czwartek, 10 lutego 2011

Czarny koń

The Fighter
reż. David O.Russell, USA, 2010
114 min. Monolith Films
Polska premiera: 04.03.2011



Znowu te Oscary. Uczepiłem się ich jak rzep psiego ogona. No ale serio, to już ostatki. Było już o nominowanym Czarnym łabędziu, o 127 godzinach i o The King’s Speech. Kilka dni temu o Prawdziwym męstwie. Gdzieś tam też przemyciłem słów kilka o Social Network, Incepcję także już widziałem (bez podniet). Pozostało mi już więc tylko kilka nominowanych w tym roku tytułów i jak sądziłem, raczej nic ciekawego. No bo tak. Toy Story 3 nie traktuję poważnie. Zapewne bardzo fajna i udana animacja, ale to jednak jakby trochę inny gatunek kina. Jest jeszcze Winter’s Bone, ale mimo że wygrał zeszłoroczny Sundance, jakoś mnie nie pociąga (nie mówię mu jednak nie), oraz ponoć całkiem zabawna i lekka komedia The Kids Are All Wright. Tą może jeszcze obejrzę, bo w przyszłym tygodniu istnieje szansa na wysępienie zaproszenia do kina. Został mi więc jeszcze tylko jeden tytuł, którego dotąd nie traktowałem zbyt poważnie - The Fighter. I to był błąd. Bo to, jak się właśnie okazało, kawał porządnego kina.

David O. Russell nie nakręcił dotąd niczego godnego uwagi. Ale jest dobrym przykładem na to, że jeśli przeciętnemu reżyserowi trafi się dobry scenariusz, to przy odrobinie szczęścia, może dzięki niemu wypłynąć na szerokie wody. Jako że najlepsze scenariusze pisze samo życie, Russell sięgnął po biografię znanego boksera, a właściwie to dwóch bokserów, braci przyrodnich Micky’ego Warda (Wahlberg), oraz starszego Dicky’ego Eklunda (Bale). Dla tych, którzy boksem interesują się tylko podczas walk Adamka, Najmana (tfu), wcześniej Gołoty, lub wcale, napiszę tylko tyle, że Ward był/jest dla bokserskiego światka pewnego rodzaju legendą. Do kanonu boksu zawodowego przeszła trylogia Warda, czyli trzy niezwykle zacięte walki z nieżyjącym już Arturo Gatti’m. Eklund z kolei, jako "Duma Lowell", to niezwykle utalentowany i swego czasu świetnie zapowiadający się bokser, który zasłynął z jednej tylko zwycięskiej walki z Sugarem Ray Leonardem. Jego karierę jednak zahamowało samo życie, a konkretnie jego używki. Jednym zdaniem – przećpał i przepił swój bokserski talent.

Ale Fighter to nie jest film tylko i wyłącznie o boksie. Wręcz przeciwnie. Boksu jest tu stosunkowo nie wiele. Fani wiernie odwzorowanych walk, wielu litrów tryskającej w oko kamery sztucznej krwi, bokserskiej dramaturgii i taniego hollywoodzkiego patosu, zapewne poczują się lekko zawiedzeni. Wszyscy inni z uwagą powinni przysiąść do lektury.

Okazuje się bowiem, że losowe przypadki braci były na tyle ciekawe, by zainteresować nimi poważnych producentów filmowych. Ambitny i względnie poukładany młody Micky, został na zasadzie kontrastu zestawiony ze starszym przyrodnim bratem, posiadaczem równie wielkiego talentu, lecz przegranym z samym sobą ćpunem i lokalnym zawadiaką Dicky’m. Niezwykle ciekawy i wdzięczny dla kamery filmowej konflikt odmiennych charakterów i braterskich tarć, został poddany najwyższej próbie. Ale to nie wszystko. W tej szalonej rodzinnej układance jest znacznie więcej niedbale porozrzucanych klocków. Na pierwszy plan wysuwa się także ich szalona matka-menadżer Alice Ward (kapitalna Melissa Leo), która pociąga sznurkami za kariery synów i z lekko skrzywioną macierzyńską miłością, łapczywie liczy każdy złamany grosz. W skład rodzinnego bandu wchodzą także pantofelkowaty ojciec Warda – George, oraz tabun rozwydrzonych przyrodnich sióstr (bodaj siedem). Wariactwo i niedorzeczność tej szalonej rodzinki reprezentuje klasyczny i typowy obraz małomiasteczkowej amerykańskiej patofamilii.

