niedziela, 16 października 2011

27 Warszawski Festiwal Filmowy - Róża

Róża
reż. Wojciech Smarzowski, POL, 2011
90 min. Monolith Films
Polska premiera: 27.01.2011



Pisząc te słowa już wiemy, że główną nagrodę Grand Prix festiwalu zdobyła Róża Wojtka Smarzowskiego. Ogłoszony wczoraj późnym wieczorem werdykt jury nie był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Powiem więcej, bardzo się ucieszyłem. Dlatego myślę, że muszę trochę zmienić swoją optykę i napisać kilka zdań o Róży, nie jak o dobrej polskiej produkcji, lecz jak o niekwestionowanym zwycięzcy.

Smarzowski ma u mnie wysoką średnią. Nakręcił dotąd tylko cztery filmy fabularne i aż trzy z nich okazały się wspaniałe. Napisałbym cztery, ale tego pierwszego (Małżowina) po prostu jeszcze nie widziałem.
Dwa lata temu na 25'WFF jego Dom Zły w cuglach zdobył nagrodę publiczności. Sam zahipnotyzowany szaleństwem tej produkcji, udzieliłem mu wtedy na karcie do głosowania najcenniejszego błogosławieństwa. Swoim najnowszym filmem miał więc potwierdzić, czy jego dotychczasowe osiągnięcia na polu reżyserskim były tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności, czy też rzeczywiście jest on w chwili obecnej jednym z najcenniejszych polskich twórców filmowych młodego pokolenia.
Otóż już wiem. Jest. To nie przypadek.

Na pokaz galowy do Multikina Smarzowski przywiózł ze sobą prawie całą ekipę filmową. Na scenie przed projekcją ładnie nam się ukłonili odtwórcy głównych ról i życzyli miłego seansu. No ale ten w rzeczywistości nie był tak miły jak wielu mogło się spodziewać. To w gruncie rzeczy wyjątkowo przygnębiający, brutalny, co i rusz uderzający zaciśniętą pięścią w podbrzusze obraz. Cofamy się do jednego z najsmutniejszych okresów naszej współczesnej państwowości, do roku 1945, gdzie nie widać i nie czuć radości po zwycięskiej wojnie. Obraz nędzy i rozpaczy, powojennej degrengolady, urazów psychicznych, ogólnego zniechęcenia i nowej, radzieckiej miotle, która cały ten syf po wyniszczającej sześcioletniej wojnie, zaczęła sprzątać w swoim znanym nam wszystkim stylu. Kulka w łeb i do widzenia.

Wszystko co znajduje się w zasięgu kamery przygnębia. Bieda, głód, śmierć, nieufność do bliźniego. W tych smutnych okolicznościach Smarzowski przedstawia nam głównego bohatera, Tadeusza (Marcin Dorociński), byłego żołnierza AK, powstańca warszawskiego, który rozświetla swoją aurą i stopniowo przepędza te wszystkie ciemne chmury gęsto kłębiące się w każdym momencie i kadrze filmu.
Dosłowność reżysera może niektórych zniechęcić. Niby każdy z nas wie, jak bardzo były to okrutne czasy, jak sowieci i ich "polscy" sprzymierzeńcy traktowali Polaków, jak Niemcy gwałcili nasze polskie kobiety, ale ukazywanie tego w tak bezpośredni sposób, może tych bardziej wrażliwych dotknąć w sposób szczególny.

Zwłaszcza tych poprawnych politycznie, licznego pokolenia młodych, wychowanych bezstresowo w nowej już demokratycznej Polsce. Dla większości z nich może być to obraz zupełnie obcy. Kolejna nikomu niepotrzebna martyrologia. Młodzi ludzie nie lubią patrzeć wstecz. W przeszłości widzą tylko śmierć, cierpienie, tragedię narodową, przykre wspomnienia z kart historii, oraz kolejne czczenie bezsensownych rocznic przegranych walk. A oni chcą przecież tylko piękna, pokoju, stabilizacji materialnej, wolności, chcą spełniać swoje marzenia, które w żaden sposób nie są powiązane z wydarzeniami z przed ponad pół wieku.

Ze mną jest jednak trochę inaczej. W budowaniu swojej wizji przyszłości, sięgam właśnie z nostalgią do przeszłości. Do czasów w których panował moralny ład i porządek. Mentalne oddanie dla dobra własnego państwa, które było miłością nadrzędną. Patriotyzm i romantyzm zakodowany w genach licznego pokolenia Kolumbów, ostatniego wielkiego w dziejach naszego kraju. Te wyobcowane już dziś wartości bohaterów starej krwawej Warszawy niezwykle mnie inspirują. Smarzowskiego chyba także, bo utkał Tadeusza właśnie z tych najpiękniejszych cnót. Duma i honor ponad wszystko.

Dlatego Róża jest mi tak niezwykle bliska. Jest nasza, polska, prawdziwa. Brutalna i odpychająca, ale w tym ogromie ludzkiego cierpienia gnieździ się tyle samo piękna. Właśnie to podziwiam u tych wspaniałych ludzi z pokolenia naszych dziadków i ojców. Że w chwilach zwątpienia i w otaczającej ich beznadziei, potrafili śmiać się i kochać. Ktoś zarzuci, że film jest tendencyjny i stronniczy. Nie. Film jest prawdziwy aż do bólu. Pokazuje także złych Polaków, dobrych Niemców i Rosjan (choć tego widziałem tylko jednego). To były złe czasy. Nieludzkie. Na wskroś niegodne. Ale tu wielki plus dla reżysera, że potrafił w tym całym syfie wydobyć budujące piękno i skoncentrować wokół niego tyle miłości i poświęcenia dla niemodnych już dziś idei, żeby naładować nim dzisiejsze pokolenia pozytywną energią na lata. Smarzowski użył swojego dzieła w roli moralnego drogowskazu. Jak to powiedział mój przyjaciel (widział film na pierwszym pokazie dwa dni wcześniej): "Tadeusz w tym filmie uosabia wszystko w co wierzymy Artur. WSZYSTKO. Możesz mu to powiedzieć".

Niestety nie miałem okazji. Musiałem biec na kolejny seans. Ale z całego serca dzisiaj te słowa potwierdzam. Piękny film. Bardzo trudny, ale nasz. Typowy. Polski. Nostalgiczny. Może i jest to kolejna nasza martyrologia, ale co z tego. Jest w niej tyle ukrytego piękna, że warto do niej ciągle powracać. Słowa uznania dla międzynarodowego jury. Potrafili to wszystko zrozumieć, choć nie musieli. Budujące. Róża trafi do naszych kin dopiero w styczniu. Wcześniej będzie jeszcze miała objazd po zagranicznych festiwalach. No cóż... Po prostu idźcie na to do kina.

Edit (17.10.11): Róża została także wyróżniona główną nagrodą publiczności. Czyli dublet. Podwójny zwycięzca. Imponujące.

5/6



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza