poniedziałek, 30 grudnia 2013

Stary człowiek i morze

All Is Lost
reż. J.C. Chandor, USA, 2013
100 min.
Polska premiera: ?
Dramat



Ledwie dwa wpisy temu, przy okazji niezłego Wyścigu  wymądrzałem się i uzewnętrzniałem na tematy stricte samcze-motoryzacyjne, gdzie w dość zapewne koślawy sposób starałem się przedstawić oczywistą dla mnie zależność (facet = samochód > kobieta), za co pewnie wiele pań się obruszyło, a tu raptem znów przychodzi mi wziąć na tapetę typowo męski obraz. Na domiar złego, kosa ponownie trafiła na mój konik jakim jest żeglarstwo. Tak to już jakoś mi w życiu wychodzi, że kręcą mnie rzeczy o których czasem kręci się filmy, no nie moja wina ;)

Ale żagle to dla mnie coś więcej niż tylko hobby i pasja, to wręcz styl życia i sposób na idealne wakacje. Etykieta żeglarska sprawdza się także w życiu codziennym. Jest z tym trochę jak z harcerstwem, które jeśli zaliczyło się za dzieciaka, to potem wszelkie uzyskane sprawności i doświadczenia procentują w życiu dorosłym. To nie jest tylko wiązanie lin i węzłów, nie chodzi też o śpiewanie szant, to także umiejętność przewidywania pogody, szacunek do żywiołów natury, radzenie sobie w trudnych życiowych sytuacjach, oraz nauka pracy zespołowej w nierzadko kiepskich warunkach. Żeglarstwo uczy pokory i hartuje ducha, ale także dostarcza mnóstwo dobrej zabawy, daję grę na gitarze i picie bez kaca (serio), ponadto, dzięki niemu można zwiedzić kawał świata z ludźmi, których się lubi.

Każdy kto regularnie pływa, nieważne, jezioro czy morze, wie o czym mowa. Nic tak mnie nie odpręża i nie relaksuje jak łopot białych żagli na wietrze, boskie bujanie jachtu na wodzie, dźwięk fałów obijających się o maszt, a także odkrywanie nowych lądów, wysp i portów płynąc z jednego miejsca w drugie. Mógłbym tak bez końca. Wschodu słońca widzianego z perspektywy pełni morza nic nie przebije. Wiem co mówię, widziałem ich już wiele. Góry, doliny, lasy, wszystko pięknie, ale na morzu, kiedy wokół nie ma niczego, widok wstającej tylko dla ciebie najpiękniejszej z gwiazd jest porównywalny chyba tylko z boskim aktem łaski. Za każdym razem rozklejam się wtedy jak małe dziecko. To samo jest z gwiazdami. Całe niebo nad tobą, a wszystkie gwiazdozbiory w zasięgu ręki. Można spędzić całą noc na wachcie i w akompaniamencie szumu fal gapić się w niebo bez sensu. Albo weźmy taki widok delfinów płynących obok i pozdrawiających załogę przyjacielskim wyskokiem z wody, takich scen nie zapomina się do końca życia. Ale ja akurat jestem zdrowo jebnięty na tym punkcie. Jak na zodiakalnego wodnika przystało, woda od zawsze kręciła mnie najbardziej. Żeglarstwo jest więc odzwierciedleniem mojej zbłąkanej na lądzie duszy, a przy okazji także idealnym lekiem na korporacyjną traumę i stres.

Dlatego oczywistą oczywistością było dla mnie wyczekiwanie All Is Lost. Niewiele powstaje filmów fabularnych, które poświęcają tyle uwagi samej sztuce żeglowania oraz obcują z morskim żywiołem. Gdy więc coś się w końcu takiego pojawia na horyzoncie, włącza się w mej głowie lampka i gaśnie dopiero wtedy, kiedy uda mi się me pożądanie zaspokoić. W tym przypadku chcica była tym większa, ponieważ ten niezwykle minimalistyczny nautyczny obraz uderza bezpośrednio w moje ukryte i tkwiące od lat marzenie, którego zapewne nigdy nie zrealizuję i które będzie mi towarzyszyć już do końca moich dni. Mowa o samotnej żegludze po morzach i oceanach.


Jest to najtrudniejsza z form ludzkiej aktywności porównywalna chyba tylko ze zdobywaniem w pojedynkę ośmiotysięczników. Nie chodzi już o same zagrożenia związane z działaniem sił natury, ale też, a może nawet i głównie, o walkę z samym sobą, ze swoimi słabościami i towarzyszącą ci wszędzie samotnością. Niewielu się do tego nadaje. Nie każdy potrafi być sam przez dłuższy czas. To hobby dla ekscentryków, dla odosobnionych jednostek aspołecznych, dla buntowników z wyboru i wszech niepokornych dusz. Historia żeglarstwa zna wiele przypadków w których samotni sternicy zwyczajnie wariowali pośród fal oceanów, a nawet popełniali samobójstwa. Np. angielski żeglarz-amator, Donald Crowhurst, drobny biznesmen, mąż i ojciec, w roku 1968 podążając za swoimi marzeniami wziął udział w tzw. "Wyprawie Szaleńców". Chciał zostać pierwszym człowiekiem, który samotnie opłynął ziemię bez zawijania do portu. Niestety nie wytrzymał obciążenia psychicznego i towarzyszącej mu samotności, a także nie sprostał własnym ambicjom. Odbił z kursu, najpierw oszukiwał i podawał złą pozycję, potem zaczął majaczyć przez radio, nikt nigdy później już go żywego nie widział. Ostatecznie targnął się na życie. Inny uczestnik tych historycznych regat, zwycięzca, legenda żeglarstwa - Sir Robin Knox-Johnston, również miał problemy z kondycją psychiczną. Opłynął kulę ziemską w 313 dni, ustanawiając rekord na wiele lat, lecz przez długi czas nie było z nim żadnego kontaktu, uznano go nawet za zaginionego, a po osiągnięciu celu o jakim marzyli wszyscy żeglarze na świecie, obrał kurs na kolejną rundę wokół ziemi, czego nikt nie był w stanie zrozumieć. Ciężko jest po roku spędzonym w samotności wrócić od tak do ludzi i do świata, o którym zdążyło się już zapomnieć. Dlatego samotna żegluga jest jedną z najwyższych prób jakiej może się dziś poddać człowiek i co za tym idzie, zawsze budzi to mój największy z możliwych szacunków.

Nasz bohater, w sumie jedyny w tym filmie, mocno już podstarzały, lecz ciągle w dobrej kondycji, dziarski Robert Redford, co prawda nie opływa samotnie ziemi, z nikim się nie ściga, ale i tak jego próba samotnego pokonania niewielkim, 39-stopowym jachtem "Virginia Jean" Oceanu Indyjskiego wzbudza uznanie. Nie wiemy kim jest nasz żeglarz, jak ma na imię, czy jest czyimś mężem, czy ma dzieci, czym się zajmuje na lądzie. Nie wiemy absolutnie nic. Jest tylko stary człowiek i morze... oraz samotny kontener, który wypadł z jakiegoś transportu i który koniecznie musiał skrzyżować swe przeznaczenie z łodzią Redforda. To daje początek końca, czyli ponad półtoragodzinną (na ekranie, bo wedle scenariusza trwało to 8 dni) walkę o przetrwanie. Bez uszkodzonego radia, bez nawigacji, w końcu także i bez łodzi, w szalupie ratunkowej, w której nasz rozbitek dryfuje ku nadziei na pomoc i ocalenie. Walka rzecz jasna jest nierówna. Doświadczony żeglarz musi walczyć z brakami pożywienia, wody, z promieniami słońca, a także z kolejnymi burzami i rekinami. Właściwie to wszystko to już w większym, bądź mniejszym stopniu kiedyś widzieliśmy. Chociażby w Cast Away, czy w Życiu Pi, ale nigdy na taką skalę, nigdy w tak minimalistyczny i dosłowny sposób.


