Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aurora Films. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aurora Films. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 października 2015

Koniec wakacji - wracam do pisania

Onirica
reż. Lech Majewski, POL, 2014
95 min. Stowarzyszenie Angelus Silesius
Polska premiera: 17.04.2015
Dramat



Lech Majewski dalej pozostaje w intelektualnej awangardzie. I to jest dobra wiadomość. Zła, a przynajmniej odrobinę gorsza brzmi tak, że jego najnowsze dziecko nieco obniżyło swoje loty względem szybującego wysoko nad granią Młyna i krzyża. Ale nie będę Majewskiemu robił z tego tytułu wyrzutów, wszak moja kinematograficzna słabość wielbi wchodzić z jego ekspresją w interakcje. Język kina Majewskiego z jednej strony ociera się o synonimy kultury wyższej zarezerwowanej wyłącznie dla ortodoksyjnych snobów, miłośników malarstwa, literatury pięknej, także filozofii i poezji oraz muzyki klasycznej, a jednocześnie stara się z drugiej strony nie zatrzaskiwać bram przed światem intelektualnego niżu. Ale tak po prawdzie to tylko teoria. W praktyce kino Majewskiego wymaga wysoce intelektualnego posłuszeństwa i w żadnym wypadku nie bierze jeńców.

Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, jego autorska twórczość stanowi nie lada poligon doświadczalny dla wrażliwości emocjonalnej każdego szanującego się kinomana. Majewski w dobie dzisiejszej papki płynącej bezpiecznie środkiem głównego nurtu kojarzy mi się z nauczycielem WF-u, który z uporem maniaka postanowił nauczyć koszykówki grupę przedszkolaków, z orzeczoną niepełnosprawnością oraz z brakiem kończyn dolnych. Sensu w tym tyle co wyprawa Wałęsy i Komorowskiego z cinkciarzem peel za ocean, czyli za grosz (no właśnie chyba za ten grosz właśnie i to niemały), ale radość na twarzach maluchów - bezcenna. Ktoś musi jednak to robić i chwała Majewskiemu za to, że jest konsekwentny w swoim buncie.

Onirica (Psie pole) zamyka jego tryptyk „rozmów z mistrzami”. Inspirowana „Boską komedią” Dantego oparta jest na wieloznaczności i symbolizmie. Sam Majewski podsumował go krótko - "ten film jest dla mnie mocno katharsistyczny". Myślę, że dla większości jego odbiorców będzie nim również. Oczywiście z punktu widzenia typowego zjadacza popcornu będzie to piekielnie ciężkie kino do udźwignięcia, które dedykowane jest najwyżej ułamkowi ludzkiej populacji. Wymaga od widza maksymalnego skupienia, cierpliwości, oraz - a może nawet i przede wszystkim - odrobinę historycznej wiedzy, a także dwóch promili artystycznej wrażliwości. Dziś takich filmów zwykle już się nie robi, a jeszcze rzadziej trafiają one do masowej dystrybucji, a już tym bardziej w Polsce. Dlatego też, kiedy Majewski po raz kolejny skutecznie przebrnął przez selekcję wielkich kinowych korporacji, a przy tym nie zboczył nawet na centymetr z wytyczonej przez samego siebie ścieżki... polałem sobie szklaneczkę whisky i tylko cmoknąłem z zachwytu.

W dobie odwracania się całego świata od symboli, historii i religii (dziś woli on upychać wszystko do kulturowego tygla spod znaku szalonego Mutlikulti) Majewski stara się przeskoczyć przepaść jaka dzieli nas od dawnych cnót i wartości. W Onirice czuję bunt przeciw współczesności, która unicestwia zarówno sztukę, jak i religię, a w zamian oferuje fundamentalizm i nihilizm. Film ocieka ogromem symboliki, momentami aż do przesady, kręci się także w bardzo szerokich ramach czasowych i definicyjnych - począwszy od sztuki antycznej po współczesny Smoleńsk - ale nie sposób odmówić jej uroku i przemyślanej mądrości. Obcowanie z tym filmem, z jego filozofią, to - wybaczcie za porównanie - trochę jak patrzenie na nagą Salmę Hayek recytującą w ognistym języku hiszpańskim poezję Huerty. Po pewnym czasie i tak przyłapujesz samego siebie na tym, że właściwie to gapisz się jej na cycki. Nie rozumiesz jej ni w ząb, najwyżej pojedyncze słowa, ale możesz jej tak słuchać bez końca. Poezja obrazów, filmowy poemat, zupełnie inny, dużo piękniejszy świat, mimo, że zupełnie obcy. Warto do niego zajrzeć i spróbować zaobserwować mechanizmy jakie w nim zachodzą, zwłaszcza dziś, w przeddzień masowej inwazji Islamu na Europę.

4/6




Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu
reż. Roy Andersson, SWE, FRA, GER, NOR, 2014
101 min. Aurora Films
Polska premiera: 7.08.2015
Dramat, Komedia, Surrealistyczny



Sympatyczny Szwed domknął wreszcie swoją trylogię o istocie bycia człowiekiem, tudzież trylogię absurdu. I tu również, tak jak w przypadku Lecha Majewskiego, spinająca w jedną finalną całość klamra udała mu się chyba najmniej. Dziwne jest to odczucie, wszak Roy Andersson nadal posługuje się tym samym i wykutym na blachę językiem jaki wyniósł go na piedestał twórczego ekscentryzmu. Niestety jednak tym razem wyszło mu to zdecydowanie mniej przekonująco aniżeli w dwóch poprzednich dziełach: Pieśni z drugiego piętra i Do ciebie, człowieku. Być może po prostu mamy do czynienia z klasycznym zmęczeniem materiału, z upartym stosowaniem wyczerpanych już wcześniej schematów, sam tego do końca nie wiem. Możliwe również, że zawaliła kwestia moich prywatnych oczekiwań. Chciałem zobaczyć kropkę nad i, a finalnie uraczono mnie myślnikiem, w porywach do ogłupiałego przecinka.

Mamy więc przed oczami tak jakby te same wyblakłe barwy, zimne scenografie i blade od pudru charakteryzatorni twarze bohaterów obdartych z jakichkolwiek emocji. Wszystko to stara się w każdej ze scen, tudzież skeczów nadać sens absurdowi. Andersson dalej przekłada na język groteski współczesny byt człowieka upadłego, ale o ile za pierwszym razem, te dwanaście, może trzynaście lat temu to się udało, a sam oniemiałem z zachwytu, i kiedy sześć lat później zrobiłem to po raz kolejny, o tyle dziś zderzenie z trzecią odsłoną tej szalonej definicji niedorzecznego absurdu przyniosło mi już głównie ból pleców oraz tyłka sparzonego na nierówności gramatury kinowego fotela.

Tak więc lekki zawód, ale na szczęście niezbyt bolesny. Po dłuższym namyśle stwierdzam nawet, że mimo wszystko obcowanie z kinematograficzną filozofią Anderssona dostarcza mi znacznie więcej przyjemności niż udręki. Jego w sumie nadal cenne obserwacje i wyciągane wnioski na temat zwyczajnego, brzydkiego i prostolinijnego człowieka współczesnego są, cholera jasna, no nadal są trafne i na czasie. Może właśnie tak trzeba czynić to nadal, po prostu. Szkoda tylko, że taśmę filmową udekorował długimi fragmentami nudy, psychicznym zmęczeniem, a także czasem zbyt miałką treścią w słowie mówionym. Ciągle czekałem na coś, co się finalnie nie wydarzyło. Mam jednak nadzieję, że to nie jest prognostyk nagłego spadku formy oraz autorskiego wypalenia, a jedynie mały skok w bok oraz siłowe wymuszenie na samym sobie zakończenia pewnego etapu w swojej twórczości.

3/6




Mama
reż. Xavier Dolan, CAN, 2014
140 min. Solopan
Polska premiera: 17.10.2014
Dramat


Nie lubię Dolana. Powiem więcej - nienawidzę. Rzygam wzdychaniem na jego widok płci pięknej, kinematograficznie wrażliwszej. Ten małolat i hipster kina w jednej osobie, z tym całym jego zniewieściałym podejściem do sztuki filmowej wyjątkowo mnie irytuje. Drażni mnie niemal wszystko, począwszy od poruszanej w jego filmach nazbyt purytańskiej tematyki, przemycanych homoseksualnych wątków i ogólnie promowanej obyczajowej rozwiązłości, po trudno akceptowalny przeze mnie zachwyt zawodowej krytyki. Po w sumie nienajgorszym Zabiłem moją matkę Dolan w następnych swoich odsłonach stał się dla mnie autorem, z którego ekranową wrażliwością nie było mi już po drodze. Unikałem go jak ciepłej wódki przed południem.

Ubiegłoroczne zachwyty nad jego Mamą z początku spływały po mnie jak te łodzie muzułmańskich imigrantów do bram Europy - jedna po drugiej i na okrągło. Jak tylko mogłem odwlekałem datę jej zaliczenia, a wcześniejsze spazmy i zachwyty szeroko rozumianej publiki zbijałem szorstką obojętnością. Aż tu nagle pewnego deszczowego wieczora... stało się. Jebut obuchem w tył głowy, aż straciłem przytomność. Ta jego Mama... jak Salmę kocham, to było moje jedno z największych zachwytów pierwszego półrocza.

Młody Kanadyjczyk chyba w końcu nieco zmężniał i dorósł, a już na pewno przeszedł mutację głosu. Ku mojemu zadowoleniu porzucił swoją szczeniacką, nieco bananową manierę. Zmienił także trochę optykę i skupił się na wyjątkowych oraz bardziej szczerych relacjach na linii matka-syn, ale tym razem obdartych z tego libertyńskiego szlifu i kiczu. Poza chaosem, wrzaskiem i młodocianym trądzikiem tym razem dołożył także kilka kilogramów bardziej dojrzałej wrażliwości, a na koniec posypał swoją opowieść surową lekcją pokory oraz szczerą matczyną miłością. Jeśli dodam do tego kapitalną warstwę wizualną, to wychodzi z tego całkiem wielkie kino. Serio. Aż nie mogę w to uwierzyć, ale... Dolan, hipsterze, dojrzewaj dalej.

5/6




O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu
reż. Ana Lily Amirpour, USA, IRN, 2014
104 min. M2 Films
Polska premiera: 14.08.2015
Dramat, Horror, Romans



„Niemożliwe nie istnieje” to dobrze znane hasło niemieckiego Adidasa (ups, sorry za lokowanie produktu), ale równie dobrze można byłoby się nim posłużyć reklamując film, który ma czelność być jednocześnie horrorem o wampirach, romansem spod znaku sagi Zmierzch, oraz czymś w rodzaju krzyżówki westernu, kreskówki i komiksu Sin City wykutego z poetyckiej czerni i bieli. Mało? No to dorzucę więcej. Film nakręcony został w Iranie, przez Irakijkę ukształtowaną przez europejski dogmat wolności, znaczy się w Niemczech. Tabum tss...

Za pomocą tak skonstruowanej filmowej ekspresji główna bohaterka tej absurdalnej opowieści mści się nieco na samczych, w zamyśle zapewne muzułmańskich oprawcach, katach i gwałcicielach, czyli porusza bardzo aktualną tematykę o islamskich macho przebywających aktualnie na tournee po Europie. Zaprezentowane jest to nam w wersji nieco karykaturalnej i tak jakby rozrywkowej, ale na szczęście bez feministycznego nadęcia. Tak więc Fundacja Feminoteka oraz Femen obejdą się tylko smakiem (uff...).

Film wyposażony jest w tą jakże uwielbianą przeze mnie błogą inność oraz oryginalność. Jest jak nowa orientalna przyprawa rzucona na półkę w Lidlu podczas tygodnia dalekowschodnich smaków. Idziesz po mrożoną pizzę, a wychodzisz z torebkami szafranu, fenułu, kardamonu i z kolendrą. Tajemnicza i całkiem ładna dziewczyna w burce bezwzględnie rozprawia się z facetami urodzonymi pod nomem omen ciemną gwiazdą, a jednocześnie wchodzi w bliskie relacje z przedstawicielem tego samego gatunku, by odnaleźć w nim swojego prywatnego księcia ciemności. Love story w czerni i bieli, do tego w akompaniamencie kina grozy, dalekowschodniego kiczu i ekranowej groteski. Pomieszanie z poplątaniem, ale za to zapodane w świetnym audiowizualnym sosie i ze szczyptą curry. No i jeszcze ten niepospolity tytuł... boski. Znaczy się diaboliczny, ma się rozumieć. Smacznego.

4/6



Ex Machina
reż. Alex Garland, GBR, 2015
108 min. United International Pictures
Polska premiera: 20.03.2015
Sci-Fi. Thriller



Że mam słabość do pseudointelektualnych oraz niskobudżetowych Sci-Fi to już chyba wiecie. Pisałem o tym nie raz i nie pięć. Zamierzam to czynić także nadal w przyszłości. Zatem naturalną konsekwencją było pobłogosławienie przeze mnie wpisującej się w ten szeroki nawias Ex Machiny. 

Po raz kolejny udowodniono, że za stosunkowo niewielkie pieniądze, oraz bez nadmiaru efekciarstwa i konieczności udekorowania planu filmowego bezdusznymi zielonymi planszami, nadal da się stworzyć całkiem inteligentne kino Sci-Fi, w dodatku jeszcze naprawdę ładne oraz wpadające w oko, a jakby tego jeszcze było mało, wyposażone w niezłe cycki w olśniewającą oraz intrygującą rolę kobiecą.

Na ekranie niby nie dzieje się wiele, ale autor korzystając z powszechnie dostępnych schematów charakterystycznych dla rasowych thrillerów umiejętnie zderza ze sobą człowieka z maszyną, pragmatyzm mężczyzny z pragnieniami kobiety, a także zawistnego i zazdrosnego samca z... drugim samcem, w sumie takim samym (broń Boże nie w sensie seksualnym). Klasyczny konflikt płci, męska rywalizacja o patent na prawdę i dominację na własnym terenie. Miłość, naiwność, kłamstwo, a wszystko to szczelnie zamknięte w nieco klaustrofobicznych lokacjach pełniących obowiązki tajnego laboratorium. Może i całość jest polana nieco przeintelektualizowanymi psychopierdołami, niemniej Ex Machina jest pożytecznym testem na człowieczeństwo zapodanym w asyście procesorów i układów scalonych.

4/6



Lost River
reż. Ryan Gosling, USA, 2014
95 min. Best Film
Polska premiera: 10.07.2015
Dramat, Thriller


Podobno Ryan Gosling obudził się pewnego dnia zlany potem, po czym sprawdził w senniku co tenże przeraźliwy sen może oznaczać. A Freud na to: „Nakręcisz film”. I przepowiednia ta stała się ciałem. Gosling swój surrealistyczny sen przeniósł na duży ekran i teraz to my po jego obejrzeniu możemy zostać oblani zimnym potem. Bynajmniej nie ze strachu, bo to nie o to nie o to, bardziej ze względu na chaos, liczne przerosty formy nad treścią i klasyczny... chujwieocochodzizm.

Oczywiście żartuję z tym snem Goslinga, ale fakt jest faktem, że ten nadal aktywny aktorsko pożeracz kobiecych serc postanowił sprawdzić się w roli nieco mniej eksponowanej oraz dużo trudniejszej - w roli reżysera.

Osobiście twierdzę, że jego pierwsze koty za płoty wypadły co najmniej obiecująco i to pomimo tego, że Lost River paradoksalnie uważam za film słaby. Jest przepełniony twórczą infantylnością, egocentryzmem, oraz nieco koślawo definiuje pojęcie surrealizmu, ale przede wszystkim, to jest on zwyczajnie nudny. Ale... no właśnie, zawsze jest jakiś haczyk. W tym przypadku brzmi on: Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Gosling najzwyczajniej w świecie mógł sobie na taki eksperyment pozwolić. Jasne, że mógł pójść na łatwiznę i spłodzić kolejne bezsensowne love story, jakiś romantyczny gniot, a świat zapewne by mu przyklasnął. Ale nie, ten od razu sięgnął na najwyższą półkę jaka zarezerwowana jest dla najlepszych. Szalone, nieodpowiedzialne, nieco naiwne, oczywiście że tak, ale kurwa, szanuję.

Lost River jest jak polizanie ćwiartki kwasa oraz zapicie go browcem z Biedronki. Epicka jazda gwarantowana. To nie jest opowieść w której należy doszukiwać się sensu w treści, lepiej skupić się na detalach, na ładnych kadrach, surrealistycznych wyziewach, a także na boskich cyckach Kryśki Hendricks. Jeśli jednak ktoś podejdzie do tego zadania nazbyt poważnie - polegnie z kretesem. Jest to film dla kinowych outsiderów i amatorów nieznanych im smaków, trochę podobny do Tylko Bóg wybacza, w którym główną rolę zagrał sam Gosling. Skrzyżowanie klimatów Lyncha i Terry Gilliama i Leosa Caraxa, brzmi więc co najmniej poważnie. Jeśli Gosling dalej będzie rozwijał się w tym kierunku, to jak Boga kocham, ma we mnie fana. Już ma, wiadomix, ale będzie miał większego.

3/6



Karbala
reż. Krzysztof Łukaszewicz, POL, 2015
115 min. Next Film
Polska premiera: 11.09.2015
Wojenny, Dramat


Od dziecka miałem zakodowane w głowie, że Polska nie może robić takich filmów wojennych jak Hollywood. Tzn. może ale nie umie. A jeśli nawet i może, to i tak zwykle nie chciałem tego oglądać. Przez tą niemoc polskiej kinematografii w tym zakresie człowiek nasiąknął więc za młodu Wietnamem, amerykańskimi misjami na Bliskim Wschodzie, a nawet drugą wojną światową, która oczami jankeskich obiektywów zwykle wyglądała inaczej, niż ta opisana w polskich podręcznikach od historii.

A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają - mądrze pisał ongiś Rej. No pewnie, że mamy. Udowodnił to właśnie Konrad Łukaszewicz budując na warszawskim Żeraniu fragment irackiego miasta Karbala. Da się? - Zapytał głos wewnętrzny - A jakże. O tym filmie napisano już niemal wszystko, wypada mi się jedynie powtórzyć, że Karbalę warto zaliczyć po pierwsze dlatego, że świetnie odwzorowano w niej klimat drugiej wojny w Zatoce Perskiej, tym razem widzianej z punktu widzenia polskich ciężarówek Star, a także zupełnie nieprzystosowanych do takich warunków leciwych Tarpanów pokrytych drewnianymi dechami i kuloodpornymi kamizelkami.

A po drugie Łukaszewicz zrobił to w nieco amerykańskim stylu o jakim zawsze marzyliśmy podziwiając Czas Apokalipsy, Szeregowca Ryana, czy Black Hawk Down. Nic a nic nie dziwią mnie porównania do tego ostatniego, i słusznie, reżyser całymi garściami czerpał z Ridleya Scotta, ale to akurat nie jest żadnym minusem, a wręcz plusem i wartością dodatnią. Mamy więc do czynienia z podobnymi ujęciami z ręki (acz mnie te trzęsące się kamery nieco irytowały), jest też podobny montaż i muzyka wschodu, a także jakże wymagany w tego typu produkcjach patos (ale bez przegięć). Niemniej najważniejsze, że jest to nasza, polska historia, polscy żołnierze, polski heroizm i w całości polska produkcja, która nisko kłania się oraz oddaje cześć polskiemu żołnierzowi.

Przy okazji data premiery idealnie wstrzeliła się w sam środek migracyjnego kotła, który robi coraz większe spustoszenie w głowach ludzi na całym "oświeconym" kontynencie, zwanym niegdyś chrześcijańską Europą. Wystarczy obejrzeć "Karbalę", by samemu z wielką chęcią i premedytacją wystawić środkowy palec w kierunku importowanej hurtem islamskiej społeczności. Jak na dłoni widać wyraźną granicę jaka przebiega między dwiema kulturami, światem zachodu i wschodu, między cywilizacją łacińską a cywilizacją zagłady. Dwa zupełnie niekompatybilne ze sobą, odmienne światy, gdzie szansę na asymilację oraz wspólną egzystencję szacuję, najwyżej na okolice trzeciej cyfry po przecinku.

4/6



środa, 9 października 2013

Pies w sosie słodko-kwaśnym

Pieta
reż. Kim Ki-duk, KOR, 2012
104 min. Aurora Films
Polska premiera: 01.11.2013
Dramat



Za azjatyckim kinem specjalnie się nie uganiam, ani tym bardziej nie przepadam, prawdopodobnie przez dość rażące różnice kulturowe, które czasem stanowią dla mnie barierę wprost nie do ogarnięcia w trackie jej pokonywania. Nie mniej lubię raz na pewien czas wziąć paszport do ręki, znaczy się pilota od tv i teleportować się do dalekowschodnich landów, w których zjada się psy, a programy rozrywkowe w telewizji przewyższają swoimi doznaniami te związane z polizaniem papierka nasiąkniętego dietyloamidem kwasu D-lizergowego (LSD znaczy się). Nie wiem, czynię tak chyba i pewnikiem tylko z ciekawości. Obcując z azjatyckim kinem, zwłaszcza japońskim, czy też po prostu z ichniejszą ekspresją kulturowo-obyczajową, czuję się trochę jak Bill "Fucking" Murray zagubiony w studiu tokijskiej telewizji w Między słowami. Mój słowiański styl bycia często nie potrafi sobie poradzić ze stanem umysłu jaki funkcjonuje na co dzień kilkanaście stref czasowych na prawo ode mnie, ale przyznaję, od czasu do czasu potrzebuję tą różnicę sobie po raz kolejny wyznaczyć, by utwierdzić się w przekonaniu, że znajduję się po jej właściwej stronie.

I właśnie uczyniłem to ponownie. Trochę z braku laku, a po trochu z nudów. Znów szczerze cieszę się z tego, że urodziłem się nad Wisłą, a nie dajmy na to, nad Han-gang w Korei. Tej Południowej, bo Północna wiadomo, jest poza wszelką konkurencją. Właściwie to nie umiem racjonalnie wyjaśnić tego, że Azjaci tak po prawdzie, to mnie nie kręcą w ogóle (jakkolwiek mało sztywno to brzmi). Nie to, że jestem ukrytą opcją rasistowską, ja po prostu nie potrafię sobie wyobrazić siebie ze skośnymi oczami. Nie umiem też znaleźć się w swoich wyobrażeniach w dwuznacznej pozycji z Azjatką (chyba, że po alko - dużo alko). Te od zawsze mienią się w mych oczach zupełnie aseksualnie. Wiem co mówię. Testowałem wielokrotnie. Do tego ta ich wrodzona i męcząca serdeczność, pracowitość, ufność, uległość oraz niskie kłanianie się. W porządku, Japonia, czy Chiny mają wspaniałą historię, potężną przeszłość, którą szanuję, a w kilku przypadkach nawet i zazdroszczę, ale z punktu widzenia centrum Europy, azjatycka społeczność wydaje się być dla mnie zbyt hmm… ekscentryczna. I to nawet biorąc pod uwagę mój wysoki poziom upośledzenia procesów poznawczych.

Ichniejsze kino, zwłaszcza japońskie, rzecz jasna miało, ma i mieć będzie zawsze dużo do zaoferowania. Wystarczy wymienić tylko Kurosawę, Kinoshitę, Kobayashiego, czy Ichikawę - te nazwiska mówią kinomaniakom, zwłaszcza fanom dalekiego wschodu, wszystko, a przynajmniej powinny. Nawet i mnie, mimo, że fanem przecież nie jestem. Kinematografia chińska z kolei, pod kątem produkcji filmów stanowi trzecią siłę na świecie (ponad 500 tytułów rocznie). O hinduskim Bollywood nawet nie chcę się szerzej rozwodzić, gdyż jego fenomenu nie jestem w stanie ani pojąć, ani tym bardziej zrozumieć, a co dopiero zaakceptować. Nie mniej trudno uznać, by jego znaczenie na mapie filmowego świata należało do mikroskopijnych. Jest jeszcze Korea Południowa o której tym razem szerzej. Jeszcze na początku lat 90-tych tamtejszy przemysł filmowy tonął w cenzurze i ideologicznym marazmie, ale wraz z szybkim rozwojem gospodarczym, oraz dzięki inwestycji w branżę takich koreańskich potentatów jak Samsung, bum na produkcję filmową zaczął być tak donośny i zauważalny na całym świecie, niczym masowo pojawiające się na ulicach europejskich miast Hyundaie i Daewoo. Na fali popularności wypłynęły takie nazwiska jak Chang Youn-hyun, Kwang-su Park, Chan-wook Park, czy bohater dzisiejszej recki - Kim Ki-duk. Dzięki kinematograficznej przemianie koreańskie kino przedarło się przez politycznie granice kraju i trafiło pod strzechy światowych festiwalów, a nawet ubiło sobie gniazdko w mainstreamie.

Kim Ki-duk, to przede wszystkim Pusty dom (2004). Pamiętam jak wczoraj, że było to moje jedne z pierwszych wartościowych zetknięć się z kinem koreańskim. Jego wcześniejsza Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna (2003) ku rozpaczy milionów zachwyconych nią istnień ludzkich, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Właściwie, to nie zrobiła żadnego. Pusty dom wraz z Oldboyem (2003) Chan-wook Parka, otworzyło w mej łepetynie szerzej furtkę na ten właśnie kierunek geograficzny. Od tamtej pory minęło już trochę zimnych i deszczowych wiosen, podczas których pokusiłem się na kilkanaście koreańskich tytułów, ale poza Panem i Panią Zemstą nic szczególnie mi już nie utkwiło w pamięci, acz z pewnością mam jeszcze sporo braków i tyłów, które domagają się podgonienia. Problem w tym, że, jak pisałem na początku, zbytnio się za nimi nie rozglądam. Z ciekawości sprawdziłem sobie nawet przed chwilą, ile na mojej liście ulubionych filmów jakie dotąd widziałem (na razie coś pod 800 tytułów) znajduje się azjatyckich produkcji. Piętnaście. Wstyd? Nie, po prostu niechęć i uprzedzenie.


Najnowszy film Kim Ki-duka – Pieta, wjedzie do naszych kin jak zwykle ze sporym, ponad rocznym opóźnieniem, 1 listopada. Czy warto wydać parę cennych złociszy, by obczaić go na wielkim ekranie? Nie wiem. Ale nie dlatego, żeby postawić się w wygodnym środku i nie podpadać zarówno fanom, jak i jego hejterom, ale dlatego, że… po prostu nie wiem. To bez dwóch zdań trudne i bardzo wymagające kino. Widowiskowość: Zero. Jeśli jednak pozwolimy mu beznamiętnie się porwać, oraz wtopimy w tą jakże trudną do przyswojenia przez przeciętnego wyznawcę cywilizacji zachodniej tkankę, to może jakoś przebrnie się do końcowych napisów i to bez dużej utraty życiodajnych płynów. Fanów gatunku i tamtejszej szerokości geograficznej zachęcać nie trzeba, bo ów tytuł już pewnie dawno spenetrowali, przetrawili i wydalili.

Pieta dźwiga na swych barkach wszystkie ciężary, wady i wzloty (wbrew pozorom też ważą i to całkiem sporo), jakimi obdarzone jest kino azjatyckie, a raczej, jakie tli się w moim ugruntowanym już dawno na ich temat wyobrażeniu. Jest bez dwóch zdań zmysłowe, szalenie intymne i osobiste, do tego obdarte ze sztuczności. Chyba niewiele nacji na świecie potrafi żonglować na ekranie tak bogato wyposażonym w uczucia, emocje, nostalgię i duchową masturbację wachlarzem. Ale to przede wszystkim dlatego, że skośno patrzący na świat wysysają te dary już z mlekiem matki. Gdy więc przeciętny Europejczyk przebije się już przez pierwszą linię demarkacyjną, czyli pogodzi się z trudnymi naleciałościami stricte lingwistycznymi i ekspresyjnymi głównych bohaterów, pozostanie mu już tylko akceptacja fabuły. A w tym konkretnym przypadku, mimo nieśpiesznego tempa, niezbyt głębokiego rozbudowania i zawoalowanej treści, przykuła ona mą uwagę, a nawet skutecznie prowokowała moją ciekawość do śledzenia z dużym zainteresowaniem każdej kolejnej upływającej minuty filmu. Co prawda miałem w trakcie seansu dwa kryzysy, w których za wszelką cenę chciałem przewinąć „akcję” do przodu, a nawet zakończyć walkę przed czasem niemodnie rzucając na matę ręcznikiem, to jednak jak na mnie, to i tak był to całkiem niezły wynik.

Trudno jest mi tylko zaakceptować dość szybką przemianę głównego bohatera, Kang-do, obdartego ze wszelkich uczuć, skrupułów, współczucia oraz symptomów empatii, pałającego się zawodowo egzekucją długów w slumsach wielkiego, błyskawicznie rozwijającego się miasta. Do skutecznego ściągania ekstremalnie wysokich procentów i rat od pożyczek zaciąganych przez tamtejszą biedotę, stosuje on dość drastyczne metody, zwane potocznie - nielegalnymi, o charakterze przestępczym. W momencie niespodziewanego pojawienia się w jego życiu kobiety w średnim wieku, zaczyna się jego mentalna przemiana, a w przypadku widza, zgadywanka. Co prawda reżyser daje nam od niemal samego początku wyraźnie do zrozumienia, jakim finałem może się ów przemiana głównego bohatera zakończyć, to jednak muszę przyznać, iż sposób poprowadzenia jej do końca, oraz forma prezentacji, wyszła Kim Ki-dukowi całkiem zgrabnie.

W przedstawionym nam w ten sposób morzu, a wręcz oceanowi brutalności, przemocy oraz nienawiści jaka towarzyszy mieszkańcom slumsów, a także biorąc pod uwagę zamysł metaforyczny reżysera - na całym świecie, nam wszystkim - z pomocą biblijnych, trochę może i oklepanych motywów, Ki-duk odnajduje na tafli wzburzonego morza i oceanu kawałek pięknej, dziewiczej wyspy, oraz nazywa ją "Nadzieja" (jeszcze człowieczeństwo nie umarło). Pieta po włosku oznacza "miłosierdzie", a plastyczną jej wersją jest ta watykańska, autorstwa Michała Anioła z roku 1499 roku, znajdująca się w bazylice św. Piotra, a przedstawiająca Matkę Boską trzymającą na kolanach martwego Jezusa Chrystusa.

Nawiązania, choćby sądząc po samej okładce, są aż nadto widoczne. Cała opowieść również krzyczy do widza, wali go po łbie obuchem i prowadzi za rękę w stronę duchowej destrukcji i późniejszego odkupienia. Matczyna miłość, poświęcenie i oddanie, zemsta i przebaczenie, wszystko to bazuje na jaskrawych przeciwieństwach i splata się w jedną spójną całość, w casus ludzkości - grzesznej ludzkości. Nihil novi - rzekłby klasyk, ale ze względu na azjatycką wrażliwość, oraz dzięki całkiem interesującemu i uniwersalnemu poprowadzeniu historii o zbłąkanej we wszechświecie duszy, Pieta wydaje się być apetycznym kąskiem zdecydowanie nadającym się do konsumpcji, ale niestety, będąc przy tym również niestrawnym wyrobem mięsopodobnym. Smakuje trochę jak świetnie przyrządzony przysłowiowy pies zmielony wraz z budą (zgaduję, bo przecież nie jadłem - chyba). Grunt, że chociaż ładnie pachnie.

4/6

IMDb: 7,0
Filmweb: 7,1


czwartek, 4 kwietnia 2013

W poszukiwaniu globalnego ocieplenia

Kurczak ze śliwkami
reż.Vincent Paronnaud, Marjane Satrapi  FRA, BEL, GER, 2011
93 min. Aurora Films
Polska premiera: 26.12.2012
Dramat, Melodramat



Kwiecień Chryste, co żem ci uczynił? Ja to ja, powodów dałem ci pewnie tysiące, ale ty chłopie pół kontynentu mrozisz i w psychodelię wpędzasz. Skutki fanaberii synoptyków mogą być opłakane. Samobójstwa, miliardy zabitych plemników, bo kto by chciał w takich okolicznościach przyrody zapładniać, że o milionach singlów i singielek, które przez opóźniającą się wiosnę nie mogą dać się ustrzelić w zieleniejącym się właśnie parku strzałą Amora nie pomnę. Ponoć od 26 lat (według jakichś jajogłowych) nie było nad Wisłą takiego przypadku, żeby zima tak długo trzymała za mordy. No fajnie, tyle, że co to obchodzi moją fatalną kondycję psychosomatyczną? Jak ja mam wytłumaczyć stojącemu od ponad 5 miesięcy za ścianą rowerowi (od 3 tygodni gotowemu do sezonu), że pierwszy raz od "nie pamiętam kiedy" nie wyprowadziłem go na spacer w marcu? No ludzie, muszę rzucić mięsem. Kurwa!

