środa, 10 kwietnia 2013

Człowiek człowiekowi człowiekiem

Polowanie
reż. Thomas Vinterberg, DEN, 2012
115 min. Kino Świat
Polska premiera: 15.03.2013
Dramat, Thriller



A wezmę sobie na tapetę kolejną skandynawską produkcję. Albo nie. Najpierw obowiązek. Jeśli chcesz czytać dalej, musisz zgodnie z nową dyrektywą dbającej o nasze dobra wszelakie UE zaakceptować ciasteczka. Bo te, jak powszechnie wiadomo, kroczą za nami w dzień i w nocy, śledzą nas i w ogóle wiedzą wszystko, jakie strony odwiedzamy, co lubimy robić i jak, dlatego jeśli nie chcecie żebym wiedział co lubicie, musicie zaakceptować politykę cookies. Zwłaszcza mowa jest o ciastkach maślanych, biszkoptach, markizach i pierniczkach. Ok. To skoro mamy za sobą przykrą oficjalkę, oraz dysponuję pewnością, iż smutni panowie nie zapukają do mych drzwi taranem o szóstej nad ranem w celu odebrania mi laptopa, możemy przejść do meritum.

Tym razem i dla odmiany będę się trochę pastwił nad Duńczykami. Ci w kinie przechodzą prawdziwy renesans formy. Wszystko za sprawą ekscentrycznego Larsa von Triera, niezwykle oryginalnego i płodnego Nicolasa Windinga Refna, a także po części dzięki emocjonalnej wrażliwości Thomasa Vinterberga. O dwóch pierwszych dżentelmenach było już dotąd aż nadto, także i u mnie, dlatego pora na trzeciego z Panów, który z całego gangu Olsena znany jest chyba najmniej. A przecież i on ma w swoim dorobku przynajmniej dwie dobre produkcje. Mnie zaczarował kilka lat temu fenomenalnym i chyba najbardziej znanym z jego filmów - Festen (1998). A potem doprawił Moją drogą Wendy (2005), choć tu już trochę mniej spektakularnie. O jego najnowszej produkcji, wyróżnionym na festiwalu w Cannes Polowaniu jest u nas akuratnie dość głośno, bo też od niedawna odbywa tournée po polskich kinach (z sukcesami rzecz jasna), acz wszystko co można było o tym filmie napisać już chyba przelano na papier ekran. Dlatego będę musiał teraz trochę bardziej silić się na oryginalność, a nie lubię.

Skupię się więc przede wszystkim na tym, co mnie w tym filmie kłuło. Ale od razu i dla równowagi zaznaczam, że film generalnie jest świetny i jestem bardzo na TAK. W tym konkretnym aspekcie nie zamierzam odkrywać nowych lądów oraz burzyć światopogląd milionom. Nie mniej jednak trochę się nad nim będę pastwił, bo cholera, jak czytam tak te wszystkie recenzje, to (prawie) nikt się w nich nawet nie zająknął żeby wbić mu gdzieś szpilkę w cztery litery, a przecież zasłużył i to przynajmniej na dwie.

Ale to też zależy jak leży. Jeśli miałbym oceniać go z punktu widzenia zblazowanej społeczności Europy zachodniej, lub po prostu, jako przedstawiciel ludu skandynawskiego, to tychże uwag miałbym odpowiednio mniej, może nawet w ogóle. Problem poruszony w filmie, a raczej jego ogólny zarys, począwszy od narodzenia się kłamliwego oskarżenia, po zbierane przez niego krwawego żniwa, jest może i bardzo uniwersalny, wręcz międzynarodowy w swoim przesłaniu, to jednak jakby go tak rozłożyć na czynniki pierwsze i jeśli przypatrzymy się szeregowi zjawisk zachodzących w głowach mieszkańców malutkiej mieściny, tak punkt po punkcie, to sądzę, iż z perspektywy różnych środowisk i kulturowych naleciałości, ad meritum wszystko zaczęłoby się mocno rozjeżdżać na boki. Może inaczej, bo chyba niejasno się wyraziłem. Jako Słowianin (taki lud zamieszkujący Europę wschodnią, środkową i południową. Straszne pijaki), dostrzegam w tychże kinematograficznych poczynaniach masę nielogiczności i nieco rażących mnie anormalnych prawidłowości.

Żeby nie obijać w bawełnę. Zacznijmy od tego, że u nas, tu, na tej ziemi, Lucas - niesłusznie posądzony o pedofilię mężczyzna - w analogicznej sytuacji nie dotrwałby wśród przykładowych mieszkańców małej mieściny/wioski nawet do zachodu słońca. Czytając spostrzeżenia innych recenzentów, trochę mnie raził ogólnie przyjęty i głoszony lament, oraz brak zrozumienia dla lokalnej (duńskiej) społeczności. Że jak oni tak mogli? Jakież to zatrważające i zadziwiające zarazem, iż ludność tak podle postąpiła wobec naszego skrzywdzonego bohatera. Podle? Wybijając mu szybę w domu? Zabijając psa? (no dobra, tu powiedzmy, że zgoda), albo waląc go w ryj w markecie dyskontowym? (co i rusz gdzieś ktoś dostaje dziś po łbie za niewinność). Dla Duńczyków, którzy nawet we własnym kraju muszą przepraszać swoich importowanych muzułmanów, że mają czelność obchodzić w grudniu Boże narodzenie (true story) jest to może i szokujący pokaz zwierzęcej agresji, ale umówmy się, u nas ten cały Lucas zostałby z miejsca zaciukany siekierą, lub przynajmniej zdzielony tępym narzędziem w głowę (tak ze sześćset razy) przez biorący sprawiedliwość w swoje ręce skrzywdzony lud.


I nie chodzi tu o ciemnogród, tzn. może i trochę chodzi, ale jednak bardziej o rysy historyczne, obyczajowe i o naszą rdzenną moralność wyssaną z mlekiem matki. Nie mam dziecka (przynajmniej mam taką szczerą nadzieję), nawet małego pieska, ani nawet rybek w akwarium (czasem tylko jakiś pająk zrobi nalot na moje lokum), to też może i brakuje mi umiejętności postawienia się w sytuacji rodzica małego dziecka, który nagle dowiaduje się w przedszkolu, że jeden z wychowawców molestuje seksualnie jego pociechę. Ale chyba nawet nie muszę tego robić, by móc dość swobodnie wyobrazić sobie jakiego rodzaju wulkan emocjonalny wybucha w tym momencie lawą pełną wściekłości i niedowierzania w głowie rodzica. Po upublicznieniu danych osobowych podejrzanego o znęcanie się seksualnie nad moim (hipotetycznym) dzieckiem, jestem niemal pewien, że nie pozwoliłbym, aby ten człowiek jak gdyby nigdy nic chodził sobie po tym samym miasteczku w oczekiwaniu na zakończenie śledztwa. Nie wiem co bym zrobił, trzeba byłoby się postawić w takiej sytuacji, wiadomo, ale danie w ryj, oraz skopanie gościa do nieprzytomności wcale nie wydaje mi się zbyt daleko idącą abstrakcją. Zwłaszcza w małomiasteczkowych realiach. A tymczasem, niemal wszyscy jak jeden mąż (i żona) rozpaczają przede wszystkim nad cierpieniem Lucasa i niesprawiedliwością jaka go otacza, oczywiście słusznie, bo tak nakazuje scenariusz, ale to dość zadziwiające, jak mało osób staje w obronie jego "katów", którzy jakby nie było, stoją na straży pewnego rodzaju normalności. Może i trochę naciąganej, ale jednak.

Ale tyle o nich, a sam poszkodowany? Ja osobiście, abstrahując już od oczywistych ochów i achów nad grą Hannibala Lectera Madsa Mikkelsena, cały czas odczuwałem pewnego rodzaju dyskomfort obserwując jego poczynania, no, przynajmniej od momentu posądzenia go o pedofilię. „Co ty robisz człowieku?”, „No zróbże coś”, „Nie stój tak jak ten pała i zacznij się wreszcie bronić, przecież to ty masz rację!”, co chwilę towarzyszyły mi podczas oglądania. Momentami byłem na niego wręcz wściekły, odczuwałem nawet niechęć, bo ten postanowił robić słodką minę numer pięć (kot w butach w Shreku) i tylko tym bronić się przed fałszywymi oskarżeniami. Pod koniec filmu jego kontroler emocji trochę w końcu przyśpieszył, lub złapał naturalne zaburzenia i przepotwarzył się wreszcie w małego bydlaka walczącego na noże o swoją godność, a raczej to co z niej zostało, ale w moich oczach to wszystko było jednak za mało.

Znów wyszła trochę na jaw ta ich skandynawska poprawność oraz delikatność. Poczucie, że nic złego nikomu się nie stanie, gdyż bezgraniczne zaufanie do instytucji państwa, wszelkich służb i sądownictwa jest zupełnie oczywiste, bo od małego dziecka wbija im się to do łbów. I tu akurat mamy do czynienia z fajnym zderzeniem się ze sobą dwóch światów. Naszego z tym ich. W naszych, Kochanowskiego i Norwida oczach, niesprawiedliwość jakiej doświadcza główny bohater w zasadzie jest niczym wyjątkowym i specjalnie nowym, gdyż nasza kraina mirabelkami i szczawiem płynąca zdążyła już nas do takiego stanu permanentnego zużycia przyzwyczaić. A biorąc pod uwagę to, jak kończy się ten jego konflikt z mieszkańcami (mój największy zarzut i rozczarowanie), to już w ogóle wychodzi na to, że mimo podbramkowej sytuacji nasz bohater finalnie kończy jak Rademenes. Na czterech łapach. Dokładnie tak jak myślał od początku. U nas na starcie człowiek zanim poczułby się jeszcze oszukany i osamotniony, skończyłby z łopatą w plecach, tudzież w celi z męskim członkiem w dupie.

Warto jeszcze poruszyć wątek rozchwianych emocjonalnie dzieci. Fajny i pożyteczny to pstryczek w nos rodziców, którzy często sami, być może nieświadomie doprowadzają do nie jednej podobnej tragedii. To od nich się wszystko zaczyna, od domu rodzinnego. Nic nie dzieje się przypadkiem. Jasne, są jeszcze wpływowi rówieśnicy, telewizja, internet, zewsząd dziś atakuje zepsucie i demoralizacja, nawet bajki dla najmłodszych ociekają dziś nie lada hardcorem. Dowiedziałem się o tym lat temu, a będzie ze osiem, kiedy to ze swoją małą wtedy jeszcze chrześnicą oglądałem Cartoon Network. Przecieranie oczu ze zdziwienia to najłagodniejsze z czynności mi towarzyszących jakie utkwiły mi w pamięci.


Psychologiem dziecięcym nie jestem, specjalnie ich fanem również, więc na mądrości proszę nie liczyć. Ale jakoś ta wybujała tendencja do seksualnych skojarzeń i fantazji wśród dzieci jest na "zachodzie" coraz bardziej powszechna. Ja rozumiem, że małe dziecko może usłyszeć w domu od rodziców nieparlamentarne słowo na "k", "p", czy "ch", które później z dumą powtórzy w przedszkolu nie znając jego znaczenia. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dziecko może zaszokować dorosłego człowieka swoim zjawiskowym językowym puryzmem, ale żeby w głowie małej dziewczynki zalęgła się historyjka o "sztywnym jak kij penisie" jej wychowawcy (którego przecież uwielbia) wycelowanym w jej wątłe oblicze? To już zdecydowanie wyższy level kojarzący mi się z moralnym zepsuciem i chyba też ze zbyt wielkim rozluźnieniem obyczajowym w społeczeństwie. W imię nowoczesności i antyzaściankowości rzecz jasna.

Co prawda w filmie pokazano to tak, że wpływ na fantastykę małej Klary miał jej starszy brat, ale sądzę, że problem ten jest nieco bardziej poważny i złożony. Będzie się on coraz częściej pojawiał i nasilał także i u nas. Mam tu na myśli związek przyczynowo-skutkowy w postaci coraz prostszego dostępu do nagości, pornografii i agresji, które atakują dziś młodego człowieka nawet w reklamach chipsów. Za pomówienia autorstwa małej i słodkiej Klary winni są nie tylko rodzice i jej starszy brat, ale też państwo, jako naturalny i nadrzędny organ dbający o swoją nowo narodzoną przyszłość, oraz już tak bardziej ogólnie, przemiany kulturowe. Innymi słowy, sami sobie gotujemy ten los. I tylko nóż się w kieszeni otwiera, gdy słyszy się jak czołowy pewien polski "polityk" proponuje publicznie, żeby obniżyć wiek inicjacji seksualnych do 13 roku życia, no bo przecież takie czasy.

Dostało się więc zatem dzieciom, dorosłym, trochę mieszkańcom miasteczka, także samemu Lucasowi, ale w moim odczuciu najwięcej bigosu narobił w tej opowieści jednak dziecięcy psycholog przesłuchujący małą Klarę. Tu kolejne rozczarowanie niemal perfekcyjnym programem opieki socjalnej jaki jest lansowany w krajach skandynawskich. Jak u licha taki człowiek może opiekować się małymi dziećmi? Pytania tendencyjne, nakierowujące na pożądaną odpowiedź. "Przyznaj się, że widziałaś jego siusiaka, a będziesz mogła iść się pobawić". Na miejscu Lucasa to właśnie jemu przylutowałbym jako pierwszemu, a nie startował do w sumie najlepszego swojego kumpla, prywatnie ojca Klary, który przecież i tak zachował się w porządku jak na zaistniałe okoliczności.

Właśnie. Przyjaźń. To ona jest tu wystawiona na próbę najwyższą. Dostajemy na talerzu wszystkie jej oblicza. Przyjaźń zdradzona, porzucona, fałszywa oraz ta najpiękniejsza z pięknych, kiełkująca w chwili największej biedy. Najbardziej szkoda mi właśnie tego, że wszystkie jej fajnie zobrazowane twarze nie zostały na koniec przez Lucasa rozliczone. A przecież powinny.

No dobra. Czas na morał i podsumowanie. Polowanie, to generalnie bardzo dobry film. Nie epicki i wcale nie wybitny jak to gdzieniegdzie da się usłyszeć. Jest zwyczajnie w pełni satysfakcjonujący, dobrze skonstruowany oraz zagrany, ale co najważniejsze, jest całkiem mądry. Prowokuje do wielotorowej dyskusji, a to najistotniejsze. Poza tym, odejmując już tony owej mądrości, jeśli ktoś jej przesytu nie lubi, jest to w gruncie rzeczy całkiem sprawny i trzymający w napięciu thriller, który można podziwiać bez większych moralnych rozkminek. Trochę za dużo czytałem o jego ogólnej zajebistości i niepowtarzalności, przez co być może oczekiwania wobec niego miałem trochę za duże. Zdarza się.

Nie mniej jednak bardzo interesujące jest to studium psychicznego zgnojenia dorosłego człowieka w cywilizowanym jakby nie było kraju, acz ten nieco mdły od słodkości finał trochę mnie zawiódł niestety. Nie tego chciałem i oczekiwałem. Zbyt proste odwrócenie kota ogonem, zbyt banalne i naiwne, niespotykane na co dzień. Tą trochę nadszarpniętą twarz niby ratuje ostatnia scena, która tknęła w Polowanie bardzo pożądanego przeze mnie odczucia gnoju i konsekwencji czynu. Człowiek po takim doświadczeniu musi widzieć odciśnięte na jego psychice piętno i to już do końca swojego żywota. Musi też czuć, że ta trauma będzie go prześladować każdego dnia jeszcze długimi latami. Życiowe rany nigdy nie goją się tak szybko. I chyba tak właśnie chciał to Vinterberg mniej więcej sfinalizować. Myślę, że nawet mu się to udało. Z jednej strony świat wcale nie jest tak piękny jak go na półkuli północnej malują, ciągle trzeba uważać i pokonywać przeszkody rzucane nam pod nogi, ale z drugiej mańki szkoda wielka, że postanowiono dodać też później garść taniego optymizmu głoszącego, iż sprawiedliwość zawsze zwycięża. Zupełnie niepotrzebna naiwność na koniec. Ale cóż, my nad Wisłą wiemy już od dawna, że sprawiedliwość jest iluzją dostępną tylko dla wielkich magików. Zawsze to jednak fajne uczucie, gdy można sobie obejrzeć jak nagle uświadamiają sobie jej zaburzenie inne, bardzo rozpieszczone przez system nacje ;)

4/6

IMDb: 8,3
Filmweb: 8,0



czwartek, 4 kwietnia 2013

W poszukiwaniu globalnego ocieplenia

Kurczak ze śliwkami
reż.Vincent Paronnaud, Marjane Satrapi  FRA, BEL, GER, 2011
93 min. Aurora Films
Polska premiera: 26.12.2012
Dramat, Melodramat



Kwiecień Chryste, co żem ci uczynił? Ja to ja, powodów dałem ci pewnie tysiące, ale ty chłopie pół kontynentu mrozisz i w psychodelię wpędzasz. Skutki fanaberii synoptyków mogą być opłakane. Samobójstwa, miliardy zabitych plemników, bo kto by chciał w takich okolicznościach przyrody zapładniać, że o milionach singlów i singielek, które przez opóźniającą się wiosnę nie mogą dać się ustrzelić w zieleniejącym się właśnie parku strzałą Amora nie pomnę. Ponoć od 26 lat (według jakichś jajogłowych) nie było nad Wisłą takiego przypadku, żeby zima tak długo trzymała za mordy. No fajnie, tyle, że co to obchodzi moją fatalną kondycję psychosomatyczną? Jak ja mam wytłumaczyć stojącemu od ponad 5 miesięcy za ścianą rowerowi (od 3 tygodni gotowemu do sezonu), że pierwszy raz od "nie pamiętam kiedy" nie wyprowadziłem go na spacer w marcu? No ludzie, muszę rzucić mięsem. Kurwa!

To wszystko przez tych durnych ekoterrorystów. Taką mam koncepcję. Odkąd pamiętam straszą ocieplającym się w zastraszającym tempie klimatem. „Zmniejszmy emisję CO2, bo będzie koniec świata!”, albo: "Wyłączmy na godzinę światła w domach. Dla ratowania Ziemii!". Ja w tym czasie WŁĄCZAM na przekór im wszystkie żarówki w domu i sprzęty, bo też jestem hejterem ekologów i się tego nie wstydzę. Jeden taki pseudo zielony, który kiedyś był nawet wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki, niejaki Al Gore, dorobił się na tej koncepcji z zabijaniem CO2 grubych milionów. Dostał nawet pokojową nagrodę Nobla za działania na rzecz przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. No tak zadziałał, że świat aż kurwa zamarzł z wrażenia. Obecnie znajduję się w takim stanie emocjonalnego zmrożenia, że gotów jestem każdego napotkanego na swej zasypanej śniegiem i lodem drodze ekologa, meteorologa, czy też prezentera/ki pogody zajebać (sorry za blokersowy slang) z miejsca i nie zadzwonić na 112 z prośbą o pomoc. Chciałbym też zobaczyć, jak sobie ci ekolodzy dają radę z wyszukiwaniem kiełków czegokolwiek w tych niebezpiecznie ocieplonych warunkach przyrody. No bo przecież jak przystało na eko żołnierza, mięsiwem się chyba nie żywią.

Ale wiecie co? Obecnie panująca za oknem meteorologiczna poczwarz może mieć także jakieś i plusy. Co prawda rolnicy, naiwni romantycy i 3/4 ludności globu natychmiast zaprzeczą (i będą mieli rację), ale pewnego rodzaju życiowi outsiderzy, intelektualne i duchowe ciapciaki, emo, a nawet i artyści, wykorzystają ten zimny spisek przyrody do intelektualnej masturbacji. Weźmy np. na tapetę rok 1816. W tychże 365 dniach roku nie odnotowano ani jednego dnia lata. No, przynajmniej na półkuli północnej. W wyniku letnich anomalii klimatycznych (za Wikipedią), spowodowanych zimą wulkaniczną (erupcja wulkanu Tambora), zostały zniszczone uprawy w Europie Północnej, północno-wschodniej Ameryce i wschodniej Kanadzie. Ale ja w sumie nie o tym. W tymże zmrożonym i ogarniętym psychodeliczną ciemnością umysłową roku, spowodowaną wysokim stężeniem pyłów, doszło do spektakularnych, niespotykanych wręcz zachodów słońca (w pewnym sensie zazdroszczę), uwiecznionych na obrazach Williama Turnera. Brak karmy dla koni w postaci owsa ponoć zainspirował niemieckiego wynalazcę Karla Draisa do poszukiwań nowych sposobów bezkonnego transportu, które doprowadziły do wynalezienia welocypedu. Był to przodek współczesnego roweru i wielki krok naprzód w dziedzinie transportu osobistego (to też za Wiki). W tychże okolicznościach przyrody w pewnej opuszczonej przez słońce głowie powstał także Frankenstein. Czyli jak widać, mrozy potrafią być też twórcze. Cóż... wszystko fajnie, ale ja wolę jednak wiosenne dekolty w środkach komunikacji miejskiej, także sorry Frankenstein, ale hejtuję twą życiodajną matkę ciemności.

Rzygam już tą zimową odzieżą. Szalik i rękawiczki najchętniej oddałbym na Czerwony Krzyż, a nawet cyganerii żebrzącej na skrzyżowaniach. Kilka dni temu, tak trochę dla jaj i z tej rozpaczy szukałem w internetach domów i apartamentów (takich dla ubogich rzecz jasna) do kupna na kilku moich ulubionych chorwackich wysepkach jakie przed dwoma laty odwiedziłem. Cóż za rozczarowanie. Okazuje się, że mieszkania w Warszawie nie idzie wymienić bez dużej dopłaty na przyzwoite lokum na wyspie z widokiem na raj. Kolejny zawód. Może poszukać na Cyprze? Życie to permanentna potwarz i ty zmrożony kwietniu mi w tym generalnie nie pomagasz.

No ale film. Pora na film, ja jebię, że też tak często ostatnio muszę pisać o wszystkim, tylko nie o filmach. Pozwólcie, że i to zwalę na zimę. Ją hejtujcie, nie mnie. Z tymi filmami to trochę lipa u mnie ostatnio. Niestety. Z tej samopoczuciowej degrengolady nie mogę ich zbyt wiele oglądać, ponieważ za każdym razem jak widzę na ekranie krótkie rękawki, zieleń i kwiatki (to takie coś, co rośnie i pachnie od kwietnia każdego roku wszędzie z wyjątkiem Polski), to mną trzęsie. Dla ukojenia bólu sięgam częściej niż zwykle po rozgrzewające napoje, zwane tu i ówdzie wyskokowymi, bo też i dzięki nim wiosna kiełkuje w mej głowie a nawet lato i inne szmery bajery. Można więc zaryzykować dość śmiało idącą tezę, iż oglądanie filmów wiosną zimą, wzmaga we mnie alkoholizm. Ciekawe co na to cycate psycholożki (wybaczcie, mam taki fetysz i niespełnione jeszcze dotąd marzenie, no wiecie, z tych erotycznych) i lekarze. Dlatego też szprycuję się ostatnio filmami dołującymi, tak samo jak i muzyką (polecam nowy, dopiero co wydany materiał od The Mount Fuji Doomjazz Corporation, o ile ktoś tu lubi czasem strzelić sobie bezceremonialnie w łeb). Nie mniej jednak postaram się wetknąć odrobinę słońca w ten smutny jak mina zatroskanego stanem państwa Tuska wpis i wybiorę z szeregu zaległych obejrzanych filmów ten najmniej chyba pesymistyczny, przy okazji też, najmniej zimowy. Tak na odtrutkę, żeby choć przez chwilę oszukać zmrożone przeznaczenie i pobaraszkować w innej szerokości geograficznej. Wybór padł na Kurczaka ze śliwkami. Już sam tytuł zalatuje niepoprawnym i naiwnym optymizmem. Śliwki? W zimie? Bitch, please.

Nie jest to może i wielka nowość, ale też pewnie jeszcze nie wszyscy widzieli. Coś w sam raz dla fanów francuskiej kinematograficznej wrażliwości spod znaku Amelii, czy Delicatessen. Tak więc poprzeczka na dzień dobry zawieszona chyba całkiem wysoko, ale celowo. Myślę, że najnowszy projekt Vincenta Paronnaud i Marjane Satrapi spełnia swą rolę i plasuje się właśnie gdzieś w okolicach rekordu wysokości skoku wzwyż w tejże kategorii wagowej. Ale też uczciwie trzeba przyznać, iż tegoż skoku Kurczak… dokonuje kserując oraz naśladując najlepszych. Jednak mnie osobiście to nie razi po oczach, bowiem od dawna jestem zdania, że jeśli już coś powielać, to tylko tych najlepszych. W świecie zdominowanym przez klony kiczu i tandety, tylko wzór na ogólną zajebistość jest w cenie.

Potoczny termin „Ameliowe kino” (nie mylić z amelinium) krążący przez świat od lat już prawie dwunastu, co i rusz pojawia się za każdy razem, kiedy trzeba spróbować opisać dość specyficzną, typową francuską magiczność filmu jaka została poczęta w roku 2001 przez Jean-Pierre Jeuneta w Amelii właśnie. Acz ja wolę określenie „kina delikatesowego”, bo to od Delicatessen (1991) tego samego twórcy wszystko się zaczęło. Tzn. u mnie, jeszcze za małolata, no bo przecież wiadomo, że zapoczątkowane to zostało we francuskiej nowej fali, czyli jeszcze w latach 50-tych ubiegłego stulecia. Tak czy owak, chodzi mniej więcej o to samo. O francuskie dotknięcie kinematografu czarodziejską różdżką. Każdy kraj ma swoje tknięcia. Brytyjczycy od lat czarują świat kinem społecznym i obyczajowym, włosi neorezalizmem i kinem autorskim, no a żabojady... z nimi jest już różnie. Fanem ich kultury oraz filmów wielkim nie jestem, ale potrafię docenić ich wzniosłe momenty, zwłaszcza tą magiczną lekkość i ujmujące żonglowanie na ekranie licznymi konwencjami jednocześnie.


Kurczak ze śliwkami jest właśnie taką cyrkową żonglerką i ckliwym chwytaniem widza za gardło. Dramaturgiczna konstrukcja, unikanie nazbyt intelektualnej motywacji działań bohaterów, a także czysta naturalność akcji powodują, że ogląda się to lekko i przyjemnie. Vincent Paronnaud i Marjane Satrapi, którzy zasłynęli przed pięcioma laty wspaniałą animacją Persepolis, postanowili skorzystać z tych samych wzorców co Jeunet w swoich filmach i spłodzili własną Amelię. Acz ta w Kurczaku ze śliwkami ma wąsy, żonę, której nie kocha, dzieci, których nie obchodzi, no i żyje w Teheranie, ale poza tym wszystko inne prawie się zgadza. Magiczność opowieści powinna wyrażać się prostymi środkami i tak też dzieje się w tym przypadku, ale tylko pozornie. Twórcy, którzy momentami trochę niepotrzebnie silili się na oryginalność, skakali przez cały film z jednej konwencji na drugą. Z surrealizmu do animacji, z melodramatu do komedii romantycznej, z baśni do kina moralnego niepokoju. Momentami było to trochę niepotrzebne i zrobione na wyrost, ale grunt, że fajnie się to wszystko mieniło w oczach.

Kurczak… mimo licznych kolorowych przeszkadzajek i magicznych uzupełnień, to w gruncie rzeczy film bardzo smutny, nawet nieco nostalgiczny. Opowiada historię muzyka, który po zniszczeniu jego ulubionych skrzypiec postanawia umrzeć. I robi to, o czym dowiadujemy się już na samym początku filmu, więc spoiler z tej informacji jest raczej niegroźny (w związku z tym mała panda chyba nie umrze gdzieś na tym okrutnym świecie). Doświadczamy na ekranie ostatnich siedmiu dni z życia zgorzkniałego mężczyzny, wraz z licznymi dygresjami, retrospekcjami, wspomnieniami, wzniosłymi westchnięciami i tęsknotami za kobietami dorosłego życia. Nieszczęśliwa i niespełniona miłość, nietrafiony ożenek z woli matki, utracony instrument, brak dalszej chęci do życia, z tym wszystkim zmaga się grany przez Mathieu Amalricu, Nasser-Ali Khan. Widz cierpi wraz z nim i próbuje go przez cały film zrozumieć, by na końcu wydać sprawiedliwy osąd. Nasser jednak nie daje się specjalnie polubić, ma swoje fanaberie, wybuchy złości i egoistyczne grymasy, ale generalnie idzie się z nim jakoś dogadać. Osobiście w kilku przypadkach widziałem w nim nawet swoje nie mniej zbłądzone oblicze, tak więc zasadniczo, z Nasserem mógłbym nawet napić się wódki, czy też zajarać opium. W końcu też lubi duże cycki.

Wszystko jest tu ładnie skonstruowane i zagrane. Warstwa wizualna nie krzyczy żadnymi brakami. Film pod tym kątem jest po prostu piękny. Nie umiem się do czegokolwiek przyczepić. Treści co prawda nie wiele, ale praca kamery i niezły w sumie scenariusz rekompensują wszelkie językowe braki. Nawet dają coś więcej: Urodzaj atrybutów i licznych gatunkowych nawiązań. Pysznie się to wszystko ogląda. O wiele bardziej cenię w kinie tego typu baśniową magiczność, niż tą prezentowaną za pomocą małych krasnoludów, czy tam innych hobbitów. Wcale nie trzeba uciekać do krainy fantasy, by poczuć tu na ziemi coś równie metafizycznego, odrealnionego i trudno definiowanego. Jedyne czego mi trochę w Kurczaku… brakuje, to wyrazistego morału. Nie ma też klarownej puenty, ale za to zakończenie – klasa. Dawno nie widziałem w kinie tak prostego, pozbawionego zbędnych banałów i ckliwych wyniosłości happy endu. Trafili tą prostotą w samo sedno. Człowiek umiera, robi to z własnego wyboru i w tymże miejscu kończy się drogi widzu opowieść. Taki to lajf okrutny i prosty zarazem. Ale ty też masz wybór, wszyscy go mamy. Żyj, doświadczaj, kochaj się, odśnieżaj co rano przez pół godziny samochód w kwietniu, rób cokolwiek, tylko nie umieraj. A jeśli już koniecznie musisz palnąć sobie w łeb, obejrzyj Kurczaka ze śliwkami. Co prawda mnie osobiście ten zimowy psychosomatyczny dół specjalnie nie przeszedł, nadal jestem w emocjonalnym dołku i czekam aż ktoś łaskawie rzuci mi z góry linę, ale za to z radością naleję sobie kolejną szklaneczkę łiskacza, czego sobie jak i wam szczerze życzę. W końcu od czegoś trzeba zacząć te globalne ocieplanie się klimatu. Zacznijmy więc od samych siebie.

4/6

IMDb: 6,9
Filmweb: 7,1