niedziela, 25 kwietnia 2010

Wyspa podobieństw

Wyspa tajemnic
reż. Martin Scorsese, USA, 2010
138 min. United International Pictures


Nie mam ostatnio weny. Nie mam też specjalnie chęci. W ogóle to mało ostatnio oglądam. A tragiczne wydarzenia z przed dwóch tygodni, mocno zniechęciły mnie do obcowania z ekranem tv. Zmęczenie psychiczne owymi wydarzeniami oraz w konsekwencji utworzoną papkę w mózgu, starałem się wyleczyć przede wszystkim odcinając się od wszelkich dopływów informacji. Od najbardziej irytujących mnie źródeł przekazu, oraz od ludzi i ich szalonych teorii, a także niesmacznych opinii na temat tych wszystkich przykrych wydarzeń. No ale już najwyższy czas by powrócić na właściwe (filmowe) tory. Do odreagowania wybrałem film, którym podniecał się (i pewnie nadal to robi) ogrom moich znajomych. To oczywiście już na dzień dobry zwiastowało klęskę w odbiorze. No ale w sumie to czemu i tym razem miało by to się potwierdzić?

Poczciwy i już lekko zdziadziały Martin Scorsese jest ostatnio bardzo aktywny za kamerą. Zupełnie jak za swych najlepszych lat. Oczywiście chwała mu za to i oby mógł jak najdłużej (robić filmy oczywiście). Niestety niezupełnie przekłada się to na jakość jego produkcji. Mały wyjątek stanowi niezła Infiltracja sprzed czterech lat, ale poza tym, to od 1995 roku (Kasyno) nie nakręcił niczego genialnego, lub choćby po prostu świetnego. Oczywiście zaraz ktoś krzyknie „A Aviator? A Gangi Nowego Yorku?”. Krzyknąć zawsze można, ale ja na ten krzyk pozostaję głuchy.

Wyspa tajemnic z początku nie wzbudziła we mnie jakiegoś większego zainteresowania, ale wysokie oceny filmu kazały mi się jej przyjrzeć nieco uważniej. To już czwarty film Scorsese w którym główną rolę gra jego stara/nowa muza - Leonardo Titanic DiCaprio. Widać De Niro jest już zwyczajnie za stary na filmy akcji i sensacje. Coraz częściej więc gra w głupich komediach, nie rzadko romantycznych (niestety). No ale wracając do DiCaprio. Jest to jeden z tych aktorów, do którego nadal nie potrafię się przekonać i to bez względu na to co akuratnie gra. Mimo że jest ode mnie 4 lata starszy, to w mej podświadomości nadal spoczywa gdzieś na dnie oceanu i we wraku Titanica ugania się z młodzieńczą werwą za babcią Winslet. Nie potrafię wyzbyć się tej przyczepionej mu trzynaście lat temu łatki przystojnego dzieciaka. Może za kolejne lat naście, kiedy już siwe włosy i zmarszczki przysłonią ten jego słodki wizerunek, może wtedy wreszcie zaakceptuję, a nawet i go polubię.

Nie mniej jednak po przeczytaniu opisu i pierwszych recenzji, byłem ciekaw jak poradzi sobie w roli twardego i błyskotliwego Szeryfa Federalnego Teddy'ego. No i cóż. Może i sobie radzi, na pewno się stara. Z pewnością też jest świetnym aktorem. Ale nadal mnie nie przekonuje. Jak pisałem wyżej, ciągle pozostaję do niego uprzedzony i to pomimo tego, że jego buźka w tym filmie wcale nie była już taka słodka. Na szczęście prywatny odbiór tej postaci nie był dla mnie aż tak istotny, gdyż, po pierwsze – akcja i klimat filmu skutecznie odwracały od niego uwagę, a po drugie – na wyspie było też wiele innych świetnie sobie radzących postaci, także tych z dalszych planów.

No właśnie. Odnośnie klimatu, bowiem o fabule rozpisywać się nie zamierzam. I tak każdy wie o co kaman. Tak jak zapowiadano i opisywano, również i ja dostrzegłem pewne analogie do różnych kultowych produkcji i innych reżyserów. Nie wiem czy to celowa zagrywka Scorsese, czy może tylko zupełny przypadek. Trzeba też wziąć pod uwagę, iż scenariusz wyszedł z pod pióra autora powieści - Dennisa Lehane'a, tak więc Scorsese mógł nie mieć na to wielkiego wpływu. Bardzo też możliwe, że to tylko ja niepotrzebnie szukałem na siłę podobieństw których formalnie wcale tu nie ma. Cokolwiek było tego przyczyną, i tak spostrzegłem nawiązania do, bądź co bądź – kultu.

