poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Starość też radość

Obdarowani
reż. Marc Webb, USA, 2017
101 min. Imperial - Cinepix
Polska premiera: 18.08.2017
Dramat


Starzeję się. Tzn. to jest już niezaprzeczalny fakt i doskonale wiem, że proces przeprowadzenia się z nocnych parkietów do domowych kapci dawno już się u mnie rozpoczął, to jednak nadal jest to dla mnie trudne do zaakceptowania i stanowi pewnego rodzaju egzotyczną nowość. Ciało i umysł jak na swój wiek trzymają się całkiem nieźle i zdecydowanie bliżej im do tańca niż do różańca, ale tak, starzeję się. Tak mówią liczby oraz coraz dłuższe i bardziej męczące kace z rodziny gigantów. Twierdzi tak też nawet kino do którego mniej już ostatnio zaglądam (acz jak co roku zwalam to na letni repertuar) i filmy jakie oglądam. O moim starczym zgorzknieniu świadczy nawet to, że coraz bardziej nie chce mi się już tutaj więcej pisać i posłałbym tą całą zabawę w mało poważne blogowanie do wora, a wór do jeziora. Ale już takim ostatecznym potwierdzeniem moich starczych demencji, taką kropką nad i w kształcie laski jest fakt, że jestem pod wrażeniem Obdarowanych w reż. Marca Webba (m.i.n. 500 Days of Summer). Ba, postanowiłem nawet o tym napisać reckę i to w okresie wakacyjnym, w którym zwykle zamiast na durnym pisaniu skupiam się głównie na grzaniu w słońcu swoich niemłodych już kości. Starość, ty dziwko.

Dlaczego jest to takie dziwne, a przynajmniej powinno? A to dlatego, gdyż ponieważ, jest to film, którego konstrukcja odrysowana jest od starej jak ja kino kalki stworzonej z tanich i prostych emocji, przewidywalnej fabuły oraz przeciągniętej przez maszynkę do wyciskania łez, taką samą, którą można zaobserwować w wenezuelskich telewizyjnych tasiemcach, tudzież w ckliwych historyjkach drukowanych w Chwili dla Ciebie. Takie to trochę babskie kino doprawione sosem familijnym, w sam raz do kominka, bujanego fotela i medykamentów na suchość w gardle, odwodnienie, zgagę, katary (mokry, suchy i nieokreślony), nerwobóle, stawy, artretyzm i kolkę wątrobową. Doskonały towarzysz długich jesiennych wieczorów spędzonych na świetlicy w domu seniora Tęczowe Wzgórze. Wyobraźcie więc sobie, że w tym starczym tyglu i na tym bujanym fotelu siedzę ja, cały na biało, nagle wstaję i zaczynam klaskać.

Tak właśnie trochę się czuję dzieląc się teraz z wami moimi spostrzeżeniami na temat filmu dla mentalnych seniorów. Nieco niezręcznie, ale cholera, tak jest uczciwie. Podobał mi się. Serio. Fajnie się to oglądało. Pomijając już wyhodowane przez mą postępującą starość instynkty, to Obdarowani zawierają w sobie któryś z owoców z talerza pełnego potraw „magii kina”. Może i ten najczęściej stosowany i oklepany, najbardziej banalny, ale do diaska, co z tego? Jest smaczny. A jak coś mi smakuje, to wpierdalam aż mi się uszy trzęsą. Kucharz się postarał, wystrój restauracji też spoko, wszystko jest świeże i smaczne, a kelnerce zostawiłem nawet spory napiwek, wszyscy są więc zadowoleni. Interes się kręci.


Historia Obdarowanych ma w sobie coś z... Manchester by the Sea. Wiem. Właśnie w tym momencie spadają w domach ciężkie przedmioty z półek, wybuchają dawno nieczynne już wulkany, ślepcy odzyskują wzrok, a pandy w tokijskim ZOO nagle wykrzykują ludzkim głosem: Co on pierdoli?! Jak to Manchester by the Sea? Ten kapitalny film, być może nawet najlepszy produkt tego półrocza z zajebistym Casey Affleckiem ma coś wspólnego z jakimiś tam Obdarowanymi, które nikogo normalnego (poza mną) nie obchodzą? Ano ma. Niedosłownie rzecz jasna, bo to mimo wszystko nieco inna kategoria wagowa, ale boks jest zawsze boksem i w ryj dać można dać. Ja dostałem centralnie prawym sierpowym w nos i byłem nawet liczony. Co prawda szybko wstałem, ale przez chwilę musiałem wąchać stopy przeciwnika. Podobieństwa zaczynają się i w sumie także od razu kończą na cieplarnianej konstrukcji fabularnej i na takiej hmm... czysto ludzkiej w swoim wymiarze dobroci, która pokonuje cierpienie przez techniczny nokaut, ale ta też wcale nie daje znów tak od razu za wygraną. Niby happy end, ale tak jakby nie do końca. Raczej osiągnięty w bólach remis ze wskazaniem, ale koniec końców widz i tak wychodzi z kina zadowolony. Nawet, jeśli robi to w pozycji horyzontalnej.

Głównym bohaterem jest Frank (Chris Evans). Siedzi w nim jakaś trauma i niespełnienie z przeszłości, które pozostawiły na nim swoje piętno. Walczy o coś z jego punktu widzenia ważnego i zarazem pięknego wokół czego kręci się ta dziwka miłość (mówiłem, że się starzeję). Wychowuje w pojedynkę młodocianą siostrzenicę Mary, córkę swojej zmarłej siostry, która jak się okazuje, jest matematycznym geniuszem. Relacje oraz więź emocjonalna jaka się przez te lata między nimi wytworzyły są, cóż, niebanalne i oryginalne, a nawet takie wiecie, przedstawione z jajem i humorem. Reżyser od razu daje do zrozumienia, że jest fajnie i wszyscy są szczęśliwi, definiuje też jasną stronę mocy i mówi co jest najważniejsze w życiu. Ale żeby nie było znów tak za słodko, dorzuca dla kontrastu babcię małej Mary (Lindsay Duncan), która, jak to zwykle widać z punktu widzenia starszych ludzi, myśli, ze jest mądrzejsza, wie lepiej i chce także lepiej wykorzystać geniusz wnuczki, by pchnąć ją w kierunku międzynarodowej kariery. W pewnym sensie samoistnie lokuje się tym samym na pozycji tego nieco ciemniejszego charakterku. Ale Webb, który lubi takie gierki umiejętnie prowadzi tą w sumie banalną opowieść i uczciwie przedstawia argumenty dwóch stron konfliktu pokazując plusy i minusy obu obozów trzymających władzę. A z plusami, wiadomo, chodzi o to, żeby nie przysłaniały nam minusów.


Tak więc jako widzowie odsłaniamy minusy, żeby dostrzec te plusy właśnie, a tym największym z nich wydaje się być młodziutka Mary (Mckenna Grace), która wprowadza do tej opowieści taki power i taki koloryt, że festiwal balonów w amerykańskim Albuquerque niech się lepiej nie wygłupia i od razu schowa do szafy. Prawdziwa petarda, szyk i elegancja, ale to w zasadzie żadne novum w amerykańskiej kinematografii, bowiem ich dzieciaki mają na koncie już tak wiele fenomenalnych ról, że właściwie sam się sobie dziwię, że się jeszcze czasem dziwię i na to łapię. Dziecko nie dziecko, rozliczyć je trzeba tak samo jak dorosłego aktora. Tym bardziej, że mimo ledwie jedenastu lat na karku, mała ma już zaliczone czternaście ról. CZTERNAŚCIE. Stary ekranowy wyjadacz a nie słodkie i niewinne dziecko. Niemniej zagrała bardzo naturalnie i z bożą iskierką, która nie powiem, gdzieś tam zapłonęła mi nawet w okolicach klatki piersiowej. Natomiast o wspomnianym już wyżej Chrisie Evansie można napisać tylko tyle i aż tyle, że był jak Casey Affleck w Mancheter by the Sea (wiem wiem, znowu, ale musiałem) przez co Tommy Lee Jones w Ściganym może iść już na zasłużoną emeryturę. Klasa. I to pomimo tego, że w zasadzie nie zrobił niczego wielkiego, ot, wystarczyła jedna dobrze dobrana mina, ale tak to już jest, że czasem wielkie rzeczy rodzą się w wodzie do kostek. Np. pstrągi. Jadłem ostatnio dobrego, to wiem.

Zatem Obdarowani na pierwszy rzut oka nie dają nam niczego więcej ponad ckliwość oraz chwilowe i przyjemne +24 stopni Celsjusza, które kojąco rozgrzewają serducha mentalnych i wiecznie zmarzniętych seniorów. Celowo wywołują rodzinną wojenkę o prawa do wychowania małego geniusza, by na jej tle zdefiniować wartości stare jak Clint Eastwood. Niemniej ciągle płynnie przelewają się one przez nasze aorty i pompują utlenioną krew do naszych serc. Na końcu zasadne staje się pytanie - Kariera, sława i pieniądze, czy może jednak normalne, lecz skromniejsze życie, huśtawki w parku, koleżanki i koledzy? Odpowiedź wydaje się prosta w każdym momencie trwania tego sporu, ale Webb uczciwie ukazuje dwie strony medalu, jednak z pominięciem zbytecznego czepialstwa i moralizatorstwa, dzięki czemu w ostateczności całą pulę i tak zgarniają widzowie. Świetny układ. Ciepłe, wzruszające, proste i nieskomplikowane kino. Napisałbym, że takie jak nasze lato, ale te występujące w naszej szerokości geograficznej znacznie trafniej zdefiniowałaby np. Annabelle. Narodziny zła.

I tak sobie myślę sącząc teraz wódkę z colą limonkową, że starość chyba jednak nie jest taka znów najgorsza. Przywraca nam instynkty wypalone i stłamszone przez wódę, dragi i dziki seks na plaży. Pewnie, że jest to fajne, ba, kto nie próbował ten nie wie że żyje, ale każdy, nawet najbardziej hardcorowy imprezowicz musi w końcu kiedyś odpocząć. Choćby przez chwilę. Polecam więc zrobić to przy najnowszym filmie Marca Webba.






IMDb: 7,7
Filmweb: 7,7



niedziela, 23 lipca 2017

Make War Great Again

Dunkierka
reż. Christopher Nolan, USA, HOL, FRA, GBR, 2017
106 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 21.07.2017
Dramat, Wojenny, Historyczny



Zacznę może od krótkiego zarysu historycznego. W maju 1940 roku niemieckie siły pancerne wspomagane przez Luftwaffe dokonywały miażdżącego Blitzkriegu w Europie Zachodniej. Przedzierając się przez Ardeny parły w oszałamiającym tempie ku kanałowi La Manche wbijając klin pomiędzy zaskoczone takim obrotem sprawy oddziały brytyjskie i zupełnie nieprzygotowane do obrony siły francuskie. Niemieckie natarcie zmusiło cały Brytyjski Korpus Ekspedycyjny do zawrócenia w kierunku morza, aż w końcu zepchnięty do defensywy zajął wąski skrawek lądu wokół Calais i Dunkierki skąd nie było już dalszej ucieczki. Ok. 330 tysięcy alianckich żołnierzy mając na plechach pędzących w ich kierunku nazistów a przed sobą tylko Cieśninę Kaletańską, stanęło w obliczu niechybnej śmierci lub niewoli. Z plaż francuskiej Dunkierki niemalże widać było ich upragniony dom, to przecież tylko 30-40 km do brzegów Dover, ale w Anglii nikt nawet nie łudził się, że uda się ocalić uwięziony na plaży Korpus. Nie było wystarczającej ilości okrętów, które mogłyby tak wielką ilość żołnierzy przetransportować bezpiecznie i przede wszystkim szybko do domu, ani też wsparcia z nieba, a to co docierało z wysp było rozbijane przez niemieckie bombowce i U-Booty. Niemniej historia nie byłaby sobą, gdyby nie miała w zanadrzu kilku asów w rękawie. Zdarzył się cud.

Hitler popełnił wtedy jeden z największych błędów podczas II WŚ, a na pewno pierwszy poważny. Wstrzymał ostateczne natarcie obawiając się (jak się później okazało - bezpodstawnie) kontrataku ze strony Francji z południa i zatrzymał marsz niezwykle skutecznych i napalonych na permanentną destrukcję pancernych dywizji ok. 20 km od plaż Dunkierki w celu zaczekania na nienadążającą za czołgami piechotę. Alianci zyskali w ten sposób na czasie i dzięki temu udało im się przeprowadzić operację "Dynamo". Zdążyli ewakuować niemal cały korpus w czym pomogły m.in. pływające jednostki prywatne i zarekwirowane przez armię, a także ochotnicy-cywile, którzy odpowiedzieli na wezwanie i swoimi kutrami a nawet żaglowcami popłynęli licznie przez kanał do Francji ratować swoich żołnierzy. Najwyższy przejaw bohaterstwa, męstwa i patriotyzmu. Winston Churchill powiedział wtedy, że co prawda "wojny nie wygrywa się ewakuacjami", ale uratowanie w tych okolicznościach ponad 300 tys. żołnierzy, którzy mogli potem wziąć udział w Bitwie o Anglię nosi znamiona cudu. Dzięki tej operacji morale w narodzie mocno wzrosły, a sam początkujący wtedy na scenie politycznej Churchill wypłynął na szerokie wody i wkupił się w rolę prawdziwego męża stanu.

Zatem aż się prosiło o zekranizowanie tej wspaniałej historii. Zadania podjął się nie byle kto, bo sam Christopher Nolan, Brytyjczyk, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu, który doskonale wie co to znaczyło dla jego narodu. Do tego Nolan szczyci się w Hollywood tytułem reżysera, który może już kręcić niemal to co sam chce oraz jak chce. To duże błogosławieństwo i dar dzięki którym możemy podziwiać na dużym ekranie wysokobudżetowe blockbustery ze stemplem jakości Nolana, czyli trochę inne niż wszystkie. Perfekcyjne technicznie, inteligentne i absorbujące psychicznie. Rzecz jasna nie inaczej jest w przypadku Dunkierki.


Już od pierwszych minut filmu rzuca się w oczy epicki minimalizm Nolana w treści oraz w grafice. Wpierw mamy do czynienia z krótkim wprowadzeniem do historii, po czym następuje przedstawienie widzowi rozpoczynającej się właśnie uczty poprzez zaprezentowanie mu karty tylko z trzydaniowym menu: Tydzień, dzień i godzina. Tak więc na dzień dobry zostajemy zarażeni naczelną fascynacją Nolana - czasem. "Tydzień" określa czas uwięzienia na plaży alianckich żołnierzy. Jeden "dzień" trwa próba dopłynięcia morzem do Dunkierki jednostek pływających w celu udzielenia im pomocy, a "godzina" to czas lotu trzech brytyjskich Spitfire'ów lecących odeprzeć ataki niemieckich bombowców. Trzy równolegle toczące się historie z własnymi tragediami, dramatami, zwrotami akcji i bohaterami, które koniec końców lądują w jednym ujęciu kamery, w jednym miejscu i jednym czasie. Absolutna perła realizacyjna w koronie przebiegłego Nolana.

Dunkierka bardzo różni się od wszystkich wojennych filmów jakie dotąd widziałem, acz sam Nolan nie ukrywa, że garściami czerpał inspiracje z jego ulubionej wojennej produkcji - Cienkiej czerwonej linii Terrence'a Malicka. I rzeczywiście, jeśli już koniecznie szukać jakichś punktów wspólnych, to właśnie u Malicka. Niemniej w Dunkierce mamy do czynienia z zupełnie innym, na wskroś nowoczesnym spojrzeniem na wojenną produkcję. Być może niektórym ortodoksom będzie to przeszkadzać, ale doprawdy będą oni musieli wspiąć się na wyżyny swojej elokwencji, by ubrać swoje "ale" w sensowne słowa i silne argumenty. Przede wszystkim przez cały film nawet przez moment nie widać wroga (do dobra, w jednej końcowej scenie widać jego zarys), a mimo to mocno klaustrofobiczne odczucie permanentnego stanu oblężenia jest tu aż nadto wyczuwalne. Zabieg ten czasem stosuje się w klasowych horrorach przez duże H i niemal za każdym razem przynosi to rewelacyjne efekty. Nie trzeba epatować dosłownością, obrazem i "ciałem", by wzbudzić u widza lęk. Wystarczy dać mu do zrozumienia, że zło czai się tuż obok, np. za zasłoną. Reszta rozgrywa się już w jego głowie.

Nolan skupia się więc głównie na psychice osamotnionej w gąszczu jemu podobnych jednostki, na umyślnie budowanym odczuciu lęku i strachu przed śmiercią, na beznadziei oraz psychicznym i fizycznym wycieńczeniu, także na naczelnej, czysto zwierzęcej walce o przetrwanie, ale też na heroizmie, poświęceniu i bezgranicznemu oddaniu, wszak wśród tysięcy uwięzionych na plaży żołnierzy można wyodrębnić setki jakże odmiennych stanów emocjonalnych, które Nolan starał się w pewnym zakresie wykreować. Paradoksalnie nie zarysował żadnego z przedstawionych bohaterów na tyle wyraźnie, żeby można było się z którymś z nich zaprzyjaźnić oraz skutecznie scharakteryzować. Bardzo niewiele dowiadujemy się o nich wszystkich przez co może nawet pojawią się głosy o kiepskim i mało wyrazistym aktorstwie, ale sądzę, że to był jak najbardziej celowy zabieg reżysera, który pragnął, aby widz skupił się na zarysie tragedii w sposób bardziej globalny. Jednocześnie nie odczułem, żeby Dunkierka przybierała jakiś mocno antywojenny i pacyfistyczny wydźwięk, co często pojawia się w kinie wojennym. Wręcz przeciwnie. Momentami odczytywałem w poszczególnych scenach gloryfikację czynu, poświęcenia i heroizmu. Dla uwypuklenia tych cnót Nolan dodał szczyptę patosu, czym puścił oko do amerykańskiej publiki i do tych wszystkich wychowanych na wojennych blockbusterach. Na szczęście umiejętnie go dawkował, przez co jest on dla mnie absolutnie do przyjęcia. Uwaga. Możliwe występowanie gęsiej skórki oraz zwilżenia gałek ocznych.


Bardzo widoczny jest tu wspomniany na początku minimalizm w treści. W filmie pada bardzo niewiele słów, zaś dialogi, jeśli już się pojawiają, są bardzo krótkie, zdawkowe i ogołocone z siły przekazu. Słowa wręcz tu przeszkadzają. To, że można się bez nich obejść pokazał niedawno chociażby Inarritu w oscarowej Zjawie. Na pierwszym planie rysuje się więc dramat jednostki, wspaniałe zdjęcia i sceny batalistyczne, acz też nie ma ich tu specjalnie dużo - jeśli już są, to bardzo przekonują do siebie swoim rozmachem i autentycznością. Jednak w pierwszym rzędzie ramię w ramię z Nolanem siedzi w Dunkierce jaśnie Pan Hans Zimmer. Tak, jego muzyce zdecydowanie należy poświęcić jeden sążnisty akapit. Określiłbym ją mianem wspaniale irytującej. Męczy i fascynuje zarazem. Świdruje oraz dudni w głowie niczym świszczące obok głów żołnierzy pociski. Pomaga Nolanowi odmierzać czas oraz potęguje dramatyzm i przerażenie w sposób iście wybitny. Po wyjściu z kina nie potrafiłem jej w żaden sposób odwzorować w swojej głowie, nie umiem jej nawet teraz zanucić w myślach i określić jej kształt bez zaglądania na Youtube, a mimo to buzowało mi od niej we łbie jeszcze wiele minut po projekcji. Kwintesencja doskonałości muzyki w filmie. Absolutny geniusz i maestria.

Jeśli już miałbym się koniecznie do czegoś przyczepić, i to też w zasadzie tylko z przystawioną do skroni lufą, to zganiłbym Nolana za dosłownie jedną końcową, trochę może nawet i nieco poetycką w swojej konstrukcji, acz fizycznie mało realną scenę z "szybowcem" (spokojnie, nie będę spoilerował) z udziałem brytyjskiego pilota (Tom Hardy), ale żeby nie psuć odbioru tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli pozwolę sobie na tym dość zdawkowym stwierdzeniu zakończyć moje uwagi. Wszystko poza tym jest takie jakie być winno w filmie wojennym ze stemplem jakości Nolana. Perfekcyjnie zrealizowane technicznie, zarówno fizycznie jak i psychicznie absorbujące do ostatnich minut, wyraźnie zarysowane oraz nazwane zło, a także niski ukłon przed historią i ówczesnymi bohaterami. Obawiałem się trochę, że Nolan podąży tym samym tropem i użyje dokładnie tego samego modelu w sposobie konstrukcji jakim świecił po oczach w Incepcji czy też w Interstellar, co nie do końca pasowało mi do historycznego kina wojennego, i wiecie co? Zupełnie niepotrzebnie. Owszem, zrobił dokładnie to samo co we wspomnianych tytułach, znowu, kropka w kropkę i na bezczela, ale cholera jasna, chyba zaczyna mi się to u niego podobać.

Wspaniały film. Bardzo cieszę się, że wszedł do polskich kin na 10 dni przed kolejną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Być może pomoże on dostrzec młodemu pokoleniu w tym naszym historycznym dramacie jakiś fragment "dunkierkowskiego" symbolu oporu i walki o przetrwanie. Wtedy też nie było dokąd uciec. Chwała bohaterom. Chwała Nolanowi.



Filmweb: 8,2
IMDb: 8,8