wtorek, 4 lutego 2014

Cycki, peruki i złote Rolexy

American Hustle
reż. David O. Russell, USA, 2013
138 min. United International Pictures
Polska premiera: 31.01.2014
Kryminał, Dramat



Kilka dni temu minął równo rok, odkąd ubrana na czarno Jennifer Lawrence za pośrednictwem mocno przereklamowanego Silver Linings Playbook bezwarunkowo zawładnęła mym sercem. Wtedy była jeszcze nieokrzesana, chaotyczna i mało rozpoznawalna. Dopiero po premierze zawrzało, zaczęto wnosić ją na piedestał i wciskać do każdej lodówki. Niech ma swoje pięć minut – mówiłem, zasłużyła. Ale jej było coraz więcej i więcej. Nagrody, festiwale, kolejne filmy, Jennifer zrobiła minę numer pięć, Jennifer potknęła się na schodach, Jennifer to, Jennifer tamto, delikatnie mówiąc, jej obecność zaczęła mnie coraz bardziej irytować. W sumie to nawet nie jej wina. Cały zabujany w niej świat wciągnął ją do snu rodem z najpiękniejszej bajki, a ona w nim sobie tak po prostu skakała beztrosko z obłoku na obłok. Wczoraj po raz kolejny z nią się zetknąłem, znów w filmie Davida O.Russella, znów z Bradleyem Cooperem, i co? To samo.

Nic się nie zmieniła. Tylko jeszcze do końca nie wiem, czy to bardziej dobrze, czy może już zupełnie źle. Jak była bezczelna, mentalnie szczeniacka i wydająca z siebie wrzaski w ultradźwiękach, tak w American Hustle czyni to nadal. Po całym tym zgiełku i medialnym harmidrze z jej udziałem w minionym roku stwierdzam, że ona po prostu już taka jest. Nie tylko w filmie, ale też na co dzień, w życiu prywatnym. Nie udaje, a może inaczej, nie musi udawać ułożonej i grzecznej paniusi z parciem na sukces. Obrała inną drogę. Ujęła świat swoją nieokrzesaną naturalnością. Wydaje mi się, że rola w American Hustle była dla niej bułką z masłem, gdyż wcale nie musiała udawać i gimnastykować się, by odegrać rolę rozhisteryzowanej, rozkapryszonej, oraz rozchwianej emocjonalnie kokietki. Wystarczyło tylko zaostrzyć swoje i tak ostre ząbki, zdjąć stanik, oraz wyrzucić z siebie płynące w jej aortach wrodzone szaleństwo. Jednak tym razem Lawrence ma na pierwszym planie poważną konkurentkę – Amy Adams, która jest jej zupełnym przeciwieństwem. Jest o wiele bardziej dojrzała, zrównoważona emocjonalnie, także bardziej sexy (wiem, kwestia dyskusyjna). Jest również bardziej tajemnicza, przebiegła i cwana. Kwintesencja współczesnej kobiecości. Pociągające piękno, oraz towarzyszący mu dwulicowy, wredny charakterek. Kumuluje w sobie wszystko to, co my - faceci, pożądamy u kobiet, oraz to, czego panicznie się w nich boimy. Gdybym miał wybierać, mimo, że przecież nie muszę, to jednak postawiłbym dziś na rudzielca. Adams jest w tym filmie zwyczajnie boska. Trudno zamknąć ją w nawias jakiejś definicji. Uderza mnie w czerep tym wszystkim, czym zawładnęła mną przed rokiem Lawrence. Amy przejmuje więc od niej pałeczkę pierwszeństwa. Sorry Jen. Może następnym razem.

Zacząłem tak trochę z dupy i bez klasycznego napoczęcia, od aktorek, bowiem cały film, o którym tyle rabanu, i który otrzymał aż 10 (DZIESIĘĆ!!!) nominacji do Oscara, stoi od początku do końca aktorami. Niczym więcej. Scenariusz? Reżyseria? No są jakieś, ale zupełnie bez historii, absolutnie nie warte, by się o nich szerzej rozpisywać. Przynajmniej nie na tym poziomie. American Hustle, to ekstraklasowy popis aktorski i błyskotliwa zabawa w improwizację gestów oraz w wygibasy erudycyjne czterech głównych postaci. Odnosiłem wręcz wrażenie, że najpierw pojawiły się na planie nazwiska, scenografia, a dopiero później ubrano ich wszystkich i na odczepne w jakiś byle scenariusz, mimo, że przecież było na odwrót. Drugie skojarzenie, nie wiedzieć czemu, już takie zupełnie od czapy, to Rzeź Polańskiego. W obu przypadkach najważniejsze były przede wszystkim dialogi i pokaz możliwości kunsztu scenicznego opartego na ekwilibrystycznej i wybuchowej huśtawce nastrojów. Wypada więc teraz tylko zadać sobie pytanie, czy to wszystko wystarcza do tego, aby mówić o filmie latami, oraz, żeby w ogóle o nim mówić np. w towarzystwie przy piwie?

Otóż nie wystarcza. Ale nie szkodzi. Wszystko jednak zależy od naszego podejścia. Osobiście, po zapoznaniu się z wieloma opiniami i reckami (no dobra, przeczytałem może ze dwie), podszedłem do lektury w sposób zupełnie niewymagający, będąc przy tym całkowicie rozluźniony i spokojny o odbiór (polecam). Dzięki temu uniknąłem rozczarowania, które czai się za każdym rogiem i ściska za plecami bejsbola. Mogłem więc skupić się na rzeczach ważnych i ważniejszych, np. na dekoltach sięgających do pępka... (właśnie nastąpiła seksistowska pauza)... W tym miejscu chciałbym coś zamanifestować. Zupełna prywata, nie musicie czytać. Końcu lat 70-tych, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do nas wrócisz (ale bez opcji „zakaz golenia”). Nie ma bowiem piękniejszego pod słońcem widoku od swobodnego, niczym nieskrępowanego kobiecego biustu okrytego tylko delikatną, skąpą i powiewną dzianiną. Jak to się rusza... skacze i powiewa... jak to działa na wyobraźnię... Drogie panie, gwarantuję wam, że przy takiej cielesnej ekspresji możecie mieć nas każdego. Żaden wam nie odmówi. Żodyn.


Umiejętne zbudowanie klimatu tamtych lat jest obok aktorszczyzny największą wartością dodatnią, ale jak powszechnie wiadomo, rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów. A tych jest niestety cała chmara. Ale nie chcę dziś o nich pisać. Te wszystkie ciuchy, nieziemska stylówa naszych bohaterów, szalone peruki, tupeciki, warkoczyki, oraz świetna muzyka, to po prostu wow, miód w gębie. Jaram się dotąd głównie paniami, co w mym podłym i seksistowskim podejściu do świata jest jak najbardziej zrozumiałe, jednak największym wygranym tej produkcji jest Christian Bale. Panie i panowie, Chapeau ba! Jak on zagrał… JAK ON ZAGRAŁ! Bradley Cooper? Stary, wejdź do szafy i poczekaj aż cię zawołam. Bale z każdym kolejnym filmem, a jest ich ostatnio od zajebania i ciut ciut, pokonuje następny schodek prowadzący ku bram niebios. Mam do niego oszałamiającą słabość. Budzi mój szczery podziw po prostu, a każda grana przez niego postać (powiedzmy, że większość), jest w jakiś pokraczny sposób bardzo mi bliska. Tutaj też, niby nic, zwykły cwaniaczek, naciągacz i hochsztapler, ale za to ze złotym sercem, jak ja :) Uwikłany w układ bez wyjścia z federalnymi balansuje pomiędzy dobrem i złem, sprawiedliwością i ludzką podłością, między jedną, a drugą kobietą. Spośród całej czwórki wydaje się być najbardziej konkretny, prawdziwy i przekonujący. Nie sposób się z nim nie zaprzyjaźnić. Z tym dziwnym czymś na głowie (scena otwarcia przy lustrze mistrz!), oraz ze sporych rozmiarów mięśniem piwnym zgarnął całe podium dla siebie. Nawet boska Adams, która tak bardzo mnie przecież oczarowała, nie była w stanie dotrzymać mu kroku. A ten z szafy? Jak mu tam, Cooper? Z nim, to mam chyba jakiś problem zwyczajnie. Nie trawię typa, mimo, że nie mam mu nic do zarzucenia. Brakuje, nie wiem, chyba mięty. Zagrał poprawnie, ale to nadal jest inna liga, druga liga. Może w następnym wcieleniu się polubimy, acz wcale mi na tym specjalnie nie zależy.

Za to jak zawsze miło było zobaczyć Roberta De Niro. Ledwie reckę temu, przy okazji Wilka z Wall Street narzekałem trochę, że ulubiony as w rękawie Martina Scorsese, De Niro właśnie, jest już za stary, by grać mafiosów i uganiać się po ulicach Nowego Jorku z pukawką. A tu proszę bardzo. Jak na zawołanie, chciałem i mam. Dzięki małemu mafijnemu epizodowi u O. Russella, De Niro znów zagrał szemrany charakterek i udowodnił, że może to robić zawsze, w każdym wieku i o każdej porze, tylko niech no ktoś do diabła mu na to pozwoli. Widać było, że jest w swoim żywiole, że czuł się jak ryba w wodzie, jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Szkoda, że był to jednak tylko mały epizod. No ale grunt, że podniebienie połechtane.

Zastanawia mnie jeszcze zjawisko pt. „David O. Russell, a oscarowe szaleństwo”. Trzeci film z rzędu i trzeci raz jest nominowany. Mało tego. Z roku na rok dostaje tych nominacji coraz więcej i to w sytuacji, kiedy każdy jego kolejny film wydaje się być gorszy od poprzedniego. Zaczął od kapitalnego Fightera (5 nominacji), potem był wspomniany wcześniej i nudnawy Silver Linings Playbook (8), by dziś, razem z American Hustle rozpływać się w dziesięciu sztukach. To ja mam dla niego pewną propozycję. Niech nakręci teraz z tymi samymi aktorami pornola. Akademii jak widać i tak jest wszystko jedno, a my będziemy mieć z tego jakąś frajdę. Cwany jest z niego lisek, w dodatku stały w uczuciach. Skoro poprzednie filmy miały takie wzięcie, to dla zachowania bardzo opłacalnego dla niego status quo wziął sobie z Fightera Bale’a i Adams, a z Silver Linings Playbook Coopera i Lawrence. No i jeszcze De Niro. Widocznie to w Hollywood póki co wystarcza do tego, by być uznawanym za zajebistego. Nie mniej muszę mu jednak przyznać, że ma pewnego rodzaju dar i tu chylę przed nim czoło. Potrafi mimo wszystko perfekcyjnie dobierać sobie aktorów. W zasadzie bez strzału na oślep. No może poza Cooperem, ale ta niechęć do niego występuje chyba tylko u mnie, tak więc już się nie wychylam. Jakimś cudem potrafi wyczuć drzemiący w nich wszystkich potencjał oraz z dużym powodzeniem go z nich na planie wykrzesać. Zatem jestem odrobinę w kropce. Filmy O.Russella są raczej średnie, z zakosem na przeciętne, ale za to jego aktorzy - Liga Mistrzów.

I to chyba wszystko co chciałem o tym filmie z siebie wykrzesać. Nie ma co się o nim szerzej rozpisywać, mam w końcu jeszcze masę innych zaległości, poza tym i tak zwykle za dużo piszę, a pewnie niewiele osób chce to wszystko czytać, zatem dziś dla odmiany będzie odrobinę krócej. Podobał mi się klimat lat 70-tych, podobała mi się muzyka, peruki, złote zegarki, brzuch Bale’a (yyy… chyba mało sztywno to brzmi), a także te boskie i wyswobodzone z pancernych biustonoszy cycki Adams i Jen. Jak na dwie godziny obcowania ze średnio-niską intelektualną rozrywką, to i tak jest całkiem nieźle. Na jego szczęście, gdyby nie moje seksistowskie podejście do kina, to American Hustle dostałby ode mnie maksymalnie tróję. A tak, cycki wywindowały go na czwórę z wielgachnym minusem. Niech mają. Niech się święcą cycki bez staników.

4/6

IMDb: 7,7
Filmweb: 7,0

6 komentarzy:

  1. zgadzam się w 100%: Bale i Adams są rewelacyjni, a Cooper niech siedzi w tej szafie, też mnie jakoś nie może przekonać. Może usuń ten akapit z RdN - to było takie zaskoczenie w filmie, szkoda by to ludziom psuć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. E tam, w obsadzie filmu przecież jak byk widnieje jego nazwisko. Konkretnej minuty jego pojawienia się nie podałem, tak więc daleko przejechałem się od spoilera ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No popatrz, że sporo przemyśleń mamy podobnych. Z cyckami na czele. Na mnie też (po)działały!

    OdpowiedzUsuń
  4. Taaaa....teraz to swoboda, podskoki i inne cyckowe wariacje, a potem przychodzi 30stka i się budzi taka swoboda z biustem do pępka:D:D stanik jednak robi swoje;)
    A poważnie...tak się cieszyłam na ten film, a teraz się okazuje, że opinie średnie z naciskiem na słabe. Ale pójdę, zobaczę, przekonam się sama. Zobaczyłam tylko z ciekawości scenę z J.L. śpiewającą synkowi Liver and let die i już mam dość. No ale jak kicz to kicz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Akurat "live and let die" było sympatycznie kiczowate;)

    OdpowiedzUsuń
  6. tak sympatycznie, że aż napisałam "liver" ;). najbardziej podnieca mnie fakt iż facet mieszczący się w piątce moich największych platonicznych miłości ever, ma w tym filmie taaaaaaaaaaaaaaki brzuch i taaaaaaaaaaaaki zaczes;). muszę to zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń