niedziela, 22 stycznia 2012

Teatr TV w kinie

Rzeź
reż. Roman Polański, FRA, GER, ESP, POL, 2011
79 min. Kino Świat
Polska premiera: 20.01.2012



Polscy dystrybutorzy rozpoczęli nowy rok z godnym podziwu przytupem. Zakasali rękawy i poza kilkoma ciekawymi premierami, weszli także nieco szerzej do telewizji, by reklamą zachęcić ludzi do wydania swojej poświątecznej krwawicy na bilet do kina. Ledwie skończyła zbyt nachalną w mojej ocenie kampanię Pani „być może nominowana do Oscara” Holland (nie skorzystałem z zaproszenia), teraz od kilku dni grasuje między newsami i sportem z pogodą Rzeź Polańskiego. Są jeszcze zdegradowane przez Orange niemal do poziomu podłogi Muppety, czy Sztos vel Szajs drugi, który pławi się w kilkusekundowych spotach w asyście wyrobów z Biedronki, ale lepiej dla niego aby tam jednak pozostał. Tak więc niby dużo, a jednocześnie tak bardzo niewiele niestety. Z tego telewizyjnego pojedynku jednak zwycięsko wychodzi Rzeź. Nie bójmy się klaskać.

Najnowszy film Polańskiego to ciekawy mariaż teatru, telewizji i kina. Do kompletu brakuje tylko świata literatury, ale i tak produkcja może budzić autentyczny podziw. Rzeź powstała na podstawie teatralnej sztuki Bóg Mordu Francuzki Yasminy Rezy, która od swojej premiery w roku 2006 została wystawiona kilkaset razy na prestiżowych scenach od Berliner Ensemble, na West Endzie i Broadwayu kończąc. Sztuka ta wystawiana jest także na rodzimych deskach teatralnych, m.in. w Krakowie, Katowicach, czy w Warszawie. Nic więc dziwnego, że fenomenem Rezy zainteresował się w końcu świat filmu, konkretnie, to nasz uznany na całym świecie reżyser, z zamiłowania miłośnik nieletnich uciech cielesnych. A gdzie tu związek z telewizją? Nieformalny i lekko naciągany, ale co, wolno mi. Rzeź bowiem została nakręcona w stylu Teatru Telewizji znanego u nas od roku 1953. I zaprawdę powiadam wam, eksperyment ten udał się bardzo, ale to bardzo.

Yasmina Reza wykształcona na socjolożkę, ma ponoć zdumiewające umiejętności brutalnego włażenia w ludzkie kompleksy i wszelkie zahamowania. Zdejmuje maski naszej obłudzie i przekłada je na ostry język potocznych uogólnień. W sztuce Bóg Mordu, która jest bazą wyjściową dla naszego filmu, obnaża fałsz współczesnych dwóch małżeństw, reprezentantów klasy średniej (w Polsce prawie nie występuje), silących się na zakłamane ą i ę, które nakazuje dobre wychowanie i poprawność polityczną, kreujących się przy tym na wszystkie możliwe, poza prawdą, sposoby. I super. Lubię w tak nieokrzesany sposób, prosto z mostu, z pięści i celnie w ten zbyt naiwny tępy łeb.

Sztuki nie widziałem i bardzo tego żałuję. W ogóle to bardzo boli mnie fakt, że na teatr brakuje mi czasu, ale także trochę szczerych chęci niestety. Ale nie będę was tym zanudzał. Romek Polański, tak mi się przynajmniej wydaje, bardzo fajnie wyłuskał z teatralnego pierwowzoru najciekawsze smaczki i w umiejętny sposób przekonwertował na język kina i telewizji główny zamysł przedstawienia. Efekt finalny bardzo sympatyczny, a nawet i mądry, w sam raz na poniedziałkowy Teatr Telewizji po Wiadomościach z chipsami i piwem do poduszki. I to bez reklam.

Duet Reza&Polański zrobili rzecz piękną. Zmieszali z błotem nasze ego i wyuzdane wyobrażenia o świecie sprawiedliwym, nieskazitelnym oraz uczciwym. Niewiele potrzeba, by ich kolorowy i uporządkowany świat zbudowany na kłamstwie i obłudzie runął z kretesem. W tym konkretnym przypadku wystarczyła zwyczajna bójka jedenastolatków w piaskownicy. Ich rodzice spotykając się w celu omówienia problemu w sposób jak najbardziej cywilizowany oraz według najlepszego socjologicznego wzorca, w przeciągu godziny zamieniają się w pierwowzory ich nieokrzesanej prymitywnej bytności. Bez pudru i lukru, bez poprawności politycznej i sztucznych definicji świata ą i ę. Kapitalne przepotwarzenie się w ludzi pierwotnych, uprzedzonych rasowo, walczących ze swoimi słabościami i nałogami. Iście wybornie to się ogląda. To trochę jak obserwowanie zbiorowej alkoholizacji szanowanego środowiska adwokackiego, lub elity literackiej. Ludzi światłych i wykształconych, którzy pod wpływem alkoholu i swojego nieskrępowanego towarzystwa, zamieniają się w prymitywne zwierzęta. Każdy z nas zna takie przypadki i często w nich uczestniczy. Ludzka rzecz się schlać i zrobić z siebie świnię, czyż nie?

Dlatego tak bardzo kupuję zamysł autorów. Dwa typy małżeństw, cztery niekompatybilne ze sobą i jakże różne charaktery i cztery wspaniałe aktorskie kreacje. Jodie Foster (najbardziej irytująca), John C. Reilly (najbardziej swojski), Kate Winslet (najbardziej glamour) i Christoph Waltz (najbardziej zajebisty), wszyscy zamknięci w jednym mieszkaniu muszą omówić problem ich pierworodnych. Ale temat ich dzieci szybko schodzi na drugi plan. Napięcie niebezpiecznie rośnie. Podkręca je wyborna szkocka oraz kilka telefonów. Gigantyczna lawina nieoczekiwanych pretensji zasypuje stok po którym jakby nigdy nic szusowało sobie stado ludzi szarych i normalnych. Krzyżują się ze sobą zarzuty i wyrzuty, bezlitosne opinie i oceny. Żony krytykują mężów, mężowie kąśliwie odbijają piłeczkę, a gwoździem programu staje się ekwilibrystyczny bełt który bezlitośnie rozprawia się ze światem sztuki i kultury. Wyjątkowo udanych lotów zagrywka-symbol. Najbardziej z prymitywnych oznak naszej archaicznej zwierzęcej moralności, czyli klasyczny cuchnący rzyg wydobywający się z naszego zepsutego wnętrza, w roli bezlitosnego sędziego wydającego wyrok na współczesne naciągane człowieczeństwo. Mniam!

Cała nasza sympatyczna czwórka w przeciągu godziny doświadcza najgorszego dnia swoim życiu. Padają ostre teksty, kapitalne dialogi, jak np. męski atak na kobiece bohaterstwo ruchów społecznych i feministycznych. Mój absolutny filmowy ulubieniec, czyli Alan Cowan (Waltz), np. po obejrzeniu Jane Fondy w telewizji ma ochotę wyjść i kupić plakat Ku Klux Klanu. Ja też! A moim szowinistycznym cytatem filmu jest ten: „Jesteś tym samym typem zaangażowanej, walczącej kobiety. My nie lubimy takich kobiet. Lubimy zmysłowe, namiętne kobiety, tryskające hormonami. Strażniczki świata, te które chcą pokazać jakie są mądre, szybko przełączam.” A to tylko fragment całej dyskusji. Wycinek z całości, z klasycznej wojenki dwóch płci z całym tym przerzucaniem się błotem i garścią stereotypów. Kobiety nie pozostają dłużne swoim facetom, mężczyźni z kolei uwypuklają swoje dziecinne naleciałości i czczą kult swojej ogólnej zajebistości. Hermetyczny świat ich udanych z pozoru małżeństw pierze swoje brudy na zewnątrz i wyciąga z przeszłości każdą wpadkę, każde rozczarowanie. Cztery światy, cztery odmienne punkty widzenia na życie, wszystko płynnie, inteligentnie, czasem bardzo zabawnie, choć jak dla mnie, trochę za krótko niestety.

Naprawdę udany mariaż teatru z kinem w oparach telewizji. Strzał w dziesiątkę Polańskiego. Jak go nie lubię prywatnie, tak po raz kolejny zaimponował mi na szczeblu zawodowym. Nie przypominam sobie teraz podobnej kinowej produkcji z udziałem uznanych aktorów, zamkniętych przez cały czas trwania filmu tylko w jednym pomieszczeniu. Polański zaoszczędził więc na scenografii, ale zyskał na polu intelektualnym i czysto merytorycznie. Film/sztukę dedykuję wszystkim obsesyjnym obrońcom praw człowieka, orędownikom pokoju i stabilizacji na świecie. Emocjonalnym zwolennikom zachodniej globalnej cywilizacji, poprawności wszelakiej, ekologom i zatraconym w nieludzkim świecie korporacji szczurom uzależnionym od telefonu komórkowego. Zaprawdę powiadam wam, nie warto. To tylko ulotna moda która przeminie. W głębi serca i tak jesteśmy prości i w gruncie rzeczy źli. Zawsze nimi byliśmy, zawsze będziemy, takie jest odwieczne prawo natury. Jesteśmy wyznawcami Boga Mordu. Boga, którego rządy są niepokonane od niepamiętnych czasów. Ale co najlepsze, można się z tego wszystkiego bez krępacji pośmiać.

4/6


IMDb: 7,6
Filmweb: 7,4



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza