poniedziałek, 6 stycznia 2014

Prawo krwi

Out Of The Furnace
reż. Scott Cooper, USA, 2013
116 min.
Polska premiera: ?
Dramat, Thriller



Ależ ten czas zaiwania. Jeszcze "wczoraj" żegnałem stary i nieco upodlający mnie rok, a dziś jestem już po kilkuset kilometrach w rozjazdach, szesnastu kaemach przebiegniętych po jesiennym lesie, także już po kilku zaliczonych cytrynach i innych kolorach wytwarzanych przez Lubelski Polmos, a nawet raz zdążyłem się już zakochać. Oczywiście bez wzajemności, bo przecież tak jest bez sensu. Oglądam też filmy. Przynajmniej staram się jak mogę, ale zaległości i nowości przybywa w zastraszającym tempie, a końca nie widać. Za kilka dni znów wyjeżdżam, tym razem po to, by trochę spocić się w górach, a przy zupełnej okazji oderwać się od fejsbuka i innych pochłaniaczy czasu, więc ponownie coś mi ucieknie z rzeczy bieżących. Jak więc żyć, by nie ocipieć, a jednocześnie być na czasie ze wszystkim, się pytam?

O Out Of The Furnace wspomniałem już jakoś na początku grudnia, posiłkując się przy tym głównie Pearl Jam i ich zjawiskowym kawałkiem Release, który to właśnie zagościł na ścieżce dźwiękowej tegoż oto filmu. Podziałało to na mnie niczym Viagra na przymulonego młokosa zatrzaśniętego w starczym ciele. Nie powiem wprost, że dostałem erekcji, ale za to mogę napisać, iż ekscytacja ma poszybowała do góry ruchem sprężyście przyśpieszonym niczym... no wiadomo. Pearl Jam to nadal mój ulubiony band, który napoczęty przeze mnie jeszcze w wieku nastoletnim i na początku lat 90-tych, nadal budzi we mnie tyleż wspomnień i emocji, że aż nie da się opisać ich wszystkich słowami. Zatem nie będę tego w tym miejscu czynił, powiem tylko tyle, że Release z debiutanckiego albumu Ten, jest dla mnie czymś w rodzaju kontemplacyjnej modlitwy jaka towarzyszy mi już od dobrych 21 lat. Nic na tym świecie, poza rodziną, tak długo ze mną nie wytrzymało. I zapewne tak też już pozostanie.

Tyle tytułem wstępu. Zatem na dzień dobry, jeszcze w trakcie oglądania zwiastunu, właśnie dzięki temu utworu w tle, dostałem potężnym obuchem w tył głowy, przez co zaraz po odzyskaniu przytomności postanowiłem, że ów tytuł za wszelką cenę zdobędę i go obejrzę. Tym bardziej tego pragnąłem, że prócz Pearl Jam na ekranie rozgościły się także tak zacne i lubiane przeze mnie nazwiska, jak: Christian Bale, Woody Harrelson, Forest Whitaker, Willem Dafoe i Sam Shepard. Ubóstwiam ich. Absolutnie wszystkich i bez wyjątku. Każdemu z nich mógłbym poświęcić najmniej jeden akapit. Należą do grona aktorów, z którymi chętnie napiłbym się wódki. A wierzcie mi lub nie, ta lista nie jest znów aż tak długa.

Wprawdzie spodziewałem się, że trochę dłużej przyjdzie mi na ten film czekać, ale dla internetu słowo "niemożliwe" nie istnieje. Za to go właśnie kocham i nienawidzę jednocześnie. Niespełna miesiąc po fantastycznej zajawce, jestem już "po" i cholera jasna, sam nie wiem co mam teraz o nim myśleć. Niby wszystko gra i trąbi, są emocje, wspaniałe kadry, zdjęcia, kapitalnie odwzorowany klimat północno-wschodniego amerykańskiego Pasa Rdzy, wspomniany Pearl Jam i wzorowe aktorstwo, ale w mordę Erinaceusa europaeusa, to wszystko już gdzieś wcześniej widziałem.


Bardzo w mym guście jest klimat Ameryki B. Tej brudnej, przemysłowej, prowincjonalnej i konserwatywnej społeczności utkanej z pięknych widoków wielkich jezior północy, gigantycznych lasów, czy też gór Appalachów. Serio. Taka Ameryka kręci mnie o wiele bardziej, niż te wszystkie Nowe Jorki, Chicago i Los Angeles razem wrzucone do jednego koszyka. Amerykańskie miasta wyglądają niemal tak samo. Pewnie, że by się chętnie zaliczyło wszystkie, jedno po drugim, gdyby się trafiła okazja, ale jeśli już sam miałbym się wybrać za Atlantyk, to wolałbym wynająć dobrą furę i przejechać Route 66. Podziwiałbym wtedy małe miasteczka i niedosięgnięte jeszcze przez człowieka boskie krajobrazy oraz dzieła nieposkromionej natury. Acz nie będę się też tu buńczucznie kreował na jakiegoś Chrissa McCandlessa. Nowy Jork również bym sobie chętnie zaliczył, a jakże.

Także tego. Wszystko fajnie, tyle tylko, że ostatnimi laty trochę tych małomiasteczkowych klimatów już na ekranie było. Wystarczy wymienić Oscarowe Winter's BoneFighterBestie z południowych krain, a w ubiegłym roku Mud, oraz czekający w swojej kolejce, najpewniej nominowany w tym roku Dallas Buyers Club, a to przecież tylko najbardziej sztandarowe głośne przykłady pierwsze z brzegu. Oczywiście żaden to znów nowy trend za oceanem, filmów w Stanach przecież nie kręci się tylko w dużych miastach i nie tylko o gangsterach, bezdomnych, czy maklerach, ale trzeba uczciwie przyznać, że da się zauważyć pewnego rodzaju zwyżkę w korzystaniu małomiasteczkowych stylów bycia i odwzorowaniu ich na wielkich ekranach. Możliwe bardzo, że ma to związek z ogromną popularnością konserwatywnych seriali właśnie wśród Amerykanów, jaka w minionym roku miała miejsce, a o czym nie ma pojęcia przeciętny europejczyk, co też jest dość symptomatyczne, gdyż pogrążona w dążeniu do utopijnej wizji wszech tolerancji Unia Europejska, jest ślepo zapatrzona w trendy, które ograniczają i niszczą lokalne przyzwyczajenia, tradycję i rdzenne dziedzictwo (właśnie nam zakazali wędzenia wędlin, jakby kto pytał). Dlatego wszystko, co kojarzy się z konserwatyzmem obyczajowym, religijnym, kulinarnym, płciowym, czy jakimkolwiek innym, jest chętnie tępione jeszcze w zarodku, a co za tym idzie, przemilczane i pomijane na wszelkie sposoby.

Dlatego generalnie cieszy mnie to, że Ameryka, mimo, iż również przeżywa ogromne problemy z własną tożsamością (spróbujcie powiedzieć gdzieś na północy "czarnuch", "pedał" albo "żółtek"), od czasu do czasu woła: "Stop-Sprawdzam". Kino jest tylko odzwierciedleniem emocji i pragnień społeczeństwa w kraju, w jakim ono powstaje. Dlatego warto trzymać rękę na pulsie i wiedzieć, co w trawie piszczy, co oglądają i produkują inni, a przy okazji, trzeba też krytykować kino promujące złe wartości i wychwalać te, które w naszej opinii stoi na straży tego, co najbardziej pod słońcem kochamy. I to nawet wtedy, jeśli wszyscy święci wmawiają nam coś zupełnie z nami sprzecznego. No ale to chyba jest dość oczywiste dla samodzielnie myślącego homo sapiensa, który w coś wierzy, tak więc nie będę się rozpisywał.


Out Of The Furnace, to historia rodziny, o rodzinie i dla rodziny. Bracia, Russel (Bale) i Rodney (brzydszy z braci Affleck) Baze, żyją tak, jak niemal wszyscy w miasteczku. Starszy Russel ciężko pracuje w fabryce, młodszy wraca z kolejnej wojskowej misji i zaczyna szukać swojego miejsca we wszechświecie. Jednak, jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko idzie jak należy. Dochodzi do tragicznego wypadku, starszy z braci trafia do więzienia, młodszy pozostaje bez bratczynej opieki, w dodatku umiera im ojciec. Po wyjściu z kicia Russel podejmuje walkę o odzyskanie nieco zagubionego umysłu brata, który wplątał się w nielegalne mordobicia za pieniądze. Tak to mniej więcej się wszystko zaczyna, potem dochodzą kolejne postacie, wredne mordy, układy i szemrane interesy. Jedni giną, inni zaczynają się mścić na oprawcach, w imię fundamentalnych zasad i miłości. I mnie się to wszystko bardzo podoba. Lubię, gdy sprawy bierze się we własne ręce. Jeśli życie przypiera cię nagle do muru, nie możesz tkwić sparaliżowany i beczeć jak mazgaj. Musisz zakasać rękawy i zacząć walczyć o sprawiedliwość. Choćbyś miał nawet stanąć sam przeciw wszystkim. Zawsze taka postawa była bliska mego serca, a ta opowieść tylko to wszystko podkręca i aż przyjemnie drapie w podniebienie.

Ta historia bardzo przypomina mi inną, bardzo już starą produkcję z roku 1989, Prawo krwi (Next Of Kin) z Patrickiem Swayze. Niemal ten sam model budowania napięcia, te same motywy, rodzinna paranoidalna wręcz chęć dokonania zemsty, postawienie na szali swojej przyszłości i reputacji, brak jakichkolwiek zahamowań i jedyny słuszny, jakże łatwo przewidywalny finał. Taka konstrukcja jest stara jak Ameryka, stara jak ich kino. Dlatego oczywistym jest, że Out Of The Furnace nie wnosi do dzisiejszego świata niczego nowego. Kompletnie też niczego przed nami nie odkrywa. Aż trochę dziw, że pierwotnie ten film miał reżyserować sam Ridley Scott, a w głównej roli był już zakontraktowany Leoś DiCaprio. Rzecz jasna jest to kino solidne, świetnie wyreżyserowane przez niemalże debiutanta, Scotta Coopera, za co szacun. Jest także kapitalnie zagrane przez stare ekranowe wygi, ale niestety, to nie jest scenariusz na Oscara, ani nawet na topową amerykańską produkcję. Ot, zgrabny film charakterystyczny dla ich kina lat 80-tych, z głośnymi nazwiskami za pazuchą, w sam raz na upchanie go w wakacyjnej kinowej ramówce.

I tylko szkoda trochę, że w czymś jedynie poprawnym pojawił się Eddie Vedder wraz ze swoją nową aranżacją kultowego dla mnie Release, ale zawsze też mogło być gorzej. Film promuje głównie konserwatywne wartości, braterską miłość, krew za krew i charakterność, które są szalenie bliskie mego jestestwa, zatem nie jest źle, a na swój pokrętny sposób, nawet bardzo tu pasuje. Przez amerykańskie kina film przeszedł niczym listopadowe tornada przez ich środkowe stany. Szybko i bardzo boleśnie. Acz wyniki oglądalności mogą się jeszcze poprawić, bowiem niezłą "reklamę" robią mu Indianie z gór Ramapo, z plemienia Ramapough, którzy poczuli się dotknięci tym, iż negatywni bohaterowie filmu noszą bardzo popularne u nich nazwiska DeGroat i Van Dunk. Oskarżyli więc producentów filmu o zniesławienie i domagają się pokaźnego finansowego zadośćuczynienia.

Ale to Ameryka. W Europie powinno pójść mu chyba nawet jeszcze gorzej, stąd właśnie pewnie nadal brak polskiego dystrybutora i daty premiery. Być może nie doczekamy się jej nigdy. Ja jednak tą pozycję polecam, zwłaszcza fanom kina akcji z lat 80-tych. Jest tu niemal wszystko. Mordobicia, strzelanki, przekleństwa, jedna ładna niewiasta i co za tym idzie, także wątek miłosny (fajny, bo bez happy endu;)), trochę sensacji, thrillera, piękne lokacje, nieśpieszny klimat, no i ten jeden, jedyny, zajebisty utwór Pearl Jam, który pojawia się na początku i końcu, już w niepokalanej całości, w trakcie napisów, które pozwoliłem sobie odtworzyć trzy razy z rzędu. Ach. I'ts bjutiful.

4/6

IMDb: 7,0
Filmweb: 6,8


czwartek, 2 stycznia 2014

All Cops Are Bastards

Wrong Cops
reż. Quentin Dupieux, USA, 2013
82 min.
Polska premiera: ?
Czarna komedia



Witam w nowym roku, nie życzę wam szczęścia i pomyślności, bo nie lubię kłamać, za to dopinguję wszystkim bez wyjątku, abyście jakoś umiejętnie go przetrwali i na koniec roku potrafili się przejrzeć w lustrze. Ale umówmy się, lekko nie będzie. Podrożał alkohol, fajki, benzyna, bilety (w Warszawie) i cholera wie co jeszcze. Natomiast nasze pensje cały czas są tam, gdzie nie dochodzi światło dzienne, oraz gdzie jest nasza reprezentacja w piłkę skopaną. Ale nowy rok, to także jeden z najlepszych okresów dla filmowych głodomorów. Zarówno tych kinowych, jak i w kapciach. Oscarowa gorączka podkręca tempo i zwiększa popyt na nominowane tytuły. To raz. Dwa, polscy dystrybutorzy lubią rozpocząć rok z wielkim pierdolnięciem i na dzień dobry wypuszczają w kinowy obieg jakiś hit z końca minionego roku. Do tego w końcu docierają do nas ze świata tytuły jesienno-zimowe, które po tournée po krajach lepiej rozwiniętych kinematograficznie, postanawiają wreszcie szerzej zaistnieć także nad Wisłą. Dlatego też, styczeń wraz z październikiem to moje dwa ulubione miesiące w tej branży, czego z kolei nie lubią moje mało zgrabne paluchy, kgdyż muszą wtedy nieco więcej stukać w te durne klawisze. Tzn. nie muszą, ale wiedzą, że przynajmniej powinny.

Zacznę ten rok od absurdu, abstrakcji, kilometrów głupoty oraz ludzkiej durnoty, bowiem taki właśnie widzę przed nami dopiero co napoczęty wczoraj rok. Jeśli chcecie wiedzieć jak on będzie wyglądał, to wyobraźcie sobie but depczący ludzką twarz. Wiecznie. Polecam przyjęcie podobnego psychosomatycznego stanowiska, przynajmniej się nie rozczarujecie.

Quentina Dupieuxa chyba nie muszę tu szerzej przedstawiać. Poświęciłem mu już dwukrotnie swą uwagę na łamach EPO. Raz była to Opona, innym razem Wrong. Oba uplasowały się w najlepszych moich dwudziestkach rocznych podsumowań. Pozwoliły one na doskonałe zapoznanie się odbiorcy z życiową filozofią i filmową charyzmą reżysera, która, nie będę ukrywał, bardzo mi odpowiada. Lubię mądre, wymagające i ambitne kino, ale jeśli pewnego ranka nachodzi mnie ochota na bara bara z czymś lżejszym i zbytnio nie obciążającym mych drogocennych szarych komórek, to wtedy lubię sięgać po brytyjski czarny humor, skandynawski surrealistyczny absurd spod znaku Roya Anderssona, PRLowską komedię, albo właśnie po Dupieuxa.

Właściwie, to już po zapoznaniu się około pół roku temu ze zwiastunem Wrong Cops, wiedziałem doskonale z czym się to będzie jadło. Stylówa Francuza, znanego też jako Mr. Oizo, jest nie do pomylenia z nikim i niczym innym. Jeden tylko trailer wystarczył mi do tego, aby dowiedzieć się o tym filmie absolutnie wszystkiego. W ogromnej większości przypadków byłby to wielgachny minus, ale nie tym razem. Oparty na gagach, zjawiskowych scenach i skeczach sytuacyjnych film można streścić jednym, mało wyszukanym zdaniem zakończonym bardzo popularnym znakiem interpunkcyjnym: What The Fuck? Tym razem pośmiejemy się trochę wszyscy (z wyjątkiem życiowych gburów i tępaków) z psów, znaczy się policjantów. Beka z mundurowych zawsze jest i była w cenie. Na całym świecie bawi i generalnie wszyscy mają z tego radochę, gdyż w zasadzie wszędzie, bardziej lub mniej się ich nie lubi. Bo niby za co? ACAB, CHWDP i inne międzynarodowe skróty wyrażające miłość i uwielbienie do jednej z najstarszej profesji świata rysują się na niemal wszystkich ścianach i murach miast od Honolulu po Ułan Bator. Taki to jest już ich los, nie mniej, w większości przypadków sami sobie na niego zasłużyli.

U nas pokutuje jeszcze, oraz złą prasę na mieście pisze im poprzedni ustrój. ZOMO, SB, MO, "Białe Kaski robią laski", "Mundur niebieski, orzeł żelazny, zabiłeś dziecko, jesteś odważny", "Nie masz ambicji, odrabiasz wojsko w milicji", można wyliczać bez końca. Nasi dziadkowie strzelali do NKWDzistów i SBków, ojcowie tłukli się z ZOMOwcami, a dzisiejsi stoczniowcy, związkowcy i kibole leją się z prewencją bez szkoły i z łapanki. Rośnie nam już też kolejne pokolenie, które pod sztandarem JP100% będzie "jebać policję" także w najbliższej przyszłości. Tej tradycji nic i nikt już nie zmieni. "Nienawiść do policji tak zostałem wychowany" będzie więc pod różnymi przykrywkami przechodzić z dziada pradziada na wnuka i prawnuka, a przynajmniej do momentu, w którym policja zacznie w końcu SŁUŻYĆ społeczeństwu, oraz stać na straży prawa, zamiast tkwić za nasze pieniądze z suszarką w krzakach, wlepiać mandaty oraz lać pałami po łbach i na oślep, że o pobudkach przypadkowych ludzi o 6 rano w ich mieszkaniach nie pomnę. Właściwie, to sobie tak myślę, gdyż czasem mi się to zdarza, iż w zasadzie, to w każdym ustroju politycznym policja nie ma dobrej opinii, nikt jej nie broni i nikt jej nie szanuje. Pewnie są jakieś wyjątki, nie chce mi się szukać, wolę po prostu sobie myśleć, że taka to jest już ich karma po prostu. Ciach bajera.


Wrong Cops, to oczywiście tylko szalenie luźne podejście do zawodu mundurowego widzianego z perspektywy najbardziej policyjnego kraju na świecie, jakim rzecz jasna są Stany Zjednoczone. W Ameryce o policji kręciło się już filmy na wszelkie istniejące sposoby. W ich kinematografii były już więc dobre gliny, szlachetne, bohatersko ratujące świat w pojedynkę, ale też te z gruntu złe, skorumpowane, w dodatku ćpuny, pijaki, mordercy i gwałciciele. Temat przetrawiony w milionach konfiguracji nie tylko na wielkim i małym ekranie, ale też na ulicach, w gazetach, a nawet w rapowych rymach. Nikogo na świecie nie dziwi już widok gliniarza np. wciągającego koks w radiowozie. Szokuje za każdym razem, zgoda, ale nie dziwi. Zwłaszcza za oceanem. Dupieux skorzystał więc z wielu gotowców pląsających się po amerykańskich komisariatach, posterunkach i ulicach. Wybrał z nich w większości i z założenia rzeczy złe, oraz przepuścił przez swoją maszynkę na mięso. Wyszło... uroczo. Jak zawsze.

