piątek, 27 marca 2009

Jego wysokość przypadek

Na krawędzi nieba
reż. Fatih Akin, TUR, GER, 2007
122 min. Kino Świat


Turcja ostatnio jest na fali wznoszącej. Po smacznej konsumpcji "Trzech małp", sięgnąłem po inne, trochę wcześniejsze, ale też i głośniejsze tureckie dzieło. No... może nie do końca tureckie, bo i Niemcy dołożyli doń garść eurasków, no ale można przyjąć iż sama myśl jest turecka. "Na krawędzi nieba" został bardzo doceniony przez krytyków i publiczność na niemal całym starym kontynencie. Z punktu widzenia Cannes, jest to najlepszy scenariusz w kinowym roku 2007. A z perspektywy Berlina, nawet i najlepszy film roku.

Fatih Akin to niby turek, ale jednak urodzony i wychowany w Hamburgu. W 2004 roku nakręcił głośny i najlepszy wtedy w Europie - "Głową w mur". Nazwisko w branży ma więc już wyrobione, a i poprzeczkę zawieszoną bardzo wysoko.

Dla odmiany zacznę od tego co powinno teoretyczne znaleźć się na samym końcu. Mianowicie od razu powiem, że film jest po prostu wspaniały. Akin poraził mnie swoją żonglerką wątkami, którą to wykonuje po mistrzowsku. Także przeplataniem ze sobą fabuły, oraz przemyślanie ukształtowanym i wzorowym przedstawieniem losów swoich bohaterów. Bardzo wyrazistych i szczerych. A jest ich paru.

I tak w pierwszej odsłonie filmu mamy do czynienia z samotnym tureckim emerytem Ali, który to próbując tknąć w swoje zgorzkniałe życie odrobinę radości, namawia prostytutkę Yeter do wspólnego zamieszkania i służenia mu za nie małe pieniądze. Do ich ułożonego w ten sposób prowizorycznego życia dołącza z czasem syn Aliegio - Neyat. Dochodzi jednak do tragedii. Pierwszej, lecz nie ostatniej w tym filmie. W wyniku kłótni z Alim, Yeter umiera. A jej oprawca trafia za kratki. Neyat postanawia odnaleźć córkę Yeter - Ayten, która żyje w Turcji nieświadoma prawdziwej profesji swojej matki. Lecz w wyniku swojej nielegalnej działalności anarchistycznej, ta zmuszona jest do nielegalnej ucieczki do Niemiec, gdzie postanawia przy okazji odnaleźć swoją matkę. Skomplikowane? To dopiero początek.

Zatem drogi naszych bohaterów zaczynają się powoli ze sobą krzyżować, a ich losem zaczyna sterować jego wysokość przypadek. Wszystko zaczyna kręcić się coraz szybciej, a do naszych wyselekcjonowanych i polubionych już dotąd bohaterów, dołączają równie charakterystyczni jak oni, nowi. Poznajemy zatem przypadkowo zapoznaną w Niemczech nową przyjaciółkę Ayten - Lotte, a po chwili i jej matkę. Urzekająca i jakże wymowna jest scena ich poznania. Gdyby Ayten poprosiła o pieniądze kogoś innego z setek przewijających się na uczelni osób, to Lotte może nie skończyłaby swojego żywota w tak tragiczny sposób, a jej zrozpaczona matka koniec końców nie trafiłaby do Istanbułu z nadzieją na jej odnalezienie.

Akin wręcz z chirurgiczną precyzją steruje naszymi emocjami. Ukazując groteskę i demaskując definicję przeznaczenia, uświadamia nam jak bardzo wiele zależy w naszym życiu od podejmowanych w danej chwili decyzji. Jakichkolwiek. Złych czy dobrych, zawsze pociąga to za sobą cały szereg konsekwencji. Jednocześnie ogłasza wszem i wobec, że to czego poszukujemy zawsze znajduje się na wyciągnięcie naszej ręki. Tylko niestety często nie potrafimy się po to schylić. Nasze życie z kolei, oraz chęć jego okiełznania, często prowokuje do działania śmierć, którą to Akin zdegradował w swojej opowieści niemal do taniego banału.

Chylę zatem czoła przed jury festiwalu w Cannes. Scenariusz, również stworzony przez mistrza Akina, zdecydowanie zasługuje na tak wielkie wyróżnienie. To zdecydowanie najmocniejsza strona tej produkcji. Ale nie tylko. "Na krawędzi nieba" to dzieło kompletne. Nie sposób mi znaleźć choć jednego mankamentu w sposobie jego ekspresji, a serio próbowałem. Kapitalnie pokazana jest również wielokulturowość tła w którym toczy się nasza historia. Jej granica i pomost je łączące. Nowoczesne i europejskie Niemcy, kontra trochę obca i głośna muzułmańska Turcja. To tylko dodaje przesłaniom Akina szczypty realności. Bowiem to o czym nam mówi, dzieje się wszędzie. Zasady dla każdego są identyczne, a kręte uliczki naszego życia zawsze prowadzą do jednego celu. Piękny film. Prawdziwy i przekonujący. I co ważne, nie stawia na końcu kropki nad i. Tą tradycyjnie trzeba postawić po seansie samemu.

5/6

sobota, 21 marca 2009

Taplanie się w grzechu

Trzy małpy
reż. Nuri Bilge Ceylan, TUR, FRA, ITA, 2008
109 min. Gutek Film


Rzuciłem okiem zupełnie przypadkiem. W poszukiwaniu inspiracji wygrzebałem ten dość intrygujący tytuł na stronach Gutka. Ceylan to turecki reżyser młodego pokolenia. Zasłynął filmem "Klimaty". W pewnych kręgach okrzyknięty został nawet mianem nowego Bergmana. To wielki zaszczyt, ale też ogromna odpowiedzialność i spore oczekiwania. I właśnie z tego tytułu, oraz z powodu obdarowania "Trzech małp" Złotą Palmą w Cannes (2008 - najlepszy reżyser), postanowiłem rzucić okiem na jego najnowszą produkcję.

Faktycznie. W "Trzech małpach" również da się dostrzec Bergmanowskie naleciałości. Film naszpikowany jest emocjami. Wielkie dłużyzny, mało tekstu, skupienie Ceylana na twarzach bohaterów. Z pewnością nie każdemu to się spodoba. Mnie jednak tego typu narracja przypadła do gustu.

Film opowiada o losach trzyosobowej rodziny żyjącej gdzieś w bloku na obrzeżach Stambułu. Jednak już od samego początku naszego zetknięcia się z nimi, cała trójka rozpoczyna podróż w odosobnienie w którym rządzić będzie zakłamanie i strach. Mąż - ojciec, zgadza się odsiedzieć wyrok w więzieniu zamiast jego szefa. Ten w zamian obiecuje zaopiekować się jego rodziną. Robi to jednak zbyt dosłownie. Żona - matka, zatraca się w zupełnie bezsensownym związku z ich nowym opiekunem. Trzecia małpa - syn, borykający się z problemem samookreślenia odkrywa ów związek i rozpoczyna proces trawienia.

Ceylan nie feruje żadnych wyroków, tylko nakazuje przyglądać się trójce naszych bohaterów. Skupia się na ich relacjach, poczuciu skrzywdzenia oraz licznych niedopowiedzeniach. Gdy z więzienia wychodzi głowa rodziny, sytuacja rzecz jasna jeszcze bardziej się komplikuje. Powoli na jaw wychodzą wszystkie kłamstwa, które odgrzebują przy okazji również inne, stare i tylko pozornie wyleczone rany. Jedna odsłonięta tajemnica prowokuje do ekshibicjonizmu następnej... i następnej.

Z pozoru więc sytuacja wydaje się być beznadziejna. Logika nakazuje, aby związek niewiernej i zagubionej żony ze swoim zrozpaczonym i oszukanym mężem nie miał prawa dalej funkcjonować w podobnym układzie. Jednak cała trójka wybiera inną drogę. Zamykając się w sobie wraz ze swoimi cierpieniami, próbują nie dostrzegać swoich, oraz ich najbliższych grzechów. Trzy małpy żyją dalej tłumiąc w sobie wściekłość, smutek i żal. Ceylan udowadnia nam tym samym, że to droga donikąd. Że prędzej czy później i tak dochodzi do tragedii. Człowiek nie może zbyt długo funkcjonować w tak przyjętej i bardzo niewygodnej pozie.

Faktycznie. Tak też czyni. Dochodzi do tragedii. Jedna z trzech małp zabija czwartą najważniejsza osobę w tym filmie, od której to wszystko się zaczęło. "Wyrywa chwasta" licząc na to, że pozbywając się sprawcy całego zamieszania, wszystko wróci do normy. Niestety tak się nie dzieje. Sytuacja całej trójki jeszcze bardziej się komplikuje.

Tylko otrzeźwienie umysłów. Ich emocjonalne wynaturzenie. A także akceptacja swoich wad i chęć odkupienia win przywraca im względną normalność. Jednak nasi bohaterowie muszą pokonać bardzo długą i wyboistą drogę aby się o tym przekonać. Widz z kolei musi wykazać się ogromnym skupieniem i cierpliwością dla nauk Ceylana. Całą historię opowiada nam w bardzo nieśpiesznym tempie. W dodatku ubierając ją w piękne zdjęcia, prowokuje nas do wejścia w świat trzech małp i poczucia na własnej skórze ich oddechu oraz pełnego emocji dotyku. W pewnym stopniu to mu się udaje. Jednak w całym swoim postanowieniu chyba jednak za bardzo skupia się na detalach, na próbie zobrazowania duszności pomieszczeń i ciężkości czarnych chmur. Nie prosi nas byśmy zrozumieli trzech małp, tylko nam o nich opowiada. Trudny to film. Z pewnością nie dla każdego. Ale nazwisko Ceylana z pewnością należy zapamiętać. Na pewno obejrzę jego następny film.

4/6