piątek, 3 czerwca 2011

Miłości śmierć

Blue Valentine
reż. Derek Cianfrance, USA, 2010
114 min.
Polska premiera: Brak



Miłość jest jak wór śmierdzących odpadków, który próbuje się przenieść na plecach przez spieniony strumień cuchnących szczyn”. To najbardziej trafna i jednocześnie najciekawsza propozycja okiełznania definicji miłości jaką dotąd słyszałem. Autorem tych słów jest śp. Charles Bukowski, uznany poeta i pisarz, a zarazem pijak, hulaka i mówiąc kolokwialnie... jebaka nad jebaki. Kochał kobiety, nienawidził miłości. Nie mógł żyć bez kobiet, one nie mogły żyć bez jego miłości, może właśnie dlatego tyle pił. A ja może właśnie dlatego tak bardzo go lubię.

Miłość (między kobietą, a mężczyzną) to chyba najbardziej druzgoczący ze stanów emocjonalnych. Potrafi zniszczyć człowieka w taki sposób, o jakim narkomania i alkoholizm nawet działając wspólnie i w porozumieniu, nie mogą spróbować odważyć się zamarzyć. Miłość wyniszcza człowieka psychicznie, nie fizycznie. Ubezwłasnowolnia, mami i wodzi nas za nos długimi latami, brutalnie podcinając skrzydła, które wcześniej sama nas w nie ubrała. Wszyscy pchamy się w jej ramiona, bo daje nam nadzieję. Nadzieję na założenie wspaniałej rodziny, na regularny seks i posiłki, wspólny kredyt mieszkaniowy... powodów są tysiące, ale tak po prawdzie i tak nie mamy na to żadnego wpływu. Miłość zwykle decyduje za nas samych. Nie mamy nic do gadania. Po prostu pewnego dnia przybywa do nas, niczym jeździec apokalipsy, Amor, który znienacka wbija nam ostrze prosto w serce i czmycha pozostawiając bez opieki. Nawet Śmierć w chwili odbierania nam życia jest bardziej humanitarna.

Pewien Amerykański uczony, niejaki R.J. Sternberg, wymyślił i opatentował (pewnie w laboratorium) własną teorię miłości, z której to wyodrębnił sześć faz związków partnerskich. Faza zakochania, romantycznych początków, faza związku kompletnego, związku przyjacielskiego, pustego, by na rozpadzie związku swoją dogłębną analizę partnerstwa zakończyć. I w sumie trudno jej cokolwiek zarzucić. Początki zawsze są piękne i obiecujące, to chyba nie podlega dyskusji. Z biegiem czasu do głosu dochodzi rutyna i znudzenie, zwiększają się wymagania oraz skala trudności. Różowe okulary zastępują z czasem szkła przyciemniane, by skutecznie maskowały opuchliznę pod okiem. Zapewne każdy z nas mógłby na ten temat napisać mrożącą krew w żyłach sześciotomową powieść o lekkim zabarwieniu erotycznym. W historii kinematografii powstało także miliony filmów o skomplikowanych i zawiłych miłosnych ścieżkach losu, ale jak Salmę Hayek kocham, chyba tylko na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć produkcje, które swą liryką w bardzo dosłowny i szczegółowy sposób, spróbowały nieco odważniej zbesztać miłość i tak jak Bukowski, z premedytacją wepchnąć ją do strumienia cuchnących szczyn.

Derek Cianfrance, zupełnie nieznany mi dotąd reżyser, w pewnym sensie także postanowił zaryzykować i dołączyć do grona twórców, dla których miłość jest nie tylko i wyłącznie usłana różami. Blue Valentine to dość przygnębiające studium związku młodego stażem małżeństwa, które według skali Sternberga, z fazy zakochania i romantycznych początków, w kilka lat osiągnął najwyższy z możliwych leveli - rozpad związku.

Reżyser skupia się w nim na analizie związku przyczynowo-skutkowego i muszę przyznać, że całkiem nieźle mu to wszystko wyszło. Z pewnością bardzo pomógł mu w tym wspaniały duet aktorów młodego pokolenia. Fenomenalna Michelle Williams, która zresztą za tą rolę otrzymała nominację do tegorocznych Oscarów, oraz równie dobry Ryan Gosling. Oboje stworzyli wysokich lotów kreacje, które stronią od banału i romantycznego kiczu. Dla lepszego efektu i na zasadzie kontrastu, Cianfrance poszatkował całą opowieść na różne strefy czasowe, raz zabierając widza do chwili, w której to Dean i Cindy dopiero co się poznali, by w sekundę po pierwszym ich romantycznym pocałunku zabrać nas do czasów, w których dominuje między nimi tylko złość, żal i łzy.

To bardzo udany zabieg i jaskrawy przykład na to, jak niewiele dzieli miłość od nienawiści. Dowód na to, jak łatwo jest przekroczyć cienką i niewidoczną dla ludzkiego oka granicę jaka znajduje się pomiędzy szczęściem, a nieszczęściem. W końcu także przykład dowodzący tego, jak bardzo trudne jest utrzymanie zdrowej dla związku równowagi emocjonalnej. Miłość tak jak ogród, wymaga codziennej pielęgnacji, regularnego podlewania i poświęcania mu czasu. Inaczej więdnie i bezpowrotnie ginie. Niby takie to oczywiste, ale przecież nie każdy z nas jest ogrodnikiem.

Brakuje mi w tej opowieści więcej odwagi. Chciałbym doczekać wreszcie prawdziwej i mądrej fabularnej historii o skomplikowanej miłości, która porywa młodych ludzi, chwyta ich za serca, by po chwili doszczętnie ich zniszczyć, przerzuć i wypluć ich marzenia na wysypisku ludzkiej naiwności. Czekam na film, który wszystkim romantykom, życiowym optymistom i młodych duchem wskaże środkowy palec i zaśmieje się im głośno w twarz. W Blue Valentine oczywiście nie osiągnięto tak wysokiego pułapu dosłowności, ale i tak jest wystarczająco depresyjnie i smutno.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że mimo, iż doskonale zdajemy sobie sprawę z tego w jak trudne obszary potrafi nas wpędzić przypadkowy błysk w oku pięknej kobiety, to jednak ciągle pchamy się w jej ramiona w poszukiwaniu tej jednej jedynej miłości, doszukując się jej spełnienia tuż za rogiem swojej ulicy. Miłość jest chyba jedyną dziedziną życia, której człowiek nie potrafi uczyć się na błędach. Bujamy w obłokach, bo tu na ziemi z czasem już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć i zadowolić. Kształtujemy sobie w naszych wyobraźniach odrealnione od rzeczywistości ideały, które fizycznie nie istnieją, a w chwili brutalnego zetknięcia się ich z codziennością, stajemy przed trudną do zdzierżenia koniecznością rezygnacji z własnych marzeń i urojeń. W bardzo podobnym tonie kończy swoją opowieść Derek Cianfrance. Osiąga szóstą fazę według skali Sternberga, pozwala zniszczyć na naszych oczach związek kochających się niegdyś młodych ludzi, pokazując przy tym dramat pozostawionego w roli zakładnika ich małego dziecka, ale jednocześnie wskazuje błędy jakie zostały po drodze przez nich popełnione. Film instruktażowy? Być może. Ale i tak nikt niczego się z niego nie nauczy. Miłość jest niereformowalna. My także.

4/6

IMDb: 7,7
Filmweb: 7,5


środa, 1 czerwca 2011

Wielki błękit

Melancholia
reż. Lars von Trier, DEN, GER, FRA, SWE, ITA, 2011
130 min. Gutek Film
Polska premiera: 27.05.2011



Lars von Trier zrobił bardzo wiele, aby w Cannes podczas światowej premiery jego najnowszego dziecka było odpowiednio głośno. Sięgnął po niezwykle ryzykowną zagrywkę w postaci skandalizującego stwierdzenia, w którym to niby pół żartem, pół serio oznajmił, iż jest nazistą i zasadniczo to Hitler był bardzo sympatycznym i mądrym człowiekiem. Oczywiście szybko zrzucił tą wypowiedź na barki swojego specyficznego poczucia humoru i poprosił wszystkich urażonych o dystans do wypowiedzianych przez niego słów, ale biedak chyba zapomniał, że postępowa kultura zachodu aż do przesady brzydzi się wszelkimi przejawami homofobii, rasizmu, antysemityzmu, czy też właśnie faszyzmu. Von Trier pod naciskiem opinii publicznej szybko stracił więc stołek przewodniczącego jury na rzeczonym festiwalu oraz został skazany na banicję i utratę splendoru jakim zapewne cieszyłaby się Melancholia. Co prawda film łaskawie pozostawiono w konkursie głównym, ale obdarowano go tylko jednym wyróżnieniem na odczepne (główna rola żeńska dla Dunst). Ale nie szkodzi. I tak nie mówiło się tak wiele o żadnym innym festiwalowym filmie.

Gdybym jednak to ja był Von Trierem, wstrzymałbym się z tą premierą jeszcze 3 dni. Film o końcu świata mający swój światowy debiut w dniu domniemanej zagłady ziemi (no wiecie, chodzi o tą przepowiednię amerykańskiego kaznodziei) brzmi całkiem nieźle. Marketingowy strzał w dychę. No ale w Cannes mają palmy, słońce i piękne kobiety. Kto by nie chciał.

Tak wię Melancholia. Czekałem na ten film z dużymi nadziejami. Larsa von Triera można nie lubić za styl bycia i sposób uczestniczenia w życiu publicznym, ale filmy robi interesujące i bardzo odważne. Co prawda Duńczyk lekko podpadł mi swoim Antychrystem, ale to bardziej w warstwie merytorycznej. Pod kątem wizualnym i artystycznym wszystko odbyło się bez zgrzytu, pomijając może tego gadającego wilka. Liczyłem więc na utrzymanie tej dość wysokiej formy oraz na znaczne podniesienie intelektualnej poprzeczki.

Zacznijmy od samego początku i absolutnych drobiazgów. Plakat. Jest piękny. Niezwykle prosty, lecz na swój minimalistyczny sposób, bardzo intrygujący i przykuwający uwagę. Tytuł. Wielce wymowny, choć niejednoznaczny. Czym jest melancholia w Melancholii? Otóż jest przepiękną błękitną planetą skrytą za słońcem, która rozpoczyna bardzo widowiskowy taniec śmierci z Ziemią. Zbliżające się do siebie z prędkością ponad 100 tyś. km/h dwie orbity planet, dokonują emocjonalnego spustoszenia w ludzkich ziemskich umysłach. To zupełnie nowe spojrzenie na zagadnienie totalnego zniszczenia i unicestwienia ludzkości, jakże inne od katastroficznych wizji z filmów sci-fi rodem z hollywoodzkich wytwórni. Europa z resztą nie po raz pierwszy, pokazała tu swoją wyższość, mądrość i większą wrażliwość. Skupiła się na ludzkim umyśle, a nie na efektach specjalnych.

Już za same intro wprowadzające do filmu Von Trier zasłużył na wielkie brawa. Czysty artyzm, choć nie każdy to kupi. Żonglowanie pięknem, własną interpretacją apokalipsy, nostalgią i licznymi symbolami które zostaną rozwinięte w części zasadniczej filmu. Wszystko to skąpane jest w spowolnionych kadrach pięknych ujęć kamery, intrygującej muzyce i liryce ukazanej w formie wysokobudżetowego teledysku. Całość zasługuje bardziej na cykliczne wyświetlanie w postaci instalacji audiowizualnych w wielkich galeriach i muzeach świata, niż na ekranach kin. Zwłaszcza tych w centrach handlowych. Takie artystyczne podejście do obrazu jest generalnie najmocniejszą stroną Melancholii. Siła sugestii, perfekcja zdjęć, do tego umiejętne wkomponowana wyrazista emocjonalnie muzyka, wszystko to podkręca wrażenie iluzji w tym idealnym i sterylnym aż do bólu świecie. Warstwie wizualnej nie mam więc absolutnie nic do zarzucenia. Czysta poezja w formie, która przez ponad dwie godziny (może jednak ciut za długo) cieszy moje wymagające oko i ucho. Niestety, tak jak miało to miejsce we wspomnianym Antychryście, także i tym razem zabrakło Von Trierowi trochę pomysłu na mądre poprowadzenie widzów po skomplikowanych meandrach ludzkiego umysłu. Owszem, jest znacznie lepiej niż ostatnio, ale pewne braki są nadal widoczne.

Autor w bardzo sprytny sposób, z pomocą zbliżającej się do Ziemi Melancholii, postanowił rozprawić się z całą naszą ludzkością. Z naszym światem, z jego okropnościami, słabościami, ale też z jego pięknem i marzeniami. Podzielił opowieść na dwie kobiece części, a każdą z nich skoncentrował na jednej z dwóch sióstr, Justine (Kirsten Dunst) oraz Claire (Charlotte Gainsbourg). Każda z nich symbolizuje inną filozofię ludzkiej egzystencji, posiada inną wrażliwość, inne pragnienia i oczekiwania względem swoich najbliższych i życia w ogóle.

Najpierw bierzemy udział w uroczystym ślubie Justine, który staje się pewnego rodzaju manifestem ludzkiego istnienia i zagubienia w świecie pełnym sprzeczności i brutalności. Niby wszystko jest w porządku i zgodne z harmonogramem organizatorów wesela, ale pod tymi wszystkimi uśmiechniętymi maskami cały czas coś nie gra i kłuje w oczy. Zupełnie jak w życiu. Z rodziną jak się okazuje, najlepiej wychodzi się na zdjęciach, na rodziców nie zawsze można liczyć, nowy partner życiowy Justine wydaje się zbyt dosłowny i nierealny, jej szef, z typową dla siebie korporacyjną manierą, reprezentuje materialne podejście do pracy, gdzie nie ma miejsca na litość i sentymenty. Wszyscy marzą tylko o sławie, pieniądzach i szczęściu, oraz o tym, by jak najszybciej skończyło się to okropne wesele. Buntownicza Justine cierpiąca na kiełkującą w niej depresję, balansuje pomiędzy nimi wszystkimi i z każdą minutą coraz bardziej oddala się od definicji „doskonałego” świata w którym przyszło jej żyć. Szukając wyjścia awaryjnego, jakiegoś sensu i zrozumienia, spogląda w gwiazdy, gdzie w oddali tli się już na nieboskłonie Melancholia.

Druga część filmu koncentruje się bardziej na drugiej z sióstr, Claire. Ta na zasadzie kontrastu, wydaje się być bardziej odpowiedzialna, ułożona i pogodzona z życiem. Kochająca żona i troskliwa matka, jako wzór ogólnoprzyjętych zasad moralnych i życiowych. Cel istnienia i dorastania każdego z nas. Łączenie się w pary, budowanie domu i robienie dzieci. Ale Melancholia jest już bardzo blisko Ziemi i mimo, iż naukowcy uspokajają, że błękitna planeta ominie w bezpiecznej odległości matkę ziemię, to jednak w tej dotąd bardzo rozsądnej Claire, szybko rośnie poczucie zagrożenia. Na jej coraz bardziej rozhisteryzowanym tle, ciężko dotknięta zaawansowaną już depresją Justine, wydaje się być niezwykle spokojna i opanowana. Von Trier zestawia więc ze sobą lęki dwóch życiowych filozofii i wystawia je na ostateczną próbę pogodzenia się z tym co nieuniknione. Zadaje pytanie, czy warto z tym walczyć, czy może lepiej pogodzić się z katastrofą, w której należy doszukiwać się oczyszczenia oraz nadziei na lepsze jutro i życie wieczne. Jednocześnie brutalnie uświadamia nam, że w chwili sądu ostatecznego, nie ma równych i równiejszych. Śmierć dotyka nas wszystkich w ten sam sposób i nie ma przed nią ucieczki. I to mi się zasadniczo nawet podoba, jednak brakuje mi w tym wszystkim nieco głębszej myśli i bardziej dosłownej treści. Czegoś na wzór filozoficznych rozważań Tarkowskiego, a nawet Lema. No ale wtedy zapewne film byłby mało zrozumiany dla przeciętnego widza.

Nie ma więc tu zbyt wiele głębokich stwierdzeń i przemyśleń dotyczących sfery życia i śmierci. Lęki bohaterów są stosunkowo zwyczajne, z ich punktu widzenia zupełnie oczywiste, lecz nie do końca mnie przekonują. Reżyser raczej bawi się w wyolbrzymianie gęsto obsadzonych symboli oraz odnosi się z ich pomocą do biblijnych proroctw i ich licznych interpretacji. Widać, że zależało mu przede wszystkim na pokazaniu w możliwie najpiękniejszy sposób chwili ludzkiej zagłady, ale nie tej fizycznej, tylko w jej duchowym wymiarze. Tak naprawdę nikt z nas nie wie jak możemy się zachować w podobnej sytuacji. To tylko takie wróżenie z fusów. Przecież o końcu świata nie może być mowy. Nie mamy na to czasu. Tyle jeszcze musimy w życiu osiągnąć, zrobić, zobaczyć, wychować dzieci, zbudować dom, posadzić drzewo, wyrzucić śmieci... Jakie to wszystko banalne.

Cieszę się niezmiernie, że w Melancholii zamiast paniki wielomilionowych metropolii, zamiast bohaterskiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki i przypadkowego emerytowanego byłego wojskowego pilota ratujących świat przed zagładą, Von Trier ukazał piękną i wykolejoną z torów człowieczeństwa Kirsten Dunst, nago opalającą się w środku nocy w blasku błękitnej planety. Cieszę się, że zamiast trzęsienia ziemi i wielkich fal tsunami pod którymi ginie komputerowo wygenerowana makieta miast, zbliżająca się do Ziemi porażająca swym pięknem Melancholia wygląda niezwykle przyjaźnie. Temu niesfornemu Duńczykowi chyba rzeczywiście wyszedł wyjątkowo piękny koniec świata. Jest on na swój sposób bardzo ciężkostrawny, przytłaczający swoim ciężarem, ogromem depresji, smutku i poczucia beznadziei, ale zaiste, piękny. I tylko sprawiedliwie ocenić tego dzieła nie potrafię. Zwykle zaraz po zakończeniu seansu, niczym w maszynie losującej w studio Lotto, pojawia mi się w głowie konkretna szczęśliwa cyferka. Tym razem mam z tym pewien kłopot. Rozpaczliwie balansuję pomiędzy piątką, a czwórką, nerwowo szukając gdzieś rozproszonym wzrokiem podpowiedzi. Może zrobię tak. Wyciągnę średnią. Sześć za audiowizual i cztery za merytorykę. Czyli pięć jak w mordę strzelił. Brawo Lars ty faszysto, tym razem ci się udało.

5/6

IMDb: 8,1
Filmweb: 7,7