środa, 10 grudnia 2014

Być jak Bill Murray

St. Vincent
reż. Theodore Melfi, USA, 2014
103 min. Forum Film Poland
Polska premiera: 12.12.2014
Komedia, Dramat



„Cywilizacja, cywilizacja, smog i morderstwa, to bez porównania przyjemniejsze. Szaleńcy i pijacy są ostatnimi świętymi na świecie”. Ten cytat z Bukowskiego wprost idealnie odwzorowuje świat skompresowany RARem w St. Vincent Theodora Melfiego - u nas w kinach już od piątku jako… Mów mi Vincent (och, serio?). A właściwie to nawet nie świat, bo ten tutaj jest w sumie zwyczajnie normalny, prawie taki sam jak nasz, mój, twój, mniej więcej. Bardziej rzecz tyczy się jednej konkretnej aspołecznej jednostki, zgorzkniałego pijaka, hazardzisty, chama i życiowego obiboka, który nienawidzi innych ludzi, rzecz jasna ze wzajemnością. Jak się jednak finalnie okazuje, może on być dla kogoś idolem, wzorem do naśladowania a nawet i świętym. W tej roli chyba najbardziej odpowiednia i pożądana osoba pod nieboskłonem. Panie i Panowie, przed wami ekranowy idol wielu z nas, a już z pewnością mój - Bill „Fuckin” Murray!

O tak. To jest film skrojony idealnie pod jego wielkość i miarę. Zupełnie jakby na jakimś bankiecie przypadkiem spotkał Melfiego i rzekł mu na wpół poważnie ściskając przy tym w dłoni szklaneczkę łychy: „Jesteś reżyserem? Fajnie, a ja aktorem. Weź nakręć jakiś film ze mną w roli głównej, ale taki wiesz, odwzorowujący moje prawdziwe Ja”. No więc Melfi wziął i nakręcił.

Murraya nie sposób nie lubić. Uznaję to za pewnik, nie będę więc dyskutował ze smutasami i życiowymi niedorajdami, które mają w tej materii odmienne zdanie. Facet ma w sobie wszystko to, co jest obce większości gwiazdom i gwiazdeczkom z Hollywood i okolic, a przy okazji także 90 procentom ziemskiej populacji: Luz, swobodę, cięty, sarkastyczny humor i klasyczny wyjebalizm na wszystko. Być może jest już po prostu w takim wieku i na takim etapie kariery, że nic już nie musi. Może w spokoju odcinać kupony od swojej sławy robiąc właściwie to, co mu się żywnie podoba i to bez żadnych negatywnych konsekwencji. Wszak celebryci mogą więcej. Niemniej jest on w tej branży dla mnie pewnego rodzaju odtrutką na świat Ą i Ę, ten przesadnie poważny, skąpany w tonach pudru, kiczu i fałszu.

Murray zawsze bardzo skrupulatnie wybierał dla siebie role filmowe, a swojego agenta z czasem zastąpił automatyczną sekretarką. Na jego temat krążą prawdziwe legendy. W Szwecji np. po pijaku rozbił wózek golfowy. Innym razem wbił się na imprezę studencką, miał czelność świetnie się bawić, a na końcu samemu pozmywać naczynia. Nalewał też drinki gościom na jednym z festiwali filmowych. Słynne są też jego nagłe objawienia się zwyczajnym człowiekom, niczym święty (Vincent?). Np. potrafił wyskoczyć komuś zza drzewa w parku podczas niedzielnego spaceru, albo w restauracji podejść do jakiegoś dzieciaka i porwać mu kilka frytek z jego talerza rzucając przy tym na odchodne: „I tak nikt ci nie uwierzy”. Bill Murray jest dla mnie trochę takim Bukowskim kina. Niby nikt szczególny, z twarzy zupełnie podobny do nikogo, zwłaszcza z tymi z bliznami po trądziku, ale w jego towarzystwie, choćby tym ekranowym, czuję się po prostu zajebiście i bardzo, bardzo swobodnie. W świecie idealnym chętnie przechyliłbym z nim kielicha.


Jednak o mały włos, a byśmy się na nim nie poznali. Nikt by się nim też dziś nie zachwycał. No, może poza jego pacjentami, gdyż Murray najpierw chciał zostać lekarzem. Ale jego szczeniackie marzenia poszły z dymem i to dosłownie, zaraz po tym, kiedy w latach siedemdziesiątych został zatrzymany za posiadanie Maryśki. Wyrzucono go przez to ze studiów. I dobrze. Mówią, że narkotyki rujnują ludziom życie, ale w tym konkretnym przypadku pomogły wspiąć się na szczyt. Murray za namową starszego brata - aktora, zainteresował się więc aktorstwem i poprzez kabarety oraz rozrywkowy program Saturday Night Live wzniesiony został na ołtarze amerykańskiego komizmu, po czym trafił na duży ekran. Morał? Warto jarać zioło i słuchać się starszego rodzeństwa.

Kiedy więc ktoś mówi Bill Murray, wtedy od razu widzę przed oczami Dzień świstaka (mój ulubiony świąteczny film), Ghostbusters, Między słowami i Broken Flowers. Theodor Melfi próbuje do tej czwórki uciekinierów dokleić mi jeszcze swojego Świętego Vincenta i prawie by mu się ta sztuka udała, gdyby nie nutka familijnego, lekko kiczowatego i nazbyt pretensjonalnego nadęcia w tym momentami dziurawym scenariuszu, przez które troszeczkę za bardzo zepchnięto postać tytułowego Vincenta w odmęty przeciętności.

St. Vincent to głównie gra jednego aktora. Wszystko to, co dotąd mówiło się o Murrayu, nieważne, czy prawdziwego, czy też zupełnie zmyślonego, zebrano w jedną kupę i ulepiono z niej postać Vincenta - zgorzkniałego, zapijaczonego, wiecznie spłukanego i bezczelnego dupka z wypiętym gołym zadkiem w kierunku otaczającego go społeczeństwa. Zawsze wybornie oglądało mi się go w rolach wszech outsiderów i życiowych popaprańców. Zupełnie jakby został do tego stworzony, lub gdyby po prostu grał samego siebie. Tym razem z jego ekscentrycznością musiała się zmierzyć samotna matka Maggie (Melissa McCarthy) wraz z jej młodocianym synem Oliverem (debiutujący Jaeden Lieberher), czyli nowi sąsiedzi Vincenta. Już samo ukazanie warunków mieszkalnych, porównanie trawników dwóch bliźniaczych posesji wygodnie lokuje naszych bohaterów po odmiennych i zupełnie przeciwnych stronach życiowej barykady. A jednak, dalsze ich perypetie, mimo, że naszkicowane według dość oczywistego i banalnego schematu (momentami niestety aż za bardzo) dorabiają się wspólnego mianownika, którego twórcą i głównym architektem jest młody Oliver.


Zwykle dziecko szybko poznaje się na dorosłych i nie zawraca sobie głowy pierdołami, do tego jest szczere do bólu. Taki właśnie jest młodzian z sąsiedztwa. Chłopak pozbawiony ojcowskiej ręki szybko zaprzyjaźnia się ze swoim nowym sąsiadem i niespodziewanym opiekunem, a z czasem nawet doszukuje się w jego aroganckiej oraz aspołecznej postawie zacnych wartości i cnót wszelakich, o których zdaje się dawno zapomniał już sam Vincent. Następuje klasyczny efekt magnesu. Plus i minus, czyli dwie jakże różne osobowości, dorosły i dziecko zaczynają się wzajemnie przyciągać. Obaj mają na siebie dobry wpływ, co finalnie skutkuje lekkim rozmiękczeniem i uczłowieczeniem samego Vincenta (acz wolę go bardziej w roli nieokrzesanego neandertala), oraz wyzbyciem się początkowej pizdowatości Olivera. Gdzieś za ich plecami ukazane są także problemy samotnej i wiecznie zapracowanej matki, oraz Daki - "Nocnej Damy" - towarzyszki Vincenta, uroczej do bólu Rosjanki, będącej jednocześnie prostytutką, którą gra świetna jak zawsze Naomi Watts. Może niektórych to zaciekawi, ale kobiecina z wielkim luzem i charakterystyczną dla siebie gracją eksponuje do obiektywu kamery własne majtki, a nawet i krocze. Ale umówmy się, najważniejsze skrzypce gra tu maestro Murray. To głównie dla niego sięgnąłem po ten tytuł i to na jego tekstach, odzywkach oraz dialogach się koncentrowałem. Reszta jest tu tylko tłem, a momentami nawet i milczeniem nad którym pozwolicie, spuszczę właśnie zasłonę.

Niemniej St. Vincent to bardzo urokliwa i sympatyczna pozycja, w sam raz na zimową zamułę i przedświąteczny pierdolnik. Trochę może i za mało ma w sobie ochów i achów, ale już samo zobaczenie Murraya w roli własnego mentalnego alter ego sprowadza gigantyczny uśmiech na mą styraną zimnymi podmuchami wiatru twarz. Opowieść może i spłodzona z setek różnych klisz oraz zaprezentowana już wcześniej na tysiąc innych sposobów, ale za to jest lekko i bezinwazyjnie, łatwo i przyjemnie. Murray autentycznie poprawia samopoczucie, a przy tym udowadnia swoją filmową postawą, że będąc uzależnionym od wódy, hazardu i innych używek, w dodatku nienawidząc innych ludzi od tak, dla świętego spokoju, można być jednocześnie klawym i lubianym typem. Wbrew temu co mówią specjaliści da się tak funkcjonować w społeczeństwie. Dla mnie bomba i główne przesłanie St. Vincent. Chlejcie, przeklinajcie, mówcie wprost co myślicie o innych, a i tak będziecie przez kogoś kochani. Klawo i optymistycznie. Warto być takim jak Bull Murray.

4/6

IMDb: 7,4
Filmweb: 7,2



środa, 3 grudnia 2014

Epicki wpierdol taśmą filmową

Birdman
reż. Alejandro González Iñárritu, USA, 2014
119 min. Imperial-Cinepix
Polska premiera: 23.01.2015
Dramat, Czarna komedia



W dość niespodziewany dla mnie sposób i na ostatniej prostej sprzedaży przedpremierowych biletów na warszawski specjalny pokaz filmów wyróżnionych na bydgoskim Camerimage znalazłem się w kinie Atlatnic, w sali B, w trzecim rzędzie, gdzieś z boku pomiędzy śmierdzącymi tacosami a ciągle dyskutującą ze sobą parką, która zdawała się mieć do przerobienia całą trylogię Sienkiewicza. Tak. Oto czarna plansza przede mną, którą w całości wypełni za chwilę jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów roku i który polską premierę ma ustaloną dopiero na koniec stycznia 2015. A ja tu, teraz, dwa miesiące wcześniej będę w doborowym gronie podziwiał Birdmana i jarał się jego blaskiem. Tej wiekopomnej chwili nie przyćmiłyby mi nawet oba boskie cycki Salmy Hayek gdyby jakimś dziwnym zrządzeniem losu znalazły się w zasięgu moich dłoni. No dobra, z tym mógłbym jeszcze polemizować...

Kiedy jeszcze w czerwcu ujrzałem pierwszy teaser Birdmana od razu uderzyła mi do głowy krzyżówka fascynacji granicząca z pewnością, iż to będzie strzał w sam środek tarczy, który w dodatku przebije ją na wylot. W niespełna półtorej minuty Inarritu w asyście zacnej i spowolnionej nuty "Crazy" Gnarlsa Barkleya (niestety w filmie jej już nie uświadczyłem) przemycił w tym małym okienku na YT wszystkie kinematograficzne fajerwerki jakie mnie kręcą najbardziej i po które jak ten bezdomny żebrak co dzień wyłażę na ulicę prosząc o jałmużnę. Szukam, ciągle poszukuję w kinie takiego soczystego gonga, który zdzieli mnie między oczy w taki sposób, że aż zobaczę wokół animowane gwiazdki. W ciągu roku zdarza mi się to może raz do trzech przypadków. Niewiele, ale kwiatów geniuszu przecież nie zbiera się całymi garściami. Arcydziełem jest jednostka mierzona w liczbie pojedynczej. Trzeba się sporo nachodzić i naschylać, by ją pośród gęstego trawnika pełnego źdźbeł przeciętności dostrzec, zerwać i zapiać z zachwytu. Inarritu, jeden z najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych reżyserów właśnie dał mi (nam) takiego jednorożca, popełnił najlepszy film w swojej i tak już przecież ociekającej zajebistością karierze.

Trudno tak jednoznacznie i dokładnie opisać co w tych dziewięćdziesięciu sekundach mnie bezsprzecznie kupiło. Czy wracający na sam szczyt i po wielu latach tułaczki po odmętach nędznego repertuaru Michael Keaton, czy może jak zwykle genialny Ed Norton lejący się z nim na kuchennej podłodze w samych slipach, a może te futrzaste ptaszysko jako złośliwe i tkwiące w głowie Keatona przebrzmiałe już alter ego pchające go w ramiona szaleństwa? Cokolwiek to było, na wielkim ekranie pomnożyło swą ociekającą geniuszem fascynację o współczynnik nieskończoności. Myślałem, że w tym roku już nic nie osiągnie wysokiego poziomu Wielkiego piękna, ale cóż... myliłem się.


Riggan Thomson (Keaton) jest przebrzmiałą i zapomnianą już gwiazdą dawnego kasowego hitu, typowego blockbustera o super bohaterze "Birdmanie". Poznajemy go na zakręcie jego życia, na granicy jakiegokolwiek znaczenia na płaszczyźnie zawodowej jak i tej zupełnie prywatnej, rodzinnej. Widzimy go jako człowieka będącego w rozsypce emocjonalnej i na granicy załamania nerwowego, który marzy tylko o jednym - o zawodowym przebudzeniu i o powrocie na szczyt. Póki co zmaga się z głosami niedbale kołatającymi się we własnej głowie, które popychają go do rzeczy dziwnych, szalonych i mocno nieodpowiedzialnych. W takim oto rozgardiaszu umysłowym pracuje w teatrze na nowojorskim Broadwayu nad własną adaptacją sztuki, która ma dokonać przełomu w jego życiu.

Wraz z kamerą, także z pozostałymi aktorami występującymi w jego sztuce, oraz z całą pracującą przy premierze ekipą upchnięci jesteśmy w ciasnych pomieszczeniach teatru i wszystkich jego zakamarkach. Obserwujemy świat zabieganych aktorów "po godzinach", zapracowanych i pochłoniętych tylko jednym tematem - zbliżającą się wielkimi krokami premierą. W tych warunkach łatwo o wypaczenia, kłótnie, o napięte relacje międzyludzkie, co i rusz wybucha skandal, jakiś wypadek przy pracy, czy inne nieszczęście, jesteśmy także świadkami niezliczonej ilości zabawnych perypetii, wszakże mamy do czynienia z komedią, co prawda mocno zaczernioną, momentami tragikomiczną i sarkastyczną, ale jednak komedią.

Meksykański reżyser znany dotychczas z nieco rozleniwionych ujęć kamery i sztuki montażu, tym razem zaskakuje widza dynamizmem. Co prawda ciężko dziś już o coś odkrywczego w temacie technik operatorskich, niemniej Inarritu zademonstrował pewnego rodzaju novum, rozwijając może już nienową technikę zapisu o element perfekcyjności, w dodatku mnożąc go przez wysoką skalę trudności. W filmie bowiem wykorzystał motyw jednego tylko ujęcia kamery pozbawionego klasycznych cięć i przejść. Przeniknięcie z jednej sceny w drugą odbywa się tu po prostu np. wyjściem kamery za jednym z bohaterów z aktualnego pomieszczenia do drugiego, lub samoczynnym przesunięciem obiektywu w trybie rzeczywistym do kolejnej lokacji, zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia nie ze sztuką filmową, lecz ze sceną teatralną, a obiektywem kamery byłoby nasze oko, które samoczynnie podąża tam, gdzie coś się dzieje. I ten zabieg robi film chyba w największym stopniu. Widz odnosi wrażenie, jakby wszystko toczyło się w jednej chwili, w ciągu dwóch godzin trwania filmu nieprzerywanych żadnym cięciem kamery, żadną pauzą i przerwą, jakby aktorzy na szybkości przebierali się gdzieś poza kadrem, by po chwili szybko wskakiwali w jego zasięg. Te dobre odczucia potęguje jeszcze sama scenografia i wszech lokacje, które z małymi wyjątkami nie opuszczają jednego tylko budynku. Wielkie ukłony dla autora zdjęć, montażystów i rzecz jasna, samego Inarritu. Już wiem dlaczego Birdman był wyświetlany jako film otwarcia na tegorocznym Camerimage. Toż to prawdziwy techniczny majstersztyk pod kątem stricte operatorskim. Jako cichy fan tego fragmentu sztuki filmowej jarałem się każdym ujęciem i ruchem kamery. Prawdziwa uczta dla fanatyków. Chapeau bas!


Ale Birdman to także symbole, zapożyczenia i liczne wątki dramatyczne. Już sam angaż Keatona do roli wypalonej gwiazdki filmowej ma tu podwójne dno. Na przełomie lat 80 i 90, w świecie rzeczywistym, Keaton był odtwórcą roli Batmana i sam doskonale wie jak to jest być starym i przebrzmiałym już ekranowym super bohaterem zrodzonym w komiksie. Wielki nietoperz kontra wielkie ptaszysko, do tego podobny czas jaki przeminął i powrót po latach do wielkiego kina, zupełnie jakby Keaton nie mierzył się tylko i wyłącznie z filmowym Birdmanem, ale także z rzeczywistym kacem po Batmanie jaki być może tli się gdzieś w jego głowie. Szarpiąc się z rzeczą niezwykle ambitną, jako zapomniany już aktor wysokobudżetowego i bezpłciowego kina akcji pragnie wystawić mądrą i poważną sztukę o miłości, o poszukiwaniu samego siebie, coś, co w ogóle zdaje się nie pasować do jego natury i dotychczasowej skali trudności w swojej twórczości.