Główni bohaterowie boksują się tu codziennie i cały czas, lecz przede wszystkim z samymi sobą. Droga na szczyt, wygrane walki, towarzyszący temu splendor i chwała rodzą się w wielkich bólach rodzinnego fermentu. Do tego życie ciągle komplikuje i boleśnie koryguje plany wszystkich bohaterów opowieści. Wystawia na próbę ambicje Micky'ego, który musi wybierać między solidarnością z rodziną ciągnącą go wprost do rynsztoka, a sportową karierą i miłością swego życia (Amy Adams - wpadła mi w oko). Trudny wybór, a jakże. Ale losy klanu Wardów to także typowo hollywoodzki happy end. Tutaj jednak on nie irytuje. Russel na bazie prawdziwych wydarzeń złożył z tych kilku życiorysów fajną i zgrabną dramatyczną historię opartą na klasycznym "American Dream". Historię naszpikowaną kilkoma mądrymi dla widza przesłaniami. Być może są trochę naiwne i oklepane, ale biorąc pod uwagę ich prawdziwość, wcale nie przeszkadzają. Z faktami się nie polemizuje.

Lubię takie zaskoczenia. Na prawdę bardzo zgrabne i świetnie skonstruowane kino. To lepszy film niż Jak zostać królem, lepszy niż wszystkie inne nominowane jakie widziałem, może z wyjątkiem Czarnego łabędzia. Ale tu też, im więcej czasu mija od jego obejrzenia, tym więcej nabieram do niego wątpliwości. Kapitalna obsada. Wahlberg i Bale bardzo prawdziwi i przekonujący, jakby grali samych siebie. Ich szalona matka – miód i orzeszki. Nawet piąty plan i statyści jakby żywcem wyjęci ze świata Wardów. To właśnie podoba mi się w filmie najbardziej. Ta uderzająca prawdziwość i brak udawania. Sam boks technicznie może nie najwyższych lotów, ale mnie, mimo wszystko bokserskiego laika, także przekonał. Fighter ma więc wszystko co niezbędne, by nazwać go udaną produkcją. Wszystko co potrzebne, by dobrze się czuć przed ekranem i wszystko co konieczne, by walczyć o najwyższe laury. Pewnie zdobędzie ich najmniej ze wszystkich nominowanych tytułów (po cichu liczę jednak na drugi plan dla Bale'a), nie mniej jednak dla mnie jest aktualnie czarnym koniem gali Oscarów i godnym następcą Rocky'ego Balboa. Cóż. Czas i gusta milionów pokażą czy miałem rację.

4/6

IMDb: 8,2
Filmweb: 7,7

niedziela, 6 lutego 2011

Wild Wild West

Prawdziwe męstwo
reż. Ethan Coen, Joel Coen, USA, 2010
110 min. United International Pictures
Polska premiera: 11.02.2011


Według twórczości braci Coen właściwie można już regulować swoje zegarki. Od dłuższego już czasu, każdego roku i z systematyczną regularnością płodzą nowy film. Trzeba im przyznać że świetnie się przy tym bawią. Żonglują różnymi filmowymi konwencjami niczym doświadczony klown na środku areny cyrkowej. Ale też jest jeszcze jedna zauważalna regularność. Być może dostrzegam ją tylko ja, ale od praktycznie samego początku, czyli od Arizony Junior, po dobrym, czy wręcz bardzo dobrym filmie, następuje przeciętniactwo. I tak, w ostatnich latach po kapitalnym To nie jest kraj... przyszła pora na bardzo miałkie Tajne przez poufne. Rok później bracia ponownie uraczyli nas fantastycznym Poważnym człowiekiem. Tak więc zasiadając do Prawdziwego męstwa miałem mieszane uczucia, w końcu na ten rok (czyli poprzedni) według statystyk, przypadał film średni.

