sobota, 14 marca 2015

Pięciobój nieklasyczny

Foxcatcher
reż. Bennett Miller, USA, 2014
130 min. United International Pictures
Polska premiera: 9.01.2015
Dramat, Sportowy, Biograficzny



Gdy tylko szacowna Amerykańska Akademia Filmowa ogłosiła tegoroczne nominacje do Oscara, jedną z pierwszych reakcji, która wpuściła jad do mej głowy, było to w postaci nieco zbyt wulgarnego pytania: „Komu Foxcatcher zrobił w Akademii laskę?". Jednak po obejrzeniu filmu optyka ma nieco zbladła oraz wydała oficjalne oświadczenie, iż zasadniczo to właśnie zmienia kierunek swojego położenia i w związku z tym pora na publiczne posypanie głowy popiołem. Tak więc czynię to w sumie nawet i z miłą chęcią, gdyż zwykle wolę w tą właśnie stronę się mylić, aniżeli w nazad. Co prawda nadal uważam, że Oscary to nazbyt duże kalosze, co zresztą stało się także faktem i ciałem, to jednak na tle konkurencji wcale nie było z tym Foxcatcherem tak znów najgorzej.

Jest to w istocie opowieść stricte męska, pełna wydzielin z gruczołów potowych, ubarwiona samczym uporem i walką na całego w imię godła i flagi państwowej, w dodatku z intrygującą grą aktorską Carella (cud, miód i orzeszki), która w ramach wisienki na torcie opowiada jeszcze interesującą historię opartą na faktach. Opowieść ta, która wydarzyła się w drugiej połowie lat 80-tych swobodnie przetacza się po świecie męskich hormonów, trudnych osobistych i szorstkich relacji, nieco skrzywionych ambicji oraz życiowych wyrzeczeń ze sportem umoczonym w sosie amerykańskiej definicji patriotyzmu w tle. Nie jest to film typowo sportowy, zgoda, ale jest go tu dokładnie tyle ile trzeba, by go poczuć, pokochać lub znienawidzić. Ogromną zaletą Foxcatchera jest nazwisko jego reżysera. Bennet Miller, to twórca dwóch innych, bardzo udanych amerykańskich biografii, w tym jednej sportowej: Moneyball i Capote. Jak widać świetnie czuje się w roli konwertera dla wyrazistych amerykańskich życiorysów opartych na ichniejszej filozofii życia, na sporcie i emocjach. Przyjemne, ciekawe, ale do szybkiego zapomnienia. Foxcatcher? Cholera, a co to takiego?

4/6


Dwa dni jedna noc
reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne, FRA, BEL, 2014
95 min. Kino Świat
Polska premiera: 27.02.2015
Dramat


Belgijscy jednojajowi bracia Dardenne, ex-dokumentaliści, a ostatnio stali bywalcy fabularnych narracji o tematyce stricte społecznej, którzy specjalizują się głównie w opowieściach o ludzkich skomplikowanych meandrach życiowych sytuowanych w spirali trudnych zdarzeń losowych, znów dali o sobie znak. Według krytyków jest to ich jedno z najlepszych dzieł, nie brak też odważnych stwierdzeń, że nawet najlepsze, nominowane do niemal wszystkich ważniejszych nagród filmowych, a dla mnie? Jedynie poprawne, acz z dość zauważalnym, mile smyrającym podniebienie plusem.

Muszę przyznać, że nawet podoba mi się szorstka prostota oraz ta minimalistyczna dosłowność w sposobie przekazu treści, także, a może i przede wszystkim zasadne postawienie między wierszami pytania przed widzem - Ile warty jest dziś ludzki odruch? Jednak z tych większych plusów, to niestety chyba już wszystko. Razi mnie przede wszystkim charakterystyka głównej postaci - słabej mentalnie i psychicznie Sandry (Marion Cotillard), która przez połowę filmu zwyczajnie mnie męczyła i od siebie odpychała. Bolesne to było doświadczenie o tyle, że ja Marionkę w cholerę lubię i najogólniej rzecz biorąc - babka mnie mocno kręci. A tu nagle taki porzyg. Poza tym ja doskonale rozumiem, że lęk przed utratą pracy, zwłaszcza u nas, w kraju "25 lat wolności", jest w wielu polskich gospodarstwach thrillerem dość powszednim i zupełnie oczywistym, niemniej lęk ten sytuowany w ukazanej nam francuskiej rodzinie, która, delikatnie rzecz ujmując, nie przymiera głodem i nie widać u niej przysłowiowego noża na gardle, tak zobrazowany dramatyzm wydaje się być nieco komiczny i trochę przerysowany. Oczywiście z punktu widzenia krajów starej Unii, gdzie standard życia jest "nieco" wyższy niż u nas, widać to z goła inaczej. Mają do tego święte prawo, ale nie zmienia to faktu, że trochę mnie to uwierało i ciężko było się nad głównym zmartwieniem tej opowieści pochylić z bólem w krzyżu.

O wiele bardziej interesowało mnie postawione przez braci pytanie - Czy człowieczeństwo jest dziś warte mniej, a może więcej, niż tysiąc Euro wokół których przez całe dwa dni weekendu krąży nasza zrozpaczona bohaterka. Pytanie skądinąd bardzo zasadne, ośmieszające współczesną, zaślepioną materialnym wyścigiem ludzkość, tyle, że prowadzące w zasadzie donikąd. Część współpracowników Sandry postawiona w niezręcznej sytuacji, głównie przez bezduszne korpo-standardy i tabelki w Excelu finalnie zdradza ludzkie odruchy, ale też spora część ma na to wywalone i z premedytacją wybiera własne dobro, które przecież także jest czymś motywowane, wszak zawsze trzeba wyremontować mieszkanie, kupić nową wersalkę, czy naprawić samochód. Premia rzecz święta, a że zdobyta kosztem innych? A czy kogoś to w ogóle jeszcze dziś dziwi? Bracia Dardenne zgrywają tu jednak tych nieco zdziwionych, próbują w związku z tym wytyczyć jakąś namacalną granicę pomiędzy ludzką podłością, a solidarnością, między kurestwem i upadkiem moralnych zasad, a uczciwością. Gdybym nie znał życia, to bym im może jeszcze uwierzył, a tak, no jest trochę mało poważnie, a przecież powinno. Broni ich jednak to, że to przecież nie ich wina, że żyjemy w tak skurwiałych czasach, gdzie człowiek człowiekowi... zombie. Jest jak jest i będzie już tylko gorzej.

4/6


I Origins
reż. Mike Cahill, USA, 2014
113 min.
Polska premiera: ?
Dramat, Sci-Fi



Najlepszy plakat minionego roku, nie licząc tych fanowskich, a przynajmniej jeden z lepszych, do tego reżyser, który spłodził także jeden z moich ulubionych niskobudżetowych psychologicznych Sci-Fi ostatnich lat - Druga ziemia, w końcu też całkiem miły dla oka trailer. Uzasadnione więc były moje nadzieje, plany i niemałe oczekiwania względem tego dość intrygującego projektu, a tu, cholera jasna, taki bolesny rykoszet. Chciałoby się napisać wprost i bez ogródek: "nosz kurwa jego mać".

Ok, napisałem, ale jakoś wcale mi nie lepiej.

Nie, to nie jest zawód z tych o najwyższej mocy, raczej zwykłe rozczarowanie, które w mej klasyfikacji smutnych westchnień lokowane jest mniej więcej o jeden szczebelek niżej w hierarchii. No ale jak zwał tak zwał, miało być pięknie, wywiady miały być, a tymczasem film nie ma nawet polskiego dystrybutora i tak już chyba pozostanie. Najgorszym w tej, skądinąd całkiem interesującej opowieści jest gimnazjalny nurt rzeki jakiemu dał się porwać Cahill. Aż kipi tu od bełkotu w treści. Naburmuszone, infantylne, przeintelektualizowane i nazbyt płytkie w swojej tylko pozornej głębi dialogi, które w jednym zdaniu szukają sensu życia, a w kolejnym dostarczają głupkowatą odpowiedź na wszystkie nurtujące ludzkość pytania. Ja wszystko rozumiem, poziom tolerancji mam dość wysoko umocowany nad poziomem morza, ale tu zostałem wprost zalany oceanem płycizny.

Cholernie szkoda, bo scenariusz, jak i sam pomysł na film uważam za bardzo ciekawy. Nieźle Cahill to wszystko zmontował, udekorował w ładne zdjęcia i klimatyczną muzykę. Pouderzał też trochę w melodramatyczne tony i niczym Aronofsky w Źródle zawadził o psychologię, filozofię oraz nauki ścisłe. Zadowalająca wydaje się także obsada aktorska, która nawet coś tam gra, a nie tylko statystuje. Do licha, nawet całkiem interesujące pytania zostały postawione przed ludzkością, tylko na Boga, po cholerę facet silił się na dostarczenie wszystkich trapiących cały świat wraz z przyległościami odpowiedzi, w dodatku w tak szczeniacki sposób? Sens wiary w istnienie Boga z punktu widzenia ortodoksyjnej nauki, życie po życiu, definicja miłości, reinkarnacja, śmierć, narodziny, życie, elementy przypadku i przeznaczenia, brakowało mi tu tylko informacji o tym kto zabił Kennedy'ego i podpalił most Łazienkowski. Za dużo, przy jednoczesnym "za mało". Szkoda, po prostu szkoda.

3/6


Polskie gówno
reż. Grzegorz Jankowski, POL, 2014
93 min. Next Film
Polska premiera: 6.02.2015
Muzyczny, Komedia, Musical



Powiem wprost, od samego początku nie pałałem wielkim nadciśnieniem do ekranizacji filozofii życia Tymona Tymańskiego, wszak, mówiąc najogólniej, nie jestem fanem jego życiowych dogmatów, a już tym bardziej formy ekspresji w postaci musicali, a może właśnie głównie z powodu drugiego. Ale pewnego ciepłego wieczora tak się jakoś dziwnie złożyło, że poznałem śliczne rudę dziewczę, która z czasem okazała stać się dla mnie czymś więcej, niż tylko przelotną seksistowską znajomością. Jeszcze później wyszło przypadkiem na jaw, że ów dziewczę miało dwa lata temu styczność z ekipą filmu Polskie gówno, do tego stopnia, że wystąpiła nawet w jednej scenie, której ci o dziwo nie wycięli. Zatem gdy się o tym fakcie dowiedziałem, i ona w sumie również, wybraliśmy się zaraz po premierze do kina na seans, by owego rudzielca zobaczyć na własne oczy z perspektywy wielkiego ekranu, przy okazji opić ten fakt przemyconym w jej torbie piwskiem, a prywatnie dodać sobie jeszcze kilka punktów do mej ogólnej zajebistości, wszak nie każdy ziemski ogier spotyka się z dziewczyną, która zagrała w filmie, c'nie?

Tak więc zagrała, całe kilkanaście sekund, dwa ujęcia, jedno całkiem w pytkę, piwa opróżniliśmy i to by było mniej więcej na tyle. A film? Miał obiecujący początek, szykowała się zacna satyra na życie wyrażana m.in. niegłupimi dialogami o charakterze śpiewanym, ale potem, im głębiej w taśmę filmową, tym powtarzalność i schematyczność bezlitośnie wybijały z rąk szalonych twórców ich rakietki do ping ponga. Widać i czuć, że film był kręcony przez kilka lat, z doskoku, jeśli przypadkiem wpadła jakaś kasa. Ot, zabawa dużych zbuntowanych chłopców w kino, którzy postanowili się trochę rozerwać i na stare lata zagrać antysystemowych punkrockowców, którzy być może odbiją jeszcze jakieś piętno na współczesnej młodzieży. Na ekranie brylował wiecznie ujarany Brylewski, niespełniony komik Halama (acz zagrał świetnie), a do kompletu jako dopełnienie całości krwistym mięsem i we wszystkich kierunkach rzucał sam Tymański. No i fajnie, tylko że całość od mniej więcej połowy ich trasy koncertowej przypominała mi bardziej głupkowaty program Skiby i Konia sprzed lat: "Lalamido", którzy zresztą sami się w tym Polskim gównie pojawili.

W skrócie: Chaos, humor o różnej jakości, raczej średnia muzyka, trochę satyry, powszechny i podprogowy bojkot mediów, chęć dokopania branży muzycznej, show-biznesowi, a do tego jeszcze szczypta groteski. Można obejrzeć, nawet trzeba, ale chłopaki mają po prostu pecha, że żyją w czasach, gdzie jedynie o co mogą dziś walczyć, to losy psów w schronisku na Paluchu, tudzież jeszcze o prawa gejów i lesbijek, co zresztą sam Tymański już kilkukrotnie za swego życia czynił. Taki to właśnie poziom ich buntu, zupełnie nieistotny. Niemniej szacun za próbę, mimo wszystko czuć tu jakąś świeżość, inność, a to są przecież zawsze w cenie. Nawet jak nie wychodzi.

3/6



Służby specjalne
reż. Patryk Vega, POL, 2014
115 min. Vue Movie Distribution
Polska premiera: 3.10.2014
Dramat, Akcja, Kryminał



Film ten doczekał się już premiery w telewizji, a w TVP nawet wersji poszatkowanej, znaczy się serialu, do czego tak po prawdzie od samego początku bardziej się nadawał. Do tego był już dodawany jako DVD do jakiejś gazety i przetrawiony przez milion osób, tak więc widzieli go już chyba wszyscy co chcieli i połowa tych, którzy mieli to centralnie w dupie, zatem nie wiem po cholerę o nim tu po tych wszystkich miesiącach zamuły wspominam, ale jako, że sam zobaczyłem go dopiero kilka tygodni temu, a tym wpisem nadrabiam swoje zaległości, to się jednak o nim trochę powymądrzam. Ale tylko trochę, bo i tak nikogo już to nie obchodzi.

Moje wymądrzanie się nr 1 zostało po części przemycone już w pierwszym zdaniu. Służby specjalne są serialem, któremu jakiś szalony lekarz wmówił, że jednak drzemie w nim pełnokrwisty film fabularny. A to bzdura jest tak wielka, jak to aresztowanie gościa od krzesła jakie podniósł w powietrze na wiecu wyborczym BronKomora. Patryk Vega postanowił zrobić ten sam myk, co przed dekadą ze swoim Pitbullem. Wtedy również w postaci kinowej produkcji zaprezentował pilota do swojego serialu. Skoro raz się udało, czemu nie spróbować ponownie. Tym razem fabuła wydaje się ciut lepiej dopracowana, niemniej ilość poruszonych w filmie wątków inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami ze świata biznesu, polityki i służb z ostatnich lat jest tak wielka, że w w formie fabuły trochę się to wszystko gubi, nie ściera ze sobą i tak zwyczajnie wymyka spod kontroli. Za dużo tego jak na jeden film, ale już w sam raz na serial.

Ale skoro mam ocenić film, to jako wnikliwy i wieloletni obserwator sceny politycznej w Polsce mogę napisać, że to takie trochę przedszkole jest. To ciągłe tłumaczenie widzowi co kto powiedział i co miał na myśli, traktowanie go jak jakiegoś dziecka z zespołem Aspergera, tudzież zwykłego leminga, że np. dany delikwent z pasiastym krawatem jaki "sam się powiesił" w mieszkaniu to rzekomo Pan X, że zatrzymanie ex-posłanki, która palnęła sobie w łeb, to wypisz wymaluj słynna Pani Y, a jak już pokazuje się kibola, to oczywistym jest fakt, że zawsze i wszędzie chodzi on w szaliku klubowym, no bo inaczej nikt nie będzie wiedział, że jest zły i wcina małe dzieci o poranku. Liczne poruszone analogie do prawdziwych zdarzeń z ostatniej dekady, owszem, dodają nieco realizmu i pozwalają zwłaszcza laikom poczuć nieco klimat polskiego bagna i układów w jakim tkwimy od przeszło 25 lat, gdzie za sznurki ciągle pociągają seryjni samobójcy i ich mocodawcy, ale wszystko to jest jakieś takie, bez wyrazu.

Fajnie zagrała cała specjalna trójca święta, chłopięca Olga Bołądź, tatuś Wojtek Zieliński i przede wszystkim przenajświętszy UBek Janusz Chabior (no mistrzowski poziom po prostu). Także kilka drugich planów (Baar, Grabowski, Kulesza) trzymało nienajgorszy poziom, ale niestety cała reszta to dno, wodorosty i oblane egzaminy do szkoły filmowej. Jednak ze względu na nadmiar wątków nie było jak się w te wszystkie postacie wgłębić, zrozumieć, a może nawet i polubić (acz z Chabiorem to się polubiłem już dużo wcześniej). W serialu jest z tym już dużo lepiej (przynajmniej na razie), bo też mamy na to więcej czasu i danych, dlatego zapewne Służby skończą tak samo jak Pitbull - średnio fabularnie i nieźle tasiemcowo. Pewne rzeczy po prostu lubią się ciągle kręcić w kółko.

3/6

środa, 11 lutego 2015

Ku chwale Ojczyzny

American Sniper
reż. Clint Eastwood, USA, 2014
134 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 20.02.2015
Wojenny, Dramat, Biograficzny




Czym jest dziś patriotyzm? U nas zwykle utożsamiano go z udziałem w walkach za ojczyznę, wszak lata pod zaborami i okupacją, zarówno niemiecką jak i sowiecką wykrystalizowały w narodzie bunt, nieposłuszeństwo oraz chęć, a wręcz obowiązek nieustannej walki z najeźdźcą o wolność swojej ojczyzny. Stąd nasi najwięksi bohaterowie narodowi, to głównie wielcy wojownicy, wojskowi dowódcy i żołnierze w walce o niepodległość. Mnie osobiście patriotyzm również kojarzy się głównie z walką, acz niekoniecznie z tą zbrojną, gdyż dziś, w czasach teoretycznie względnego spokoju również mamy o co i z kim walczyć ku chwale ojczyzny. Głównie o człowieczą godność, o chleb i dach nad głową, o krótsze kolejki do lekarzy specjalistów, o pracę, jakąkolwiek, o przyzwoite wynagrodzenie i godną emeryturę, o sprawiedliwość, prawdę i uczciwość w życiu publicznym, czyli po prostu o normalność, która ciągle zdaje się puszczać gdzieś i byle komu za pieniądze.

Niestety współczesne demokratyczne rządy robią dziś bardzo wiele, by z patriotyzmu swoich obywateli wyleczyć. Ten wydaje się być już niemodny i nieco zaściankowy, bardziej szkodzi interesom "nowoczesnego" Państwa niż mu pomaga, wszak patriotyzm, jako postawa szacunku do tradycyjnych wartości, także umiłowania do własnej historii i kultury, zupełnie nie uznaje kompromisów i nie zgadza się na serwowane nam w hurcie przez wielkich tego świata globalne rozmiękczenie. Patriota wszech złodziejstwo, kłamstwo i cwaniactwo, zwłaszcza te lokowane na szczeblach establishmentu władzy nazywa po imieniu, a bezczelna polityczna sitwa, która nadużywa swych przywilejów, zwyczajnie nie lubi, gdy obywatel nazywa ją (słusznie zresztą) złodziejem, chujem i kłamcą. Zatem patriota to w większości przypadków tego świata wróg władzy ustawodawczej, wróg Państwa, wróg polityków, którzy głównie miłują swoje stołki, a nie narodowe idee z których z czasem zostali wyprani nawet najwięksi twardziele. A jeśli to wróg twój, to trzeba go gnoić. Wiadomo.

Dla mnie więc współczesny patriotyzm to przede wszystkim postawa, w której człowiekowi nie jest wszystko jedno. Patriotyzm stoi na straży interesów narodu, który, wbrew temu co próbują nam wmawiać poprzez mainstreamowe i reżimowe media, nie jest w stanie prawidłowo rozwijać się i patrzeć w przyszłość bez szacunku do samego siebie, do swoich obywateli, oraz bez szacunku do własnej historii. Dzisiejszy świat, jako globalna wioska już dawno w tym względzie ocipiał. Konsekwentnie zaciera się dziś państwowe granice, miesza ze sobą różne kultury, tradycje, kolory skóry, także kościoły, naiwnie przy tym sądząc, iż model multi-kulti jest cudownym lekiem na wirusy wojny, głodu i biedy. Że jest to droga prowadząca donikąd świadczą chociażby ostatnie wydarzenia w Paryżu (sorry, ale nie jestem Charlie), meczety w Londynie i szariat w Szwecji. Założenia multi-kulti może i są dobre, lecz finalnie sprawdzają się jedynie w kuchni, kinie i muzyce, czasem jeszcze w łóżku. Może i da się dziś wyprać mocno zabrudzoną białą koszulę, ale nie ma takiej siły, która wyprałaby człowieka z jego zakorzenionej w genach tożsamości narodowej. Można zmienić adres zamieszkania, przekroczyć granice, pokonać oceany i zdobyć kontynenty, ale swojego Boga, zwyczaje i wychowanie zawsze zabieramy ze sobą i nie uregulują tego żadne ustawy, ani unijne dyrektywy.


Dziadek Eastwood będący przedstawicielem konającego już na naszych oczach starego porządku świata, odnoszę wrażenie, że jeszcze przed swoją śmiercią chce wzbudzić w nieco zagubionej ludzkości poczucie żalu i tęsknoty za tym, co właśnie od nas bezsprzecznie i powoli odchodzi. I to na własne życzenie. Zupełnie jakby chciał upomnieć się, oraz zachować w pamięci dla przyszłych pokoleń cząstkę tego, co według niego jest piękne, wzniosłe i słuszne, może niekoniecznie sprawiedliwe, ale po prostu normalne. Świat nigdy nie był i nie będzie pozbawiony bólu, cierpienia, krwi, śmierci i chęci dokonania zemsty. Każdy, komu wydaje się, że może być inaczej jest zwyczajnie naiwny, płytki i ograniczony. Clint Eastwood wychował się jeszcze w czasach, kiedy honor, ofiarność i poświęcenie dla idei nie były cnotą, lecz obowiązkiem wyssanym z mlekiem matki. Natomiast dzisiejsze czasy wychowują ludzi mentalnie słabych, ubezwłasnowolnionych, uzależnionych od dóbr materialnych, którymi steruje się przy pomocy w pełni kontrolowanych mediów, karmiąc przy tym tanią rozrywką i iluzją niezależności. Wystarczy zagwarantować im minimum socjalne, obdarzyć 30-letnim kredytem we frankach i puścić w telewizji "Taniec z gwiazdami", by móc swobodnie utrzymać ich na ściskanej we własnych dłoniach smyczy. Bardzo krótkiej smyczy, z której praktycznie nie ma możliwości się urwać.

Dlatego też patrioci nie pasują do dzisiejszych czasów. Jest z nimi trochę tak jak z romantyzmem. Niby piękny i wzniosły w swoich nawiasach definicyjnych, ale poza kartką papieru, która wszystko wchłonie, poza niezwykle chłonną taśmą filmową, przeciętnemu człowiekowi jest on potrzebny tak, jak zeszłoroczne sprawozdanie ze szczepień ochronnych Państwowego Zakładu Higieny. Patrioci są w gruncie rzeczy nieposłuszni, nie lubią być ograniczani i zawłaszczani przez tych, którzy źle pojmują patriotyzm, lub nie rozumieją go w ogóle. Dziś w szeroko rozumianej opinii publicznej patriota, który stawia sobie za cel nadrzędny dobro i interesy swojego kraju nad własne, to idiota, dureń, szaleniec, w dodatku kato-faszysta, wszak dziś promuje się głównie mentalną bezpłciowość, bezideowość, ateizm i bezinwazyjność. Postawy w stylu: "przepraszam bardzo, czy mogę dziś popracować trochę dłużej w pracy? Nawet za darmo, dziękuję". A każda grupa społeczna i zawodowa, która tylko upomni się o swoje, o godność i sprawiedliwość jest dziś od lewa do prawa piętnowana. Najświeższy przykład u nas: Rolnicy i górnicy.

Zamiast kultu flagi i godła ofiaruje się nam dziś kult pieniądza, a wraz z nim nieodłączne: korupcję, układy, afery, cwaniactwo i złodziejstwo, które tak po prawdzie, nie robią już na nikim żadnego wrażenia. Konserwatywne Stany Zjednoczone Ameryki na tle tej liberalnej, mocno socjalistycznej i zatraconej w kosmopolitycznych ideach Europy mocno się wyróżniają. To chyba jedyne dziś, a przynajmniej jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie kult patriotyzmu, przywiązania i szacunku do munduru oraz flagi państwowej jest najlepiej rozwinięty. Na swój sposób jest to niebywałe, że kraj z tak krótką, ledwie 250-letnią historią, oparty na emigrantach i napływowej ludności z całego świata, tak rozlegle sytuowany na mapie geograficznej potrafi i chce szanować własną wielkość i państwowość, terytorialną przynależność oraz czcić własny heroizm. Powiem szczerze, że im tego zazdroszczę. U nas to praktycznie wymarło wraz z ostatnimi bohaterami narodowymi, jakimi byli wymordowani przez Niemców i sowietów powstańcy warszawscy, żołnierze Armii Krajowej i Wyklęci. W co drugim amerykańskim ogrodzie wisi flaga państwowa i o zgrozo, nie jest ona u nich obciachem. Dla odmiany u nas dumnym z flagi państwowej jest się tylko na Wielkiej Krokwi podczas konkursu skoków narciarskich, tudzież na meczu siatkarzy. Tydzień temu natrafiłem na krótki i zupełnie zwyczajny filmik (link dla fejsbukowiczów), który najdobitniej tłumaczy czym dla Amerykanów jest narodowa duma, szacunek dla wojennego weterana i jego munduru. Krzepiące, czyż nie?


Mniej więcej w tym właśnie tonie i charakterze podszedł Clint Eastwood do ekranizacji autobiografii jednego z największych bohaterów amerykańskiej armii ostatnich dekad i najlepszego ich snajpera - Chrisa Kyle'aAmerican Sniper, to przede wszystkim próba współczesnego zdefiniowania i przy okazji także rozliczenia patriotyzmu ze wszystkich jego wad i zalet. Próba jak najbardziej udana, o czym świadczą chociażby kolejne bite rekordy oglądalności za oceanem. Ale to także próba odszukania w szaleństwie wojny pierwiastka człowieczeństwa, próba zdiagnozowania ludzkiej słabości i określenia granic jego wytrzymałości. Snajper Kyle - Teksańczyk, kowboj, ochotnik i patriota, podąża za głosem serca, śladem wpojonych przez ojca tradycyjnych wartości i zaciąga się do Navy SEALs. Stamtąd trafia na misję do Iraku. Ponawia ją jeszcze później trzykrotnie, wszystko po to, żeby zabijać terrorystów i wrogów swojej ojczyzny. Czyn może i szalony z punktu widzenia wygodnego fotela oraz hipoteki zaciągniętej pod własne em dwa, ale jakże naturalny i oczywisty z punktu widzenia naszych walecznych ojców. 255 wyeliminowanych celów, w tym jeden z odległości 1920 metrów, dwukrotnie ranny, potwornie zakochany, mąż, ojciec, człowiek pełen marzeń, pasji, oddany sprawie wyższej - Państwu, które kocha nad życie.

Eastwood wycisnął z tej opowieści absolutne maksimum. Lokowany gigantycznych rozmiarów patos i heroizm niektórych może razić, jest momentami nieznośny i wręcz nie do udźwignięcia przez tych co bardziej wrażliwych na wszech przejaskrawienia, ale według mnie jest on jak najbardziej akceptowalny. Szkoda tylko trochę, że wersja filmowa nieco odbiega od faktów zawartych chociażby w swym literackim pierwowzorze. Eastwood w kilku momentach trochę zbyt daleko popłynął, ale i to finalnie jestem w stanie przełknąć, wszak dla mnie liczą się w tym filmie głównie dwie rzeczy. Raz, zdefiniowanie heroizmu, patriotyzmu i oddanie im należnego szacunku na jaki bezsprzecznie zasługują, oraz dwa, skupienie się na czynniku ludzkim, na słabościach, pasji i szaleństwach jednostki ludzkiej wtopionej w mechanizmy wojny i polityki. Pod tym kątem American Sniper jest obrazem wzorowym, bliskim ideału.

Heroizm, bohaterstwo, amerykańska flaga, trupy, wybuchy, krew, łzy, znów amerykańska flaga, miłość i złamane kobiece serce. Wszystkie te składowe wpływają na zgrabną i całkiem udaną produkcję spod znaku wyciskacza łez oraz prowodyra gęsiej skórki, który w dodatku wzbudza u odbiorcy, zwłaszcza tym amerykańskim, poczucie narodowej dumy. I dobrze, takie obrazy muszą ciągle powstawać, trzeba jakoś tego zabieganego i zagubionego pomiędzy domem, żłobkiem i zakładem pracy człowieka na chwilę zatrzymać i wbić mu do głowy, co w życiu jest naprawdę ważne. Patriotyzm nie jest więc zły. To nasz gwarant przetrwania i wyznacznik azymutu na przyszłość. To właśnie poprzez kultywowanie polskości oraz patriotyzmu w czasach zaborów i wojen Polska przetrwała, po czym powstała jak Feniks z popiołów. Kiedy obywatel nie che umierać za swój kraj, ten koniec końców skazany zostanie na zagładę. Owszem, najpierw to Państwo musi zbudować w swoim obywatelu umiłowanie do ojczyzny, wzbudzić w nim zaufanie, przekonać do swoich racji i obdarzyć go należytą opieką, co dziś jest nie tyle trudne, co wręcz niemożliwe do osiągnięcia, gdyż tym pasożytom u żłoba zwyczajnie na tym nie zależy. Dlatego też serce mi krwawi, gdy widzę te miliony ludzi, które z braku perspektyw uciekają z naszego kraju, wkurw mnie dopada, kiedy widzę nowe podręczniki i spis lektur w szkołach, rozsadza mnie od środka, gdy widzę jak Prezydent mego kraju zamiast pod biało-czerwoną flagą i w cieniu białego orła defiluje z różowym balonikiem w ręku i z czekoladowym orłem w swej ciemnej dupie.

Dziadek Eastwood daje więc całemu światu przykład tego, jak należy być dziś dumnym ze swojego kraju i pochodzenia, jak należy być dumnym z narodowej flagi, historii i godła, ze swoich żołnierzy. My też bądźmy, na przekór tym wszystkim chujom. Więcej snajperów, więcej bohaterów, więcej oddanych sprawie i zakochanych w swoich ojczyznach. Nagrodą za taką postawę są ostatnie minuty filmu, w których zostały ukazane prawdziwe nagrania z ostatniej drogi Chrisa Kyle'a. Miałem wtedy łzy w oczach. Właśnie o to chodzi w kinie i oto też winno chodzić w życiu w ogóle. Szacunek, wierność, miłość, oddanie. Ku chwale Ojczyzny. Amen.

4/6

IMDb: 7,5
Filmweb: 7,2