Zapoznajemy się więc z amerykańskimi stróżami prawa, którzy w godzinach pracy handlują zielskiem (genialny Duke), pozują do pedalskich gazetek i ćpają (Sunshine), napastują seksualnie cycate bladzie (ciapowaty Renato), ale też takich, którzy np. tworzą muzykę electro (Rough). Jest też jedna mocno biczowata Shirley (oj, chętnie bym się z nią zamknął w radiolce i odsłuchał swoich praw na tylnym siedzeniu), która lubi dymać swoich kolegów (w sensie zawodowym, nie seksualnym). Jest jeszcze parę innych epizodów, w których występują bardziej lub mniej znane osobistości kina i nie tylko, np Eric Roberts, czy Marilyn Manson (na tego, to bym wolał akurat nie patrzeć). Klimat jest przedni, nie ma to tamto. Typowy dla warsztatu do cna zamerykanizowanego już żabojada. Absurd goni absurd, a ironia, sarkazm i irracjonalny, mocno zjawiskowy, także nieco wulgarny humor uganiają się za własnym ogonem. Jeśli ktoś ma już zaliczone Wrong i Oponę, w dodatku z pozytywnym odbiorem, to i tym razem doskonale odnajdzie się w świecie gliniarzy, który, jeśli miałbym go do czegoś porównać, to najpewniej do Akademii Policyjnej wymieszanej z Drogówką Smarzowskiego. Jest zarówno śmieszno i straszno. Z dużą przewagą tego pierwszego rzecz jasna. Dupieux także delikatnie nawiązuje do swoich poprzednich filmów. W jednej scenie w telewizorze leci Opona, a w innej pojawia się na kilka sekund bohater Wrong, przez co nie trudno odnieść wrażenie, że wszystkie trzy tytuły jadą na tych samych prochach, a dilerem jest, no wiadomo kto.

Oczywiście jak przystało na Mr. Oizo, jest tu też dużo muzyki. Jego muzyki. Tłuste bity i dobrze znany jego fanom świat electro co i rusz rozpycha się na taśmie filmowej. W zderzeniu ze światem zdemoralizowanych gliniarzy tylko podkreśla swą siarczystą zajebistość. W ogóle muzyka zdaje się być jednym z głównych bohaterów tej opowieści. Niemal każdy z jej bohaterów ma coś z nią wspólnego. Manson słucha jej na słuchawkach i o niej rozmawia, Duke non stop katuję ją w swoim samochodzie i wydaje opinie co jest dziś cool, a co tylko śmierdzącym shitem. Przypadkowo postrzelony przez niego sąsiad domaga się jej jako ostatniej rzeczy przed śmiercią, a przy zupełnej okazji współtworzy hit, nad którym od kilku miesięcy ślęczy inny posterunkowy - jednooki Rough. Szaleństwo po prostu.

Dlatego też, cały film przypomina trochę mocno rozbudowany teledysk stworzony do własnej muzyki. Coś w sam raz na sobotnie MTV puszczone w ramach biforka, tuż przed Warsaw Shore. Jednak w odróżnieniu od tego ostatniego, Wrong Cops na szczęście mają znacznie więcej smaku i intelektualnej jakości, acz przyznaję, niezbyt wysokich lotów. Ale umówmy się. Nie po to zawitał na świat. Najnowszy film Dupieuxa nie wnosi do jego warsztatu niczego nowego. Nie jest to kolejne podniesienie sobie poprzeczki ani też postawienie kroku metr dalej. Stanowi raczej udaną kontynuację swoich wszystkich dotychczasowych audio-wiuzlanych wariacji. Póki co, jeszcze mi się to nie nudzi. Nie wiem, czy następnym razem wejdzie mi to tak samo lekko i przyjemnie, zapewne tak, na szczęście wyczuwam w jego warsztacie jeszcze sporo rezerwy, którą liczę, że wykorzysta. Póki co przyjmuję jego kolejny eksperyment jak udaną lekcję WFu u mnie w szkole średniej. Niby wszystkie wyglądały tak samo, najpierw lista obecności na dzień dobry, potem dostawaliśmy piłkę i sru na boisko. A jednak pomimo tej monotonności oraz zabójczej powtarzalności, były to moje ulubione zajęcia w szkole i jedyne, z którym się nie urywałem.

4/6

IMDb: 6,1
Filmweb: 5,9