Po pierwsze Alfred Hitchcock. Z nim kojarzyły mi się przede wszystkim lata 50te. Intrygująca zagadka kryminalna, powtarzająca się niepewność i zaniepokojenie nawet w bardzo prostych i klarownych sytuacjach. A także trochę oldskoolowa adrenalinka tu i ówdzie właśnie w stylu wielkiego mistrza. Po drugie David Lynch. Jego rękę dostrzegłem w nieco szalonych i surrealistycznych wizjach sennych oraz omamach Szeryfa Teddy'ego. Aczkolwiek trzeba uczciwie przyznać, że gdyby naprawdę sam Lynch wziął się za ich produkcję, to obserwowalibyśmy je oczami zakrytymi dłońmi z ciągle powiększającą się dziurą w głowie. Zagadkowy bohater i rezydent wyspy - Dr Cawley, także przypominał mi trochę charakterystycznych bohaterów z filmów Lyncha. W końcu sam Stanley Kubrick, a raczej porównanie jego kultowego Lśnienia do Wyspy Tajemnic. W Lśnieniu za wyspę na morzu robił opuszczony wielki hotel otoczony morzem śniegu. A to co działo się pod jego dachem miało bezpośrednie przełożenie na rozwój szaleństwa jaki zapanował w głowach głównych bohaterów obu produkcji.

No i wszystko fajnie. Jak już czerpać wzorce, to z pewnością od najlepszych. Ale gdy w trakcie oglądania filmu starałem się dostrzec kolejne analogie do innych wielkich kina, w pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, że w tym wszystkim najmniej jest właśnie samego Scorsese. Z początku uznałem to za wielką wadę filmu. Ale pisząc teraz ów słowa, patrzę na to już z trochę innej perspektywy. Jeśli oglądając z pozoru średni film, dostrzegamy w nim elementy wielkiego kina i wielkich kina, dzięki czemu średni film staje się filmem znaczącym, to z całą pewnością osobą dzięki której ten błyskotliwy awans zawdzięcza.... jest sam reżyser.

Całość broni się świetnie poza klimatem, także dzięki solidnej produkcji. Tu akurat Scorsese trzyma poziom od lat (no właśnie, może tu należy szukać stylu reżysera?). Mocną stroną filmu jest także jego dualizm w interpretacji. Mimo że w zasadzie na końcu powiedziano widzowi wszystko tak jak formalnie było, lub być powinno, to jednak pewne niedopowiedzenia, elementy, szczegóły i znaki, nękają nasze szare komórki i prowokują je do dokonania głębszej analizy. „Czy aby na pewno był wariatem?”, „A może jednak było na odwrót?”. To oczywiście skłania do myślenia zaraz po końcowych napisach. Choćby tylko przez moment, to i tak sukces. Podobało mi się także to, że mimo iż dość szybko przewidziałem zakończenie, to z przyjemnością oglądałem w skupieniu dalszy rozwój wypadków. I mimo wielu braków, oraz pewnej naiwności i nadal irytującej mnie chłopięcej twarzy DiCaprio, film muszę uznać za całkiem udany. Obawiam się jednak, że Martin Scorsese nie zdąży mnie już uraczyć niczym ponadprzeciętnym. No ale próbuj dalej dziadku.

4/6


niedziela, 28 marca 2010

Człowiek z plastiku

Liban
reż. Samuel Maoz, ISR, FRA, LIB, GER 2009
93 min. AP Manana


Człowiek jest ze stali. Czołg, to tylko kupa żelastwa. Takie hasło wita wszystkich nowo przybyłych do wnętrza Nosorożca - czołgu armii izraelskiej. Świeżo po obejrzeniu filmu, mam jednak nieco inny pogląd na ów motto panów czołgistów. O ile jeszcze jestem w stanie zgodzić się ze stwierdzeniem, że czołg to faktycznie tylko kupa żelastwa, o tyle przedstawiona w filmie męska załoga, to zwykłe siusiumajtki, tylko przypadkowo odziani w mundur żołnierza.

Wojna jako tło, stanowi od lat wdzięczne pole do popisu dla wielu twórców filmowych. Niczym płótno postawione na sztaludze, chłonie każdy nabazgrany farbą akt malarza. Pozostając jeszcze przez chwilę w tym porównaniu, można by rzec, że o wojnie namalowano jak dotąd już praktycznie wszystko. Były filmy typowo antywojenne, demaskujące kłamstwa, manipulację i głupotę rządzących. A także podkreślające okropieństwa, przemoc i łamanie wszelkich standardów moralnych. Powstały też liczne dogłębne psychoanalizy ludzkich możliwości i słabości. W końcu, nakręcono też filmy gloryfikujące dane wydarzenia historyczne, wielkie bitwy, patriotyczne postawy i przegrane wojny.

Ciężko jest więc w dzisiejszych czasach stworzyć dość oryginalne kino wojenne, które zaproponowało by widzowi coś z czym dotąd jeszcze nie miał do czynienia. Jednak reżyserzy rodem z Izraela, w ostatnich latach mocno zaskakują i przedstawiają ich rodzime konflikty zbrojne ukazane z punktu widzenia swoich doświadczeń oraz w oparciu o oryginalne źródło ekspresji. Tak było choćby w przypadku głośnego Walcu z Bashirem, gdzie reżyser Ari Folman, uczestnik pierwszej wojny w Libanie, przedstawił swoją wizję tamtych wydarzeń i to co pozostawiły one w jego głowie. A wszystko ukazane za pomocą surrealistycznej animacji.

Samuel Maoz, uczestnik tej samej wojny, podobnie jak Folman postanowił opowiedzieć całemu światu o wydarzeniach tamtych lat. O krwawej misji Pokój dla Galilei, w której jako dwudziestoletni młody żołnierz został postrzelony. I tak jak Folman, zapragnął sięgnąć po oryginalne źródło przekazu. Wsadził więc kamerę do wnętrza czołgu i towarzysząc jego załodze, pokazał pierwsze dni wojny w Libanie z punktu widzenia młodych żołnierzy zamkniętych w ciasnej metalowej puszce.

No i nie powiem. Połknąłem haczyk. Zresztą nie byłem w tym osamotniony. To samo zrobiło jury weneckiego festiwalu, przyznając Libanowi nagrodę za najlepszy film ubiegłego roku. Na pierwszy rzut oka – jak najbardziej słusznie. Po obejrzeniu i głębszym przeanalizowaniu... już jakby niekoniecznie.

Przez cały film jesteśmy skazani na towarzystwo załogi czołgu, która (przynajmniej mnie) z każdą minutą coraz bardziej irytowała. Nie wiem czy to celowe zagranie reżysera, który specjalnie obsadził Nosorożca niedoświadczoną i nieodpowiedzialną młodą załogą, być może w celu udowodnienia, że do wojny trzeba po prostu dorosnąć. A być może chciał za pomocą ich zachowania i wewnętrznych relacji pokazać jakie wojna robi spustoszenie w ludzkich umysłach. Co by to jednak nie było, załoga czołgu dostarczyła armii izraelskiej raczej powodów do wstydu.

Dowódca Assi, to miernota która nie potrafi zapanować nad własną załogą. Nie umie podjąć prawie żadnej decyzji, ani nawet spojrzeć w twarz swojemu bezpośredniemu przełożonemu. Nowy ogniowy, Shmulik, jak się okazuje, dotąd strzelał tylko do puszek i zawodzi już podczas pierwszej niegroźnej akcji. W dodatku jest zboczusiem szczycącym się zaliczeniem swojej nauczycielki, która próbowała pocieszyć go po śmierci jego ojca. Kierowca Yigal nie potrafi odpalić czołgu, a ładowniczy Hertz to niezrównoważony emocjonalnie i kłótliwy młokos. Taka oto załoga dokonuje pierwszej nocnej inwazji na Liban. Urocze.

Samych operacji czysto wojennych widzimy stosunkowo nie wiele. Pewne jej wycinki i fragmenty pokazane są widzowi za pomocą czołgowego celownika, czy szperacza z noktowizorem. Wraz z załogą Nosorożca skazani jesteśmy na informacje dostarczane do wnętrza czołgu przez dowódcę dywizji drogą radiową, oraz na naszą wyobraźnię. To potęguje strach i niemoc oraz podkręca klimat, ale przede wszystkim budzi klaustrofobiczne lęki. Z ekranu uderza w nas odrażający smród i pot roznoszące się po wnętrzu czołgu. Tym bardziej więc, w takich ekstremalnych warunkach załoga powinna być „ze stali”.

Widoki jakie docierają do nas z zewnątrz, niestety (choć jest to z pewnością jak najbardziej celowe zagranie) mimo ich uroku, bezpośredniości i wymownej prostoty, są zbyt wyolbrzymione, zbyt dosłowne i zbyt nachalne. Śmierć niewinnych ludzi, małego dziecka, a w konsekwencji dramat brutalnie obdartej z matczynej łaski kobiety, czy nawet zwykłe spojrzenie w oczy smutnemu starcowi, oraz głowa konającego osła (a może to był koń?), który odchodząc z tego świata zdążył jeszcze uronić łzę. Dużo symboli, ale to wszystko jest dla mnie zbyt oczywiste i zbyt płytkie. Klasyczne zestawienie piękna i harmonii, z okropieństwami wojny i nierozłączną z nią śmiercią. Mało odkrywcze, choć jakoś specjalnie nie irytuje, a wręcz jest to przeze mnie zupełnie zrozumiałe. Nie mniej jednak oczekiwałem jakiejś głębszej analizy.

No więc cóż... Mimo oryginalnego środka przekazu, Maozowi chyba nie do końca udała się sztuka jakiej dokonał wcześniej Folman. Doskonale rozumiem co chciał mi powiedzieć i przed czym ostrzec, ale zabrakło siły przebicia. Może gdyby nie próbował tak jednoznacznie osądzać wojny, oraz izraelskiej ofensywy (niestety tylko pozornie) i gdyby skompletował inną ekipę Nosorożca, to mój odbiór jego wizji wojny w Libanie byłby bardziej wdzięczny. Mimo wszystko Maoz ma tą przewagę, iż w przeciwieństwie do mnie, brał udział w tym konflikcie. Zatem jego ekspresja musi być przeze mnie uszanowana. I jest. Ale jak dla mnie, to tym filmem udowodnił tylko tyle, że człowiek wcale nie jest ze stali... lecz z plastiku.

3/6