czwartek, 28 lutego 2013

Psycho Dad

Hitchcock
reż. Sacha Gervasi, USA, 2012
98 min. Imperial - Cinepix
Polska premiera: 01.03.2013
Biograficzny, Dramat



Tegoroczna Oscariada jak co roku zakończyła się wielkim spazmem uniesienia i zbiorową kanonadą zachwytów, czyli zgodnie z oczekiwaniami milionów. Emocji jednak było w niej tyle, co podczas noworocznego orędzia Prezydenta Bula bez wąsów. Już więcej kasy u bukmacherów można zgarnąć obstawiając wyniki węgierskiej drugiej ligi waterpolo, niż typując zwycięzców najpoważniejszych Oscarowych kategorii. Pomijam już wyjątkową miałkość i wartość merytoryczną oraz o zgrozo, artystyczną tegorocznego repertuaru (na szczęście były sympatyczne wyjątki od tej smutnej reguły), niestety i w tym roku widać było jak na dłoni, że Hollywood od pewnego czasu nie ma na siebie pomysłu i tylko powiela do bólu oklepane schematy przytrzymując je z pompą przy nadętym do granic wytrzymałości życiu w próżności.

Ale też, kogo to w ogóle obchodzi? Przecież chodzi o zabawę. Hollywood od dawna nie jest już od wyznaczania nowych kierunków w sztuce filmowej, on tylko dostarcza zwykłej, plebejskiej rozrywki dla mas. Coś jak „Mam talent” w TVN. Dlatego nie dziwię się, że miliony ludzi na świecie przez kilka bardzo wczesnych, bądź też późnych godzin nocnych wlepiało swe ślipia w nieco naiwne czarowanie widza i pozwalało rzucać w siebie ładnie opakowanym kiczem. Czy komuś przeszkadzał fakt, że już na kilka tygodni wcześniej znani byli zwycięzcy większości kategorii? Nie. Grunt, że można pogapić się na gwiazdy i gwiazdki przystrojone w suknie wieczorowe oraz smokingi z muchą, a naczelną myślą jaka wielu podglądaczom przyświeca od lat jest to, kto tym razem wyrżnie się na schodach (Loffciam cię JL). Już dobre kilka lat temu wyrosłem z tej ą i ę nomenklatury, moje oczekiwania się trochę bardziej zazębiły, oraz wbiły w nieco poważniejsze i twardsze podłoże. Owszem, ciągle szukam nowych wrażeń w kinie, ale tych już dawno przestała mi dostarczać Fabryka Snów. Szkoda. Ale też nie ma co dramatyzować. Na szczęście są jeszcze inni.

Tak więc osobiście wystarczyły mi cztery minuty poświęcone Oscarom dzień później. Mniej więcej tyle właśnie czasu zajęło mi przeczytanie listy wszystkich laureatów i rzucenie okiem na kilka zdjęć oraz jakieś skrawki z YT. Nie czuję się z tym gorzej od innych kinofilów, raczej bardziej wyspany. Męczyły mnie tylko trochę zapytania różnych znajomych o moje po Oscarowe refleksje. Odpowiadałem wszystkim i bez wyjątku, że albo „jebać te Oscary”, albo nie mniej prostackie i trochę zdawkowe: „Argo, LOL”. No bo jak inaczej? Argo nie znalazłoby się w moim rocznym podsumowaniu, być może nawet w pierwszej pięćdziesiątce, a tu raptem „Najlepszy film”, no ale o tym pisałem już dwa wynaturzenia temu, więc jak to się gada u nas na prażce - Ciach bajera.

Szkoda mi tylko trochę mojego dzisiejszego bohatera recki, a jest nim nie kto inny, jak sam Alfred Hitchcock. No, może niedosłownie sam we własnej osobie, bardziej jego wszechobecny duch i wytworne, hopkinsowskie alter ego. Trochę może i zaspał na tegoroczne Oscary, ale przecież i tak był brany pod uwagę Akademii, która, najdelikatniej rzecz ujmując, najpierw zdeptała jego twarz butem, potem wbiła sztylet w jego nadymany brzuch, wyciągnęła wnętrzności szpadlem od kominka, po czym naszczała do środka. Wiem, niesmaczne, ale jedna marna nominacja (za charakteryzację - słusznie) to po prostu poniżenie, cios w podbrzusze, rzucenie okruchów z obiadu głodnemu, w dodatku z szyderczym uśmiechem na twarzy. Ale nie powiem, też miałem wątpliwości. Przeleciała mi nawet po zwojach w mózgu myśl, że ten Hitchcock może faktycznie jest kiepskim filmem i zamachem na absolutną świętość, coś jak nasze ostatnie historyczne produkcje nad Wisłą. Że to właśnie stąd taka bieda w Oscarowym menu. W końcu za reżyserię wziął się zupełnie nieznany na głębszych wodach żółtodziób, Sacha Gervasi, więc mógł spieprzyć. No jak nie jak tak. Ale po chwili do łepetyny wróciła normalność, czyli nienormalność, bowiem na Oscarach wszystko jest do góry kołami i gdzie jak gdzie, ale w LA logiki szukać nie należy. Co to jest w ogóle za wyznacznik jakości filmowej? Żodyn.

Akademia i tym razem zachowała konsekwencję i po raz kolejny nie dała się nabrać na nazwisko Hitchcock. Kocha je niemal cały świat, zna nawet przeciętny chińczyk, a pies mojej sąsiadki (kundlowaty pudel), gdyby potrafił mówić, rzekłby, że wkurwiały go Ptaki Hitchcocka. Ale Hollywood naszego brytyjskiego dżentelmena nigdy specjalnie nie darzyło należytym szacunkiem. Może chodziło o te pochodzenie właśnie, może o jego nieco nadęty styl bycia, a może też zwyczajnie, wyprzedzał on swoją epokę w której dane mu było egzystować, a która to nie była w stanie za nim nadążyć. Hitchcock nominowany był do Oscarów aż pięciokrotnie. Mimo, że przynajmniej w trzech przypadkach sobie na to w pełni zasłużył, niczym moja skromna postać na wdzięki nadal niezwykle ponętnej Salmy Hayek, to jednak nigdy nie wyczytano na głos jego nazwiska. Taki już nasz parszywy los Hitch. Gdybyś żył, zapewne obróciłbyś to wszystko w ponury żart. W końcu sam mówiłeś, że absurdalność daje się wyrazić tylko za pomocą humoru, a to jest przecież na swój sposób śmieszne. Ja jednak wolałbym żebyś zaczął od trzęsienia ziemi i później już tylko podnosił napięcie. Oczami wyobraźni widzę jak rozbijasz o ścianę łeb Lincolna, a Argo dźgasz nożem pod prysznicem. Dla takiego widoku sam chętnie zarwałbym nockę i pozwolił obrzucać się tanim lukrem z telewizora. Pieprzyć te Oscary po trzykroć.


No ale do rzeczy. Hitchcock. Kto jak kto, ale ten pan zasłużył sobie na własne pięć minut i mimo dużych rozmiarów, na wciśnięcie własnego cielska w taśmę filmową. Niezwykle szanowana postać w świecie filmu, nawet w tym nieufnym Hollywood. Ten pochodzący z Lądka Zdroju wyrafinowany dżentelmen, przyczynił się w dużej mierze do rozwoju kinematografii, a nawet sam wymyślił przynajmniej jeden nowy gatunek filmowy: Thriller psychologiczny. Niezwykły człowiek o wielkiej charyzmie, trudnym charakterze i bogatym życiorysie. Wewnętrznie skonfliktowany i chaotyczny w wyrażaniu emocji, wielki żarłok, wytworny kobieciarz i tyran na planie filmowym w jednym. Mimo, że to już ponad 30 lat minęło od jego śmierci, można by o nim pisać wiele i ciągle natrafiać na coś nowego. No aż się prosiło o film. Ten w końcu powstał, zrobiono to całkiem dobrze, upieram się nadal, że nawet na miarę Oscarów, ale jak to zwykle z tym tucznikiem w przeszłości bywało, doceni go chyba tylko publiczność. No i ja rzecz jasna, co niniejszym czynię. To my jesteśmy najlepszym i najbardziej wartościowym kryterium dla twórców. Od zawsze i na zawsze.

Zdążyłem już przeczytać kilka notek na temat Hitchcocka i przeważały raczej głosy umiarkowanego rozczarowania, dlatego jak zwykle będę silił się na oryginalność i grubasa bronił będę. Już nawet nie chodzi o prywatne sentymenty, które i owszem, są, kłębią się w mej chmurze od lat, ale o racjonalną ocenę całej produkcji. A ta jest naprawdę udana. Co prawda skupia na sobie tylko mały wycinek z życia legendy, ale rykoszetem porusza wiele wątków pobocznych z żywota Hitchcocka. Nie jest więc to bogata biografia penetrująca jego kształtowanie się niezwykłej osobowości począwszy od czasów wczesnego dzieciństwa, na procesie przepotwarzenia się w wyniosłą otyłość kończywszy, nie. Poznajemy go w chwili premiery Północy-północnego zachodu w roku 1959, kiedy to jest już u szczytu kariery i w przeddzień odnalezienia natchnienia oraz inspiracji, czegoś nowego, co postawi kropkę nad i jego powszechnej zajebistości. Tak rodzi się wstęp do produkcji jego najgłośniejszego i jednego z najbardziej szokujących w historii Hollywood filmu - Psychozy.

Gervasi zabiera się do tego wprost kapitalnie. Doprowadza do interesującego z punktu widzenia widza zabiegu, w którym obserwujemy na wielkim ekranie proces powstawania kultowego filmu… w filmie. I tak oto bawimy się podwójnie dobrze, bowiem doświadczamy w wersji fabularnej genezy powstania Psychozy, widzimy, jak kręcone są poszczególne sceny znane przecież przez nas na wylot. Owszem, nie jest to prawdziwy Hitch, tylko kapitalnie odzwierciedlający go sir Anthony Hopkins (klasa!). To także nie Janet Leigh dźgana jest pod prysznicem, tylko nie mniej boska Scarlett Johansson (jest to na tyle piękne dziewczę, że zupełnie mi to nie przeszkadzało). Vera Miles a.k.a Jessica Biel i Anthony Perkins vel. James D'Arcy mimo świetnego odzwierciedlenia swoich pierwowzorów z roku 1960, także nie są autentykami, a mimo to ogląda się ich wszystkich przyjemnie i łyka każdą, nawet największą bzdurę oraz duperelę jaka wyłazi na światło dzienne przy okazji powstawania kultowej produkcji.


Ale tej Psychozy i tak jest tu w sumie niewiele, acz w sam raz. Gervasi poświęcił także dużo czasu na osobiste relacje Hitchcocka ze swoją żoną, które w trakcie kręcenia chyba jednak najważniejszego filmu w jego karierze, przechodziły bardzo trudny okres. Alma Reville (również kapitalna Helen Mirren) została przedstawiona jako niezwykle silna kobieta dzięki której pozycja Hitcha została nie tyle ugruntowana, co niemal wniesiona na jej plecach na sam szczyt. Przez to sam Hitchcock został nieco przyćmiony w filmie, który jakby nie patrzeć, poświęcony jest przede wszystkim jego skromnej osobie. Ale na pewno nie nazwałbym tego zarzutem, prędzej dopełnieniem. Pośrednio odsłonięto także nieco kulisy sztampowego i cynicznego świata ówczesnych wytwórni filmowych zlokalizowanych w Hollywood, a które to na moje oko, zarówno wczoraj, jak i dziś, są wprost identyczne w podejściu do sztuki filmowej. Tak więc żadna nowość.

Jest więc tu wszystkiego po trochu. Całkiem nieźle wyważone, zmontowane, wzorowo zagrane, a poszczególne wątki i zmiany lokacyjne uzupełnione są o dość osobliwe projekcje naszego głównego bohatera, które w zamyśle twórców, miały nawiedzać jego osobliwe myśli chyba tylko po to, by nadać tej leniwej historii odrobinę hitchcockowskiej intrygi i kto wie, być może także suspensu. Uznajmy, że wyszło tak sobie, ale osobiście nie oczekiwałem od twórców tych samych emocji, jakimi nasiąknięte są stare kadry z filmów Hitchcocka. W końcu to nie jest jego film, tylko o nim. Na dzień dobry należy to od siebie rozgraniczyć. Kto nie będzie potrafił się z tym pogodzić, odpadnie i zanurzy się w obojętności oraz permanentnym rozczarowaniu, a cholera szkoda byłoby to czynić, bowiem absolutnie wszyscy w tym filmie na to sobie nie zasłużyli, zwłaszcza aktorzy. Wszystkie wyżej wymienione przeze mnie nazwiska dźwigają na swoich barkach niezwykły ciężar kinematograficznej historii w sposób godny i wystarczająco przekonujący. Trochę w stylu jednej z ostatnich wariacji Woody'ego Allena - O północy w Paryżu, czyli tak z przymrużeniem oka, ale ze smakiem. Hopkins - przekot. Tak dobrze wczuł się w rolę wielkiego mistrza, że aż z trudem idzie dostrzec na ekranie jego rodowe rysy twarzy oraz sylwetkę. Gdybym nie wiedział wcześniej, że to on właśnie wciela się w tą wielką postać, to bym go za cholerę w tej sztucznej skórze nie poznał. To komplement rzecz jasna.

Trochę zawiodłem się na scenie pod prysznicem. Słodka jak zawsze Scarlett Johansson w roli blondynki, która w świecie Hitchcocka zawsze najlepiej nadawała się na ofiarę, bowiem jest jak śnieg, na którym widać krwawe ślady stóp, radzi sobie generalnie świetnie, tylko akurat nie pod prysznicem właśnie. Tu czegoś mi niestety zabrakło. Wiadomo, że inna sytuacja i kadr, kamera w kamerze, a i zamysł był jakby inny, ale w tym samym grymasie twarzy lepiej wypadła nawet Anne Heche w kiepskim remake'u Psychozy z roku 1998. Ale to drobiazg. Jest ich jeszcze kilka, ale nie przysłaniają mi ogólnego dobrego wrażenia, którym chciałbym wszystkich zarazić. Jak mawiał nasz dzisiejszy główny bohater: Film jest wtedy dobry, gdy jest wart pieniędzy za kolację w restauracji, dwa bilety do kina i opiekunkę do dziecka. Odpowiadam zatem z całą stanowczością, że Hitchcock jest tego wart. Plus szklanki Daniels’a z lodem.
Psycho Dad is back.

4/6

IMDb: 7,0
Filmweb: 7,1


czwartek, 21 lutego 2013

Odtrutka na Oscary

Tabu
reż. Miguel Gomes, POR, BRA, FRA, 2012
119 min. Aurora Films
Polska premiera: 1.03.2013
Dramat, Melodramat




W miniony weekend skończyło się Berlinale. Ktoś zauważył? Złotego Niedźwiedzia zdobył film, o którym nic wcześniej nie słyszałem. Srebrnego zresztą też. O pozostałych kategoriach i wyróżnieniach nawet nie pomnę. Prawie obce mi nazwiska, niewiele mówiące tytuły, no wyższa matematyka. Jak na kinofila przystało (wcale do tego miana nie aspiruję, ktoś mi tą kartkę zwyczajnie przykleił na plecach), powinienem się tej wstydliwej niewiedzy zapewne wstydzić, ale osobiście uważam, że tak właśnie powinno się to odbywać. Każdy szanujący się fan filmowej rzeczywistości równoległej winien jarać się tym, że czegoś nie wie i jeszcze dotąd nie widział. Ta niewiedza jest naszym największym skarbem i atutem zarazem. Powinniśmy się cieszyć z tego, że jest jeszcze co odkrywać w kinie, oraz, że istnieje coś, co ciągle potrafi nas zaskoczyć i zmasakrować na dwóch metrach kwadratowych kinowego fotela. Na tym właśnie chciałbym, aby polegały role filmowych festiwali. Nie na nagradzaniu wielkich, już do cna przetrawionych przez publikę, lecz na wyznaczaniu nowych standardów i jakości w świecie uwięzionym na taśmie filmowej. Idziesz do festiwalowego kina i nie oglądasz zeszłorocznego komercyjnego hitu pod który spuszczają się miliony, tylko dostajesz po mordzie zupełnie czymś nowym i świeżym, co w dodatku oraz w ogromnej większości, nigdzie indziej i nigdy później nie zostanie już na wielkim ekranie wyemitowane. Zwłaszcza u nas.

To trochę jak z kinem objazdowym, u nas popularnym zwłaszcza w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Przyjeżdżają do wioski, wyświetlają jeden seans i jadą dalej. Może wrócą w przyszłym roku, ale pewnikiem już z innym tytułem. Większość mieszkańców nigdy później już tego filmu nie obejrzy, no bo przecież nie mają u siebie kina. Dziś tą misję przejęły festiwale filmowe. Seans dla wybranych i szczęśliwców trochę innych niż w multipleksowym świecie masowej dystrybucji biletów. Kilkadziesiąt, sto, dwieście osób na sali, a Ty jesteś jednym z nich. Miliony ludzi tkwi wokół w domach bez bladego pojęcia, że oto właśnie ta garstka szczęśliwców ogląda w tej chwili zupełnie nikomu szerzej nie znany tytuł. Kocham ten stan wyjątkowy. Alkohol, kino, ja. No dobra, z alko przesadziłem. Właśnie to powinno być nadrzędną rolą wszystkich tych festiwali, które aspirują do czegoś więcej niż tylko wyreżyserowanie flash mobu na czerwonym dywanie i stroszenie się celebrytów do błyskających fleszy aparatów. Święto kina powinno być organizowane dla ludzi, dla publiczności, dla nas, kurwa*, przecież to my sponsorujemy cały ten biznes. Dlatego chwała tym, którzy jeszcze się na tym ostrzeliwanym przez meteoryty świecie ostali i jakąś tam większą, bądź też mniejszą misję uskuteczniają.

Gdybym był szanującym się znawcą kina, który w dodatku domagałby się chwały w Internecie i poklasku w branży, musiałbym napisać elaborat o wszystkich nominowanych filmach w Berlinie, a o zwycięzcach spłodzić co najmniej rozprawkę naukową na szesnaście stron. No niemożliwa sprawa. Na szczęście nie jestem i nie chcę nim być. Szanuje mnie co najwyżej moja szanowna rodzicielka i może jeszcze z kilka życzliwych mi osób, które tu czasem zagląda. Tak więc nie muszę przesadnie się spinać i udawać, że pozjadałem wszystkie rozumy, wszystko wiem i klękajcie narody. Zwłaszcza te przeciwnej płci o obfitych biustach i jędrnych ustach. Acz, przyznaję, byłaby to dość miła perspektywa na spędzenie reszty mego chyba raczej zgorzkniałego już żywota. W chwale i z narodem kobiet na kolanach u mych stóp. W takich chwilach zwykle budzę się ze snu. Zawsze w najlepszym momencie. Choćby dziś, gdzie znów śniła mi się miłość mego życia. Kurwa*.

Zacząłem tak około festiwalowo i wynaturzeniowo, bo chyba nie dokończyłem myśli poruszonej w ostatniej recce, a przecież kłębiła się ona w mej głowie nadal. Poza tym, taki to okres. Kończy się Berlin, zaraz zacznie się szczytowanie pod Hollywood. A każdy powód, żeby wcisnąć szpilę Oscarom jest dobry i słuszny z moim wewnętrznym głosem bluzgającym na wszystko jak leci: Na ludzi, na świat, na złe dziwki ciągle się o mnie ocierające i na te nieszczęsne Oscary również. Im więcej wiosen na karku (a właśnie, gdzie ona jest do kurwy* nędzy?) tym bardziej nie znoszę tych nagród. Śledzę, czytam, mam swoje typy i zdanie, ciężko jest przecież zatopić się po nos w jeziorze celowej niewiedzy, ale nie lubię i to bardzo. Są kwintesencją wszystkiego, czego aktualnie w kinie unikam i co mnie odrzuca. Promują one bowiem bardziej tandetę i kicz, a nie wartości artystyczne, które w czasach z plastiku powinny stanowić duchową odskocznię od miałkiej i sztucznie podtrzymywanej przy życiu codzienności.

Dlatego właśnie bardziej kręcą mnie dziś festiwale, które pokazują oraz nagradzają przeważnie obce mi filmy, niż obdarowane złotem tytuły już dawno przetrawione przez mainstream, oraz ściągnięte w milionowych odsłonach z torrentów. Ok. Niech sobie egzystują. Każda branża musi mieć swój bal. Nie chcę ich przecież wszystkich przenosić do kosza, ale ta nachalność mnie drażni. A to przecież właśnie te mniej widowiskowe i spopularyzowane produkcje są dziś namiastką tej tajemnicy, którą uwielbialiśmy odkrywać w czasach naszego dzieciństwa. Do dziś pamiętam swoje pierwsze wizyty w kinie ze starszą siostrą, która z wielką niechęcią i jakby za karę czytała mi napisy do ucha. Byle durna komedia amerykańska była dla mnie oknem na magiczny świat. Fakt faktem, że były to czasy szare i nikczemne z socjalistycznego punktu widzenia, a wszystko co kapitalistyczne wydawało nam się wtedy odrealnione, malowane inną paletą kolorów, jakby nie z tego świata. Ale też przecież dzieckiem byłem, niewiele rozumiałem, kino więc było dla mnie kluczem do drzwi, do których w świecie rzeczywistym nie miałem nawet dostępu. Siedząc na skrzypiących fotelach starych kin mogliśmy bez strachu za nie zaglądać. Uwielbiałem to robić, bardzo. Dziś, te dwadzieścia kilka lat później, nadal szukam w kinie tych samych drzwi. Często znajduję, nie twierdzę, że nie, ale i one zmieniły dziś swój materializm. Są wykonane z grubej warstwy stali, a zamiast klucza, otwiera je czytnik kart, tudzież skaner rogówki. Nie mniej jednak świat za nimi ciągle bywa pociągający, tylko trzeba go ciągle szukać i przedzierać się przez gąszcz tandety wyrastającej nam ciągle przed twarzą.

Na szczęście nadal znajduję w kinie to co kręci mnie najbardziej. Muszę tylko unikać tłumów i zwykle poszukiwać w innych miejscach niż wszyscy, ale osobiście, bardzo lubię to robić. Nie tylko w kinie, ale i w życiu prywatnym, na co dzień. Trzeba mieć jakiegoś outsidera w sobie, potworny chaos, by narodzić tańczącą gwiazdę. Dlatego nie chcę już pisać o tych o Oscarach. Widziałem już wszystko co w nich w tym roku jest potencjalnie ciekawe. Ledwie kilkanaście procent z ich całościowego menu, co jest i tak niezłym wynikiem. Ale żeby zarywać dla nich nockę z niedzieli na poniedziałek? Toż to hard core tak mocny, jak oglądanie w całości orędzia do narodu naszego premiera. Znam o wiele ciekawsze zajęcia jakie można uskuteczniać w środku nocy, ale jako, że zaglądają tu także czasem osoby niepełnoletnie, to przez grzeczność i wrodzone poczucie moralności nie napiszę. Acz liczę na waszą domyślność i hmm... kłębiącą się głęboko w waszych wnętrzach niegrzeczność.

O tegorocznym Berlinale, z pozoru niewiele różniącym się od hollywoodzkiej wytwornej kolacji też dużo napisać nie potrafię, bo poza tym co można powszechnie przeczytać nic więcej nie wiem i wiedzieć nie mogę. I tam i tu gwiazdy z importu, czerwone dywany, ale jednak tytuły filmów zupełnie inne oraz absolutnie ze sobą nieporównywalne. O tych oscarowych mogą dziś pisać praktycznie wszyscy. Nawet totalni ignoranci i kinowi analfabeci, jak ja na ten przykład. Ale żeby już przeczytać coś o filmach nagradzanych w Cannes, w Sundance, czy w Karlovych Varach (uwielbiam tą nazwę, zwłaszcza te wary), to już trzeba być gdzieś na ą i ę etacie, a także liczyć na cud, że zwierzchnictwo wyśle cię zagranicę, wyposaży w akredytkę i da trochę diet na alko i dziwki śniadania i obiady. Chciałbym móc to robić, piszę bez wstydu i z dużą dozą śmiałości, ale niestety nie jestem szanowanym w świecie znawcą kina oraz, co chyba ważniejsze, nie lubię przebywać wśród ludzi. Przez to rzecz jasna nie mogę mieć dostępu do zagranicznych premierowych projekcji, a i w autobusach komunikacji miejskiej czuję się trochę nieswojo. Trudno. Może w następnym wcieleniu.


Tak więc pozostaje mi skupianie się na marginesie mainstreamu i nieprzesadnej niszowości, która czasem i do nas dociera, acz zwykle w niewielkich ilościach. Tak jak np. teraz. Oto właśnie za chwilę, za mniej więcej tydzień, do kin wchodzi nagrodzone rok temu za naszą zachodnią granicą Tabu, Miguela Gomesa, z którym to właśnie postanowiłem się zmierzyć, tak na przekór oscarowej gorączce. Prawdę mówiąc pieprzę Lincolna, Życie Pi i Zero Dark Thirty. Jeśli mam znów przechodzić podobne męczarnie jak podczas projekcji Argo, to dziękuję bardzo, już wolałbym czyścić kible na 30 piętrze pałacu kultury w Warszawie (żartuję, wolę jednak te kiepskie filmy). Polska premiera Tabu odbywa się już po roku, czyli całkiem nieźle jak na nasze rodzime standardy. Mojżeszowym cudem jest już sam fakt, że taki tytuł w ogóle wchodzi do naszych kin. Dzieje się tak chyba przez dominujące w naszym kraju wiatry zachodnie, które zdaje się przywiały znad Berlina oraz z pomocą sił natury i wbrew zdrowemu rozsądkowi tą dość ekscentryczną produkcję. Chwała więc w tym miejscu należy się polskiemu dystrybutorowi Aurora Films, za to, że się odważył i zaryzykował. A ryzyko jest dość duże, ponieważ tak na moje oko, to Tabu dysponuje wszystkimi cechami filmu, który na dzień dobry i w 98% przerasta swą ekspresją dość płytkie i mało wymagające gusta polskiej widowni. Nawet ja miałem problem z trawieniem, więc o czym ta mowa.

W zasadzie to nie chciałem o tym filmie tu pisać, bo po pierwsze primo, nie bardzo wiem w jakiej kolejności mam naciskać w te klawisze, by pozbyć się skumulowanych na jego temat myśli w mej głowie, a po drugie primo, niestety nie jest to chyba produkcja na tyle godna uwagi, by poświęcać jej aż cały jeden wieczór. Ale zrobię to, bo lubię pisać o filmach jak jest ciemno. Jakichkolwiek. Jest wtedy prawie jak w kinie. Poza tym sączę sobie przy tym łiskacza z lodem i delektuję się rozpływającymi się w tle ciemnego salonu muzycznymi stęknięciami, które skutecznie odcinają mnie od świata rzeczywistego aktualnie skrytego pod grubą pierzyną śniegu. Kurwa*, jak ja już mam go dość. I tej zimowej kurtki też. Najchętniej bym ją spalił i ogrzał się w blasku ogniska. No ale do rzeczy…

Tabu jest filmem przeznaczonym chyba najbardziej dla ekranowych masochistów, którzy cenią sobie wrażliwość na ludzkie, trochę ckliwe historie i uniesienia opowiedziane w sposób zupełnie nieszablonowy, w dodatku na przekór wszelkim filmowym standardom. Jest też czarno-biały, a to ponoć dla dzisiejszego kinomaniaka przeszkoda tak zaporowa, jak cena za błyszczący się zza szyby salonu najnowszy model BMW M3. Dla mnie to są jednak wartości dodatnie. Lubię taki format zapisu, nie zawsze, ale sympatyzuję. Świat widziany z tejże palety barw jest albo jasny, albo ciemny, albo jasno-ciemny. Nie ma niczego pośredniego, żadnych kolorowych przeszkadzajek, żadnego tła, drugiego planu i pięknych widoków utkanych z soczystej zieleni. Tą musisz sobie wyobrazić sam, dzięki czemu nieco bardziej aktywuje się mózg podczas seansu. Człowiek, by pokolorować w głowie ten świat po swojemu, zmuszony jest wyostrzyć własne zmysły. Całkiem fajna jest to zabawa, czasem można się tak pobawić bez większych strat moralnych oraz z zachowaniem estetycznego ordnungu, acz w tym konkretnym przypadku może być to trochę trudne, gdyż połowa filmu toczy się w teoretycznie bardzo kolorowej Afryce. Potraficie sobie wyobrazić ten kontynent w czerni i bieli? W XXI wieku? W dniu, kiedy Sony zapowiedziało premierę Playstation 4?

Oryginalność miłosnej opowieści, a bo chyba nie napisałem, że jest to film o nieszczęśliwej miłości chyba najbardziej, ale nie tylko, no więc oryginalność i innowacyjność Tabu polega właśnie na dość interesującym podziale nożem rzeźnickim na dwie mniej więcej równe i mało ze sobą zależne części. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie dysponując przed seansem praktycznie żadną wiedzą na temat tejże produkcji, takie rozwiązanie wydało mi się w trakcie oglądania nawet ciekawe i chyba jednak mało spotykane na wielkim ekranie. Najpierw więc obserwujemy losy trzech kobiet: Aurory, pani będącej już w podeszłym wieku, jej czarnoskórej opiekunki Santy, oraz ich sąsiadki, Pani Pilar. Owe trzy panie żyją sobie od tak w jednej kamienicy usytuowanej gdzieś w słonecznej Lizbonie. Najstarsza z pań, Aurora, jest bardzo ekscentryczna, chimeryczna i bardzo energiczna jak na swój wiek, w dodatku z widocznymi zaburzeniami wszelkiej maści oraz ze śladami demencji starczej. Poznajemy ją w chwili, gdy traci wszystkie pieniądze w kasynie. No bo kto bogatemu zabroni. Przez połowę filmu obserwujemy nasze szanowne panie, ich dysputy, oskarżenia, drobne kłótnie i momentami ciekawe dialogi, ale w sumie nie wiele się dzieje. Starsza, wyniosła pani raczej irytuje i w momencie (UWAGA, za chwilę gdzieś na świecie zginie mała foczka, znaczy się spoilery będą, sorry), kiedy zacząłem już godzić się z myślą, iż opowieść o naszych bohaterkach prowadzi donikąd i raczej nic z tego dobrego już nie będzie, starsza pani umiera, kończy się pewien rozdział i zaczyna drugi. A w nim, przenosimy się do Afryki dobre kilkadziesiąt lat wcześniej, gdy nasza panienka Aurora była niezwykle piękną kobietą (w dodatku z ładnymi cyckami – dopisek autora).

W dość oryginalny sposób, z pomocą lektora, trochę jakby w paradokumentalnym zamyśle, przechodzimy przez jej cały młodociany życiorys, miłosne uniesienia, zdrady, intrygi i ekscytujące przygody na tle dzikiej Afryki. Poznajemy ciągle nowych bohaterów, jej mężczyzn, ojca, męża i kochanka, pojawiają się nowe postacie, mamy więc w pewnym sensie do czynienia z zupełnie nowym filmem w filmie rozpoczynającym się w jego połowie. Osobiście drugą część opowieści o młodej pani Aurorze utkałbym już z żywych kolorów, tak, aby zachować wyrazistą dysproporcję i zaakcentować w ten sposób podział na witalną młodość, oraz schyłek żywota w asyście szarych odcieni samotności i choroby. No ale to nie ja jestem reżyserem, więc niech sam Gomes się teraz z tego tłumaczy. Nie mniej jednak miło się to ogląda. Jest to trochę nostalgiczne kino zmuszające do drobnych refleksji i własnych przemyśleń nad sporą częścią naszego życia, które poszło już z dymem i jest daleko za nami. Na łożu śmierci, wiele lat później potrafi jednak do nas powrócić i uronić nie jedną łezkę. Cóż, będziemy to sami przerabiać za lat ileś. Oby nie prędko.

Nie bardzo wiem jak sklasyfikować tą opowieść, nawet nie wiem do końca, czy ten film finalnie mi się spodobał. Momentami jest dość interesujący, na pewno oryginalny, z pewnością inny niż większość, głównie ze względu na niecodzienną narrację, ale przy tym jakoś specjalnie nie wciąga. Przynajmniej mnie, tak z męskiego punktu widzenia patrząc. Ale myślę, że kobiety Tabu będzie w stanie poruszyć. Być może nawet te o skamieniałych sercach. W końcu to taki niby klasyczny i encyklopedyczny melodramat, który został tylko opowiedziany w dość ekscentryczny sposób. Co prawda nie da się go porównać z typowo hollywoodzkimi wyciskaczami łez, ale jako odskocznia od komercyjnych i ckliwych historyjek z pewnością się nada. W sam raz jako odtrutka na Oscary.

Także tego. Znowu więcej literek o bzdurach zamiast o samym filmie, w końcu po to tu zaglądacie. Ale taki to czas jakiś dziwny nastał w mym życiu. Ciągle tłumaczę to sobie tym, że to przez tą Syberię za oknem. Zrobi się ciepło, to zamiast siedzieć ze szklanką w dłoni i stukać tak bez sensu w tą klawiaturę, będę buszował po swoich lasach na rowerze i penetrował matkę naturę. Wszyscy sobie wtedy odpoczniemy. Ja od stękania do laptopa, a wy ode mnie. Tabu. Solidny film. Polecam.

----------

* Przepraszam za te ciągle powtarzające się „kurwa” w tym tekście, ale cholera jasna, uwielbiam to mięso. To najbardziej szczere i prawdziwe słowo pod słońcem. Kto go nie używa na co dzień – nie żyje. Nie wstydzę się go. Będę dalej nadużywał, przynajmniej do czasu, kiedy Google nie zacznie go cenzurować. Poza tym, dziś obchodzimy Dzień języka ojczystego i co jak co, ale "kurwa" jest najpiękniejszym z polskich słów jakim można uczcić owe wzniosłe wydarzenie. Oprócz "cycków" rzecz jasna.

4/6

IMDb: 7,4
Filmweb: 6,3