I chyba także i tym razem tradycji stało się zadość. Aczkolwiek celowo piszę "chyba", bo tak do końca tego pewny jeszcze nie jestem. Szaleni braciszkowie tym razem zabierają widza na dziki zachód, by zapewne spełnić jedno ze swoich chłopięcych marzeń i zabawić się w kowbojów i Indian. I to jest zasadniczo bardzo słuszna koncepcja. Niewiele w dzisiejszych czasach kręci się rasowych westernów. Ostatnim względnie udanym jaki pamiętam to chyba 3:10 do Yumy z przed czterech lat. Choć wielkim fanem gatunku z pewnością nie jestem i mogło mi coś po drodze umknąć.

Prawdziwe męstwo to remake filmu Henry'ego Hathawaya z roku 1969 z samym Johnym Wayne'm w roli głównej. Scenariusz oparty na powieści Charlesa Portisa został bardzo zgrabnie zaadoptowany przez Coenów. Wzięli do ręki gotowca i jedyne co musieli wykonać, to czknąć w niego trochę własnego ja, oraz zadbać o dobrą obsadę. Z tym drugim w ostatnich latach nie mieli sobie równych. Nawet we wspomnianym raczej kiepskim Tajnym przez poufne, aż roiło się od gwiazd i gwiazdeczek. Pytanie więc, kto z wielkich mógłby zagrać kultowego Johna Wayne'a? Jak to kto? Lebowski!

Niewątpliwie największym atutem filmu to właśnie Jeff Bridges w roli Szeryfa Roostera Cogburna. To jeden z tych aktorów, który z wielkim wdziękiem zagrałby nawet stracha na wróble. Ale na odstępach dzikiego zachodu nie tylko on świeci przykładem. Nieźle wypadł też Josh Brolin, a wręcz po arcymistrzowsku młodziutka i wyszczekana Hailee Steinfeld (duże WOW). Także cały szereg drugiego planu prezentuje się bardzo korzystnie. Niestety czwarty do kompletu z czołówki, Matt Damon trochę zawodzi. Może nie tyle zawodzi, co zwyczajnie mi tu nie pasuje. Lubię go, nawet bardzo. Zagrał bardzo poprawnie, ale w roli teksańskiego strażnika z wąsem wyglądał mało przekonująco i wręcz groteskowo. Na jego szczęście to świat braci Coen. Tu nic nie jest i nie może być brane na poważnie.

Opowieść jest typowa dla westernu, bo jakże miało być inaczej. Znamy to już z filmów Sergio Leone, czy Clinta Eastwooda. Tu zawsze chodzi o to samo. To typowy przedstawiciel kina awanturniczego. Motywami przewodnimi są walki z Indianami, wojna secesyjna, budowa kolei transkontynentalnej, polowanie na złoczyńców, lub gorączka złota. W Prawdziwym męstwie mamy wszystkiego po trochu. Gotowe i oklepane do bólu schematy zostały wzbogacone niezłymi dialogami (tu akurat odczuwam lekki niedosyt), Coenowską szyderą oraz ich specyficznym poczuciem humoru. Produkcja mimo że jak zwykle jest nakręcona bardzo poprawnie, wręcz perfekcyjna, do tego szczera i autentyczna, to jednak sprawia wrażenie zrobionej na siłę i z braku laku. "Słuchaj Joel/Ethan, nie mamy jeszcze na koncie żadnego westernu? To co, robimy?"

To w sumie nie jest jakiś tam wielki zarzut z mojej strony. Ot mieli taką fantazję, a kto jak kto, oni mogą sobie na to pozwolić. Chcieli złożyć hołd westernom? Chcieli. Oddali? Nie wiem. Ale żeby od razu przydzielać im 10 nominacji do Oscara? Według mnie trochę na wyrost, ale z drugiej strony... biorąc pod uwagę specyfikę festiwalu i patrząc na inne nominowane filmy, to nawet jest to zupełnie zrozumiałe. Prawdziwe męstwo jest szyty na miarę amerykańskiego widza. To bardzo zgrabne rozrywkowe kino bez większych ambicji i z dobrą aktorską obsadą. Ja jednak wolę Coenów tworzących filmy co drugi rok. Wierząc statystykom, tegoroczny Hail Cesar już teraz zapowiada się rewelacyjnie. Zwłaszcza że do łask braci wraca Walter Sobchak, tzn. John Goodman. Szkoda że nie w parze z Bridgesem, no ale ciach bajera. Fani Coenów - do zobaczyska za rok.

3/6

IMDb: 8,2
Filmweb: 7,4