor Sorrentino, to zdecydowanie najpiękniejszy film jaki widziałem w tym roku.

6/6

IMDb: 7,8
Filmweb: 8,0



środa, 11 grudnia 2013

Piękne nic

Grawitacja
reż. Alfonso Cuarón, USA, GBR, 2013
90 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 11.10.2013
Dramat, Sci-Fi



Prawdopodobnie jestem jedynym człowiekiem na Ziemi, który dotąd nie widział jeszcze Grawitacji. Na swój sposób czułem się z tym świetnie. Poważka. Absolutny spokój w bani w szczytowym momencie, kiedy cały świat debatował nad geniuszem Cuaróna, trójwymiarowym efekciarstwem oraz kosmicznym realizmem, tudzież jego brakiem. Mogłem w tym czasie w spokoju zajmować się czymś znacznie pożyteczniejszym dla ludzkości, np. płaceniem podatków. Niektórzy zarzucali mi nawet, że **** ze mnie a nie kinomaniak. Cóż, zapewne mieli rację, nigdy nie twierdziłem, że nim jestem. Ale oto stało się. W końcu i ja dołączyłem, w dodatku zupełnie świadomie, do grona ludzkości, która dawno mi już uciekła oraz schowała się za nieboskłonem. I cholera jasna, strasznie tu teraz ciasno. A było przecież tak fajnie... Zawsze muszę coś spieprzyć.

To jest nawet dość zabawne, ale też trochę dziwne uczucie, bowiem po obejrzeniu tegoż oto przedstawienia (tak będę ową produkcję nazywał), wcale nie czuję się o coś konkretnego wzbogacony. Moje pojęcie o tymże hmm... przedstawieniu (sorrki za powtarzalność) przed i po seansie, jest niemalże identyczne. Wystarczyły mi ze dwa trailery, trochę czytanego tekstu i komentarzy, by dowiedzieć się o Grawitacji tyle, ile potrzeba do jej rzetelnej oceny. Aż sam się sobie dziwię, że mnie to w ogóle dziwi. Nie zliczę sytuacji oraz filmów, które miałem w pełni rozkminione tylko po obejrzeniu zwiastunów. Kiedyś myślałem, że to talent, dziś, że to po prostu producenci i piarowcy są idiotami, bu upychają całą fabułę i sens filmu w ledwie dwóch minutach teledysku. Bez sensu.

Nie będzie mi teraz lekko po tych kilku miesiącach obsuwy coś nowego o Grawitacji wystękać, spłodzić coś na tyle interesującego, aby przykuło to czyjąś uwagę i pozostawiło na tymże wpisie do końca. Wszystko zostało już na jej temat napisane. Żądnych nowych doznań i odkryć muszę z bólem serca rozczarować. Niemniej muszę mieć to już za sobą, tak dla świętego spokoju, żeby odhaczyć i skupić się na czymś innym.

Wbrew wątpliwej urody mojego wstępniaka, nie będę smarował Grawitacji gównem. Oczywiście ukrywał również nie mam zamiaru, iż to nie jest moje de gustibus. Szkoda to dla mnie wielka, bowiem jak już kilka razy wspominałem przy różnych okazjach, a nawet dwa wpisy temu, jestem fanem sci-fi i to nawet wielkim. Ale z tym jest jak z - wybaczcie - cyckami. Też je uwielbiam, ale takich autentycznie boskich i w moim typie jest stosunkowo niewiele na tym łez padole. Takie są to już okrutne prawa przyrody, nic nie poradzę. Na kiepskie sci-fi również.

Wiem wiem, już lecą na mnie "kurwy" i "chuje". Miałem czelność obrazić świętość. Nie obrażam. Stwierdzam tylko pewne oczywiste dla mnie fakty, które zapewne są obce innym, większości, a może nawet i wszystkim, ale z tym także niewiele jestem w stanie uczynić. Niestety. Ale wróćmy do fekaliów. Grawitacja kupą nie jest, zgoda. Z punktu widzenia widowiskowego, technicznego i nowatorskiego, albo nie, wycofuje te nowatorstwo, bo to zwykła ściema jest. No więc z punktu widzenia tych dwóch pierwszych, jest to przedstawienie niezwykle zacne dla oka. Naprawdę, chylę czoła, moje uszanowanko, jak to mawia pies Pieseł. Komercyjna rozrywka dla mas na całkiem wysokim nomen omen poziomie. A jak jeszcze ktoś lubi na łeb przywdziać specjalny okular, to nawet i w 3D może się poszczać z wrażenia. No co kto lubi. Nic mi do tego. Ja jednak nie zaliczam się do tych oczarowanych i zachłyśniętych techniką jednostek. Nie wiem, albo już wyrosłem z uganiania się za własnym ogonem, albo te wszystkie wizualne fajerwerki przestały robić na mnie wrażenie. Owszem, Kubrick też zaszokował ludzkość w roku 1968, ale on przynajmniej przy zupełnej okazji chciał także wbić coś odbiorcy do łba, jakąś myśl, coś ważnego z jego punktu widzenia opowiedzieć. Natomiast Cuarón wraz ze swoją ekipą, cóż... niestety skupił się tylko na pustym efekciarstwie, jak zresztą większość współczesnych twórców dzisiejszego kina sci-fi, ale o tym pisałem już kilka razy i nie chce mi się znów do tego wracać. Takie czasy, takie sci-fi.


Tak więc mamy piękne i sztucznie wygenerowane zdjęcia, efekt kosmicznej nieważkości, wspaniałą, przyznaję, matkę Ziemię widzianą z perspektywy około 600 km nad poziomem morza i Teleskopu Hubble'a. Doprawdy, można się zawiesić na widoku niebieskiej planety, z dala od tylu milionów debili. Nawet szczerze rozumiałem zachwyt i przesadny luz Matta Kowalsky'ego. Sam bym z radości fruwał sobie wkoło w tą i z powrotem oraz raczył puszczać w eter dowcipy, że o bajerowaniu "niebieskookiej" dr Ryan Stone nawet nie pomnę ("konkurencji praktycznie żadnej" - jak to mawiał Maksik w Seksmisji). Ale to by było przecież zbyt nudne. Zatem twórcy postanowili tchnąć w te beztroskie latanie jakąś dramaturgię (w tym przypadku jest ona o wiele ważniejsza, niż dajmy na to zupełnie nieobecna tu fabuła). Aby to uczynić, autorzy musieli nagiąć trochę praw i kosmicznych prawidłowości. Oczywiście nie każdy musi się na tym znać. Ja w zasadzie również, ale pech chciał, że miałem więcej czasu na zapoznanie się ze wszystkimi opiniami na temat tegoż kosmicznego przedstawienia, także tymi od strony bardziej naukowej.

No i co ona, ta nauka w senie, rzecze nam na ten temat? Ano np. to, że Hubble znajduje się na wyższej orbicie, niż międzynarodowa stacja ISS, do której Kowalsky (ciągle kojarzył mi się z tym pingwinem z Madagaskaru) holuje niemal pozbawioną tlenu panią doktor (po cholerę ona tyle gadała, skoro była już na tlenowej rezerwie?). A to oznacza, że zniszczony teleskop poruszał się z prędkością o około 400 km mniejszą niż stacja. Teoretycznie więc nasza zbłąkana w kosmosie dwójka, a raczej w orbicie Ziemi, bo do kosmosu to jeszcze daleko, nie miała prawa zbliżyć się z pomocą swojego manewrowego plecaczka, w dodatku obciążonego panią Bullock do znacznie szybszej od nich stacji. To raz. Dwa. Hubble, ISS i chińska stacja Tiangong krążą, cytuję: "po orbitach ustawionych pod odmiennymi kątami względem Ziemi. Przesiadka między nimi byłaby ekstremalnie trudna, jeśli nie niemożliwa, zwłaszcza przy prędkości kilkudziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę". Pomijam już fakt, że w rzeczywistości nie doszłoby już do pierwszej tragedii od której wszystko się zaczęło, czyli do zniszczenia teleskopu oraz wahadłowca przez kosmiczne śmieci, które powinny poruszać się po innej orbicie. Poza tym, po zestrzeleniu przez Rosjan ich satelity, niemożliwym byłoby, aby nastąpił opisywany w filmie efekt śmieciowego domina, a przynajmniej nie w tak krótkim czasie. No i w końcu cztery, słynne już słitaśne patrzenie sobie w swoje "niebieskie" oczy dwójki naszych gołąbków - Cloney'a i Bullock w chwili, kiedy coś niewytłumaczalnego z punktu widzenia nauki ciągnie naszego amanta w dół, przez co musieli się rozdzielić na amen. Taka scena byłaby normalna tu, na Ziemi, ale nie w warunkach mikrograwitacji.


Oczywiście wymienione wyżej przekłamania oraz te przeze mnie nieporuszone, w żaden sposób nie dyskwalifikują filmu. Mało tego, bez nich wcale by go nie było, bo zwyczajnie być go nie mogło. Trzeba się z tym po prostu pogodzić już na starcie. Większość oczywiście to potrafiła, koniec końców uczyniłem to i ja, acz potrzebowałem na to trochę więcej czasu. Już od samego początku i podświadomie traktowałem Grawitację z wielkim przymrużeniem oka. W kościach łupało, że będzie to tylko opakowana w złoty i błyszczący papier pustka intelektualna, o czym świadczy chociażby zaciąg aktorski. Bullock i Clooney rzecz jasna są dobrymi aktorami, nawet ich szczerze lubię, ale pasowali mi do tego kosmosu jak Sasha Grey do roli zakonnicy u Hanekego. To, że zagrali poprawnie niczego w tej kwestii nie zmienia. Są pewne uprzedzenia o jakich się filozofom nie śniło. Życie.

Tak więc wszystkie te sceny, które przyznaję, bardzo zgrabnie trzymają widza w napięciu, musiały zostać doposażone w pierwiastek fantazji, inaczej, musielibyśmy wyjść z kina już po 15 minutach, bo by tam wszyscy w tym czasie nam poginęli. Nawet te piękne żółte słońce im wybaczam, bo jak powszechnie wiadomo, w tychże kolorach mieni się ono tylko z perspektywy ziemskiej atmosfery. Mimo, że winno być oślepiająco białe, to jednak fajnie było się na nie od tak pogapić. Ale to wynika bardziej z tego, że sam mam słabość do astronomicznych obserwacji gwiazd, księżyca, wschodów i zachodów słońca, zatem tego typu narrację przyjmuję z dużą radością i zrozumieniem. Mogli tylko darować nam tych durnych i irytujących dialogów, gadania do siebie oraz wewnętrznych przemyśleń Bullock. Wolałbym już obejrzeć tą opowieść w kosmicznej ciszy. Umówmy się, nie mieli oni zbyt wiele mądrego nam do powiedzenia. To duża wada, bodaj największa, tak samo jak wkurzający Kowalsky, który w obliczu śmierci strzela na prawo i lewo żartami, oraz przez cały czas nie schodzi mu z gęby banan. Iście niespotykanie spokojny człowiek, ale wiadomo, NASA tylko takich ma u siebie. Całe szczęście, że Cuarón zgrabnie wybrnął ze sceny pukania przez niego w szybkę Sojuza, bo serio, miałem ochotę wyłączyć w tym momencie telewizor.