Budowa napięcia, oraz sposób ekspresji jest bardzo zbliżony do niedawno widzianej przeze mnie Grawitacji. J.C Chandor skorzystał z podobnych wzorców i ograniczył udział muzyki do absolutnego minimum (acz soundtrack trwa 45 minut i jest całkiem sympatyczny). Na ekranie dominują więc naturalne żeglarskie dźwięki i odgłosy, których tak bardzo, zwłaszcza teraz, w zimie, mi brakuje. A to przeskakujące po kabestanie liny i szoty, a to łopot wybieranych oraz zwijanych żagli, także chlupiąca woda, świst i podmuch wiatru, uwielbiam to. Wyszło nawet lepiej niż w Grawitacji, bowiem w odróżnieniu od niej, reżyser nie brał z góry potencjalnych widzów za idiotów, przez co nie musiał wciskać w usta Redforda wszystkich myśli jakie aktualnie kiełkowały w jego głowie. Właśnie to mnie irytowało u Cuarona najbardziej, te pieprzone gadanie do siebie Sandry Bullock. Robię to, robię tamto, myślę o tym, wszystko po to, żeby broń boże widz się nie zagubił. Na morzu na szczęście jest trochę inaczej. Liczy się opanowanie, spokój, doświadczenie i czyny, a nie puste słowa. Z mimiki twarzy, z jej wszystkich grymasów, czy też z jednego tylko, niezwykle wymownego "Kurwa!" - jakie wyrzucił z siebie żeglarz, można było wyczytać absolutnie wszystko. Całą jego bezsilność, niemoc i autentyczne wkurwienie. Każdy człowiek ma swoją granicę wytrzymałości. W końcu i ten bardzo stonowany oraz doświadczony życiowo Redford ją w tych warunkach osiągnął, a nawet przekroczył. To jest właśnie ogromny i chyba nawet największy plus tej morskiej opowieści. Umiejętne zbudowanie nici porozumienia pomiędzy walczącym o przetrwanie, lecz milczącym żeglarzem, a widzem. Klasa.

Kilka drobiazgów jednak trochę mi przeszkadzało. Oczywiście na morzu wszystko jest możliwe, nie mniej [Uwaga, spojler] scena, w której będąc w środku nocy o kilkadziesiąt metrów od wielkiego kontenerowca i w której wystrzeliwuje w niebo dwie morskie flary jakich załoga statku nie dostrzega, jest co najmniej dziwna, ale nie upieram się jednak, że niemożliwa. To samo w ostatnich kadrach (cały czas jadę spojlerem, jakby się kto pytał), zaiste pięknych, bo jest i płonąca tratwa, i blask księżyca, i jakaś ławica ryb, a wszystko to widziane jest z perspektywy u-boata, to jednak czas w jakim tak szybko do naszego bohatera dopłynęła łódź ratunkowa wydaje się przeczyć prawom fizyki. Ale to tylko film. Chodzi głównie o emocje, a tych jest skumulowanych tu bardzo wiele. Osobiście wolałbym, aby ta opowieść skończyła się inaczej. Żeby się nie udało. Wtedy byłoby piękniej, szlachetniej, z pokorą. "Walczyłem do końca, robiłem wszystko jak należy, ale na morzu nie ma kozaków, równych i równiejszych, zginąłem, ale w taki sposób jak kocham, na oceanie, podczas rejsu, żegnajcie przyjaciele i wspomnijcie mnie czasem przy rumie". Niestety kino, jak i widzowie, o wiele bardziej wolą szczęśliwe zakończenia. Trudno. No co kto lubi. [Koniec spojlerów].

I właściwie wszystko byłoby pięknie, bo przecież prawie wszystko mi się w tej opowieści podobało, ale zabrakło mi tu trochę... żeglarstwa w żeglarstwie. Trudno będzie mi te wyraźnie odczuwalne braki przelać w jakiś zrozumiały sposób na wordowy arkusz, po prostu liczą się dla mnie głównie osobiste wrażenia i odczucia wyniesione z seansu na gorąco. A te są finalnie takie, że pomimo zajebistości oceanicznych fal, opowieść ta była bardzo przewidywalna i trochę też niestety za bardzo spłycona, ograniczona jedynie do survivalu. Chciałbym zobaczyć w tej historii więcej pasji, więcej piękna związanego z żaglami, tego wszystkiego na czym wyrosłem i czego rok rocznie od nich oczekuję. Nasz żeglarz swoje już w życiu przepłynął, być może też pokonał więcej mil morskich niż ja kilometrów na lądzie, na jego twarzy czasem rysował się grymas i ból, który wręcz krzyczał do mnie: "Co ja tu kurwa robię?", "Na chuj ja tu przypłynąłem?", "Trzeba było zostać w domu". Na szczęście był też upór, walka i mądrość. Do końca. To też jest element naszej żeglarskiej pasji i tradycji. Zatem poprawnie i zasadniczo usatysfakcjonowany jestem bardzo. To był "sympatyczny" rejs. Ale do ideału nadal trochę brakuje. Może więc dopiero następnym razem ktoś mnie weźmie na łódkę i może w końcu wtedy popłyniemy już gdzieś o wiele dalej. Może. Ahoj.

To moja ostatnia recka w tym roku, zatem na zdrowie i za tych co na morzu, żeby pasowało.

4/6

IMDb: 7,5
Filmweb: 6,6


niedziela, 29 grudnia 2013

Same debeściaki, razy dwadzieścia



Czwarte to już moje zestawienie i także czwarte bicie głową w mur. A to trochę boli, muszę przyznać. Mimo, że nie oglądam wszystkiego jak leci, bo przecież szanuję swój czas i wybredność, to jednak jak co roku ciężko jest mi wyselekcjonować tych jedynych w swoim rodzaju dwudziestu najlepszych, w dodatku jeszcze rozsadzać ich na poszczególnych szczebelkach drabinki wnoszącej się ku niebiosom zajebistości. Ale cóż, taka to robota, a tyrać trzeba.

Nie był to zbyt dobry rok w mym wykonaniu. Ledwie 1203 km przejechane na rowerze, ze 100 km dołożone biegiem po lesie, 26 razy się zakochałem (dane niepoparte naukowo), raz złamano mi serce, dziesiątki butli łiskacza pękło, a piw i wódy nie zliczę - tu akurat średnia roczna zapewne oscylowała wokół wieloletniej normy. 6 książek przeczytałem, niby więcej niż przeciętny Kowalski, a i tak nie powinienem z tym wyskakiwać przy ludziach, bo przecież siara w chooy. A co do filmów. Z ponad 100 obejrzanych w tym roku, 56 było na tyle dobrych, by mogły ubiegać się o najlepszą dwudziestkę. Jak zwykle wszystkiego co chciałem nie widziałem, wiadomo, ciężko zdobyć, albo też inne dziwy natury stawały nam na przeszkodzie, nie mniej, przyszło się już do tego przyzwyczaić.

Rzecz jasna i tytułem wyjaśnienia, choć starzy bywalcy powinni już znać tą formułkę na pamięć. Sram na nie przywiązuję wielkiej uwagi do polskich zestawień i rankingów, bowiem ja kino oceniam trochę inaczej, bardziej globalnie. Nie ma tu miejsca na polityczne granice, segregację na pierwszy, drugi, czy trzeci świat. Liczy się więc dla mnie data premiery światowej, nie polskiej, często mocno spóźnionej w reakcji. Stąd właśnie te "2012" a nie trzynaście w nagłówku, acz poza uwzględnieniem kilku zeszłorocznych pozycji niewiele to zmienia, bowiem większość tytułów w zestawieniu, to tegoroczne kinowe polskie przeboje. Acz wiadomix, że bez tych wszystkich Grawitacji, Adeli, czy Koneserów. Z nimi będę się zmagał w przyszłorocznym rankingu. Przykro mi, takie to już są zasady. Przynajmniej jestem oryginalny.

Generalnie, to 2012 był dobrym rokiem dla kina. Filmy były co najmniej niezłe. Ponad połowa mojego zestawienia dostała ode mnie piątki, a nimi, jak można zauważyć, zwykle nie szarżuję na prawo i lewo. Padła też jedna szóstka (szkoda, że nie w totka), co w sumie także należy nazwać cudem i zrównać z objawieniem Chrystusa na drzewie gdzieś w mym lesie obok. Dziś myślę, że może trochę na wyrost, ale niech ma, zasłużył. Jednak, gdybym umieścił go na końcu pierwszej dziesiątki, to też bym mu krzywdy wielkiej nie wyrządził. Taki jest ścisk w czołówce.

No nic. Nie przedłużam. Lecim z tematem.


Miejsce 20
Wielkie wejście - reż. Gustave de Kervern, Benoît Delépine, FRA

Polska premiera: Brak
Dystrybucja: Brak
Moja ocena: 4

Dlaczego: Zjawiskowa francuska satyra na wszędobylskie macki zgniłego kapitalizmu, w którym rządzi jedyna nadrzędna potrzeba ludzkości - uganianie się za pieniądzem. Film jest odpowiedzią na odwieczne pytanie nurtujące umysł przeciętnego korposzczura: "Co dalej?" zaraz po tym, kiedy rzuca on swojemu szefowi papierem prosto w twarz. Weterani walki z kapitalizmem po raz kolejny wbijają szpilkę w jego cuchnący tyłek.



Miejsce 19
Legenda Kaspara Hausera - reż. Davide Manuli, ITA

Polska premiera: 4.10.2013
Dystrybucja: Spectator
Moja ocena: 4

Dlaczego: Chociażby za samego Vincencta Gallo i jego sakramentalnego "yeah", oraz muzykę Vitalic. Niezwykle trudny w odbiorze surrealistyczny obraz, połączenie Jodorowsky'ego ze spaghetti westernem i klubem w stylu electro. Filmu, a raczej przedstawienia, nie da się bezboleśnie strawić, jego siłą jest ogrom interpretacji. Zbiór cytatów i szalonych scen, które odnoszą się i komentują najbardziej klasyczne dogmaty ludzkiego jestestwa.



Miejsce 18
Raj: Miłość - reż. Ulrich Seidl, GER, AUT, FRA

Polska premiera: 09.2012
Dystrybucja: Against Gravity
Moja ocena: 4

Dlaczego: Bardziej za całokształt twórczości i trylogię Seidla: Miłość, Wiara, Nadzieja (ta jest już z 2013). Wnikliwe studium ludzkich lęków, pragnień, urojeń i przekleństw. Bez przerysowań i ubarwień, wszystko ukazane niemal z dokumentalnym szlifem. Czasem jest brzydko, sterylnie, odpychająco i bardzo odważnie, zawsze jednak z krzykliwym komentarzem, który to sam kiełkuje w naszych głowach i budzi do refleksji.



Miejsce 17
Sąsiedzi Boga - reż. Meny Yaesh, ISR, FRA

Polska premiera: Brak
Dystrybucja: Brak
Moja ocena: 4

Dlaczego: Odwieczny konflikt świata arabskiego i żydowskiego ukazany z punktu widzenia młodych ludzi zamieszkujących Bat Yam, 130-tysięczną dzielnicę Tel Avivu. Religia, fanatyzm i walka, ale też życie codzienne, imprezy, zabawa i luz w cieniu czyhającego niebezpieczeństwa. Świetnie ukazana wybuchowa mieszanka, w której aż kotłuje się od licznych konfliktów, srogich zasad i religijnych obrzędów.



Miejsce 16
Drugie oblicze - reż. Derek Cianfrance, USA

Polska premiera: 24.05.2013
Dystrybucja: Monolith Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Najlepszy Gosling roku ze wszystkich trzech polskich premier. Ale jeszcze lepsze było to, że już przed połową filmu nasz pączek przepadł na amen i do głosu doszli inni, także zajebiści. Świetny scenariusz, konstrukcja i reżyseria, oraz dawno niewidziany Ray Liotta w tle i Mike Patton w roli autora soundtracku. Miks wielopłaszczyznowej zajebistości, którą daje się dobrze oglądać, mimo przesadnej długości taśmy filmowej.



Miejsce 15
Wrong - reż. Quentin Dupieux, USA

Polska premiera: 3.08.2012
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 4

Dlaczego: Mam słabość do tego psychola. Oglądanie absurdów naszego świata przez różowe okulary jakie na co dzień nosi Dupieux dostarcza mi niezliczonych ilości pozytywów i radości. Irracjonalizm, abstrakcja oraz wysokich lotów ludzka głupota ukazana w nieprzeciętny sposób. W dzisiejszym świecie obcowanie z tego typu formą rozrywki nosi znamiona lecznicze. Dodatkowe wyróżnienie za jeden z najlepszych plakatów roku.



Miejsce 14
Polowanie - reż. Thomas Vinterberg, DEN

Polska premiera: 15.03.2013
Dystrybucja: Kino Świat
Moja ocena: 4

Dlaczego: Jeden z kandydatów do Oscara nieco mnie rozczarował, ale nie na tyle, by zabrakło dla niego miejsca na liście. Solidne kino, małe miasteczko i niesprawiedliwe wykluczenie z norm człowieczeństwa odmiennej jednostki. Jednak irytująca bierność ofiary i niezdecydowanie oprawców powodują, iż z punktu widzenia kraju nad Wisłą całość trąci myszką. Bardziej zepsuta tolerancyjna "Europa" z pewnością lepiej się w tym odnajduje.



Miejsce 13
Sesje - reż. Ben Lewin, USA

Polska premiera: 18.01.2013
Dystrybucja: Imperial-Cinepix
Moja ocena: 5

Dlaczego: Film, który zaskoczył mnie ogromnym potencjałem i wachlarzem emocji, w dodatku kompletnie się tego po nim nie spodziewając. Niezależna produkcja z pierwszoplanową przedstawicielką Hollywood, która w dodatku pokazuje cycki i uprawia seks z inwalidą, wyjątkowo zabawnym i dowcipnym inwalidą. Wyborne dialogi i chwytająca za serducho opowieść oparta na faktach, jeden z najbardziej pozytywnych filmów roku.



Miejsce 12
Mud - reż. Jeff Nichols, USA

Polska premiera: 31.05.2013
Dystrybucja: Forum Film Poland
Moja ocena: 5

Dlaczego: Kolejne dwie, bardzo zgrabne, przyjemne i dobrze oddziałujące na układ trawienny godziny. Zacne kadry, świetne zdjęcia, ujście Mississippi, Ameryka B, a może nawet i C, a do tego trochę sensacji, akcji i dobrze zestrojonego dramatu z udziałem małoletnich naturszczyków wspomaganych plejadą gwiazd. Kult domu rodzinnego, braterstwo krwi i jedyne słuszne wychowanie w oparciu o szereg tradycyjnych wartości. Doskonałe.



Miejsce 11
Turyści - reż. Ben Wheatley, GBR

Polska premiera: 22.02.2013
Dystrybucja: M2 Films
Moja ocena: 5

Dlaczego: Niezwykle trafny współczesny pastisz wszystkich naszych urlopowych traum ukazanych tak trochę w krzywym zwierciadle, w dodatku doprawiony błyskotliwym, brytyjskim czarnym humorem. To requiem dla wypoczynku i tęsknota za urlopem doskonałym, który często zderza się z chaosem, hałasem i wkurwem spowodowanym obecnością innych ludzi. Zabawne, mądre, zjawiskowe.




Miejsce 10
Dziewczyna z szafy - reż. Bodo Kox, POL

Polska premiera: 14.06.2013
Dystrybucja: Kino Świat
Moja ocena: 5

Dlaczego: Jeden z dwóch polskich debeściaków na liście. Kompletne dla mnie zaskoczenie, bo podchodziłem do niego jak do jeża, a wyszedłem z kina trafiony strzałą wprost ociekającą zajebistością. Boskie sterowce nad moją ukochaną Warszawą, genialny Mecwaldowski, nieprzeciętny humor i blokowisko z ludzką twarzą. Bodo Kox, królewicz polskiego offu, po latach tułaczki po niskobudżetowym królestwie wspiął się w końcu na kinematograficzne wyżyny.