To wszystko przez tych durnych ekoterrorystów. Taką mam koncepcję. Odkąd pamiętam straszą ocieplającym się w zastraszającym tempie klimatem. „Zmniejszmy emisję CO2, bo będzie koniec świata!”, albo: "Wyłączmy na godzinę światła w domach. Dla ratowania Ziemii!". Ja w tym czasie WŁĄCZAM na przekór im wszystkie żarówki w domu i sprzęty, bo też jestem hejterem ekologów i się tego nie wstydzę. Jeden taki pseudo zielony, który kiedyś był nawet wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki, niejaki Al Gore, dorobił się na tej koncepcji z zabijaniem CO2 grubych milionów. Dostał nawet pokojową nagrodę Nobla za działania na rzecz przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. No tak zadziałał, że świat aż kurwa zamarzł z wrażenia. Obecnie znajduję się w takim stanie emocjonalnego zmrożenia, że gotów jestem każdego napotkanego na swej zasypanej śniegiem i lodem drodze ekologa, meteorologa, czy też prezentera/ki pogody zajebać (sorry za blokersowy slang) z miejsca i nie zadzwonić na 112 z prośbą o pomoc. Chciałbym też zobaczyć, jak sobie ci ekolodzy dają radę z wyszukiwaniem kiełków czegokolwiek w tych niebezpiecznie ocieplonych warunkach przyrody. No bo przecież jak przystało na eko żołnierza, mięsiwem się chyba nie żywią.

Ale wiecie co? Obecnie panująca za oknem meteorologiczna poczwarz może mieć także jakieś i plusy. Co prawda rolnicy, naiwni romantycy i 3/4 ludności globu natychmiast zaprzeczą (i będą mieli rację), ale pewnego rodzaju życiowi outsiderzy, intelektualne i duchowe ciapciaki, emo, a nawet i artyści, wykorzystają ten zimny spisek przyrody do intelektualnej masturbacji. Weźmy np. na tapetę rok 1816. W tychże 365 dniach roku nie odnotowano ani jednego dnia lata. No, przynajmniej na półkuli północnej. W wyniku letnich anomalii klimatycznych (za Wikipedią), spowodowanych zimą wulkaniczną (erupcja wulkanu Tambora), zostały zniszczone uprawy w Europie Północnej, północno-wschodniej Ameryce i wschodniej Kanadzie. Ale ja w sumie nie o tym. W tymże zmrożonym i ogarniętym psychodeliczną ciemnością umysłową roku, spowodowaną wysokim stężeniem pyłów, doszło do spektakularnych, niespotykanych wręcz zachodów słońca (w pewnym sensie zazdroszczę), uwiecznionych na obrazach Williama Turnera. Brak karmy dla koni w postaci owsa ponoć zainspirował niemieckiego wynalazcę Karla Draisa do poszukiwań nowych sposobów bezkonnego transportu, które doprowadziły do wynalezienia welocypedu. Był to przodek współczesnego roweru i wielki krok naprzód w dziedzinie transportu osobistego (to też za Wiki). W tychże okolicznościach przyrody w pewnej opuszczonej przez słońce głowie powstał także Frankenstein. Czyli jak widać, mrozy potrafią być też twórcze. Cóż... wszystko fajnie, ale ja wolę jednak wiosenne dekolty w środkach komunikacji miejskiej, także sorry Frankenstein, ale hejtuję twą życiodajną matkę ciemności.

Rzygam już tą zimową odzieżą. Szalik i rękawiczki najchętniej oddałbym na Czerwony Krzyż, a nawet cyganerii żebrzącej na skrzyżowaniach. Kilka dni temu, tak trochę dla jaj i z tej rozpaczy szukałem w internetach domów i apartamentów (takich dla ubogich rzecz jasna) do kupna na kilku moich ulubionych chorwackich wysepkach jakie przed dwoma laty odwiedziłem. Cóż za rozczarowanie. Okazuje się, że mieszkania w Warszawie nie idzie wymienić bez dużej dopłaty na przyzwoite lokum na wyspie z widokiem na raj. Kolejny zawód. Może poszukać na Cyprze? Życie to permanentna potwarz i ty zmrożony kwietniu mi w tym generalnie nie pomagasz.

No ale film. Pora na film, ja jebię, że też tak często ostatnio muszę pisać o wszystkim, tylko nie o filmach. Pozwólcie, że i to zwalę na zimę. Ją hejtujcie, nie mnie. Z tymi filmami to trochę lipa u mnie ostatnio. Niestety. Z tej samopoczuciowej degrengolady nie mogę ich zbyt wiele oglądać, ponieważ za każdym razem jak widzę na ekranie krótkie rękawki, zieleń i kwiatki (to takie coś, co rośnie i pachnie od kwietnia każdego roku wszędzie z wyjątkiem Polski), to mną trzęsie. Dla ukojenia bólu sięgam częściej niż zwykle po rozgrzewające napoje, zwane tu i ówdzie wyskokowymi, bo też i dzięki nim wiosna kiełkuje w mej głowie a nawet lato i inne szmery bajery. Można więc zaryzykować dość śmiało idącą tezę, iż oglądanie filmów wiosną zimą, wzmaga we mnie alkoholizm. Ciekawe co na to cycate psycholożki (wybaczcie, mam taki fetysz i niespełnione jeszcze dotąd marzenie, no wiecie, z tych erotycznych) i lekarze. Dlatego też szprycuję się ostatnio filmami dołującymi, tak samo jak i muzyką (polecam nowy, dopiero co wydany materiał od The Mount Fuji Doomjazz Corporation, o ile ktoś tu lubi czasem strzelić sobie bezceremonialnie w łeb). Nie mniej jednak postaram się wetknąć odrobinę słońca w ten smutny jak mina zatroskanego stanem państwa Tuska wpis i wybiorę z szeregu zaległych obejrzanych filmów ten najmniej chyba pesymistyczny, przy okazji też, najmniej zimowy. Tak na odtrutkę, żeby choć przez chwilę oszukać zmrożone przeznaczenie i pobaraszkować w innej szerokości geograficznej. Wybór padł na Kurczaka ze śliwkami. Już sam tytuł zalatuje niepoprawnym i naiwnym optymizmem. Śliwki? W zimie? Bitch, please.

Nie jest to może i wielka nowość, ale też pewnie jeszcze nie wszyscy widzieli. Coś w sam raz dla fanów francuskiej kinematograficznej wrażliwości spod znaku Amelii, czy Delicatessen. Tak więc poprzeczka na dzień dobry zawieszona chyba całkiem wysoko, ale celowo. Myślę, że najnowszy projekt Vincenta Paronnaud i Marjane Satrapi spełnia swą rolę i plasuje się właśnie gdzieś w okolicach rekordu wysokości skoku wzwyż w tejże kategorii wagowej. Ale też uczciwie trzeba przyznać, iż tegoż skoku Kurczak… dokonuje kserując oraz naśladując najlepszych. Jednak mnie osobiście to nie razi po oczach, bowiem od dawna jestem zdania, że jeśli już coś powielać, to tylko tych najlepszych. W świecie zdominowanym przez klony kiczu i tandety, tylko wzór na ogólną zajebistość jest w cenie.

Potoczny termin „Ameliowe kino” (nie mylić z amelinium) krążący przez świat od lat już prawie dwunastu, co i rusz pojawia się za każdy razem, kiedy trzeba spróbować opisać dość specyficzną, typową francuską magiczność filmu jaka została poczęta w roku 2001 przez Jean-Pierre Jeuneta w Amelii właśnie. Acz ja wolę określenie „kina delikatesowego”, bo to od Delicatessen (1991) tego samego twórcy wszystko się zaczęło. Tzn. u mnie, jeszcze za małolata, no bo przecież wiadomo, że zapoczątkowane to zostało we francuskiej nowej fali, czyli jeszcze w latach 50-tych ubiegłego stulecia. Tak czy owak, chodzi mniej więcej o to samo. O francuskie dotknięcie kinematografu czarodziejską różdżką. Każdy kraj ma swoje tknięcia. Brytyjczycy od lat czarują świat kinem społecznym i obyczajowym, włosi neorezalizmem i kinem autorskim, no a żabojady... z nimi jest już różnie. Fanem ich kultury oraz filmów wielkim nie jestem, ale potrafię docenić ich wzniosłe momenty, zwłaszcza tą magiczną lekkość i ujmujące żonglowanie na ekranie licznymi konwencjami jednocześnie.


Kurczak ze śliwkami jest właśnie taką cyrkową żonglerką i ckliwym chwytaniem widza za gardło. Dramaturgiczna konstrukcja, unikanie nazbyt intelektualnej motywacji działań bohaterów, a także czysta naturalność akcji powodują, że ogląda się to lekko i przyjemnie. Vincent Paronnaud i Marjane Satrapi, którzy zasłynęli przed pięcioma laty wspaniałą animacją Persepolis, postanowili skorzystać z tych samych wzorców co Jeunet w swoich filmach i spłodzili własną Amelię. Acz ta w Kurczaku ze śliwkami ma wąsy, żonę, której nie kocha, dzieci, których nie obchodzi, no i żyje w Teheranie, ale poza tym wszystko inne prawie się zgadza. Magiczność opowieści powinna wyrażać się prostymi środkami i tak też dzieje się w tym przypadku, ale tylko pozornie. Twórcy, którzy momentami trochę niepotrzebnie silili się na oryginalność, skakali przez cały film z jednej konwencji na drugą. Z surrealizmu do animacji, z melodramatu do komedii romantycznej, z baśni do kina moralnego niepokoju. Momentami było to trochę niepotrzebne i zrobione na wyrost, ale grunt, że fajnie się to wszystko mieniło w oczach.

Kurczak… mimo licznych kolorowych przeszkadzajek i magicznych uzupełnień, to w gruncie rzeczy film bardzo smutny, nawet nieco nostalgiczny. Opowiada historię muzyka, który po zniszczeniu jego ulubionych skrzypiec postanawia umrzeć. I robi to, o czym dowiadujemy się już na samym początku filmu, więc spoiler z tej informacji jest raczej niegroźny (w związku z tym mała panda chyba nie umrze gdzieś na tym okrutnym świecie). Doświadczamy na ekranie ostatnich siedmiu dni z życia zgorzkniałego mężczyzny, wraz z licznymi dygresjami, retrospekcjami, wspomnieniami, wzniosłymi westchnięciami i tęsknotami za kobietami dorosłego życia. Nieszczęśliwa i niespełniona miłość, nietrafiony ożenek z woli matki, utracony instrument, brak dalszej chęci do życia, z tym wszystkim zmaga się grany przez Mathieu Amalricu, Nasser-Ali Khan. Widz cierpi wraz z nim i próbuje go przez cały film zrozumieć, by na końcu wydać sprawiedliwy osąd. Nasser jednak nie daje się specjalnie polubić, ma swoje fanaberie, wybuchy złości i egoistyczne grymasy, ale generalnie idzie się z nim jakoś dogadać. Osobiście w kilku przypadkach widziałem w nim nawet swoje nie mniej zbłądzone oblicze, tak więc zasadniczo, z Nasserem mógłbym nawet napić się wódki, czy też zajarać opium. W końcu też lubi duże cycki.

Wszystko jest tu ładnie skonstruowane i zagrane. Warstwa wizualna nie krzyczy żadnymi brakami. Film pod tym kątem jest po prostu piękny. Nie umiem się do czegokolwiek przyczepić. Treści co prawda nie wiele, ale praca kamery i niezły w sumie scenariusz rekompensują wszelkie językowe braki. Nawet dają coś więcej: Urodzaj atrybutów i licznych gatunkowych nawiązań. Pysznie się to wszystko ogląda. O wiele bardziej cenię w kinie tego typu baśniową magiczność, niż tą prezentowaną za pomocą małych krasnoludów, czy tam innych hobbitów. Wcale nie trzeba uciekać do krainy fantasy, by poczuć tu na ziemi coś równie metafizycznego, odrealnionego i trudno definiowanego. Jedyne czego mi trochę w Kurczaku… brakuje, to wyrazistego morału. Nie ma też klarownej puenty, ale za to zakończenie – klasa. Dawno nie widziałem w kinie tak prostego, pozbawionego zbędnych banałów i ckliwych wyniosłości happy endu. Trafili tą prostotą w samo sedno. Człowiek umiera, robi to z własnego wyboru i w tymże miejscu kończy się drogi widzu opowieść. Taki to lajf okrutny i prosty zarazem. Ale ty też masz wybór, wszyscy go mamy. Żyj, doświadczaj, kochaj się, odśnieżaj co rano przez pół godziny samochód w kwietniu, rób cokolwiek, tylko nie umieraj. A jeśli już koniecznie musisz palnąć sobie w łeb, obejrzyj Kurczaka ze śliwkami. Co prawda mnie osobiście ten zimowy psychosomatyczny dół specjalnie nie przeszedł, nadal jestem w emocjonalnym dołku i czekam aż ktoś łaskawie rzuci mi z góry linę, ale za to z radością naleję sobie kolejną szklaneczkę łiskacza, czego sobie jak i wam szczerze życzę. W końcu od czegoś trzeba zacząć te globalne ocieplanie się klimatu. Zacznijmy więc od samych siebie.

4/6

IMDb: 6,9
Filmweb: 7,1



czwartek, 21 lutego 2013

Odtrutka na Oscary

Tabu
reż. Miguel Gomes, POR, BRA, FRA, 2012
119 min. Aurora Films
Polska premiera: 1.03.2013
Dramat, Melodramat




W miniony weekend skończyło się Berlinale. Ktoś zauważył? Złotego Niedźwiedzia zdobył film, o którym nic wcześniej nie słyszałem. Srebrnego zresztą też. O pozostałych kategoriach i wyróżnieniach nawet nie pomnę. Prawie obce mi nazwiska, niewiele mówiące tytuły, no wyższa matematyka. Jak na kinofila przystało (wcale do tego miana nie aspiruję, ktoś mi tą kartkę zwyczajnie przykleił na plecach), powinienem się tej wstydliwej niewiedzy zapewne wstydzić, ale osobiście uważam, że tak właśnie powinno się to odbywać. Każdy szanujący się fan filmowej rzeczywistości równoległej winien jarać się tym, że czegoś nie wie i jeszcze dotąd nie widział. Ta niewiedza jest naszym największym skarbem i atutem zarazem. Powinniśmy się cieszyć z tego, że jest jeszcze co odkrywać w kinie, oraz, że istnieje coś, co ciągle potrafi nas zaskoczyć i zmasakrować na dwóch metrach kwadratowych kinowego fotela. Na tym właśnie chciałbym, aby polegały role filmowych festiwali. Nie na nagradzaniu wielkich, już do cna przetrawionych przez publikę, lecz na wyznaczaniu nowych standardów i jakości w świecie uwięzionym na taśmie filmowej. Idziesz do festiwalowego kina i nie oglądasz zeszłorocznego komercyjnego hitu pod który spuszczają się miliony, tylko dostajesz po mordzie zupełnie czymś nowym i świeżym, co w dodatku oraz w ogromnej większości, nigdzie indziej i nigdy później nie zostanie już na wielkim ekranie wyemitowane. Zwłaszcza u nas.

To trochę jak z kinem objazdowym, u nas popularnym zwłaszcza w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Przyjeżdżają do wioski, wyświetlają jeden seans i jadą dalej. Może wrócą w przyszłym roku, ale pewnikiem już z innym tytułem. Większość mieszkańców nigdy później już tego filmu nie obejrzy, no bo przecież nie mają u siebie kina. Dziś tą misję przejęły festiwale filmowe. Seans dla wybranych i szczęśliwców trochę innych niż w multipleksowym świecie masowej dystrybucji biletów. Kilkadziesiąt, sto, dwieście osób na sali, a Ty jesteś jednym z nich. Miliony ludzi tkwi wokół w domach bez bladego pojęcia, że oto właśnie ta garstka szczęśliwców ogląda w tej chwili zupełnie nikomu szerzej nie znany tytuł. Kocham ten stan wyjątkowy. Alkohol, kino, ja. No dobra, z alko przesadziłem. Właśnie to powinno być nadrzędną rolą wszystkich tych festiwali, które aspirują do czegoś więcej niż tylko wyreżyserowanie flash mobu na czerwonym dywanie i stroszenie się celebrytów do błyskających fleszy aparatów. Święto kina powinno być organizowane dla ludzi, dla publiczności, dla nas, kurwa*, przecież to my sponsorujemy cały ten biznes. Dlatego chwała tym, którzy jeszcze się na tym ostrzeliwanym przez meteoryty świecie ostali i jakąś tam większą, bądź też mniejszą misję uskuteczniają.

Gdybym był szanującym się znawcą kina, który w dodatku domagałby się chwały w Internecie i poklasku w branży, musiałbym napisać elaborat o wszystkich nominowanych filmach w Berlinie, a o zwycięzcach spłodzić co najmniej rozprawkę naukową na szesnaście stron. No niemożliwa sprawa. Na szczęście nie jestem i nie chcę nim być. Szanuje mnie co najwyżej moja szanowna rodzicielka i może jeszcze z kilka życzliwych mi osób, które tu czasem zagląda. Tak więc nie muszę przesadnie się spinać i udawać, że pozjadałem wszystkie rozumy, wszystko wiem i klękajcie narody. Zwłaszcza te przeciwnej płci o obfitych biustach i jędrnych ustach. Acz, przyznaję, byłaby to dość miła perspektywa na spędzenie reszty mego chyba raczej zgorzkniałego już żywota. W chwale i z narodem kobiet na kolanach u mych stóp. W takich chwilach zwykle budzę się ze snu. Zawsze w najlepszym momencie. Choćby dziś, gdzie znów śniła mi się miłość mego życia. Kurwa*.

Zacząłem tak około festiwalowo i wynaturzeniowo, bo chyba nie dokończyłem myśli poruszonej w ostatniej recce, a przecież kłębiła się ona w mej głowie nadal. Poza tym, taki to okres. Kończy się Berlin, zaraz zacznie się szczytowanie pod Hollywood. A każdy powód, żeby wcisnąć szpilę Oscarom jest dobry i słuszny z moim wewnętrznym głosem bluzgającym na wszystko jak leci: Na ludzi, na świat, na złe dziwki ciągle się o mnie ocierające i na te nieszczęsne Oscary również. Im więcej wiosen na karku (a właśnie, gdzie ona jest do kurwy* nędzy?) tym bardziej nie znoszę tych nagród. Śledzę, czytam, mam swoje typy i zdanie, ciężko jest przecież zatopić się po nos w jeziorze celowej niewiedzy, ale nie lubię i to bardzo. Są kwintesencją wszystkiego, czego aktualnie w kinie unikam i co mnie odrzuca. Promują one bowiem bardziej tandetę i kicz, a nie wartości artystyczne, które w czasach z plastiku powinny stanowić duchową odskocznię od miałkiej i sztucznie podtrzymywanej przy życiu codzienności.

Dlatego właśnie bardziej kręcą mnie dziś festiwale, które pokazują oraz nagradzają przeważnie obce mi filmy, niż obdarowane złotem tytuły już dawno przetrawione przez mainstream, oraz ściągnięte w milionowych odsłonach z torrentów. Ok. Niech sobie egzystują. Każda branża musi mieć swój bal. Nie chcę ich przecież wszystkich przenosić do kosza, ale ta nachalność mnie drażni. A to przecież właśnie te mniej widowiskowe i spopularyzowane produkcje są dziś namiastką tej tajemnicy, którą uwielbialiśmy odkrywać w czasach naszego dzieciństwa. Do dziś pamiętam swoje pierwsze wizyty w kinie ze starszą siostrą, która z wielką niechęcią i jakby za karę czytała mi napisy do ucha. Byle durna komedia amerykańska była dla mnie oknem na magiczny świat. Fakt faktem, że były to czasy szare i nikczemne z socjalistycznego punktu widzenia, a wszystko co kapitalistyczne wydawało nam się wtedy odrealnione, malowane inną paletą kolorów, jakby nie z tego świata. Ale też przecież dzieckiem byłem, niewiele rozumiałem, kino więc było dla mnie kluczem do drzwi, do których w świecie rzeczywistym nie miałem nawet dostępu. Siedząc na skrzypiących fotelach starych kin mogliśmy bez strachu za nie zaglądać. Uwielbiałem to robić, bardzo. Dziś, te dwadzieścia kilka lat później, nadal szukam w kinie tych samych drzwi. Często znajduję, nie twierdzę, że nie, ale i one zmieniły dziś swój materializm. Są wykonane z grubej warstwy stali, a zamiast klucza, otwiera je czytnik kart, tudzież skaner rogówki. Nie mniej jednak świat za nimi ciągle bywa pociągający, tylko trzeba go ciągle szukać i przedzierać się przez gąszcz tandety wyrastającej nam ciągle przed twarzą.

Na szczęście nadal znajduję w kinie to co kręci mnie najbardziej. Muszę tylko unikać tłumów i zwykle poszukiwać w innych miejscach niż wszyscy, ale osobiście, bardzo lubię to robić. Nie tylko w kinie, ale i w życiu prywatnym, na co dzień. Trzeba mieć jakiegoś outsidera w sobie, potworny chaos, by narodzić tańczącą gwiazdę. Dlatego nie chcę już pisać o tych o Oscarach. Widziałem już wszystko co w nich w tym roku jest potencjalnie ciekawe. Ledwie kilkanaście procent z ich całościowego menu, co jest i tak niezłym wynikiem. Ale żeby zarywać dla nich nockę z niedzieli na poniedziałek? Toż to hard core tak mocny, jak oglądanie w całości orędzia do narodu naszego premiera. Znam o wiele ciekawsze zajęcia jakie można uskuteczniać w środku nocy, ale jako, że zaglądają tu także czasem osoby niepełnoletnie, to przez grzeczność i wrodzone poczucie moralności nie napiszę. Acz liczę na waszą domyślność i hmm... kłębiącą się głęboko w waszych wnętrzach niegrzeczność.

O tegorocznym Berlinale, z pozoru niewiele różniącym się od hollywoodzkiej wytwornej kolacji też dużo napisać nie potrafię, bo poza tym co można powszechnie przeczytać nic więcej nie wiem i wiedzieć nie mogę. I tam i tu gwiazdy z importu, czerwone dywany, ale jednak tytuły filmów zupełnie inne oraz absolutnie ze sobą nieporównywalne. O tych oscarowych mogą dziś pisać praktycznie wszyscy. Nawet totalni ignoranci i kinowi analfabeci, jak ja na ten przykład. Ale żeby już przeczytać coś o filmach nagradzanych w Cannes, w Sundance, czy w Karlovych Varach (uwielbiam tą nazwę, zwłaszcza te wary), to już trzeba być gdzieś na ą i ę etacie, a także liczyć na cud, że zwierzchnictwo wyśle cię zagranicę, wyposaży w akredytkę i da trochę diet na alko i dziwki śniadania i obiady. Chciałbym móc to robić, piszę bez wstydu i z dużą dozą śmiałości, ale niestety nie jestem szanowanym w świecie znawcą kina oraz, co chyba ważniejsze, nie lubię przebywać wśród ludzi. Przez to rzecz jasna nie mogę mieć dostępu do zagranicznych premierowych projekcji, a i w autobusach komunikacji miejskiej czuję się trochę nieswojo. Trudno. Może w następnym wcieleniu.


Tak więc pozostaje mi skupianie się na marginesie mainstreamu i nieprzesadnej niszowości, która czasem i do nas dociera, acz zwykle w niewielkich ilościach. Tak jak np. teraz. Oto właśnie za chwilę, za mniej więcej tydzień, do kin wchodzi nagrodzone rok temu za naszą zachodnią granicą Tabu, Miguela Gomesa, z którym to właśnie postanowiłem się zmierzyć, tak na przekór oscarowej gorączce. Prawdę mówiąc pieprzę Lincolna, Życie Pi i Zero Dark Thirty. Jeśli mam znów przechodzić podobne męczarnie jak podczas projekcji Argo, to dziękuję bardzo, już wolałbym czyścić kible na 30 piętrze pałacu kultury w Warszawie (żartuję, wolę jednak te kiepskie filmy). Polska premiera Tabu odbywa się już po roku, czyli całkiem nieźle jak na nasze rodzime standardy. Mojżeszowym cudem jest już sam fakt, że taki tytuł w ogóle wchodzi do naszych kin. Dzieje się tak chyba przez dominujące w naszym kraju wiatry zachodnie, które zdaje się przywiały znad Berlina oraz z pomocą sił natury i wbrew zdrowemu rozsądkowi tą dość ekscentryczną produkcję. Chwała więc w tym miejscu należy się polskiemu dystrybutorowi Aurora Films, za to, że się odważył i zaryzykował. A ryzyko jest dość duże, ponieważ tak na moje oko, to Tabu dysponuje wszystkimi cechami filmu, który na dzień dobry i w 98% przerasta swą ekspresją dość płytkie i mało wymagające gusta polskiej widowni. Nawet ja miałem problem z trawieniem, więc o czym ta mowa.

W zasadzie to nie chciałem o tym filmie tu pisać, bo po pierwsze primo, nie bardzo wiem w jakiej kolejności mam naciskać w te klawisze, by pozbyć się skumulowanych na jego temat myśli w mej głowie, a po drugie primo, niestety nie jest to chyba produkcja na tyle godna uwagi, by poświęcać jej aż cały jeden wieczór. Ale zrobię to, bo lubię pisać o filmach jak jest ciemno. Jakichkolwiek. Jest wtedy prawie jak w kinie. Poza tym sączę sobie przy tym łiskacza z lodem i delektuję się rozpływającymi się w tle ciemnego salonu muzycznymi stęknięciami, które skutecznie odcinają mnie od świata rzeczywistego aktualnie skrytego pod grubą pierzyną śniegu. Kurwa*, jak ja już mam go dość. I tej zimowej kurtki też. Najchętniej bym ją spalił i ogrzał się w blasku ogniska. No ale do rzeczy…

Tabu jest filmem przeznaczonym chyba najbardziej dla ekranowych masochistów, którzy cenią sobie wrażliwość na ludzkie, trochę ckliwe historie i uniesienia opowiedziane w sposób zupełnie nieszablonowy, w dodatku na przekór wszelkim filmowym standardom. Jest też czarno-biały, a to ponoć dla dzisiejszego kinomaniaka przeszkoda tak zaporowa, jak cena za błyszczący się zza szyby salonu najnowszy model BMW M3. Dla mnie to są jednak wartości dodatnie. Lubię taki format zapisu, nie zawsze, ale sympatyzuję. Świat widziany z tejże palety barw jest albo jasny, albo ciemny, albo jasno-ciemny. Nie ma niczego pośredniego, żadnych kolorowych przeszkadzajek, żadnego tła, drugiego planu i pięknych widoków utkanych z soczystej zieleni. Tą musisz sobie wyobrazić sam, dzięki czemu nieco bardziej aktywuje się mózg podczas seansu. Człowiek, by pokolorować w głowie ten świat po swojemu, zmuszony jest wyostrzyć własne zmysły. Całkiem fajna jest to zabawa, czasem można się tak pobawić bez większych strat moralnych oraz z zachowaniem estetycznego ordnungu, acz w tym konkretnym przypadku może być to trochę trudne, gdyż połowa filmu toczy się w teoretycznie bardzo kolorowej Afryce. Potraficie sobie wyobrazić ten kontynent w czerni i bieli? W XXI wieku? W dniu, kiedy Sony zapowiedziało premierę Playstation 4?

Oryginalność miłosnej opowieści, a bo chyba nie napisałem, że jest to film o nieszczęśliwej miłości chyba najbardziej, ale nie tylko, no więc oryginalność i innowacyjność Tabu polega właśnie na dość interesującym podziale nożem rzeźnickim na dwie mniej więcej równe i mało ze sobą zależne części. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie dysponując przed seansem praktycznie żadną wiedzą na temat tejże produkcji, takie rozwiązanie wydało mi się w trakcie oglądania nawet ciekawe i chyba jednak mało spotykane na wielkim ekranie. Najpierw więc obserwujemy losy trzech kobiet: Aurory, pani będącej już w podeszłym wieku, jej czarnoskórej opiekunki Santy, oraz ich sąsiadki, Pani Pilar. Owe trzy panie żyją sobie od tak w jednej kamienicy usytuowanej gdzieś w słonecznej Lizbonie. Najstarsza z pań, Aurora, jest bardzo ekscentryczna, chimeryczna i bardzo energiczna jak na swój wiek, w dodatku z widocznymi zaburzeniami wszelkiej maści oraz ze śladami demencji starczej. Poznajemy ją w chwili, gdy traci wszystkie pieniądze w kasynie. No bo kto bogatemu zabroni. Przez połowę filmu obserwujemy nasze szanowne panie, ich dysputy, oskarżenia, drobne kłótnie i momentami ciekawe dialogi, ale w sumie nie wiele się dzieje. Starsza, wyniosła pani raczej irytuje i w momencie (UWAGA, za chwilę gdzieś na świecie zginie mała foczka, znaczy się spoilery będą, sorry), kiedy zacząłem już godzić się z myślą, iż opowieść o naszych bohaterkach prowadzi donikąd i raczej nic z tego dobrego już nie będzie, starsza pani umiera, kończy się pewien rozdział i zaczyna drugi. A w nim, przenosimy się do Afryki dobre kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy nasza panienka Aurora była niezwykle piękną kobietą (w dodatku z ładnymi cyckami – dopisek autora).

W dość oryginalny sposób, z pomocą lektora, trochę jakby w paradokumentalnym zamyśle, przechodzimy przez jej cały młodociany życiorys, miłosne uniesienia, zdrady, intrygi i ekscytujące przygody na tle dzikiej Afryki. Poznajemy ciągle nowych bohaterów, jej mężczyzn, ojca, męża i kochanka, pojawiają się nowe postacie, mamy więc w pewnym sensie do czynienia z zupełnie nowym filmem w filmie rozpoczynającym się w jego połowie. Osobiście drugą część opowieści o młodej pani Aurorze utkałbym już z żywych kolorów, tak, aby zachować wyrazistą dysproporcję i zaakcentować w ten sposób podział na witalną młodość, oraz schyłek żywota w asyście szarych odcieni samotności i choroby. No ale to nie ja jestem reżyserem, więc niech sam Gomes się teraz z tego tłumaczy. Nie mniej jednak miło się to ogląda. Jest to trochę nostalgiczne kino zmuszające do drobnych refleksji i własnych przemyśleń nad sporą częścią naszego życia, które poszło już z dymem i jest daleko za nami. Na łożu śmierci, wiele lat później potrafi jednak do nas powrócić i uronić nie jedną łezkę. Cóż, będziemy to sami przerabiać za lat ileś. Oby nie prędko.

Nie bardzo wiem jak sklasyfikować tą opowieść, nawet nie wiem do końca, czy ten film finalnie mi się spodobał. Momentami jest dość interesujący, na pewno oryginalny, z pewnością inny niż większość, głównie ze względu na niecodzienną narrację, ale przy tym jakoś specjalnie nie wciąga. Przynajmniej mnie, tak z męskiego punktu widzenia patrząc. Ale myślę, że kobiety Tabu będzie w stanie poruszyć. Być może nawet te o skamieniałych sercach. W końcu to taki niby klasyczny i encyklopedyczny melodramat, który został tylko opowiedziany w dość ekscentryczny sposób. Co prawda nie da się go porównać z typowo hollywoodzkimi wyciskaczami łez, ale jako odskocznia od komercyjnych i ckliwych historyjek z pewnością się nada. W sam raz jako odtrutka na Oscary.

Także tego. Znowu więcej literek o bzdurach zamiast o samym filmie, w końcu po to tu zaglądacie. Ale taki to czas jakiś dziwny nastał w mym życiu. Ciągle tłumaczę to sobie tym, że to przez tą Syberię za oknem. Zrobi się ciepło, to zamiast siedzieć ze szklanką w dłoni i stukać tak bez sensu w tą klawiaturę, będę buszował po swoich lasach na rowerze i penetrował matkę naturę. Wszyscy sobie wtedy odpoczniemy. Ja od stękania do laptopa, a wy ode mnie. Tabu. Solidny film. Polecam.

----------

* Przepraszam za te ciągle powtarzające się „kurwa” w tym tekście, ale cholera jasna, uwielbiam to mięso. To najbardziej szczere i prawdziwe słowo pod słońcem. Kto go nie używa na co dzień – nie żyje. Nie wstydzę się go. Będę dalej nadużywał, przynajmniej do czasu, kiedy Google nie zacznie go cenzurować. Poza tym, dziś obchodzimy Dzień języka ojczystego i co jak co, ale "kurwa" jest najpiękniejszym z polskich słów jakim można uczcić owe wzniosłe wydarzenie. Oprócz "cycków" rzecz jasna.

4/6

IMDb: 7,4
Filmweb: 6,3


czwartek, 21 czerwca 2012

Warszawa, 21 czerwca

Oslo, 31 sierpnia
reż. Joachim Trier, NOR, 2011
95 min. Aurora Films
Polska premiera: 13.01.2012



Przechodzę kryzys. Kryzys twórczy. Zapewne to tylko zwykłe lenistwo, ale tak brzmi o wiele lepiej. Poważniej i dostojniej. Można podczepić pod to dziesiątki wartościowych powodów, przeprowadzić pseudonaukowe analizy, zwalić winę na trudną sytuację geopolityczną w kraju i na świecie, słabe zbiory ziemniaka, kiks Roberta Lewandowskiego, czy też wyładowania atmosferyczne minionej nocy, a... lenistwo jest po prostu lenistwem. Kulą u nogi moich ambicji. Otwieram Worda, widzę pustą białą stronę i tak sobie nad nią dumam z przekąsem. Mam niby o czym stukać w te czarne klawisze, bo jednak kilka filmów ostatnio widziałem, ale nie bardzo wiem od czego zacząć. Brakuje mi idei, natchnienia, samoczynnie układających się w głowie zdań. W tym roku pora letnia jakoś mi ku temu nie sprzyja. Wszędzie bym był, tylko nie w domu, nie w kinie, nie wpatrzony w rozświetlony ekran. Może to znak, żeby dać sobie spokój z pisaniem o filmach? Być może najwyższy już czas zakończyć tą kilkuletnią przygodę z płodzeniem umiarkowanie poprawnych kinematograficznie zdań złożonych. Do tej pory nie wiem co mnie podkusiło, żeby ją w ogóle rozpoczynać. Blogów przewija się w światłowodach miliony, co piąty filmowy, internet z pewnością by sobie jakoś beze mnie poradził.

Byłem ostatnio w górach. Naszych, pięknych jak barok Beskidach. Tydzień głuszy i ciszy, zaniku ogłupionej cywilizacji, pędu i wariactwa mojej stolicy, nawet ten pieprzony piłkoszał był gdzieś daleko i w postaci odległego echa gdzieś niżej nie wadził zbyt mocno. Naliczyłem w tym czasie dziesięć sarenek doświadczonych na pochyłych zielonych stokach licznych polanek w zasadzie na wyciągnięcie ręki. Niby nic, a jaka radość dla mieszczucha. Inny świat. Inne przemyślenia. Zwolniłem. Zawiesiłem się. Zawahałem przez chwilę. Kryzys nadciągał.

Przypomniał mi się film jaki widziałem kilka tygodni wcześniej. Typowy skandynawski, zimny i wymagający - Oslo, 31 Sierpnia. Jego bohater Anders jest moim rówieśnikiem, także trochę zagubionym we współczesnej monotonii. Co prawda przechodzi znacznie większe problemy natury egzystencjalnej (ja tylko kryzys twórczy), jest narkomanem na odwyku, cierpi na depresję, manię samobójczą, doświadcza typowego poczucia alienacji we współczesnym społeczeństwie, poszukuje sensu istnienia, ale jego kryzys jest równie jak mój niepokojący. Mi pewnie przejdzie do jutra, w końcu weekend, ale wiem, że skubaniec za chwilę powróci. Dziś pierwszy dzień lata, za chwilę dnia będzie ubywać. Półmetek roku, wszystko co w nim najlepsze (od strony natury) już jakby za nami. Teraz już z górki. Nie lubię tego okresu. W kinie też letnia miałkość panuje, a plenerowe festiwale które niegdyś lubiłem, w zasadzie niczym już nie zaskakują. Praktycznie same powtórki, zupełnie jak w letniej ramówce TV.

Ale wróćmy do rześkiego Oslo. To jest bardzo dobry film dla ludzi pogrążonych w depresji i ich najbliższych. Nie daje bowiem żadnych nadziei. Tak właśnie. Zwariowałeś? Ktoś tak z pewnością teraz na głos zawrzeszczy. Przecież ludzie zagubieni w nieładzie tego świata potrzebują iskierki jasnego światła, czegoś pozytywnego i optymistycznego, np. tych pieprzonych sarenek na skraju polany. Jasne, że potrzebują. Tak samo jak pieniędzy, zdrowia, stałej pracy, miłości, czułości i pokoju na świecie. Ja jednak jestem zwolennikiem terapii szokowej. Jak mnie ktoś sto razy poklepuje po plecach i mówi, że będzie dobrze, oraz, że jakoś się ułoży, to jedyne ułożenie na jakie mam w danej chwili ochotę, to mojej pięści na jego zębach. Tak głaskać to można pieska, lub kotka, albo małego Jasia jak się uderzy w duży palec u nogi. Dorośli pogrążeni w kryzysie, potrzebują ciosu obuchem w głowę. Ale nie można przesadzić. Uderzać trzeba w taki sposób, aby przypadkiem nie zabić. Niestety niewiele osób dziś to potrafi.

No i ten Anders otrzymuje właśnie taki cios od życia. Soczyste pierdolnięcie w łeb. Co prawda nie wiele sobie z niego robi, ale jednak dostaje wybór. Stara się, próbuje, balansuje na tej cienkiej i wysoko zawieszonej linie, a widz tam u dołu, z perspektywy wygodnego fotela wpierdziela ten popcorn, kręci ze zniecierpliwienia głową i namawia tego tam w górze, żeby w końcu spadł. Za to przecież właśnie zapłacił. Uwielbiam to charakterystyczne podejście przez skandynawskich twórców filmowych do rzeczy zarówno błahych jak i skomplikowanych. Człowiek, jego życie, dylematy moralne i duchowe. Wszystko według jednego skonkretyzowanego szablonu. Naturalnie odwzorowanie, bez zbędnych pompatycznych naleciałości, miałkich kalek i przerysowań. Zimno i chłodno, a jednocześnie radośnie. Zawsze trafnie, głęboko, poruszająco i w tym samym rześkim klimacie. Jeszcze kilka lat temu zadawałem sobie w głębi duszy dość głupie pytanie. Czemu do licha nie potrafimy robić tak mądrych i jednocześnie lekkich filmów jak Skandynawowie? Dziś to pytanie z serii: Dlaczego nie wyszliśmy z grupy śmiechu na EURO? Po prostu byli lepsi. Skandynawowie mają własny nurt, wrażliwość, własne „kino moralnego niepokoju”, nie da się przerobić Polonezów na stare Saaby, czy Volvo. Tak już po prostu jest i trzeba się z tym faktem pogodzić.

No i proszę. Zanim się obejrzałem, jest już napoczęta druga strona w Wordzie. Walka z kryzysem trwa. Niczym grecka gospodarka przedzieram się przez gąszcz przeciwności losu, liczne grono spekulantów bankowych i watahę wrednych politykierów. Grecy mają nawet lepiej, bo przynajmniej do jutra są jeszcze w EURO (tym piłkarskim). Mają też lepszą pogodę. Będę ją testował we wrześniu. Jaram się tym, bo w sumie o to w życiu chodzi, żeby cieszyć się drobnymi i pięknymi chwilami, a wszystko co marne pomiędzy nimi, przepływać szybko i bez oglądania się za siebie. Ma to jednak także i gorsze strony. Ludzkie żywota w ogromnie większej części swojej ciągłości, doświadczają także więcej przykrości, smutku i cierpienia. Nasz byt zależy nie od tego, czy potrafimy cieszyć się i realizować w chwilach błogości i spełnienia, których rzecz jasna jest znacznie mniej, lecz od tego, czy będziemy umieli z powodzeniem egzystować w chwilach o wiele mniej barwnych i przyjemnych, które najchętniej byśmy wyrzucili na śmietnik naszego istnienia.

Trzydziesto-cztero letni Anders ma właśnie z tym wielki problem. Powraca na jeden dzień do rodzinnego Oslo w ramach testu. Opuszcza na chwilę ośrodek w którym walczy z uzależnieniami i już w pojedynkę próbuje zmierzyć się ze swoją przeszłością. Przy okazji powalczy też o przyszłość i teraźniejszość. Walka ta jednak z góry skazana jest na niepowodzenie. Acz reżyser, Joachim Trier (zapamiętać to nazwisko. Będzie łatwo - Trierów jak mrówków), daje widzowi promyk nadziei na to, że tą niezbyt uczciwą potyczkę Anders będzie w stanie jednak rozstrzygnąć na swoją korzyść. Widać, że mu zależy. Że chce wrócić do żywych, do grona ludzi którym o coś w życiu chodzi, coś chcą osiągnąć i coś przeżyć. Ukazany fragment Norwegii daje swojemu zagubionemu obywatelowi trochę więcej szans, niż ciągle szukająca własnego miejsca w świecie zmęczona swym losem Polska. U nas ćpun na odwyku pałętałby się odrzucony gdzieś między mostem, a Dw. Centralnym i Monarem. W Oslo Anders doświadcza serdeczności ze strony rodziny, przyjaciół, nieznajomych, rozbudowanego systemu pomocy społecznej. Nie mniej jednak w tym wszystkim brakuje mu tego co najważniejsze. Tego co utracił już bezpowrotnie. Minionych lat, zniszczonej kariery, kochającej dziewczyny. Chęci do życia już dawno go opuściły, a lęk przed rozpoczynaniem wszystkiego od nowa wyraźnie go przytłacza. Świat mu uciekł ekspresem, a on pozostał bez biletu na jakimś zadupiu.

To smutna konkluzja, która czasem i mnie nawiedza przy różnych okazjach. Np. przebywając wśród swoich rówieśników. Królują od lat bardzo jednostajne tematy. Kupno mieszkania, budowa domu, rodzina, dzieci, raczkowanie, ząbkowanie, wysypka, tudzież praca, podwyżka, awanse, własny interes, firma, wysokie ceny benzyny… nuda. Po prostu wielka pustka. Brak w tym wszystkim młodzieńczych pasji, szaleństwa, czegoś nieszablonowego, co dzieje się wbrew odgórnym trendom i zwyczajom. Ludzie w pewnym wieku rezygnują ze swoich marzeń. Zdradzają je w pełni świadomie dla chęci dostosowania się do odgórnie narzuconych norm społecznych. Ślub, dziecko, kredyt hipoteczny. Bo tak trzeba, bo tak mówią w telewizji, robią to wszyscy, to jest nasz sens istnienia i nasze przeznaczenie. Dlatego właśnie częściej przebywam z młodszymi od siebie. Są jeszcze na innym etapie życia. Ale jak długo jeszcze będę mógł oszukiwać w ten sposób rzeczywistość? W filmie jest taka jedna scena, która fajnie to wszystko odwzorowuje i w wymowny sposób obnaża. Zagubiony Anders siedzi w jakiejś ulicznej i zatłoczonej kafejce. Popijając w samotności kawę obserwuje i mimowolnie podsłuchuje siedzących obok różnych obcych mu ludzi. Ci opowiadają swoim rozmówcom o własnych problemach, partnerach, randkach, planach i marzeniach, wygłupiają się, śmieją, pieprzą głupoty, po prostu żyją daną chwilą, egzystują. Pogrążony w emocjonalnym nieładzie Anders wyraźnie od nich odstaje. Nie rozumie. Czuje się wśród nich zagubiony. Chciałby być taki jak oni, ale nie może. Niczego nie ma. Niczego nie osiągnął. Niczego nie pragnie. Ale jak się okazuje, wcale nie jest od nich gorszy. W zasadzie ma nawet więcej niż oni. Świadomość chwil utraconych.

I tu kolejny plus dla Triera. Ukazując znajomych Andersa, także obcych mu ludzi, pozornie uporządkowanych, szczęśliwych, wygodnie pozycjonowanych w społeczeństwie, pokazuje, że także w nich samych głęboko siedzi coś niepokojącego. Także mają problemy, liczne chwile zawahania i zwątpienia. Myślę, że wszyscy, każdy z nas, mamy w sobie depresję, lecz w ogóle nie zdajemy sobie z tego sprawy. Co pewien czas daje nam o sobie znać, z premedytacją podcina skrzydła, zostawia samopas, uwiera. Chyba lepiej jest mieć świadomość jej posiadania. Łatwiej jest wtedy z nią sobie poradzić, okiełznać, a może nawet i zaprzyjaźnić. Tak jak Anders właśnie, acz on z kolei poszedł za daleko w drugą stronę, w pewnym momencie poddał się jej bez walki. Im dłużej chodzę po tej ziemi, tym bardziej jestem przekonany, że na świecie nie ma ludzi szczęśliwych. Są tylko piękne momenty które pamiętamy. Wspaniałe chwile w których się realizujemy, osiągamy coś wielkiego i czym później szprycujemy się długimi latami wmawiając sobie, że to szczęście właśnie. A to w istocie tylko iluzja. Eufemizm. Stan emocjonalny, tak jak uśmiech czy płacz. Trwa tylko przez krótką chwilę i zawsze, ale to zawsze przemija.

Podoba mi się krótkie stwierdzenie, na które natrafiłem bodaj na filmwebie, że ludziom pogrążonym w depresji nie da się pomóc. Nie ma na to żadnego leku, żadnej nadziei. Jest to droga jednokierunkowa. Nie warto też silić się na przesadną pomoc, z uporem maniaka iść pod prąd, bo po pierwsze, ludzie ci wcale jej nie potrzebują, a po drugie, z tej bezsilności i w wyniku traconej na pomoc energii, sami możemy niespodziewanie wpaść w jej sidła szaleństwa. Smutny to film. Ale szalenie mądry i wartościowy. Typowy skandynawski, rażący swoją bezpośredniością i chłodnym realizmem. Naznaczony niezłą muzyką i świetnym aktorstwem. Obnaża ludzkie słabości i w pewnym sensie pomaga nam w zrozumieniu oraz odnalezieniu w sobie tej trochę ciemniejszej strony często niekontrolowanej mocy. Człowiek od zawsze pogrążony był w kryzysie i chaosie, a współczesna cywilizacja ów niepokój w nas samych tylko jeszcze bardziej podsyca. Jednych uśmierca, zabiera wszelką radość z życia, innym... odbiera tylko natchnienie ;)

4/6


IMDb: 7,6
Filmweb: 7,2

niedziela, 13 maja 2012

Logiko, gdzie jesteś?

Babycall
reż. Pål Sletaune, NOR, SWE, GER 2011
100 min. Aurora Films
Polska premiera: 18.05.2012



Im robi się za oknem cieplej, tym rzadziej oglądam filmy. W upalne dni mniej mi się chce i mniej się nimi interesuje. O pisaniu na ich temat nawet nie pomnę. Nawet z tym już nie walczę, bo i tak efekt zawsze byłby ten sam. Szczyt filmowych uniesień przypada u mnie na jesień, zimę i przedwiośnie. Na szczęście na podobną przypadłość cierpią także dystrybutorzy kinowi, którzy latem wrzucają do kin zapchajdziury i jakieś odpryski dla miernot. Zaliczenie latem interesującego tytułu równe jest szansom na odniesienie zwycięstwa przez Najmana nad Adamem Małyszem w formule MMA. Mamy co prawda jeszcze wiosnę, konkretnie to maj, połowę maja, a ja nie mam co oglądać. Co prawda mam masę zaległości, ale nie mam sposobności do ich zreflektowania. Albo nie grają ich w kinach (już lub jeszcze), nie można ich nadal nielegalnie rzecz jasna ściągnąć, lub też nie ma do nich nigdzie napisów. No zawsze coś. Irytuje mnie ten stan, bo czasem, tak jak teraz, robi się chłodniej i zamiast korzystać z promieni słonecznych w otwartych przestrzeniach, człowiek liznąłby trochę kultury, a nawet spłodził na ten temat kilka akapitów. Irytacja ma sięgnęła już poziom przeszło trzydziestu tytułów, które mogły i powinny być już przeze mnie dawno obejrzane, a nawet zrecenzowane, ale przez siły wyższe, zwyczajnie się nie da.

Filmowy ćpun. Wyjątkowo fatalne uzależnienie. W dzisiejszych czasach łatwiej jest zdobyć uran lub pluton, czy nawet kupić kałacha, niż zdobyć i obejrzeć większość interesujących nas filmów. Już lepiej być alkoholikiem czy zwykłym narkusem. Dealerzy i sklepy nocne nie pozwolą byś w swoim szaleństwie się nie rozwijał. Filmowy maniak nie ma tak dobrze. Pal licho jak ma pieniądze. Pojeździ trochę po świecie, po zagranicznych festiwalach i premierach, jakoś tam zaspokoi swój głód. Ale co ma począć kinomaniak biedny, lub leniwy, w dodatku z prowincji?

Z tejże rozpaczy urodził się u mnie Babycall. Film spłodzony z nudów, z bezradności i z braku laku. Okazał się jednak ciekawą alternatywą na chłodny sobotni wieczór, choć właściwie to była już noc. Babycall do naszych kin trafi już w najbliższy weekend i zgaduję, że trochę zamiesza ludziom w ich głowach. W mojej pożonglował niedorzecznościami, jakimiś zwidami, zjawami, irracjonalizmem w treści, a nawet strachem. Fakt, że trochę wypity się za niego zabrałem, do tego już późno było, ciało chciało iść spać, ale rozum chętnie poddał się tej skandynawskiej psychodelii autorstwa Norwega, Påla Sletaune. Gdyby to był film amerykański, pewnie nawet bym się za nim nie obejrzał. Kinematografia skandynawska ma jednak to do siebie, że potrafi mnie do siebie przyciągnąć i zwykle robi to ze stuprocentową skutecznością. Nie wiem na czym polega jej fenomen i skąd bierze się moja słabość do ich kina. Język? Kultura? Styl? Kino skandynawskie jest po prostu inne. Mimo ich obyczajowej wolności z którą niezupełnie się zgadzam, potrafią wyciągnąć z niej wiele trafnych wniosków i udanie przenieść na ekran.

Babycall to aspirant do całkiem wysokich lotów psychologicznego thrillera. Film, po którym mimo psychicznego zmęczenia, miałem w głowie aktywny załączony alarm przeciwpożarowy. Paliło się w wielu miejscach, nie potrafiłem go długo ugasić. To bardzo irracjonalne kino, które zadaje dziesiątki różnych pytań i daje tyleż samo różnych odpowiedzi do wyboru. Jeśli nad nimi odpowiednio nie zapanujesz i nie ułożysz w logiczną całość, nie uspokoisz się i nie zrelaksujesz. Mocno niekomfortowe kino, które uwiera. Nie lubię nie wiedzieć świeżo po seansie, o co kaman z danym filmem. Zwykle główkuję tak długo, aż wpadnę na jakąś puentę, morał, na jakikolwiek trop. Inaczej uznam czas spędzony przed ekranem za zupełnie stracony, a to w dzisiejszych czasach ogromne i bolesne marnotrawstwo własnych zasobów naturalnych. W każdym filmie musi o coś chodzić i dać się jakoś wytłumaczyć. Nawet w infantylnych i schematycznych hollywoodzkich produkcjach. Ale niezwykłość Babycall polega na tym, że się po prostu nie da.

Tzn można. Ja też dysponuję już własną teorię na temat losów głównej bohaterki Anny (Noomi Rapace), jej ośmioletniego syna Andersa oraz innych niejasnych i dyskusyjnych okoliczności przyrody. Nie będę tu o tym pisał, bo nie chcę spojlerować i psuć innym zabawy, ale właśnie, to tylko teoria. Jedna z wielu. Po filmie wszedłem w komentarze na filmweb i jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa. Nie wiadomo co tu jest prawdą, a co jedynie wyobrażeniem. Kto istniał naprawdę, kto jest zjawą, wymysłem czy tworem własnej chorej wyobraźni. Kim u licha jest to dziecko? Czyje to głosy? Czy w rzeczywistości w lesie był parking czy jednak jezioro? To tylko nieliczne pytania z tuzina, które krążą po mej głowie i które z pewnością zgodnie z zamysłem reżysera, nurtują szare komórki wszystkich widzów zarażonych wirusem Babycall. W pewnym sensie, producenci uzyskali więc to co chcieli.

To bardzo niewygodny film o ponurej specyfice, utkany z typowej skandynawskiej sterylności i bezpośredniości. Świetna rola Noomi Rapace. Mimo że kobieta oraz jej permanentny strach przed wszystkim i wszystkimi irytowała mnie przez przeszło połowę filmu, to jednak nie sposób nie docenić jej solidnego aktorstwa. Aczkolwiek udowodniła to już wcześniej w innych filmach. Nie mniej jednak poza tym galimatiasem emocjonalnym, brakiem odpowiedzi na wiele pytań i tego ortodoksyjnego, pełnego niepokoju klimatu, Babycall jest w gruncie rzeczy produkcją przeciętną. Wymęczyła mnie trochę i zmusiła do większego zaangażowania, za co bezapelacyjny szacun, ale poza tym, na tle filmów ze swojej półki gatunkowej, nie wnosi zbyt wiele świeżości. Już to wszystko kiedyś widziałem, np. w Innych, czy w Szóstym zmyśle. Tutaj w dodatku widoczne są liczne niedoskonałości w scenariuszu. Te wszystkie dziury i braki konstrukcyjne, które czasem aż kłują w oczy. Mam wrażenie, że Sletaune nie umiał znaleźć solidnego łącznika między światem schizofrenii, a zjawiskami nadprzyrodzonymi i niewytłumaczalnymi. Gdzieś w tym wszystkim się chyba pogubił. Widoczne to jest zwłaszcza w zakończeniu, które także pozostawia wiele do życzenia. Nie mniej jednak polecam zmierzyć się z tym obrazem. Mimo, że poprowadzony jest w bardzo nieśpieszny, czasem wręcz nudny sposób, to potrafi z człowieka wiele wyciągnąć, zatruć oraz tu i ówdzie zaboleć. Na pierwszoligowy psychologiczny thriller z aspiracjami na europejskie puchary musi wystarczyć.

3/6


IMDb: 5,9
Filmweb: 6,4