No dobra. Chciałem, aby tym razem było krótko, a znów niepotrzebnie się rozpisałem. Zatem kończę swój wywód. Grawitację należy traktować o wiele mniej serio, niż chcieliby tego np. jej producenci. Tylko wtedy da się ją przełknąć bez obaw o swój układ trawienny. To typowe komercyjne kino, które musi rządzić się komercyjnymi prawami, stąd niedostatki w treści, realizmie, fabule i tak dalej. Jak na kino rozrywkowe jest po prostu wspaniale, bo też inaczej być nie może. Z góry skazane było na sukces. Ja go jednak traktuje mniej jak film, a bardziej jak audiowizualne przedstawienie dedykowane kinom IMAX, tak jak niegdyś te wszystkie trójwymiarowe filmy o zwierzątkach i oceanicznych światach skrytych gdzieś w głębinach. Niby również piękne i fascynujące, dzieci zachwycone, ale jednak niewiele one miały wspólnego z zasadami poważnego kina na jakich ja się opieram. Ot, piękne i zapierające dech w piersiach nic. Tester możliwości naszych wypasionych telewizorów 3D i kin domowych blue-ray. Doceniam wielki wysiłek włożony w proces produkcji i chęci, podobają mi się zdjęcia, a także zgrabnie zbudowane napięcie, emocje oraz sprzedanie mi przygniatającego respektu przed ciągle obcym kosmosem, ale szczerze cieszę się, że mam to już za sobą.

4/6

IMDb: 8,4
Filmweb: 7,5


wtorek, 12 lutego 2013

O co tyle hałasu?

Argo
reż. Ben Affleck, USA, 2012
120 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 30.11.2012
Polityczny, Thriller, Historyczny, Dramat, Akcja




Nie chciałem tego oglądać. Nie lubię tracić czasu i patrzeć na coś, co już z samego założenia i z różnych względów mi się nie podoba. Z tego też właśnie powodu unikam gapienia się na Annę Grodzkiego. Założyłem sobie z góry, że kiedyś i tak puszczą go na TVN (Argo w sensie, bo Grodzki ma już u nich wykupiony stały abonament), najpewniej w okresie świątecznym, lub jako piątkowy mega hit, to sobie wtedy obejrzę, wraz z milionem innych zaległości rodem z trochę obcego mi filmowego świata. Ale to też tylko wtedy, jeśli akuratnie nie będę miał czegoś innego i ciekawszego do zrobienia, np. gdy nie zapragnę nagle umyć okien w mieszkaniu. Choćby i w środku zimy. Niemniej jednak ostatnimi czasy o Argo jest na tyle głośno, że w pewnym sensie zaczął mnie ten hałas już trochę uwierać.

Strasznie nie lubię zabierać głosu na zupełnie obce mi tematy, w których czuję się tak średnio na jeża i generalnie nie kumam bazy. Jeśli raptem wyrośnie przede mną jakiś zjadacz wszystkich rozumów, alfa, beta i Opel Omega w jednym, to zwyczajnie może mi wtedy zabraknąć argumentów, a nie lubię gdy ich mi brakuje i nie wyczuwam Asa w rękawie. Tak właśnie było do wczoraj, za każdym razem, gdy pojawiał się gdzieś temat Argo. Wszędzie i ciągle. A ja nie miałem nic mądrego do powiedzenia, oprócz naturalnego i bazującego na bardzo żywym przeczuciu, że to jest w istocie mocno średni film nad którym ludzkość nawet nie zapłacze. Nawet ta amerykańska. Ależ się pomyliłem... Co do tej ludzkości rzecz jasna.

No we łbie mi się to nie mieści. Siedem nominacji do Oscara, wygrane Złote Globy, liczne wyróżnienia, ochy i achy, a dwa dni temu brytole uznali na swoim BAFTA, iż jest to, o zgrozo, najlepszy film roku! NAJLEPSZY. No ocipieli. Jako, że to się nadaje do Faktoidu, zapragnąłem w końcu i ja zabrać głos w tym rynsztoku pełnego niedorzeczności i ukraść światu cenne pięć minut. Dotąd nie wypadało mi tego robić, no bo przecież filmu nie oglądałem, a zasady mam święte i muszę je respektować, choćby przed samym sobą. Zrobiłem więc wyjątek, usiadłem wczoraj trochę wygodniej na kanapie i zabrałem się za najlepszy film według być może nawet i milionów ludzi na świecie, a który w pierwszej chwili (w drugiej i ósmej zresztą również) wydał mi się absolutnie nieinteresujący i odpychający. Od A do Z. No zdarza się. Czasem nie ma żadnej chemii i musimy improwizować domowej roboty zamiennikami. Jak w życiu. Poświęciłem się więc, bo chciałem dogonić świat, który zdaje się oczadział. Zapragnąłem być na czasie i zrozumieć ludzi, którzy nagle i zbiorowo potracili rozumy, ale przede wszystkim zrobiłem to dlatego, bo chciałem udowodnić samemu sobie, iż zwyczajnie miałem rację.

No więc wskoczyłem na ten statek, na ostatni prom, na Arkę Noego. Siedzę i płynę tak z tym milionem innych zwierząt i bacznie im się przyglądam. Mogę sobie wreszcie do woli pisać, smarować i obrzucać je błotem, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Przykro mi bardzo, ale jeśli czytają to fani Argo, musicie albo zmienić kanał, albo też z góry uznać mnie za skończonego idiotę, kompletnie oderwanego od rzeczywistości i czytać dalej, lecz już z bezpiecznie ustanowionym dystansem do tych niedbale ułożonych przeze mnie literek. Dystansem, takim wiecie, jak między normalnym człowiekiem, a opóźnionym na umyśle. Jak w Locie nad kukułczym gniazdem. Inaczej świat może wam się nagle zwalić na głowy, a ja naprawdę nie chcę być później ciągany po sądach.

Uważam bowiem, będąc przy tym w pełni świadomym oraz trzeźwym na ciele i umyśle (jak bum cyk cyk, nie piłem od 2 dni), że Argo to jeden z najbardziej przereklamowanych filmów tego roku. Znaczy się poprzedniego, ale dopiero w tym postanowiono go hojnie obdarować platyną i złotem. Uściślę. Argo (po kiego wafla dodano u nas tą „operację”? Zawsze musi być inaczej niż w oryginale?) nie jest złym filmem. Jest solidną, rzemieślniczą i sprawnie wykonaną robotą na zamówienie, taką typowo hollywoodzką wizytówką, których wala się multum w naszym biurowym wizytowniku. Ale przez te wszystkie nagrody i nominacje zrobiono mu ogromną krzywdę, a przy okazji obrażono gusta kinomanów (no, przynajmniej jednego). Wiem, że Ben Affleck najpewniej by się ze mną teraz nie zgodził, zaśmiał szyderczo pod nosem i kazał mi spadać na bambus, tak jak i cała rzesza twórców filmowych, która gremialnie puknęłaby się w czoło i zapytała: „Kim u licha jest ten śmieszny i durny człowiek z tego małego i nic nie znaczącego na mapie świata kraju, znanego co najwyżej z białych niedźwiedzi na ulicach?” Tak właśnie by zapytali, ale na szczęście jestem białym niedźwiedziem, a to jest mój kraj, mój blog i moja recenzja, więc mogę też sobie do woli spluwać przed siebie.

Ja wiem, że filmy kręci się także dla tych czerwonych dywanów oraz dla zabawy w błyszczące i ociekające złotem szabrownictwo. Tzn. nie wiem, tak wnioskuję po tych wszystkich ą i ę festiwalach, które organizuje się chyba tylko po to, żeby artystyczna szlachta bawiła się we własnym gronie i klepała czule po plecach: "Bardzo dobry film Ben, prawie tak dobry jak Twój garnitur", "Och, dziękuję Jeff, Twoja szósta żona mówiła to samo", "Może nakręcimy coś wspólnie? Za Twoje pieniądze?"

Przez te wszystkie zupełnie oderwane od pługa nominacje, przez notoryczne obdarowywanie średnich filmów najwyższymi laurami w świecie filmu, zwyczajnie nie chce mi się już ani oglądać, ani też szerzej interesować jakimikolwiek ceremoniami wręczania nagród. No trochę nudne się to wszystko zrobiło i mało autentyczne, abo też ja sam już z tego wyrosłem. Rajcuje mnie najwyżej już tylko kilka mniej prestiżowych festiwalów, w których mucha i krawat nie jest zestawem obowiązkowym, oraz nagrody przyznawane przez publiczność, bo tej ufam mocniej. Trudno, żeby było inaczej - sam do niej należę. Bardziej mnie interesuje co wygra w Sundance, w Toronto, czy na Nowych Horyzontach, że o mojej Warszawie nie pomnę, niż to co ogłoszą w LA za jakieś dwa tygodnie w świetle jupiterów. Festiwalową pierwszą ligę traktuję dziś już mniej więcej tak jak rozgrywki piłkarskie w lidze azerskiej. Wiem, że się odbywają. I tyle.


Ale wróćmy do filmu. Lubię czasem mocne kino około polityczne, szpiegowskie, historyczne, a jak jeszcze jest oparte na faktach, to już w ogóle lubię, bo te zasadniczo leży na półce blisko moich prywatnych zainteresowań, którymi katuję się na co dzień. Albo inaczej. To one katują mnie, bo generalnie wolałbym nie wiedzieć co w trawie piszczy np. na takim Bliskim Wschodzie i autentycznie chciałbym posiadać cały świat głęboko w poważaniu i w czterech literach, ale cholera nie potrafię. Moim naczelnym cierpieniem i męczennictwem jest to (oprócz notorycznie pękającego serca z powodu porzucania mnie przez złe kobiety), iż nie lubię mieć wielkiej kosy z historią, oraz być nie na bieżąco ze światem. Nie lubię nie wiedzieć kto mnie orżnął w Sejmie, oraz np. kto aktualnie jest Prezydentem Iranu (wiecie?). Należę do zdecydowanie wymierającego gatunku ludzi, którzy interesują się tym, co dzieje się trochę dalej za granicą własnego osiedla, dzielnicy, powiatu, że o województwie nie pomnę. Lubię czytać świat i stale kontrolować jego tętno. Dlatego właśnie tak bardzo cenię sobie kino. Dzięki niemu jestem w stanie i bez wychodzenia z domu zwiedzić odległy kontynent i dowiedzieć się, co tam się u nich pije do śniadania i jakiej słucha muzyki. Zupełne pierdoły, a cieszą. Po prostu lubię to wszystko wiedzieć.

Nie inaczej jest ze sprawami poważniejszymi. Zarysy historyczne, polityka, konflikty zbrojne. To chleb powszedni tego świata, a ja lubię świeże pieczywo. Każdy naród ma własną historię, posiada wielkie i smutne momenty, a ten, który swoją historię potrafi czcić i pielęgnować z godnością oraz zarażać nią inne narody, jest dla mnie mistrzem i ma prawo rozdawać karty. To trochę jak z tą martyrologią. Pokażcie mi własne cmentarze, a powiem wam jakim narodem jesteście. Kraj, który nie potrafi mówić, pisać książek, wierszy i kręcić filmów o własnej przeszłości, nie zasługuje na teraźniejszość i nie ma prawa do przyszłości. Amerykanie doskonale to wiedzą i lubują się w przenoszeniu na ekran wszystkich, ale najchętniej tych patetycznych i wyciskających łzy z oczu ckliwych historyjek opartych luźno, bądź też trochę mocniej na faktach historycznych. Zrobili już chyba wszystko. Sfilmowali każdy okres własnej państwowości, a wszystkie wojny przez które się przeczołgali rozebrali na czynniki pierwsze i jeszcze kazali podziwiać to wszystko reszcie światu. Doszło nawet do kuriozalnych sytuacji, w których owa reszta świata uznawała amerykańskie filmy opowiadające o ich własnej historii... no najlepszymi filmami świata właśnie. No wypisz wymaluj Argo i te ostatnie BAFTA. Lol po raz kolejny. To się ciągle dzieje.

My pod tym kątem wypadamy trochę blado. Rodzime produkcje historyczne opowiadające o naszych narodowych traumach, tragediach i sukcesach z kart własnej historii (a mamy tego o wiele więcej niż Amerykanie) są przez resztę świata najczęściej pomijane i to najdelikatniej rzecz ujmując. Mało tego. Pomijane są nawet u nas i przez większość z nas. Ale też nie ma co siać paniki. Na świecie pomija się właściwie każdy nasz film. Idzie się przyzwyczaić.

Tak więc Amerykanie mogą więcej. Argo oglądać specjalnie mi się nie chciało, ale nie dlatego, że prywatnie jestem trochę na bakier z amerykańską propagandą sukcesu. Akurat w konflikcie cywilizacji zachodniej z Islamem zawsze będziemy walczyć po tej samej stronie, ale osobiście obejrzałbym ten film chętniej, gdyby nie te wszystkie pieprzone nagrody i klękanie narodów. No niesmak jak stąd na Mt. Everest. Rzuciłbym sobie okiem na te Argo, ale tak bez specjalnego ciśnienia i oceanu oczekiwań w ramach ciekawostek historycznych gdzieś tak pewnie za parę miesięcy i z braku laku, jak bym nie miał co akurat oglądać w czasie wolnym, bo i tak należy podchodzić do produkcji tej rangi, bez szaleństw w oczach, ale nie, musieli znaleźć się ludzie, którzy uznali Argo najlepszym filmem roku. ROKU, który spłodził przynajmniej dwa tuziny o niebo lepszych produkcji. Koniecznie musieli wyjść spod ziemi odważni zjadacze wszystkich rozumów, którzy obdarzyli go 7 nominacjami do Oscarów. Inni mądrzy wręczyli jego producentom dwa Złote Globy. No jak im za przeproszeniem nie wstyd? Przez nich musiałem te pieprzone Argo obejrzeć wcześniej niż chciałem i z towarzyszącym temu niesmakiem, a także publicznie później znieważyć, ale nie dlatego, że jest filmem złym, tylko dlatego, że na siłę postanowiono zrobić z niego zajebistą produkcję. W imię jakich zasad i według jakich kryteriów tak uczyniono? Zawsze miałem problem z odnalezieniem się w świecie artystów i to pomimo tego, że moja dusza od urodzenia posiadała papiery na to, by do tego świata aspirować.

Jako, że Argo jest oparte na faktach, to będzie mi ciężko zbesztać je w wielu elementach, co niby chciałbym bardzo uczynić, ale tego ostatecznie nie zrobię, bo sam tak do końca nie wiem, co tu właściwie jest fikcją literacką, nadinterpretacją autora, czy też faktem twardszym od stali. Nie chcę więc się wygłupić i walnąć babola, napisać, że ta scena jest „niemożliwa”, a później przeczytać, że akurat to wydarzyło się naprawdę. Skupię się więc jedynie na kilku absolutnych drobiazgach, które teoretycznie nie powinny rzutować na całościowy odbiór… ale u mnie trochę rzutują. To jednak będą wręcz outsiderzy ze świata drobiazgów, no ale będą, są, znaczy się.


Pierwszy drobiazg jaki mnie strzelił w oko, że te aż mi spuchło, to te sztuczne wąsy. LOL. No nie mogłem z nimi. Mam na myśli nienaturalny zarost naszej ratowanej szóstki pracowników ambasady. Dwóch z tych kolesi kojarzyła mi się z teledyskiem Beastie Boys - Sabotage (uwielbiam). Nie mogłem przestać się śmiać i traktować tych postaci autentycznie oraz odpowiednio poważnie. Co za tym idzie, nie użalałem się nad ich losem oraz nie identyfikowałem się z ich cierpieniem, które tak na marginesie, zostało bardzo słabo odwzorowane i przelane na ekran. Ja rozumiem, że to był koniec lat 70-tych, że stylizowano ich na autentyczne postacie, tak właśnie wówczas owłosione i wyglądające, ale na Boga, mogli już znaleźć aktorów z prawdziwym zarostem, a nie tak nieudolnie doklejanym, lub tak po prostu wyglądającym. Drugi absolutny drobiazg już tak bardziej na rozluźnienie, to LEDowe oczy robota z konferencji prasowej (zwrócił ktoś na to uwagę?) :)

Trzeci drobiazg, acz trochę większy i bardziej uwierający, to to, co już właściwie poruszyłem przed chwilą, czyli emocje, a raczej ich brak. Od samego początku filmu wiadomo, że tą naszą szóstkę uwolnią, że skończy się wszystko happy endem, że będą łzy wzruszenia i chwała wielkiej Ameryce. Inaczej nie nakręciliby o tym filmu. Proste. Nie trzeba też było niczego wcześniej o tej akcji czytać. Nawet posiadać minimum wiedzy historycznej, bo dla durnych Amerykanów, oraz dla większości pozostałego społeczeństwa streszczono na samym początku filmu trochę ważnych informacji w stylu: W jakim kraju akcja będzie się za chwilę rozwijać, w którym roku, kto jest kto, po co i dlaczego. Taka legenda w pigułce dla mało rozgarniętych. O tym, że nie trzeba tego robić przekonano mnie chociażby w Pogorzelisku.

Jedyną niewiadomą jaką posiadałem zasiadając do oglądania, to sposób w jaki miano dokonać odbicia uwięzionych w Teheranie Amerykanów. Całkiem interesujący i oryginalny na pierwszy rzut oka, przyznaję. Nawet mnie trochę zdziwiło, że dopiero teraz znalazł się w tej fabryce snów jakiś producent, który postanowił nakręcić o tym film. Dziwne jest to tym bardziej, ponieważ z tej opowieści wynika jasno, iż naszych bohaterów ze sztucznymi wąsami uratowało w dużej mierze samo Hollywood. Scenariusz sam się przecież napisał i przyniósł chwałę ludziom z branży filmowej. Wystarczyło go tylko wyciągnąć z ogólnodostępnej szuflady do której trafił w roku 1997. Ben Affleck to zrobił, dodał trochę ckliwości i patosu od siebie według zdartego do bólu szablonu, wyszło całkiem solidnie, ale bardzo mało interesująco i zupełnie nieprzyciągająco. Zero identyfikacji z kimkolwiek w tym filmie. Także okrągłe zero jakiejś niepewności, nie było też obiecanego mi thrillera. Zabrakło mi również wzruszającego dramatu ludzi, który przecież w rzeczywistości istnieć musiał na pewno. W Affleckowej ekranizacji w ogóle ciężko było wyczuć jakieś specjalne zagrożenie dla ich życia. Wszystko co widziałem na ekranie spływało po mnie zeszłorocznym, wyimaginowanym potem. Tą historię wyrecytowano bezjajecznym głosem, jednostajnie przyśpieszonym, pozbawionym charyzmy i charakteru Kryśki Czubówny. Argo przeczytał nam pan Zdzichu spod Żabki po sześciu piwach. Ziew.

No i się rozpisałem. Znowu. Ja pieprzę, muszę coś z tym zrobić. Miałem zamysł, by o Argo napisać tylko kilka akapitów i wrzucić to wszystko do jednego posta wraz z innym filmem, który obejrzałem tylko dlatego, że również chciałem sam przed sobą potwierdzić wszystko to, co o nim wiedziałem i bez jego oglądania, czyli Niemożliwe. Do niego także nie czułem mięty, oraz z góry wydawał mi się mało interesujący, ale o nim może później, kto wie, może również się tak rozpiszę bez sensu. Tak czy owak, po raz kolejny jestem wdzięczny swojemu instynktowi, którego latami trenowałem, szczułem chłamem i delektowałem wielkimi tytułami. Skurczybyk nauczył się już wyczuwać z daleka filmy dobre i ostrzegać mnie przed złymi. Dzięki temu tych drugich praktycznie w ogóle już nie doświadczam i rzadko oglądam. Zwyczajnie szkoda mi na nie czasu, acz przyznaję, czasem muszę to robić, bo przednia jest z nimi zabawa. Za to obsesyjnie uganiam się za filmami świetnymi, lub potencjalnie dobrymi. Cóż. Maciej Orłoś powiedziałby o mnie, że nadaję się do teleekspressowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych. Pozostali nazwaliby mnie pewnie zwykłym idiotą. Rację z pewnością macie wszyscy.

3/6

IMDb: 8,0
Filmweb: 7,5



niedziela, 27 stycznia 2013

Oczy, dekolt i to coś

Silver Linings Playbook
reż. David O. Russell, USA, 2012
122 min. Forum Film Poland
Polska premiera: 8.02.2013
Romans, Dramat, Komedia




Osiem nominacji do Oscara. Łał. No powariowali. Tylko Lincoln (12) i Życie Pi (11) dostali ich w tym roku więcej. W sumie też dużo za dużo jak na mój zwichrowany gust, no ale to przecież były festiwalowe pewniaki. W historii nagród rekordzistami są Titanic i Wszystko o Ewie (po 14), a tu raptem ten Silver coś tam Playbook, tak pokracznie przełożony przez Forum Film Poland na język Wojewódzkiego i Grycanek (w sumie żadna nowość), dostaje aż osiem. WTF? Przecież ja nawet nic o tym filmie wcześniej nie słyszałem. Prawie nic. Zapewne to tylko gorzej świadczy o mnie, ale też, orzeszki przeciw bananom, że było nas więcej. David O. Russel ma chyba patent na Akademię, albo też jest w posiadaniu jakichś kwitów w postaci kompromitujących taśm z udziałem członków szacownego gremium, np. sex tejpy. Dwa lata temu udało mu się ich przechytrzyć Fighterem. I to dwukrotnie. Ale wtedy serio mu wyszło, to był dobry film i miał prawo domagać się satysfakcji. Cholera, no to może ten też będzie dobry, a ja tylko tak bez sensu jątrzę i grymaszę?

Nie mniej jednak zaczął się fatalnie. Pierwsze piętnaście minut i miałem go ochotę może nie tyle wyłączyć, co raczej uaktywnić na pilocie przewijanie z podglądem, oraz zakończyć ten proceder dopiero gdzieś przy napisach końcowych. Jakieś takie niechlujne te kadry, zbyt dynamiczne i chaotyczne, do tego ta trzęsąca się kamera, dziwne ujęcia i odpychająca gra irytujących aktorów na dzień dobry. Masa dialogów, dużo słów, mało satysfakcjonującej treści. Nawet ujrzenie po chwili na ekranie Roberta De Niro nie wiele pomogło. Owszem, moja twarz wykrzywiła się w swojej pokracznej formie i spróbowała odnaleźć w bazie danych „minę nr trzy”, uśmiech znaczy się, ale niestety nie bardzo jej to wychodziło. Od pewnego już czasu mam tak z De Niro, że jak go widzę na ekranie, to mnie smuci ten facet bardziej niż cieszy. Bynajmniej to nie przez niego samego. Nadal go wielbię uczuciem nadludzkim. Tu raczej żale swe wylewam pod adresem tych, którzy go w ostatnich latach obsadzają najczęściej w rolach emerytów, dziadków i strapowanych ojców w jakichś durnych komediach romantycznych. A ja przecież tęsknię za De Niro w idealnie skrojonym garniturze lub w skórze, czy też w koszuli całej we krwi, w dodatku z przeszywającym wszystkich swym wyrachowanym wzrokiem i ściskającym w dłoni gnata wycelowanego w czyjś odrażający łeb. Za cholerę nie mogę pogodzić się z tak drastyczną zmianą wizerunku, a raczej z upływającym czasem, albo też z jednym i z drugim jednocześnie.

Nadal więc na taśmie dominowała pustynia Gobi. Kilka zabawnych point od czasu do czasu, ale ciągle ta sama permanentna nieciekawość. Cały czas coś mnie uwierało, z każdą minutą umierało i bezceremonialnie wymiotowało wprost na mnie z ekranu. Już miałem wyłączać, skoczyć na sport i pogodę po Wiadomościach, gdy nagle… nagle na scenie pojawia się ona.

Czujecie tą pauzę? Tą niezręczną ciszę, którą zakłóca jedynie odgłos szczęki dolnej uderzającej niezdarnie o podłogę? Ona. Cała w czerni z tym pysznym pieprzykiem na dekolcie i błękitem oczu bezwstydnie pożerającym moje męskie, do cna zarośnięte zgnilizną seksistowskie geny męskie, które to odpowiadają za rozpaczliwe poszukiwanie w każdej napotkanej kobiecie pierwiastka niedefiniowalności, fascynacji i klasycznego pierdolca na jej punkcie. Świat się zatrzymał, ludzie wstrzymali oddech, a francuskie siły zbrojne przestały bombardować pozycje dżihadystów w północnym Mali. Zakochałem się. Ja pierdolę. Znowu. Trzecia miłość w tym roku, a to przecież jeszcze styczeń pręży się na dopiero co kupionym ściennym kalendarzu wypełnionym aż do grudnia w żaglowe okręty. Dam sobie rękę odrąbać siekierą, że przyszło mi to prędzej, niż Bradley’owi Cooper’owi, jej filmowemu amantowi. Tiffany, co ja gadam, Jennifer Lawrence, dziecko, jak ty wyrosłaś! Pamiętam ją sprzed kilku lat, gdy świat oraz ja sam usłyszeliśmy o niej po raz pierwszy. Zagrała w także nominowanym do Oscara Winter's Bone, w bardzo brudnym filmie, pełnego amerykańskiego syfu, beznadziei, bólu i smutku. Bez mejkapu, bez krzty kobiecości i grama seksapilu, ale oczy, OCZY już wtedy miała nieziemskie. Ale dziś, gdy stoi w tym salonie, przed nami, co ja gadam, przede mną, w tych ciemnych włosach, małej czarnej z dekoltem, oraz w szalonym błękicie zmysłowej obojętności… Ja jebię. Tej nocy nie mogłem zasnąć.


I właśnie wtedy O. Russel wcisnął długo wyczekiwaną przeze mnie pauzę. Naszła mnie nawet myśl, całkiem uprawniona, że film odtąd będzie już tylko lepszy. Że ta magiczna chwila, czyli wkroczenie do filmu Jennifer, czy tam Tiffany, tej stuprocentowej zmysłowej kobiecości w pierwszym planie, że to wszystko uratuje tą opowieść i sprowadzi film na właściwe tory. Osiem Oscarów, ja pierdzielę, ona jest warta ich wszystkich. W pojedynkę. Rozłożyłem się więc wygodniej na kanapie, film właśnie rozpoczął się dla mnie na nowo. Nagle wszystko zaczęło się zazębiać i do siebie pasować. Dwójka naszych głównych bohaterów stała się w tym momencie gwarantem czegoś niezwykłego, nieokrzesanego i niesztampowego, czegoś, czego zawsze z uporem maniaka poszukuję w niebanalnym romansidle.

On, Pat, to niezdiagnozowany dwubiegunowiec z wahaniami nastroju i dziwnymi refleksjami wywołanymi silnym stresem. Pod własnym prysznicem przyłapał małżonkę z innym starszym, oraz brzydszym od niego facetem (co za podły i głupi babsztyl). Prawie go zatłukł na śmierć (też bym tak postąpił) i… za karę trafił na 8 miesięcy ostrej terapii do szpitala, znaczy się po naszemu - do wariatkowa, to przecież Ameryka. Ona zaś, Tiffany, straciła własnego męża w dość kuriozalnym samochodowym wypadku gdy wracali ze sklepu z damską bielizną. Kupiła coś sexy i właśnie mieli to wypróbować w domu. Nie zdążyli. Ze stresu oraz z rozpaczy zaczęła się więc w pracy puszczać, ze wszystkimi jak leci. Facet, dziewczyna, podwładny, przełożony, promocja niczym w Biedronce. Że też mnie się takie promocje w życiu tak rzadko trafiają.

Oboje z marszu i na dzień dobry się znienawidzą, spojrzą na siebie bokiem, ale po chwili połączy ich temat silnych i dobrze im przecież znanych prochów jakimi są faszerowani każdego dnia przez własnych psychoterapeutów. Świra zrozumie najlepiej tylko drugi świr. Stara i mądra to prawda ludowa, wiem, bo sam trzymam się w życiu wyłącznie ze świrami. Co prawda od razu wiadomo, że z tej mąki będzie chleb, romans w sensie, trudny i burzliwy, który najpewniej skończy się happy endem, jednak grunt, że nie towarzyszył temu procederowi pieprzony róż, puder i ta przesłodzona do granic możliwości walentynkowa naleciałość, której brzydzę się zarówno w filmie jak i w życiu prywatnym. Acz u nas w kinach ciężko będzie jej nie dostrzec, bo film będzie miał swoją premierę w okresie walentynkowym właśnie, tak więc drogie panie, szykujcie się na romantyczny seans. Wasi panowie już teraz zapewne szukają po cichu w repertuarze kin czegoś specjalnego na tą okazję. W sumie to nawet polecam facetom tą pozycję. Będziecie sobie mogli przynajmniej na legalu popatrzeć na apetyczny dekolt Lawrence ;)


W tym całym długim i mozolnym docieraniu się naszej parki gołąbków dostrzegałem momentami podobieństwa do takich niebanalnych miłosnych historii jak np. Zakochany bez pamięci, czy Blue Valentine. Czyli dobrze. Pierwsza liga tej kategorii wagowej. Ba, momentami nawet ścisła czołówka. Niestety im głębiej w las, tym gorsze wyniki zespołu Silver coś tam Playbook. Trzeba było przecież zagospodarować jakoś drugi plan, który poza De Niro był po prostu nijaki i nudny. Tak więc kiedy tylko Pat i Tiffany znikali z naszego pola widzenia, robiło się mocno nieciekawie. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Niestety bardzo krótko cieszyłem się pieprznym i oryginalnie zapowiadającym się romansem. O. Russel mniej więcej w połowie filmu przypomniał sobie, że przecież na rany boskie on walczy o Oscara, więc nie ma tu miejsca na jakieś niszowe taplanie się w błocie. Jak pomyślał tak uczynił. Dorzucił więc tego pieprzonego pudru i lukru o którym zapomniał na początku, doprawił różem i hollywoodzką tandetą, w wyniku czego końcowe fragmenty filmu zrobiły się miałkie i banalne aż do porzygu.

Szkoda. Wielka szkoda. Trochę zmarnowany potencjał i dekolt uwodzicielska zadziorność Lawrence. Film może zdobędzie jakiegoś Oscara, być może nawet i kilka, niech ma, nie jestem człowiekiem zawistnym, ale w moim prywatnym odczuciu, zamiast kapitalnej produkcji która zostaje w pamięci jej wymagających fanów na lata, oraz którą fajnie jest przecież mieć w swoim CV, reżyser połasił się na tanie lukrowe cukierki rozrzucone na czerwonym dywanie. David O. Russel stworzył historię skrojoną co do milimetra pod konkretne gusta Akademii, dlatego już wiem skąd te osiem nominacji. Rzecz jasna szeroko rozumiana publiczność także lubi takie ckliwe opowiastki, oczekuje prostych i szczęśliwych zakończeń, których jest przecież jak na lekarstwo w prawdziwych ziemskich historiach. Też je w sumie lubię, ale niech ścieżka prowadząca do ich finału będzie jak najbardziej wyboista. Jak w życiu. W tym przypadku, najpierw rozsypano gwoździe i usypano spowalniające garby, by w dalszej kolejności zalać to wszystko równym asfaltem i do mety dojechać już wygodną trzypasmową autostradą. Bez fotoradarów Rostowskiego rzecz jasna. To jednak trochę nie mój świat, nie moja droga. Zdecydowanie bardziej cenię sobie wyboistość, wystające studzienki oraz śmiertelne wypadki. Z mojego punktu widzenia film zasługuje maksymalnie na tróję z plusem, ale jako, że jestem facetem wybitnie kochliwym (nikt nie jest doskonały), to przez tą moją nową miłość wyciągnę go za uszy na przyzwoitą czwórkę z minusem. Za oczy, za dekolt i za to coś, co mimo bogatego bagażu doświadczeń życiowych, oraz tej wiecznie bolącej mnie szyi bezustannie łapie mnie gdzieś na ulicy znienacka, kopie po twarzy i nawiedza przed snem. Bądź przeklęta Jennifer. Wstydu nie masz tak pastwić się nad mężczyznami.

4/6

IMDb: 8,1
Filmweb: 7,4



piątek, 18 stycznia 2013

Tarantino i włoszczyzna

Django Unchained
reż. Quentin Tarantino, USA, 2012
165 min. United International Pictures
Polska premiera: 18.01.2013
Western, Akcja, Komedia



Nowy Tarantino w kinach - wiedz, że coś się dzieje. Krótko mówiąc, w okolicach premiery zawsze jest wesoło w sieci. Ta roi się wtedy zarówno od spazmów, achów i nadmiaru ejakulatu, ale też i od hejtów, drwin oraz wyszukanej ironii. Od pewnego czasu, mniej więcej od Kill Billa, mocno zradykalizowały się dwa obozy: Miłośników oraz zdeklarowanych wrogów talentu QT. Tych pierwszych jest rzecz jasna więcej. Od razu zaznaczę na wstępie, tak dla jasności w ogólnym odbiorze, że zdecydowanie bliżej jest mi do tej pierwszej grupy, ale też, nadgarstki jakoś specjalnie mnie nie pobolewają za każdym razem, gdy do kin wchodzi nowa produkcja Monsieur Tarantino.

Nie będę jednak ukrywał, że lubię tego skurczybyka. Dostarcza mi plebejskich i zupełnie przyziemnych wzruszeń oraz ascetycznej, niczym nie skrępowanej przyjemności. Bawi się facet konwencjami kina niczym york mojej siostry swym pluszowym odpowiednikiem. Z lekkością, gracją i za każdym razem, z tą samą werwą oraz zapałem. Widać i czuć, że rajcuje go cały proces produkcji filmu, a my, lud prosty, lubimy patrzeć na finalny płód zrodzony z jego nieposkromionej wyobraźni. "No ale ta krew! Te hektolitry przelewającej się na ekranie brutalności!" - krzykną wrogowie QT. No jest, są, i co z tego? Zgoda, jest jej przeważnie więcej niż w przeciętnych horrorach klasy B, C i Z razem wziętych, ale też, czy jest jej mniej niż w Faktach i Wiadomościach? Poza tym nie jest prawdziwa. Nikt przecież nie ginie, a każda ekranowa śmierć tryska krwią niedorzeczności pełnej rasowych podtekstów i zawoalowanego humoru. Oczywiście są gusta i guściki, poczucie humoru i zażenowania, ja jednak w wojenkę fanów i anty fanów się nie włączam. Naturalnie swoje zdanie posiadam, ale czasy są niepewne, więc na wszelki wypadek się z nim nie zgadzam.

Django Unchained to kolejna nisza na prywatnej liście „need to do”, którą to Tarantino koniecznie chciał zagospodarować. Był już kryminał, kino gangsterskie, akcja-sensacja, pastisz kina azjatyckiego, grindhouse’y i slashery klasy B, kino wojenne/historyczne, teraz czas na western. Do kompletu brakuje mu już chyba tylko jakiegoś sci-fi, może coś z Bollywood, no i obowiązkowo pornosa, acz jak sam twierdzi, to ostatnie go nie kręci. Pracował kiedyś w kinie dla dorosłych, to wie. Szkoda.

Tak więc western. Oczywiście fani facetów w kapeluszach i amerykańskich rozległych prerii westchną z przekąsem: „taaa… western” i będą mieli racje. Już nawet gdzieś w matriksie przeczytałem, to było jakieś stęknięcie pewnego recenzora, który stwierdził, iż DU jest kiepski, gdyż żaden tam z niego western. Ot, zwykła podróba, a przecież jak wół napisane w gatunkowym przypisie, że miał być. No, argument taki, jak co najmniej to niedawne jęknięcie do mikrofonu naszego miłościwie nam panującego premiera, który to z rozbrajającą szczerością oświadczył, iż milion fotoradarów stawia wcale nie po to, żeby ratować swój krwawiący (naszą krwią) budżet, tylko po to, żeby egzekwować prawo i ograniczyć śmiertelność na drogach. Yhy. Jasne. Tylko dla naszego dobra kradną nasze pieniądze. Western więc z Django jest taki sam jak te fotoradary Tuska właśnie. Pełny niedorzeczności w formie i w treści. Tarantino cały swój dobrze już nam przecież znany świat, wytrenowany latami styl i warsztat, oraz ulubionych aktorów ubrał w ciuchy z czasów wojny secesyjnej i dopasował do nich adekwatną, kowbojską scenerię. Ot, cała operacja, przy której Argo się chowa. A jak ktoś chce prawdziwy western, to niech dzwoni po Eastwooda.

Nie mniej jednak, można z przymrużeniem oka tak go traktować. Django to nawet bardzo wdzięczny i zasłużony dla klasyki gatunku przydomek. Został powołany do ekranowego życia już w roku 1966 przez samego Sergio Corbucciego, weterana kowbojskich, włoskich spaghetti. Nie wiem kiedy Tarantinowi strzelił do łba pomysł na reaktywację tegoż kultu (przez ciche D), ale zakładam, że mogło to być np. w roku 2007, kiedy to zagrał gościnnie jako aktor w... japońskim westernie (pierwszym w historii) o jakże uroczym tytule: Sukiyaki Western Django. Straszny gniot tak na marginesie. Osobiście nigdy nie przepadałem za westernami, nawet w czasach wczesnego dzieciństwa, gdzie co drugi z nas przebierał się w szkole za szeryfa i nosił jakiś strzelający plastik w zawieszonej na harcerskim pasku kaburze. A to przecież od pokoleń i od samego początku istnienia kinematografu prawdziwe męskie kino, jedno z najbardziej naszych, samczych, przez nas robionych i dla naszej prymitywnej satysfakcji (zna ktoś jakąś babeczkę, która jarałaby się westernami?). Obok pornosów rzecz jasna. Ale dla Tarantino z wielką przyjemnością zrobiłem wyjątek. W końcu jeszcze na długo przed pierwszym klapsem na planie i tak było już pewne, że znajdziemy u niego wszystko, tylko nie sztywne gatunkowe nawiasy.


No bo to taka typowa tarantinowszczyzna. Czegokolwiek by ten nieuk bez szkoły nie nakręcił, to i tak każdą jego zachciankę przyjmuję z lekkością oraz bananem na twarzy. Idę do kina i wiem co za chwilę zobaczę na ekranie. Z innymi wielkimi twórcami, tymi nieżyjącymi już dawno i tymi jeszcze utrzymującymi się jakoś uporczywie na życiodajnej powierzchni, przeważnie zawsze mam jakiś problem. W sensie, że towarzyszy im jakiś dreszczyk niepewności. Nigdy nie wiem, czego mogę się po nich spodziewać, często bywam zaskakiwany. To zaiste, zajebiste uczucie, ale czasem widzowi przydałaby się w kinie stagnacja. Takie, wiecie, coś jak inwestowanie swoich pieniędzy w bardzo pewny i dochodowy interes. Płacisz i wygrywasz. Zawsze. Tego nikt ci na tym świecie nie zagwarantuje, żaden automat do gier, czy choćby jeden bukmacher, a tu nagle ciach. Bóg dał nam Tarantino. Pewność wygranej 100%. Stagnacja przez duże kurewskie S. Każdy jego film jest z pozoru inny i z różnych powodów powoływany do życia, ale ja już od tego, niech będzie, że 1992 roku, widzę ciągle ten sam, jeden, niepowtarzalny styl, który od lat jest powielany, przelewany ze szklanki do szklanki, modyfikowany, dopieszczany i dla zmyłki czasem przeinaczany. Tarantino jest szalenie konsekwentny w tym co robi i nawet jeśli, tak jak za czasów jego młodzieńczej pracy w wypożyczalni video, gdy przerzucał setkami przeróżnych kaset, od filmów klasy A po Z, robił to zawsze tymi samymi ręcami. Taka tam metafora, miałka, ale na nic innego nie miałem natchnienia. Zwłaszcza teraz, chwilę po zwycięstwie naszych szczypiornistów nad Serbami (autentycznie kiedyś przez nich zejdę z tego świata...).

Co więc otrzymujemy tym razem? Na dzień dobry mamy do czynienia z tą samą niepowtarzalną czcionką napisów początkowych. Jakiś nawiedzony grafolog wykrzyknie, że bluźnię, bo przecież różni się ona od siebie w każdym filmie. Zgadza się. Ale ja mam gdzieś te różnice w zawijasach i ich ogólną charakterystykę. Napisy w filmach Tarantino są jedyne w swoim rodzaju. Widzę je na ekranie i od razu wiem, że to On. Po prostu i basta. Do tego muzyka. Kicz i tandeta w pierwszym odsłuchu. Noł nejmy wokalne, jakieś ethno, rock, folk i regionalne wygibasy wygrzebane z podrzędnych lokalów, nieprzesłuchanych kaset demo i podmiejskich garażów. Nie mniej jednak zawsze wpada w ucho i zostaje już wewnątrz na wieki. Nie wiem jak ten bydlak to robi, ale prawie każdy OST do jego filmu jest wprost przepyszny. W DU rzecz jasna jest nie inaczej. Trochę klasyki spod szyldu Ennio Morricone, do tego czarna muza, James Brown, 2Pac i inne wynalazki. W ogóle jak to brzmi. Rapy w westernie, do tego czarny na koniu, WTF?

Dialogi. No, to temat rzeka. Zawsze stanowią o sile jego filmów. Są najważniejsze. Publika zapamiętuje je na lata, potem robią to następne pokolenia, nawet wrogowie QT wyrwani ze snu w środku nocy potrafią wyrecytować je z pamięci. Aktorskie postacie wypowiadające tarantinowskie kwestie stają się z miejsca legendami, przechodzą do historii kina, trafiają na t-shirty, murale i kubki z kawą. Taka właśnie tkwi siła w dialogach u Tarantino. Lecz tym razem, słowa mówione, wypowiadane w DU mogą po sobie pozostawić odrobinę niedosytu. Nie rozczarują, co to to nie, ale tym razem, czegoś w nich chyba jednak zabrakło. Nie przychodzi mi teraz na myśl żadna konkretna wymiana zdań, ani jeden monolog, który z powodzeniem i z marszu wszedłby do potocznego internetowego języka. Właściwie, to z Django zapamiętałem tylko notorycznie padające na ekranie słowo-obelga „nigger”, tudzież "fuckin nigger", które to pojawia się w filmie jakoś tak, ja wiem, ze trzy razy częściej, niż „kurwa” w obu Psach Pasikowskiego. Oczywiście na swój pokrętny, tarantinowski sposób, jest to całkiem urocze, zwłaszcza, kiedy ów obelga pada najczęściej z ust czarnych aktorów, ale mimo wszystko, wolałbym z filmu zapamiętać coś bardziej hmm… wyszukanego.


Kolejna istotna składowa, charakterystyczna dla jego kina, to dobór oraz charakterystyka postaci. Zawsze trafna, nawet jeśli jakiś krytyk filmowy twierdzi inaczej. W Django, każda postać ma swój określony czas jaki musi z zegarkiem w ręku wypełnić na taśmie filmowej. Na dzień dobry rządzi stary, poczciwy znajomy z Bękartów Wojny, Christoph Waltz, jako Dr. Schultz, dentysta-sadysta i łowca głów w jednym. Facet nie do po-dro-bie-nia. Rola jeszcze lepsza niż Pułkownika Hansa Landy. Nie przyjmuję reklamacji. Jamie Foxx, czyli tytułowy Django, z początku trochę nieśmiały, wyciszony i małomówny ex-niewolnik, schowany jest głęboko w cieniu doktora, także tym aktorskim. Ale u Tarantino nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza w tym samym filmie. Z biegiem czasu i akcji, a ta ciągnie się jak włoski makaron, następuje oczekiwana zmiana ról. To właśnie Foxx przejmuje batutę z rąk mistrza, a Waltz schodzi do jego cienia, by pod koniec ponownie i w iście gwiazdorski sposób zaznaczyć swoją obecność. W między czasie pojawiają się inni, ci teoretycznie drugoplanowi, którzy w momencie swojego pląsania na scenie, zajmują cały plan pierwszy i z premedytacją kradną film dla samych siebie. I to jak kradną! Leonardo DiCaprio (Brzyyydal). Zawsze podchodziłem do niego z rezerwą, nie wiem, coś mi w nim nie pasowało, był zbyt cukierkowaty i przerysowany, ale po tym co uczynił pod władaniem Tarantino, zmieniam zdanie. Na wieki wieków. Rola-arcydzieło. Wykorzystał swój czas antenowy do skrajnych granic możliwości naszych tyłków w kinie. Każdą minutą z jego udziałem na ekranie cieszyłem się jak małe somalijskie dziecko na widok cukierka. To samo z Samuelem L. Jacksonem, ale u niego to akurat standard. Mógłby zagrać nawet wierzbę na wietrze, a i tak cały świat chciałby go oglądać i padać u jego stóp. „Fuckin nigger” wydobywające się z jego ust brzmi niczym poetyckie: "zachodni wiatr spienione goni fale". Ponadto, niezmiernie cieszę się jeszcze z tego, że po wielu latach przerwy, mogłem w końcu zobaczyć na wielkim ekranie Dona Johnsona. Rola może i niewielka, ale jakże miły był to przecinek w tym kapitalnym, ogólnie rozbudowanym zdaniu.

Klasyką u Tarantino są też padające jak muchy trupy. Może jest ich mniej niż w Kill Billu, a sztuczna krew lejąca się ze sztucznych tętnic nie zalewa całej scenografii, ale i tak wrogowie przemocy w kinie będą wołać na alarm. Standardowo dużo jest strzelania, bum bumów, lania po mordach, niedorzecznych i abstrakcyjnych scen fizycznie niemożliwych do powtórzenia w naturalnych warunkach. Wszędzie indziej raziłoby mnie to po oczach, ale nie u QT. To jedyny wyjątek, w którym z całą stanowczością, oraz będąc trzeźwy na umyśle, domagam się całej tej litanii brutalności i wręcz żądam jej niczym dostępu Polski do Morza Czarnego i śródziemnomorskiego klimatu. Tarantino bez trupów i krwi jest tak samo bez sensu jak Dreamlinery Boeinga bez dymiących się akumulatorów.


Zastanawiam się więc teraz usilnie nad tym, co w Django może rozczarować zdeklarowanych fanów tarantinowszczyzny? A już przecież spotkałem się z takim stwierdzeniem. Nie wiem. Nabijcie mnie na pal, nie mam bladego pojęcia. Może te teksty i dialogi, które swą wytrawnością trochę odstają od starszych filmideł? Ale te i tak są przecież wystarczająco mocne, oraz ostatecznie bronią się w każdym momencie trwania filmu. Wszystko poza tym jest w stu procentach stu procentowym Tarantino. Bez wyjątku. Ten co prawda nie wnosi swym pastiszem westernu niczego nowego do swojego warsztatu, nie wyznacza nowych standardów, ale tradycyjnie, jak przystało na podłego postmodernistę, w charakterystyczny dla siebie sposób śmieje się ze wszystkich reguł i granic w kinie, które to z lekkością przełamuje. Jak zwykle i po swojemu epatuje tonami absurdu, miesza konwencjami i prowadzi liczne wątki do jednego wielkiego wybuchu. Tarantino stworzył kolejny irracjonalny świat utkany z tysięcy klisz filmowych, który zapewne pozostanie w naszej pamięci przez długie lata. To zapewne nie jest jego najlepszy film, być może też nawet nie sięgnie do podium, ale napisać o nim, że „rozczarował”, to jak wykrzyknąć do swojej małżonki po 40 latach szczęśliwego małżeństwa, że żąda się rozwodu, bo ta wczoraj nie umyła kubka po kawie. Bitch, please.

Zasiadając do seansu nie chciałem być niczym zaskakiwany. Oczekiwałem typowej dla tarantinowszczyzny stagnacji emocjonalnej, także niebanalnej, acz stosunkowo prostej rozrywki i humoru zawieszonym na wysokim poziomie, niczym niewolnicy na drzewach. Nie pragnąłem, by Tarantino raptem i niespodziewanie uciekł od swojego świata i wywiódł mnie gdzieś do lasu, gdyż mogło to przynieść niepotrzebne spustoszenie w mej łepetynie, a tego wolałbym uniknąć. Chciałem i wręcz żądałem od Django Unchained, by znalazło się w nim 100% Tarantino w Tarantino. Było jakieś 96%, czyli zaliczone, spenetrowane, z bananem na twarzy mogę odhaczyć, dać mu pięć, lulu, paciorek i spać.

5/6

IMDb: 8,7
Filmweb: 8,3




sobota, 22 grudnia 2012

Muzyka w czasach rewolucji

Searching for Sugar Man
reż. Malik Bendjelloul, SWE, GBR, RPA, 2012
85 min. Gutek Film
Dokument, Muzyczny
Polska premiera: 22.02.2013



- Na co idziesz dziś do kina?
- Nie wiem.
Serio nie wiedziałem. Pierwszy raz przytrafiła mi się taka sytuacja, ale i okazja była niecodzienna. Zaczęło się niewinnie. Będzie już z tydzień, gdy Gutek Film na swoim profilu na fejsie z okazji 30-tysięcznego fana zaproponował szybki test na refleks w godzinach pracy. Pierwsze ileś tam osób wysyłając do nich maila otrzymywało darmowe zaproszenie do kina Muranów na film niespodziankę, który będzie mieć swoją premierę dopiero w przyszłym roku. Tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że moje korporacyjne lenistwo miało idealnie zsynchronizowany zegarek z tym umieszczonym na dłoni admina gutkowego fanpage'a, dzięki czemu znalazłem się u Zuckerberga o odpowiedniej godzinie i we właściwym czasie. Data niespodziankowej emisji zbliżała się nieubłaganie i przypadła na wczorajszy koniec świata, który, jak może to jeszcze do wszystkich nie dotarło, został przełożony na inny termin (jak ktoś wie na kiedy, to proszę o cynk). Nadal jednak żaden ze szczęśliwców nie wiedział na co właściwie przedziera się do kina w ten piątkowy, mroźny i zabiegany za świątecznymi prezentami wieczór. Sam dotarłem w ostatniej chwili z siatą gwiazdkowych zakupów i musiałem wyglądać co najmniej głupio.

Ekipa Gutek Film (nie, to nie jest to tekst sponsorowany) okazała się słowna. W sali Gerarda stojąc przed nami w komplecie i podsumowując filmowy rok w ich wykonaniu, a także snując plany na przyszły, cały czas trzymała język za zębami i jedyne co nam oznajmiła to to, że film, który za chwilę obejrzymy trwa coś koło godziny dwadzieścia i że na pewno nam się spodoba. Oprócz tego kilkunastu szczęśliwców mogło pod swoimi fotelami znaleźć kupony na gutkowe filmy DVD, ale oczywiście ja nie należę do osób urodzonych pod szczęśliwą gwiazdą i poza jednym, jedynym wyjątkiem, nigdy w życiu niczego nie wygrałem. Tak więc nawet nie schylałem się w poszukiwaniu nagrody i jak się później okazało, miałem całkowitą rację.

W momencie, gdy zacząłem się zastanawiać jakim u licha cudem na sali jest całkiem sporo parek jak na rozdawane nam przecież tylko pojedyncze bilety, światła Gerarda zgasły i pozostało mi tylko z utęsknieniem czekać na pierwszy kadr, pierwszy napis, pierwsze cokolwiek, co by w końcu rozwiało moje wątpliwości i zaspokoiło moją ciekawość. No i jest, w końcu pojawił się obraz, muzyka, skalisty, skąpany w letnim słońcu kanion w RPA, kręta droga, pędzący samochód, a w środku leci kawałek rozpoczynający się od słów "Sugar Man...". Już wszystko jasne. Co prawda znając kilka gutkowych zapowiedzi na nowy rok, brałem pod uwagę m.in. ten film, ale rzecz jasna pewny do końca nie byłem. I sam nie wiem co wtedy poczułem. Zadowolenie? Rozczarowanie? Satysfakcję? Klasyczny rozkrok. Searching for Sugar Man dotąd nie zaprzątał moich myśli. Pierwszy raz usłyszałem o nim góra miesiąc temu. Nic o nim nie wiedziałem, poza tym, że jest dokumentem o jakimś kompletnie obcym mi muzyku i... w zasadzie to tyle. Jak się później okazało, lepiej trafić nie mogłem.

I tu powiem szczerze, macie problem. Czytać dalej, czy może lepiej pozostać do lutego (wtedy dopiero film trafi do kin) w błogiej niewiedzy jak ja do wczoraj (polecam). Ale to już wasza broszka. Po tej kinematograficznej lekturze uważam jednak, że lepiej chyba nie można było zacząć przygody z Sugar Manem, niż ja właśnie. Bowiem historia muzyka o imieniu Sixto Rodriguez po prostu wgniata w fotel. Szczena opada i ściska za gardło w taki sposób, że zaraz po wyjściu z kina jesteś w stanie udać się do pierwszego lepszego studia tatuażu i wytatuować sobie na czole wielkie: "kocham ludzi, kocham ten pojebany świat, kocham życie!".

Kim u licha jest Sixto Rodriguez? Czy ktokolwiek z was kiedyś o nim słyszał? Tylko pliska, bez googlowania. Teraz po tym filmie dorobił się niemal statusu gwiazdy, a w internecie roi się od materiałów na jego temat, ale do końca lat 90-tych kompletnie nie istniał, nie tylko w mainstreamie, jego po prostu nie było nigdzie, zupełnie jakby nigdy się nie narodził. Adamiakowa z reklamy Biedronki to przy jego fejmie Królowa Elżbieta. Ze zgrabnie zmontowanego filmu dowiadujemy się jednak, że był to nieco ekscentryczny Meksykaniec, który przyjechał za dzieciaka wraz z ubogą rodziną do Detroit szukać szczęścia w amerykańskich fabrykach samochodów. W wieku 16 lat zaczął grać na gitarze i w wolnych chwilach po ciężkiej, fizycznej pracy grywał w jakichś obskurnych i podrzędnych knajpach, gdzie pewnego dnia jakimś cudem został zauważony przez łowców talentów i promotorów. Był to koniec lat 60-tych ubiegłego stulecia. Era eksplodującego zewsząd rock'n'rolla. Latynosi nie istnieli w tej branży, ale ten jeden był wyjątkowy. Pisał teksty, które przez tych, którzy mieli okazję go usłyszeć, przebijały swoją głębią nawet samego Boba Dylana. Nagrał jedną płytę, która okazała się marketingową klapą, nikt jej nie kupował, muzyk nie zaistniał, choć ponoć zbierał niezłe recenzje. No zdarza się. Życie. Potem była druga płyta, też bez jakiejkolwiek reakcji publiki. O Rodriguezie zrobiło się nieco głośniej dopiero w chwili, gdy popełnił spektakularne samobójstwo na scenie podczas koncertu. Jedni twierdzili, że się podpalił, inni, że po prostu przyłożył lufę do skroni i pociągnął za spust. Koniec. Ot, cała historia o Sixto Rodriguezie, muzyku obdarzonym wielką wrażliwością i zmysłem muzycznym, którego wszyscy w Ameryce mieli głęboko w dupie.


Ale świat nie zaczyna i nie kończy się w Stanach Zjednoczonych. Właściwie to od tego rozpoczyna się ta cała nieprawdopodobna historia. Od Republiki Południowej Afryki. Jak głosi miejscowa legenda, pewna młoda Amerykańska dziewczyna przyleciała kiedyś do swojego chłopaka w Kapsztadzie i przywiozła ze sobą pierwszą płytę Rodrigueza "Cold Fact". Ta spodobała się jego znajomym do tego stopnia, że zaczęła być kopiowana nielegalnie i puszczana dalej w obieg. Czasy Apartheidu. Zamordyzm i mentalna komuna jaką akurat my jesteśmy w stanie sobie mniej więcej wyobrazić. Rodriguez o którym Ameryka miała zerowe pojęcie, w kilka lat wyrósł na narodowego bohatera w RPA. Został mianowany bardem społecznego ruchu oporu walczącego z władzą. Jego cenzurowane na potęgę piosenki inspirowały tysiące młodych ludzi, muzyków, intelektualistów, lecz ci, zupełnie odcięci od informacji ze świata, o Rodriguezie wiedzieli jeszcze mniej niż w USA. Znali tylko jego jedno, kiczowate zdjęcie z okładki płyty winylowej oraz jego muzykę. To wszystko. Nie wiedzieli skąd jest, a nawet czy jest wysoki, czy niski. Kompletnie zero treści. Co lepsze, Rodriguez także nie miał pojęcia o tym nieprawdopodobnym afrykańskim fenomenie. W dzisiejszych czasach nie do pomyślenia.

Zakazany owoc w RPA mącił w głowach południowoafrykańskiej, zbuntowanej społeczności do tego stopnia, że swoją popularnością Rodriguez przebił nawet samego Elvisa Presleya i Beatlesów. Przez blisko 20 lat, sprzedało się tam (co prawda pewnie w większości przypadków nielegalnie) kilka milionów płyt, dziesięciokrotnie przebijając status złotej płyty, kiedy w stanach, w swojej ojczyźnie, sprzedał ich łącznie może ze 6 (słownie: sześć) sztuk. Ale i do Afryki dotarła smutna informacja, że Rodriguez nie żyje. Samobójstwo. Tak więc bohater tragiczny. Nikt więc go nie szukał, nikt nie próbował ściągnąć na koncert, no bo przecież nie żyje. Taki stan rzeczy trwał do roku 1997, czyli przez przeszło 30 lat. W międzyczasie polityczna mapa świata zmieniła się kilkaset razy, powstał internet, a i tak Sixto Rodriguez poza małą afrykańską enklawą, był postacią kompletnie obcą nawet w skali lokalnej.

Searching for Sugar Man jest perfekcyjnym i szczegółowym zapisem uporu, oraz fascynacji muzyką kilku południowoafrykańskich fanów krótkiej twórczości Rodrigueza. Przez długie lata szukali o nim jakiejkolwiek informacji jeżdżąc przy tym po niemal całym świecie, aż w końcu natrafili na trop tak nieprawdopodobny, że po prostu musiał powstać o tym film. Nie chcę zdradzać pełni szczegółów, bo może zostać wam zbezczeszczony finalny odbiór filmu, ale doskonale zdaję sobie też sprawę z tego, że do lutego będzie ciężko utrzymać w tajemnicy fakt, że Sixto po prostu nadal żyje i ma się świetnie. Nie będę udawał więc, że jest inaczej, tym bardziej, że można to wywnioskować już po samym zderzeniu się z trailerem. W kinie jednak byłem do połowy filmu pewien, że oglądam wspominkową, ckliwą historyjkę-hołd złożony postaci tragicznej, formalnie zmarłej przed ponad 30 laty, a która zrobiła dużo szumu w jednym afrykańskim kraju. Nie muszę więc chyba pisać jak wysoko podskoczyłem w kinowym fotelu, gdy wkroczyłem wraz z pozostałą częścią, chyba tak samo oczarowanej jak ja publiki w drugą, jeszcze bardziej chwytającą za gardło, uzależniającą część filmu.


Wyjątkowa, wspaniała opowieść o wielkich marzeniach, o miłości do muzyki i reakcji jaką potrafi wywołać na twarzach i w umysłach milionów. O muzyce, która kruszyła mury i kajdany zniewolenia, oraz w bardzo ciężkich czasach łamała serca. W końcu jest to historia prostolinijnego, skromnego i biednego człowieka o wspaniałym oraz bogatym wnętrzu, który przez całe życie musiał ciężko pracować na siebie i swoją rodzinę, a który po 30 latach śmierci tkwiącej w umysłach milionów, wraca tylko na chwilę na szczyt, by zrealizować swoje dawne, zakurzone i zapomniane już szczeniackie marzenia. Napisać, że film jedynie wzrusza, to jak lekko zmarszczyć brwi w chwili wylosowania takich samych sześciu cyfr jakie widnieją na naszym ściskanym w rękach kuponie. To wybuchowa magia życia, prawdziwa, nie zmyślona, która ładuje nasze prawie zupełnie już wyczerpane życiodajne akumulatory, oraz która daje kopniaka windującego nas wysoko ponad otaczającą nas przeciętność.

Opowieść o Sixto Rodriguezie to dla mnie zdecydowanie historia roku. Jestem pewny, że w lutym oczaruje tysiące kinomaniaków nad Wisłą, a jego legenda szybko opanuje cały świat. Nie przejmujcie się, że jeszcze nic o nim nie wiecie. Osobiście jeszcze raz radzę wam nie wgłębiać się zbytnio w jego życiorys i muzykę, której w filmie jest dużo. Niewiedza tylko lepiej wpłynie na całościowy odbiór świetnie skonstruowanego filmu. Nie jestem jakimś wielkim fanem produkcji dokumentalnych, co zresztą widać po tym blogu, tylko raz na ruski rok po coś sięgnę i tu opiszę, ale Searching for Sugar Man to prawdziwa perełka, która przez tegoroczną publiczność w Sundance, Nowym Jorku, Los Angeles i w Melbourne została uznana za najlepszy film.

Żeby tego było mało, Gutek Film po napisach końcowych zaprosił nas wszystkich na darmowe wino i pogadankę o tym, jak i po prostu o filmach wszelakich. Miło było. Znów tylko się utwierdziłem w przekonaniu, że kino Muranów otwiera moją listę ulubionych w Warszawie. Także tego. Żeby już nie zanudzać. W tej parszywej krainie wiecznego lodu życzę wam wesołych, spokojnych i radosnych świąt spędzonych z rodziną... Griswoldów i z Kevinem. A ja zabieram się już za coroczne, inne niż wszystkie filmowe podsumowanie i to pewnie od niego rozpocznę nowy, piąty już rok działalności największego przypadku w moim życiu. Narciarz. 

5/6


IMDb: 8,1
Filmweb: 8,1




środa, 19 grudnia 2012

Exitus letalis

Miłość
reż. Michael Haneke, FRA, AUT, GER, 2012
126 min. Gutek Film
Polska premiera: 2.11.2012




Już za dwa dni, jak powszechnie wiadomo, kończy się kalendarz Majów. Acz w Ostrowcu skończył się już chyba minionej nocy. Pewnie ktoś czegoś nie poprzestawiał... ale nieważne. Pogodynka zapowiada na piątek falę (ba, tsunami) trudnych do zniesienia upałów. Możliwe także lokalne trzęsienia ziemi, podtopienia, huragany, pożary i takie tam klimatyczne pierdoły. Myślę więc, że to może być ostatni dzwonek na to, by zmierzyć się z chyba najgłośniejszym filmem tej jesieni, a może nawet i roku. Tak przynajmniej uznała przed miesiącem Europejska Akademia Filmowa, obdarowując Miłość praktycznie wszystkimi najważniejszymi tegorocznymi nagrodami. Ja jednak muszę przyznać i to bez owijania w bawełnę, że mam z tym filmem problem, co najmniej tak wielki jak z zakupem świątecznych prezentów dla najbliższych. Choć w sumie nie wiem czemu, przecież świąt w tym roku nie będzie. W następnych latach także ich chyba nie przewidują, acz pewny tego do końca jeszcze nie jestem.

Od tygodnia próbuję ukłuć Michaela Hanekego, a to w żebro, innym razem gdzieś w ramię, dobrać się do niego podczas snu (jakkolwiek dwuznacznie by to zabrzmiało), lecz ten stary, niemiecko-austriacki brodacz (chciałem napisać zbrodniarz, nie wiem czemu) stoi niewzruszony i bezceremonialnie gapi mi się swym przeszywającym mnie wzrokiem w twarz. A ta zwyczajnie głupieje. Autentycznie nie potrafię wydusić z siebie jakiejś choć umiarkowanie mądrej myśli, ani jednego trafnego spostrzeżenia, nie umiem wyodrębnić z siebie jakiegoś zalążka tylko w ułomny sposób przypominającego liryczną precyzję i ład panujący nawet w podrzędnych filmowych notkach. Odkąd wyszedłem przed tygodniem z kina myślę o Miłości dużo, by nie powiedzieć, że ciągle, lecz nadal widzę przed oczami ten sam biały ekran otwartego Worda. A ten gdyby tylko mógł, zrobiłby się z tej bezużyteczności żółty. A przecież w głowie liter, zdań i akapitów setki, tysiące. Walają się po pustym łbie jak elektrony wokół jądra atomu. Jak to wszystko zwymiotować na tą pieprzoną biel? Majowie, kończcie wreszcie ten burdel, oszczędźcie mi wstydu.

Tak to jest, jak staje się w szranki z dziełem skończonym, wybitnym, wyjątkowo ascetycznym, oraz jednocześnie tak bardzo odpychającym i surowym w swoim przekazie, że nawet ja, człowiek o dość wysublimowanej ekranowej, jak i życiowej wrażliwości, mam problem z trawieniem. Przez ostatnie siedem dni czułem się trochę tak, jakby mój układ trawienny walczył z nadmiarem zepsutego mięsa pochodzenia zwierzęcego, a które w niewyjaśnionych (pewnie alkoholowych) okolicznościach oraz w trudno akceptowalnym nadmiarze, znalazło się mimowolnie w moim żołądku. Koniecznie pragnę wydalić z siebie tego niepożądanego gościa, który być może był kiedyś królikiem, ale najpierw musi zakończyć się ten pieprzony proces enzymatycznej hydrolizy wielkocząsteczkowych związków chemicznych w prostsze, w celu ich wchłonięcia i przyswojenia przez organizm. Wtedy w grze pozostają już tylko gruczoły trawienne, stosowne enzymy i jogibabu, znaczy się arrivederci.

Tydzień trawienia psu w budę. Nadal intelektualne pastwisko i cisza polarna. W celach leczniczych i dla odnalezienia we mnie zagubionego gdzieś natchnienia, buszowałem po różnych miejscach w internecie szukając gotowych wzorców, myśli innych autorów, którzy zupełnie jak ja, dysponują wyobrażeniem, w którym umieją pisać o filmach i mało tego, myślą także, że ktoś chce nas wszystkich czytać. O naiwności... Był to błąd niestety. Jak zawsze z resztą. Ciągle to sobie powtarzam i wbijam do łba: „Nie czytaj cudzych recek filmów, które za chwilę masz sam spłodzić!”. Wielbłąd by się uśmiał. No ale zrobiłem to i oczywiście jakoś specjalnie mi z tego powodu nie jest lepiej. Ale za to poznałem inne punkty widzenia oraz nieco, hmm, ekscentryczne, absurdalne wręcz interpretacje ekranowej wizji Hanekego. To akurat było pożyteczne zderzenie się z cudzą myślą. Odrzucając je z marszu od siebie, zbliżyłem się do tej rdzennej, własnej. No proszę. Czyli jednak istnieje.


Miłość jest dla mnie trudna w odbiorze przede wszystkim dlatego, że samo pojęcie miłości jest dla mnie nadal kompletnie niedefiniowalne i niełatwe do włożenia w nawias. Właściwie to sprawia mi trudność wkładania jej w cokolwiek, nawet w wazon (nie wiem skąd mi w głowie raptem ten wazon). Najbliżej prawdy i clue definicji bliskiej mi z punktu widzenia własnych doświadczeń jest ta, o której pisałem tu już w przeszłości i to przynajmniej kilka razy, tak, zgadza się, autorstwa ś.p. „starego zboka” Bukowskiego. Jak ktoś chce, może coś o miłości widzianej zarówno jego oczami, jak i moimi przeczytać więcej np. tutaj (nie chce mnie się przepisywać). Tyle, że tam jest bardziej o miłości widzianej z punktu widzenia ludzi młodych, ciałem lub duchem, otwartych na innych ludzi oraz doświadczenia i ciągle szukających. Natomiast miłość goszcząca w sercach małżeństwa francuskich dystyngowanych staruszków z przeszło 50-letnim stażem, wyrażana jest jednak jakby trochę inaczej.

Nie ma więc mowy o lukrze, pudrze oraz eksplozji sztucznych ogni na tle gwiaździstego nieba jakie towarzyszą zwłaszcza młodym adeptom sztuki miłosnej. Dlatego w pewnym sensie od razu mi się spodobało. W tym miejscu na myśl przychodzi mi inny film widziany niedawno, polski, o tym samym tytule oraz podobnym zamyśle, do którego siłą rzeczy można, a być może nawet należy się odnieść. Mowa o Miłości Sławka Fabickiego. Jednak ten koncentruje się właśnie na wbijaniu szpilek w naiwność młodego małżeństwa przechodzącego kryzys, który z punktu widzenia naszej francuskiej pary staruszków znajdujących się u podnóży bram św. Piotra, wydaje się dość hmm… miałki. Dlatego dla odmiany, zamiast tej początkowej fali zauroczenia, która zalewa nasze umysły w pierwszej kolejności, zamiast tony różu i całej tej trochę naiwnej pedantycznej czerwieni, u Hanekego od razu jesteśmy przeniesieni do odcieni smutnej szarości, bieli i czerni, do fazy ostatniej, o której zwykle nie myślimy wcale. Zazwyczaj nie lubimy zastanawiać się nad przyszłością tak odległą, która aby dostrzec, trzeba wziąć do ręki lornetkę. Tym razem nie mamy wyboru. Tzn. mamy. Można po prostu wyjść z kina.

Siwobrody postanowił obrać ten schyłkowy już moment ludzkiego cierpienia żywota za punkt początkowy w swojej opowieści. Zamknął więc nas wszystkich w niewielkim mieszkaniu paryskiej kamienicy wraz ze staruszkami Georgesem i jego życiową wybranką Anną, włączył kamery i czmychnął sobie gdzieś w cień starego budownictwa, żeby broń Boże nie przeszkadzać. A nam zostawił życie. Krwawiące, bolesne, pachnące stęchlizną. Jednak w początkowej fazie filmu ich perypetie dnia codziennego przywodzą mi na myśl beztroskę jaka rozgaszcza się na wygodnych sofach późnej emerytury, oczywiście nie w Polsce, bo to musiałoby oznaczać głód i cierpienie o jakim nawet Haneke nie zdaje sobie sprawy. Ale w takiej dajmy na to Francji, para wykształconych oraz o artystycznym usposobieniu starszych ludzi może sobie pozwolić na różne fanaberie. Np. na chodzenie do filharmonii na koncerty. I tak też Georges oraz Anna sobie w tym Paryżu żyją. Starość całkiem w pytę. Wielkie stare mieszkanie, książki, płyty, fortepian, muzyka klasyczna, inteligenckie dysputy przy herbatce, ot, kulturalna beztroska. Ale rzecz jasna przecież nie o to chodzi naszemu brodaczowi. Do naszej dwójki bohaterów dołącza szybko ktoś trzeci. Wylew. A nawet czwarty. Paraliż. Anna z pięknej, pogodnej kobiety w kwiecie wieku w ciągu zaledwie kilku dni zamienia się w warzywo. Przez resztę filmu trzeba je podlewać.


Dlatego mam kłopot z tym filmem, bowiem tytularna miłość trochę zbija mnie z tropu. Ja na ekranie dostrzegam przede wszystkim śmierć. Dla mnie jest to film głównie o nieodwracalnym procesie umierania, o dobieganiu do linii mety naszych ziemskich żywotów. O cierniach starości, fizycznych uciążliwościach i niedoskonałościach. O walce ze słabościami własnego ciała w chwili, kiedy umysł pragnie być młody, a przynajmniej ciągle pamięta lata, kiedy biegało się jeszcze boso po oszronionej łące. Miłość? Istnieje, owszem, ale wcale bym jej nie przeceniał. Zbyt wiele chyba jej tu nie ma. Jest jakby wypalona, boleśnie doświadczona i przepotwarzona przez 50 lat swojej tułaczki. Tli się w sercach staruszków, bo co im pozostało? Ugasić się nie da, bardziej wzniecić też już nie można. Żadnej innej alternatywy, efekt przyzwyczajenia, kładzenia się oraz budzenia wspólnie przez te wszystkie lata. Rozwód? Rozkochanie się w kimś innym? W tym wieku? Bez jaj. Pozostaje im dokończyć swój maraton trzymając się za ręce, bo tak trzeba, bo tak nakazuje im przyzwoitość, szacunek do siebie nawzajem. Ale śmierć? Ta jest dla nich obojga czymś nowym. Wiedzą, że jest blisko, czują ją, z każdym kolejnym krokiem, każdego dnia, który przybliża ich w jej szpony. Ale dopiero dotknięcie przez nią Anny spowoduje, że zaczną patrzeć na końcówkę swojej ziemskiej bytności nieco inaczej. I tu tytularna miłość ma dopiero trochę więcej do powiedzenia. Z jednej strony pragnie zakończyć cierpienia kobiety wcześniej, z drugiej zaś, tkwi przy jej łożu do ostatnich dni.

Nie mniej jednak na ekranie dominuje lęk i strach przed śmiercią. I to dosłownie. W bardzo sterylnych, nieruchomych oraz długich kadrach dominuje niepokój i przerażenie. Czuć zapach zbliżającej się, kapitalnie odwzorowanej przez fantastyczny duet aktorski śmierci. Ich pełna improwizacji gra, zmysłowa wrażliwość, oraz poświęcenie najwyższych lotów widoczne są w każdej scenie. Dosłowność w przekazie wprost porażająca. W kilku przypadkach aż odwracałem wzrok i szukałem czegoś niedefiniowalnego na ścianach kina. Czułem zapach stęchlizny, ludzkiego rozkładającego się ciała, a jęki umierającej Anny przypominały ostatnie skowyty mojej ś.p. babci. Przerażające studium umierania, tak naturalne i oczywiste, a jednocześnie tak bardzo odległe i nieakceptowalne, zwłaszcza przez młodego człowieka. Miłość Hanekego uwiera. Zupełnie pozbawiona jest dźwięku, kolorów i muzyki. Dominują zdjęcia tylko z jednego mieszkania, które pod koniec seansu znane jest już przez nas na wylot. Ich cały świat, przeszło 50 wspólnych przeżytych ze sobą lat kryje ledwie kilkadziesiąt metrów kwadratowych lokalu, jednego z milionów, ale za jego oknem tętni życie, które przecież toczy się dalej. Perfekcyjny wycinek ludzkiego dramatu, być może tylko koszmarny sen Georgesa, a może jednak prawdziwa historia, którą zarezerwować dla siebie może dziś prawie każdy z nas, który przez śmierć bliskiego się przeczołgał. Jakkolwiek do tego nie podejść, film przeciągnie nas po ziemi i skopie po ryju. Boli, bo ma boleć. Herr Haneke, czapki z głów.

Majowie. Możecie już gasić światło. Jestem gotów.

5/6

IMDb: 8,1
Filmweb: 8,0