Miejsce 9
Bestie z południowych krain - reż. Benh Zeitlin, USA

Polska premiera: 12.10.2012
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 5

Dlaczego: Jeden z najstarszych tytułów w zestawieniu, dla wielu najlepszy film o ubiegłego roku, u mnie też wyróżniony. Hushpuppy oczarowała cały świat, a jej baśniowa podróż zabrała nas w arkany utopijnej wizji świata idealnego, opartego na wewnętrznej i wyssanej z mlekiem matki potrzebie pielęgnacji rodzinnych korzeni. Nigdy tego nie robię, ale mam wrażenie, że przy tym filmie popełniłem jeden z najlepszych tekstów na blogu.



Miejsce 8
Broken - reż. Rufus Norris, GBR

Polska premiera: 25.01.2013
Dystrybucja: Spectator
Moja ocena: 5

Dlaczego: Typowa brytyjska szkoła dramatu oraz kina społecznego podana z odrobiną rozsądnie rozsianej po całej taśmie filmowej szczypty czarnego i nieco szemranego humoru. Doskonałe wymieszanie ze sobą absurdów codzienności, zła, poczucia niesprawiedliwości i ludzkiego cierpienia. Do tego odrobina optymizmu i radości ukazana w stylu BBC i jego cykli dokumentalnych. Nie ma to tamto. Prawie zawsze wchodzi do łbów wybornie.



Miejsce 7
Moonrise Kingdom - reż. Wes Anderson, USA

Polska premiera: 30.11.2012
Dystrybucja: Kino Świat
Moja ocena: 5

Dlaczego: Świat odlicza dni do premiery "Grand Budapest Hotel", ale ja jeszcze o poprzednim filmie Andersona - ikony hipsterów, tak mówią, może i słusznie. Z pewnością król kadrów i oczojebnych kolorów. W jego świecie harcerz brzmi dumnie, a Ed Norton w mundurku wygląda przekomicznie. Popis aktorski i oryginalna historia pewnego młodocianego buntu okraszona niezłą muzyką Desplata. Ten świat jest jak magnes. Trochę ciężki, ale przyciąga.



Miejsce 6
Holy Motors - reż. Leos Carax, FRA, GER

Polska premiera: 11.01.2013
Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Moja ocena: 5

Dlaczego: Nagle po 13 latach, jako podstarzałe już nieco dziecko francuskiej nowej fali pojawia się Carax, na którego dzieło - tak, dzieło, przed duże kurewskie D czekałem całe lata. Zjawia się z samej ojczyzny surrealizmu, który to przecież powstał, by walczyć ze wszystkimi konwencjami w sztuce narzucanymi odgórnie, koniecznie wciskanymi w określony nawias. Film, który można tylko nienawidzić, albo kochać. Nie trudno zgadnąć do której grupy się zaliczam.



Miejsce 5
Django Unchained - reż. Quentin Tarantino, USA

Polska premiera: 18.01.2013
Dystrybucja: United International Pictures
Moja ocena: 5

Dlaczego: Lubię tego skurczybyka. Dostarcza mi plebejskich i przyziemnych wzruszeń oraz ascetycznej, niczym nie skrępowanej przyjemności. Bawi się facet konwencjami kina jak małe dziecko klockami Lego. Z lekkością, gracją i za każdym razem z tą samą werwą oraz zapałem. Widać, że rajcuje go cały proces produkcji filmu, a my, lud prosty, lubimy patrzeć na finalny płód zrodzony z jego nieposkromionej wyobraźni. Ten również.



Miejsce 4
Searching for Sugar Man - reż. Malik Bendjelloul, SWE, GBR, RPA

Polska premiera: 22.02.2013
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 5

Dlaczego: Jedyny dokument w zestawieniu. Niewiele ich oglądam, bo zwyczajnie brakuje mi czasu nawet na fabułę. Ale ten jest jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny, w dodatku na przedpremierowym pokazie jeszcze w ubiegłym roku związał mi ręce i skopał mocno po ryju. Jestem dość pamiętliwy, więc się teraz na nim "mszczę". Prawdziwa historia roku, pełna wzruszeń, zaskakującego zwrotu wydarzeń i boskich emocji z miłością do muzyki w tle.



Miejsce 3
Miłość - reż. Michael Haneke, FRA, AUT, GER

Polska premiera: 2.11.2012
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 5

Dlaczego: "Gdy go oglądałem - cierpiałem. Paulo Coelho". Przygniatająca opowieść o śmierci, chorobie i umieraniu, mniej o miłości, ale jej obecność czuć w każdym metrze niewielkiego mieszkania. Ludzie rodzą się i umierają, świat kręci się dalej, ale gdy nagle tracimy kogoś bliskiego, kula ziemska zatrzymuje się, a dominująca wtedy cisza rozwala bębenki w uszach. Czytając przed chwilą to, co o nim pisałem przed rokiem, znów poczułem się zmasakrowany.



Miejsce 2
Imagine - reż. Andrzej Jakimowski, POL, POR, FRA, GBR

Polska premiera: 12.04.2013
Dystrybucja: Kino Świat
Moja ocena: 5

Dlaczego: Bezapelacyjnie najlepszy polski film roku, acz ubrany w międzynarodową koprodukcję, dzięki czemu wyszło tylko lepiej niż powinno. Słoneczna Lizbona i narodziny skomplikowanego uczucia w świecie, w którym pewny jest tylko dotyk dłoni. Niezwykle zmysłowe kino, które wbiło mnie w kinowy fotel bardziej od innych głównie dlatego, że wniesione zostało na światowe salony pod biało-czerwoną flagą. "Teraz Polska" wreszcie brzmi dumnie.



Miejsce 1
Rust and Bone - reż. Jacques Audiard, FRA, BEL

Polska premiera: 8.02.2013
Dystrybucja: United International Pictures 
Moja ocena: 6

Dlaczego: Tego co czułem na końcowych napisach nic mi już nie odbierze. Film kompletny. Wzruszająca i mocna historia, piękne cycki, krew i pot, boska muzyka, miłość i nienawiść. Ma w sobie wszystko to, co niezbędne, by nazwać go filmem roku. Wspaniała lekcja człowieczeństwa. Ckliwa i porażająca swoją dosłownością opowieść o chęci do życia, które nie jest ani kolorowe, ani sprawiedliwe i w którym wszystko musimy wywalczyć sobie sami.




Właściwie to dopiero teraz zauważyłem, że całe podium zajmują filmy o miłości. Cóż za żałosne rozmiękczenie w moim wykonaniu, jest mi autentycznie wstyd. Całe życie uciekam jej spod topora i obrzucam ją łajnem, a ta idiotka ciągle się za mną ugania i nie daje spokoju. Ale też na swoją obronę mam to, że więcej w tej miłości jest bólu i cierpienia, niż obsypanych lukrem cukierków. No jak w życiu. Z resztą... tylko winny się tłumaczy, tak więc ciach bajera.
Do siego roku.

Albo jeszcze nie. Wchodzę właśnie w piątą, okrągłą rocznicę mojej jakże zajebistej blogowatości. Na tym świecie, jak doskonale widać, tylko nieubłaganie płynący czas jest pewny i niekwestionowany. Zatem jubileusz. Oczywiście to niczego nie zmienia. Nadal zapewne nie będzie mi się chciało pisać, a jeśli już do tego dojdzie, to będę się grafomańsko wymądrzał, narzekał na wszystko, przeklinał oraz bez sensu rozpisywał, ale jeśli ktoś z was tu nadal ze mną zostanie, to po prostu szacun ode mnie i Bóg zapłać za całokształt i wytrwałość.

Aha. Byłbym zapomniał.
Na zdrowie.