niedziela, 28 kwietnia 2013

Eko-bełkot

Promised Land
reż. Gus Van Sant, USA, 2012
106 min. ITI Cinema
Polska premiera: 22.02.2013
Dramat




Jest takie mocno nadużywane w ostatnich latach słowo w języku o charakterze międzynarodowym, którego z całego zasobu wszystkich znanych i pewnie też nieznanych mi wyrażeń nie cierpię najbardziej. Nie, nie chodzi o „kac”. Na swój sposób to go nawet lubię. Dzięki niemu wiem, że żyję i że coś się ciągle kręci na ruletce. A że boli? Musi boleć. Kiedy przestaje, wiedz, że już po wszystkim. Ale do rzeczy. Tym znienawidzonym przeze mnie słowem jest „ekologia”. Jeśli chcesz być dziś szanowany (mniejsza przez kogo), iść z duchem czasu, postępu i z prądem - musisz być eko. Ekologiczne kosmetyki, jedzenie, domy, samochody. Wszędzie dziś wołają: Bądź eko! Segreguj odpady, kupuj ekologiczne ciuchy, w domu koniecznie instaluj drewniane okna i podłącz się do ekologicznej kanalizacji sanitarnej. Na litość boską, recykling! Pamiętaj o segregacji śmieci i o ekologicznych torbach Lidla za piątaka. No i oczywiście nie wyrzucaj jedzenia! Zjedz je jutro na śniadanie a z zepsutych jabłek ugotuj kompot. Zwiędniętej natce pietruszki obetnij końce łodyg i wstaw do wody, odżyje i będzie jak nowo narodzona. Oszczędzaj też wodę! Prysznic bierz w dwie osoby (to akurat popieram), a zęby szczotkuj przy zapalonej świeczce. Zimną wodę z prysznica, no wiesz, zanim jeszcze zacznie lecieć ciepła, gromadź w wiaderku i podlewaj nią rośliny domowe. Do pracy oczywiście dojeżdżaj rowerem lub tramwajem, albo chociaż samochodem z napędem hybrydowym za 200 tysięcy. I w ogóle zrób coś ze sobą ty zacofane, brakujące ogniwo ewolucji!

Szczerze nienawidzę parcia ekologii na mój codzienny, błogi egzystencjalizm. Tego wpieprzania się każdego dnia w mój bezpieczny, jak mi się dotąd zdawało, obszar wywalczonej i zrodzonej w bólach prywatności. To już jest terroryzm. Ekoterroryzm. Czym on się różni od Al-Kaidy albo braci Carnajewów? Zamiast podkładania bomb wystarczy szantaż Zielonych na pierwszej lepszej budowie wiaduktu, odcinka autostrady, czy metra. Nieważne, że dwa miliony ludzi potrzebuje obwodnicy miasta jak tlenu, którego właśnie brakuje w centrum przez zatłoczone ulice, istotniejszy jest sezon lęgowy dzięcioła zielonosiwego oddalonego o 3 kilometry od inwestycji. Ale wystarczy już wręczyć ekologom stosowny argument pod stołem, a raptem dzięcioły dla kilku kilometrów betonu przestają stanowić jakiekolwiek zagrożenie. U nas ostatnio, w Warszawie, Zielone Mazowsze nie mogło znaleźć żadnego biednego zwierzątka, którym mogliby się wysłużyć w celu zwiększenia swojego ekologicznego budżetu, no to zablokowali budowę metra od tak, bo za drogie. Pewnie, że drogie, ale nie mogli posłużyć się dajmy na to gołębiami, które aby przetrwać w warszawskim smogu muszą latać w maskach przeciwpyłowych? Cóż za rozczarowanie.

Pieprzeni ekolodzy. Wszystko mi już obrzydzili. Nawet samochody. Jak patrzę dziś na te eko hybrydowe napędy, to mnie się na wymioty zbiera. Za 20 lat, gdy facet będzie chciał posłuchać prawdziwego gangu benzynowego silnika V8 będzie musiał iść do muzeum. Już dziś dostępne są modele, nawet BMW, które poprzez głośniki wewnątrz imitują sztuczny odgłos pracy silnika. Nienawidzę. A przecież jestem szczerym i oddanym fanem natury, a raczej tego, co z niej zostało. Serio. Specjalnie przeprowadziłem się na obrzeża miasta, by mieć las na wyciągnięcie ręki. No i też względny spokój. W centrum się duszę. A bez tego lasu nie potrafię długofalowo egzystować. Muszę do niego raz na pewien czas wkroczyć, przebiec się, czy zwiedzić rowerem. Na litość boską, przecież ja nawet nie toleruję śmiecenia na ulicy/chodniku/w lesie, o rzucaniu kiepów pod nogi nie pomnę. Lubię wieś, małomiasteczkowy klimat, piękne krajobrazy i świeże powietrze, ale kiedy w tymże moim ukochanym lesie zaobserwowałem wytyczoną na pomarańczowo projektowaną trasę południowo-wschodniego odcinka obwodnicy Warszawy, to z bólem, bo bólem, ale w głębi duszy zaakceptowałem zamach na ten mój kawałek zielonego raju na ziemi. Bo tak trzeba, bo to jest jednak miasto, a nie Puszcza Białowieska. Liczy się przede wszystkim interes metropolii. Nie będę więc się przywiązywał do drzewa łańcuchem i dla swojej fanaberii szantażował kilka milionów ludzi. Taka to już hierarchia interesów, trzeba umieć to uszanować. A jak to komuś nie pasuje, zawsze może przeprowadzić się do Białowieży, albo wyjechać na Grenlandię błagać ją, by się nie rozmiękczała.

Ekobandę oszołomów traktuję dziś trochę jak sektę. Pewnie, że nie wszystkich. Znam zacne wyjątki. Mam na myśli przede wszystkim tych najbardziej radykalnych i bezczelnych. Oczywiście, że jestem przeciwko zakopywaniu gdzieś pod ziemią beczek z trującymi substancjami, np. w sąsiedztwie zbiorników, czy cieków wodnych zaopatrujących w tenże ciecz kilkanaście wsi. Rospudy również było/jest mi na swój sposób szkoda. Są pewne oczywiste i ekstremalne przypadki przeciw którym jak jeden mąż powinniśmy we własnym interesie stawać. Nie dla ekologów, tylko dla zdrowego rozsądku oraz dla dobra danej społeczności. Ale gdy słyszę o bzdurnych akcjach w stylu: „Godzina dla ziemi”, albo gdy obserwuję walkę na niemal noże aktywistów w obronie 1 (słownie: JEDNEGO) drzewa na Saskiej Kępie, lub gdy ciągle bije się pianę na temat CO2 i jego wątpliwego wpływu na klimat, no to sorry eko świrki, ale odwracam się do was plecami. Niech lepiej pójdzie jeden ekolog z drugim do lasu i pozbiera śmieci. Nie, nie zrobi tego. Od tego są dzieciaki z podstawówki, które raz w roku zamiast lekcji wyjdą do parku z plastikowymi workami i grabkami. Przecież to za mało widowiskowe i w ogóle już niemedialne. Lepiej więc zaatakować niczym piraci Greenpeace statek na środku morza, albo wysadzić jakąś fabrykę w powietrze.


Promise Land Gusa Van Santa jest właśnie idealnym filmem prowokującym do głębszych rozważań na ten temat. Co prawda podchodziłem do niego z kijem w ręku przez wiele tygodni, jakoś tak zero ciśnienia i brak mięty wywiązał się już na starcie między nami. Van Sant mocno w kratkę robi te filmy ostatnio, a po Obywatelu Milku (wiem, że większość go uwielbia i całuje po nogach, zwłaszcza kobiety) jakoś mi zbrzydł już facet na amen. A jak usłyszałem kilka dni temu, że walczy chłop o prawo do zekranizowania 50 twarzy Greya, no to już w ogóle padłem na brzuch i chciałem się turlać. Promise Land to film mocno średni, powiem to od razu już na wstępie. Nawet nie miałem zamiaru nad nim się tu szerzej rozwodzić, ale jednak postanowiłem się nim wysłużyć w celu delikatnego obrażania ekologów, co już na wstępie jak widać uczyniłem. Hejting w sieci to coś, co tygryski lubią najbardziej. Myślę sobie nawet, że ja zwyczajnie lubię obrażać ludzi. Bo tak po prawdzie, między nami, to ja w ogromnej większości ich nie lubię. Wiem, że to nie ładnie tak pisać, zwłaszcza w tymże momencie zwracając się do jakby nie było, homo sapiensów, ale tak to już ze mną jest. Acz na swoje usprawiedliwienie dodam, że traktuję to tylko i wyłącznie w celach obrony koniecznej i osobistej rzecz jasna. Codziennie jestem przez kogoś atakowany. W internecie, w pracy, na ulicy, w autobusie... Czasem nie trzeba wiele, wystarczy mieć nieświeży oddech. Ja więc tylko odbijam piłeczkę. Sam bez powodu nikogo nie ruszam. Słowo żeglarza.

Tak więc zbaczając już trochę nomen omen z kursu, dwa słowa o filmie. Generalnie to podoba mi się to, że na przykładzie małego, amerykańskiego miasteczka pokazano konflikt dwóch światów, które tak po prawdzie, nie przebierając w środki walczą ze sobą na całym globie. Z jednej strony jest wielki, wpływowy świat biznesu, dla którego liczy się tylko zysk i słupki na nowojorskiej giełdzie, z drugiej zaś, egzystuje świat, który jest tu trochę pokracznie lansowany przez twórców, a który wyraża się słowami, że też posłużę się nieodżałowanym Grzesiukiem: „Boso, ale w ostrogach”. Niby romantyczne i szlachetne to na swój sposób, ale jednak jakby przejaskrawione. Tych drugich reprezentuje pewien ekolog właśnie (John Krasinski), który na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo klawym gościem. Przystojniak (info dla babeczek), który staje w obronie uciśnionych, biednych i celowo wprowadzanych w błąd nieświadomych ekologicznego zagrożenia ludzi. Rzecz jasna staje na straży nadrzędnego interesu matki natury, czyli ptaszków i krówek. Natomiast reprezentantem wielkiej korporacji o imieniu Global, która za wszelką cenę chce nabyć całą bogatą w zasoby gazu ziemnego ziemię w celu wykonania odwiertów, jest nie mniej urocza dwójka "przedstawicieli handlowych" złożonych ze Steve'a (Matt Damon) i Sue (Frances McDormand).

Rozpoczyna się więc walka o rząd ludzkich dusz, a raczej o podpisy ich właścicieli na umowie. Wbrew moim skromnym oczekiwaniom, nie mamy tu do czynienia z łańcuchami, hałaśliwymi protestami, nikt nie obrzuca się tu łajnem, niczego nie podpala, nie wrzeszczy i nie leje po mordach (choć nie, jeden sierpowy zostanie wypuszczony na spacer). Jest tu tak trochę ą i ę, kulturka, uśmieszki, „czy mógłby Pan?”, „czy może Pani?”, „dziękuję” i „dobranoc”. Trochę to wszystko mdłe jak dla mnie. Być może zakodowane mam już we łbie, że jak na drodze do celu stają dwa wrogie sobie obozy, to musi polać się krew. Cóż, nie u Van Santa. Zamiast tego widzimy takie trochę ciąganie się za włosy i delikatne szczypanie gdy nikt nie widzi. Muszę jednak przyznać, że emocje są całkiem sprawnie rozprowadzone po całej taśmie filmowej, gdyż ciągle wmawia się widzowi, że ma lubić zarówno przedstawicieli Global, jak i ekologa. A tych od Global to nawet bardziej. No bo przecież biedny Steve, to w istocie bardzo prawy i dobry człowiek, ale może jednak sam został zmanipulowany i nie wie, że kupując od ludzi prawa do ich ziemi dla swoich mocodawców, a raczej do tego co znajduje się pod nią, dorzuca im gdzieś między wierszami w gratisie także choroby, niebyt i zapomnienie. Doświadczamy więc szeregu naturalnie ukierunkowanych przez twórców wątpliwości, które oczywiście Van Sant postanawia nam rozwiać dopiero w końcowej fazie filmu. Przynajmniej uważa, że to właśnie robi.

Niestety tenże finał mocno mnie zawodzi. Może i jest lekkie zaskoczenie, ale osobiście i tak mocno mdliło mnie od patosu, oraz tego typowego hollywoodzkiego lukru, którego co prawda od lat staram się unikać, lecz on i tak zawsze mnie przy różnych okazjach dopada. W tej historii ostatecznie nie wygrywa ani ekologia, ani korporacja, tylko nasz główny bohater, który traci tysiące, a może nawet i miliony zielonych (dolce w sensie), za to zdobywa serce całkiem fajnej laski oraz jej domek z widokiem na staw. Wszystko fajnie, trochę może i nawinie, ale ja już wolałem tą krew, a także nazwania jednych lub drugich „chujami”. Van Sant włożył ochoczo kij w mrowisko po czym spieprzył od niego jak najdalej pozostawiając bezradne mrówki z wielkim drągalem w swoim rozpieprzonym dachu. Konsekwencją muszę więc wykazać się sam. Dlatego wbrew panującym trendom i modom, nadal zamierzam żreć niezdrowe żarcie, zapalać w domu wszystkie światła podczas akcji "Godziny dla Ziemi" i dalej posiadać auto na benzynę. Będę też jeździł rowerem oraz nie będę wyrzucał śmieci w lesie, ale nie dlatego, że tak mówią ekolodzy, tylko dlatego, że to zwyczajnie lubię. Oto mój promised land.

3/6

IMDb: 6,5
Filmweb: 6,4


wtorek, 23 kwietnia 2013

Voulez vous coucher avec moi?

U niej w domu
reż. François Ozon, FRA, 2012
105 min. Kino Świat
Polska premiera: 24.05.2013
Dramat, Thriller




Doszedłem kilka dni temu do dość zaskakującego wniosku. Mianowicie, kategorycznie stwierdziłem przed samym sobą, iż męczą mnie filmy francuskie. Potwornie. I nie zmienia tego cała plejada doskonałych klasyków, których trochę jednak żabojady przez te wszystkie lata napłodziły. Od lat jednak kilku (nastu?) francuska szkoła filmowa przechodzi chyba lekki kryzys. Raz na pewien czas coś fajnego z nad Sekwany się trafi, wiadomo, choćby ubiegłoroczne Poliss, L'Apollonide, czy Nietykalni (acz to akurat komercha), ale genialnych produkcji mają do zaoferowania tyle co Sarkozy kot napłakał. Jak na ich potencjał i wkład w rozwój światowej kinematografii, prezentują raczej obraz podparyskiej nędzy i rozpaczy.

Jakby tego było mało, obcując z najnowszym filmem jednego z największych z francuskich kinowych nazwisk - François Ozon, nagle przyłapałem się na tym, iż strasznie irytuje mnie ichniejszy język. A przecież kiedyś mi się podobał. Nie wiem, może alkohol przeżarł mi już jakąś komórkę w mózgownicy, albo też przy ostatnim jebnięciu w górne drzwiczki od szafy w kuchni coś mi się już bezpowrotnie poprzestawiało, ale autentycznie męczę się prze okrutnie patrząc na francuski ekranowy ekspresjonizm. O dziwo wszystko mnie w tym drażni. Ton, akcent, prędkość wypluwania z siebie słów, ten ich charakterystyczny ślinotok i gardłowanie. To ma być język miłości? A dupa. Już niemiecki jest dla mnie bardziej sexy (pewnie przez niemieckie pornole). Chyba potrzebuję lekarza.

U niej w domu, to wyróżniona na festiwalach w Toronto, czy San Sebastian próba powrotu Ozona na salony. Ktoś pewnie stwierdzi teraz, że jak to? Przecież on już od dawna śmiga po czerwonych dywanach. No niby tak, ale w moich skromnych oczach Ozon właściwie skończył się zanim jeszcze na dobre rozpoczął. Basen był świetny, potem już tylko umiarkowanie dobry 5x2 i w zasadzie to by było na tyle. Każdy późniejszy jego tytuł to nieporozumienie, lub zwyczajnie zawód z Rickym, czy Angelem na czele. A fenomenu jeszcze wcześniejszych 8 kobiet nie łapię w ogóle, no ale akurat należę do śmiertelnych wrogów musicali, więc mam alibi.

Wiele dobrego słyszałem o najnowszej produkcji Ozona, acz trailer specjalnie mnie nie porwał. Nie mniej jednak kierując się zasadą ograniczonego zaufania, przydzieliłem mu kredyt hipoteczny, znaczy się swój jakże cenny czas. I niestety, już od pierwszych minut film zaczął mnie irytować. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że nie umiem tego jasno i klarownie spersonalizować. Jak pisałem wyżej, wkurzało mnie niemal wszystko. Profesor Germain (Fabrice Luchini), jego uczeń Claude Garcia (Ernst Umhauer), nawet dwie naprawdę fajne babeczki, które cholernie sobie cenię i lubię, Emmanuelle Seigner i Kristin Scott Thomas. Jeżeli więc do szewskiej pasji doprowadzali mnie w sumie nieźli aktorzy, no to problem wydaje się być chyba jakby głębszy. Obstawiam nieśmiało scenariusz, gdyż delikatnie mówiąc, nie porywa. Ma luki, jest naiwny i niedopracowany, a jego finał kompletnie mnie nie satysfakcjonuje. Ale to byłoby zbyt proste. Musi być coś jeszcze.

Historia z pozoru ciekawa. Żyje sobie bowiem wrażliwy i wyróżniający się z tłumu tępaków w klasie uczeń, który z nudów własnoręcznie pisze historyjkę w oparciu o prawdziwe postacie - swojego ciapowatego kumpla z klasy i jego rodziców (m.in. wspomniana Seigner). Pod pozorem udzielania korepetycji z matematyki swojemu lekko ograniczonemu „przyjacielowi” Claude Garcia wkracza do jego z pozoru normalnego domu rodzinnego, którego jak się okazuje, brakuje mu w swojej wersji życia o standardzie low, jakie mu złośliwe niebiosa przydzieliły. Opisana w ramach lekcji domowej historia zakończona charakterystycznym Ciąg Dalszy Nastąpi, zainteresuje jego profesora od francuskiego, który raptem dostrzeże śpiący w niej nieoszlifowany geniusz autora, a nawet oznajmi, iż chłopak ma „papiery na wielkiego pisarza”. Nie wiem po czym to stwierdził, ale być może we Francji ichniejsze dzieciaki nie umieją pisać do tego stopnia, że każdy szesnastolatek potrafiący ubrać jakąś myśl w zdanie umiarkowanie złożone wydaje się być talentem na miarę Prousta. Śmiechy chichy, ale u nas w gimnazjach jest zapewne podobnie.


Tak więc nasz zdolny małolat pisze sobie kolejne odcinki, a jego psor wraz ze swoją ciekawską żoną czyta je w domu i sobie o tym wspólnie rozprawiają przy lampce wina. Chłopak coraz bardziej wkracza w życie prywatne oraz intymne obcej mu rodziny, zaczyna podsłuchiwać jego mieszkańców, a nawet przeszukiwać mieszkanie, aż w końcu zakochuje się w matce kolegi. Takie to trochę typowe i mocno przewidywalne, ale doskonale go rozumiem. Za małolata sam kochałem się w milfach kobietach dojrzałych, po 30-tce, czasem w matkach kolegów, które wtedy wydawały mi się co prawda bardzo stare, ale jednak atrakcyjne z pryszczatego punktu widzenia. Wszystko fajnie, tylko, że sposób przedstawienia tej opowieści nijak kupy się nie trzyma. Zachowawczy profesor zbyt łatwo, wręcz naiwnie wciąga się w dość miałką opowieść i gotów jest nawet złamać prawo stawiając całą swoją reputację oraz karierę nauczyciela na ostrzu noża, byle tylko dalej czytać jakieś wynaturzenia sfrustrowanego nastolatka. Kompletnie nie trafiają do mnie relacje jakie się między nimi rodzą. Nie są autentyczne. Przez to wszystko inne rozbija się o skały skalistego nabrzeża. Śmiertelnie.

Poza tym Claude Garcia, który nie dość, że irytuje samą swoją bytnością na ekranie, nie jest widzowi rzetelnie przedstawiony. W zasadzie to nic o nim nie wiemy. Nie można więc z nim nawiązać choćby cienkiej nici porozumienia, że o sympatii nie pomnę. Z resztą, w tym filmie nikogo nie polubiłem. Absolutnie żadnej postaci. Mało tego, każda z nich mnie na swój sposób męczyła. Błędy w scenariuszu, ale też i reżyserii, wyrażają się także w pokracznym przedstawieniu struktury budowy emocji, w której opowiadana historia lansowana jest od początku jako fikcja literacka zrodzona w bujnej wyobraźni małolata. Tyle, że ja już od pierwszej minuty układałem sobie całość w głowie w ten sposób, iż sprzedawana profesorowi bajka jest czymś w rodzaju pamiętnika pisanego na gorąco. Czyli, że to wszystko dzieje się naprawdę i obserwujemy raczej mało interesujący serial wenezuelski zapisany na pojedynczych kartkach od szkolnego zeszytu w formie odcinków przedzielonych reklamami proszków do prania. Co prawda Ozon w kilku przypadkach próbował zburzyć w mojej głowie ów porządek, starając się przedstawić poszczególne sceny jako wypadkową wyobraźni młodocianego autora nad którą zdaje się w pełni panować i tworzyć po swojemu mieszając przy tym innym w głowach, ale za każdym razem wyglądało to dość niedorzecznie, by nie powiedzieć, że śmiesznie.

Finał zawiódł jednak najbardziej. Pomijam już sam fakt, że przez sposób narracji nie miałem specjalnie ochoty go doświadczać, to jednak po cichu liczyłem na to, że a nóż, Franek zrobi mi psikusa i czymś jednak zaskoczy. Ale też nie po to karmię swoje przeczucie życiowymi dogmatami, żeby te nie zdążyło zawczasu mnie poinformować, iż koniec końców nadchodzące zakończenie obleje swój test na zajebistość. Oczywiście miałem rację. Koniec był nędzny, bez sensu stylizowany na rasowy thriller. Może gdyby nie był, wyszłoby lepiej. Werble perkusji nabrzmiewają, dożą ku kulminacji, widz w pocie czoła (no dobra, bez tego potu) obserwuje popisy cyrkowych akrobatów na trapezie, a ci nagle spadają, źle zamontowana siatka zabezpieczająca pęka – trup na miejscu. I kto teraz zwróci za bilety?

Film co prawda oglądałem na niedzielnym kacu i może to właśnie przez niego odbierałem go w tak bezpłciowy sposób, ale też nie pierwszyzna to u mnie, więc wiem, że to jeszcze nie powód. Zamysł był niezły, przyznaję, bo też fajne było wciąganie do opowieści ucznia kolejnych, rzeczywistych postaci, w tym samego nauczyciela. Świat realny stał się jednocześnie fikcją, która kreślona kreską autorstwa chyba jednak trochę siurniętego autora, często wychodziła poza margines prawdziwego życia. Dziwi mnie trochę to jak dorośli ludzie dali się tak prosto wkręcić w tą historyjkę, oraz, że pozwolili tak wiele dla niej poświęcić, w ostateczności także stracić. No ale kto tam zrozumie żabojada.

Ozon w tym filmie sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedział w którym kierunku ma wraz ze swoimi postaciami podążyć. Czy bardziej w stronę przegadanego kina psychologicznego, doszukując się w nim logiki i wytłumaczenia w zawiłości skomplikowanego nastoletniego umysłu, czy może jednak powinien skupić się na prostszych instynktach, by przestraszyć widza jakąś nieszablonową hmm… rodzinną patologią, między wierszami wytykając dorosłym błędy wychowawcze. Myślę, że Francuz chciał spróbować wszystkiego jednocześnie, przez co wyszło takie nie wiadomo co i klasyczny przerost formy nad treścią. Mnie rzecz jasna nie porwał, nie zaczarował i nie zachwycił. Obcowanie z U niej w domu przypominało mi układanie zawiłej konstrukcji z klocków Duplo, a ja przecież chciałem pobawić się w Technics (Lego je jeszcze robi w ogóle?). W dodatku całość jest wybełkotana po francusku, którego, jeśli usłyszę go gdzieś na ulicy, Bóg mi świadkiem, będę go zjadł. Na odtrutkę potrzebuję teraz chyba czegoś hiszpańskiego, najlepiej z cyckami.

3/6

IMDb: 7,3
Filmweb: 7,3