Poprzez różne znaki na niebie, głosy w jego głowie, byłą żonę i zaniedbaną przez niego córkę Inarritu mówi Thomsonowi, żeby ten się nie wygłupiał, żeby dał sobie spokój z kulturą wyższą i żeby wrócił do odcinania kuponów od dawnej popularności futrzastego superbohatera. Nie mieszajmy gówna z majonezem - mówi - nie mieszajmy blockbusterów z teatrem i prawdziwą sztuką. Odbieram to też trochę jak szpilkę wbitą dzisiejszej wysokobudżetowej branży filmowej skoncentrowanej na szybkim zysku, wielkim wizualnym show i płyciźnie w treści. W dodatku Meksykańczyk robi to wyjątkowo dobrze. Z udziałem wielkich hollywoodzkich nazwisk, na Broadwayu, z pomocą zacnych kadrów, a nawet i efektów specjalnych, które w przeciwieństwie do spektakularnych produkcji, nie są tu użyte jako podmiot i orzeczenie, lecz bardziej jako dopełnienie całości. Ze smakiem.

Sam Thomson (a może bardziej Keataon?), tak jakby na złość samemu Inarritu, a już na pewno będąc w opozycji do intelektualnych płycizn branży filmowej nie poddaje się tym sugestiom. Idzie pod prąd i z uporem maniaka walczy z siłowym samozaszufladkowaniem się gdzieś pośród ikon popkultury. Ostatecznie osiąga swój cel, choć też nie tak znów do samego końca, na pewno dużo go to kosztuje, ale udowadnia przy tym, że jednak warto bić się o rzeczy wielkie, piękne i wspaniałe, warto uganiać się za ulotną mądrością, nawet, gdy wszyscy wokół mówią, żeby dać sobie spokój i kiedy PESEL twierdzi, że bardziej wypada już niańczyć wnuki, aniżeli fruwać wysoko jak te super ptaszysko właśnie. Wspaniała jest to opowieść o sile uporu, także o pierwiastku szaleństwa jaki tkwi w każdym z nas. Film inny niż wszystkie, wszak bardziej przypomina oglądaną na żywo sztukę teatralną, niż kino jakim karmieni jesteśmy na co dzień. Pragnę go obejrzeć jeszcze kilka razy, a to bardzo rzadko mi się zdarza. Kapitalna realizacja, montaż, zdjęcia, no i gra aktorska. Tak, powiadam wam, chcę Oscara dla Keatona. Czy ktoś może założyć taką grupę na fejsie?

Ale i poza nim wszyscy zagrali tu jak z nut. Emma Stone? Dotąd nie traktowałem jej jak aktorki. Ale gdy tylko wygłosiła jeden monolog, to aż przeszły mnie ciarki. Edward "wzwód" Norton? Jego wielkości chyba nikt już nie kwestionuje, ja tym bardziej nie mam odwagi. Nieco już wychudzony Zach Galifianakis w trochę poważniejszej roli niż to z czego jest zwykle kojarzony, to także sama radość i słodycz. Do tego świetna jak zawsze Naomi Watts, wszystko się tu tak po prostu idealnie zazębia i pięknie uzupełnia. Po wyjściu z kina miałem wrażenie, że wychodzę z Teatru Wielkiego, z premiery jakiejś niezwykłej sztuki. Inarritu zdaje się świetnie bawić używając przy tym wielu różnych konwencji kina i sposobów na prowadzenie dialogu z widzem. Czuć u niego także jakiś niedefiniowalny pierwiastek pozwalający zbudować opisywany przez siebie świat w sposób iście magiczny, a nawet i lekko surrealistyczny, pozbawiony norm i zasad, a przy tym tak zwyczajnie mądry.

Birdman to coś więcej niż film, to arcydzieło, Himalaje kinematografii, geniusz. Film, o którym za 50 lat będą rozmawiać na wykładach o dziejach filmu. Aż chyba się przejdę na niego jeszcze raz w styczniu. Wam też radzę, już teraz szykujcie się na epicki wpierdol taśmą filmową.

6/6

IMDb: 8,8
Filmweb: 8,2