środa, 12 stycznia 2011

Folwark zwierzęcy

Nie opuszczaj mnie
reż. Mark Romanek, GBR, USA 2010
103 min. Imperial - Cinepix
Polska premiera: 04.03.2011



Dokąd zmierza ludzkość? Z pewnością wielu z was nie raz i nie dwa zadawało sobie to pytanie. Nie chodzi mi tu o proroctwa Babci Vangi, ani też o biblijną Apokalipsę, choć z pewnością wiele wskazuje na to, że podążamy ruchem jednostajnie przyśpieszonym w kierunku samounicestwienia. Mam tu jednak raczej na myśli trendy bieżące w naszym światopoglądzie. Uwypuklające się standardy i kurs którym podąża nasze człowieczeństwo. Rozpoczęte procesy i wynikające z nich zagrożenia jakie da się dostrzec gołym okiem w najbardziej rozwiniętych społeczeństwach na globie. Pogłębiający się kryzys wiary kosztem wygodnego bezdusznego ateizmu i konsumpcjonizmu. Czy aby czasem ludzkość w procesie pędzącej ewolucji nie zaczyna pomału zjadać własnego ogona? Jak dziś, na początku nowej dekady, kształtuje się nasza kondycja moralna i etyczna?

W Nie opuszczaj mnie w reżyserii Marka Romanka w dość niekonwencjonalny sposób autorzy próbują zmusić widza do zadania sobie m.in. powyższych pytań. A konkretniej, to zadaje je Kazuo Ishiguro, autor powieści na podstawie której powstał scenariusz. Książki nie czytałem, więc trudno jest mi stwierdzić, czy ekranizacja dzieła brytyjskiego Japończyka jest wiernie odwzorowana, ale dla wygody uznam że tak.

Historia ta jest zaprawdę przedziwna. Fikcję literacką z pogranicza mrocznej fantastyki i czarnowidztwa, wkomponowano w zupełnie zwyczajne życie jakie znamy z autopsji. Cofamy się wpierw do końca lat 70-tych, gdzie w odseparowanej od świata zewnętrznego brytyjskiej szkole z internatem Hailsham, kształcą się dzieci. Po prostu. Nic nadzwyczajnego. Dyscyplina, nauka, drobne przyjemności wymieszane z dziecięcą codziennością, grami, zabawami i pierwszymi miłościami. Jednak z biegiem czasu coraz bardziej zaczyna nam tu coś nie pasować. Gdzie są rodzice tych dzieci? Dlaczego wychowankowie nie mogą opuszczać murów Hailsham? Czym są donacje? O tym zdają się nie wiedzieć także sami zainteresowani, którzy reprezentują poziom klasycznego wypranego mózgu. Tak więc nikt nic nie wie. Ani my, ani z pozoru zupełnie zwyczajne dzieciaki. Są tylko domysły. Podoba mi się tak postawienie sprawy.

Wraz z dorastaniem dzieciaków, dowiadujemy się coraz więcej (od razu uprzedzam, będą spoilery). Naszym oczom ukazują się w końcu rzeczy dziwne i irracjonalne, ocierające się o barbarzyńskie ludobójstwo. Niedorzeczność i autentyczność szeregu zdarzeń wprawiły mnie w autentyczne osłupienie. Hailsham okazuje się fabryką ludzkich narządów, kształcącą ludzi-zwierzęta tylko i wyłącznie w jednym celu – dawcy organów. Perfekcyjnie wyhodowane stworzenia człekokształtne niczym kurczaki na farmie, zabijane by ratować innych ludzi. Halo. Czy jest na sali Bóg?

Brzmi trochę jak scenariusz horroru lub science-fiction. A tu niespodzianka. Jest to przede wszystkim melodramat, acz z mocno zaakcentowanym aspektem psychologicznym. Z trójką głównych bohaterów przechodzimy przez cały ten zakrojony na szeroką skalę narodowy program tworzenia podludzia. Od lat najmłodszych spędzonych w Hailsham, po okres dojrzewania i dorosłości, oraz ich kolejne donacje (wycinanie organów). Razem z nimi biegamy beztrosko po szkolnym boisku, obserwujemy jak się w sobie zakochują, jak się śmieją, ranią, płaczą i cierpią. Wydają się zupełnie normalni jak każdy z nas, tyle że z wypranym mózgiem i niepełnosprawnością polegającą na nieznajomości norm jakie panują w obcym im świecie zewnętrznym.

Gdy w końcu dotarło do mnie jakim sensem jest ich istnienie i co za chwilę się w ich życiu wydarzy, na tapetę wysunął się cały szereg rozkminek o charakterze stricte etycznym oraz moralnym. Zapewne każdy oglądając ów film, dostrzeże w nim różne liczne zagrożenia i moralitety z niego płynące. Mnie rozważania nad tym skojarzyły się trochę z Rokiem 1984 (Orwell), a także z Nowym wspaniałym światem (Huxley). Słowem, antyutopia. Z definicji, społeczeństwo przyszłości, którego organizacja polega na ograniczaniu wolności jednostki poprzez całkowite podporządkowanie jej dyktatorskiemu systemowi władzy. Czyli coś pokrewnego do totalitarnych ustrojów znanych nam z kart historii. Pranie mózgu i wyzysk klasowy dla wyższych idei. Trójka naszych bohaterów, z którymi możemy się identyfikować jako reprezentantami naszego świata, stają się symbolem w walce o sprawiedliwość i człowieczeństwo. Wykorzystywani oraz manipulowani przez system i władzę, walczą z nieuniknionym - ze swoim bolesnym przeznaczeniem. Ich próby przeciwstawieniu się temu, z góry skazane są na porażkę. Żal, wściekłość i towarzysząca im przy tym bezsilność, podkreślają wagę i wolę zwycięstwa, ale też boleśnie uświadamiają nam, jak niewiele dziś od nas samych zależy. Doświadczamy tego niemal każdego dnia, tylko w innym wymiarze. Manipulacja mediów, elit rządzących, wielkich i wpływowych koncernów. Biznes i polityka kontra moralność i etyka. Ilu z was codziennie poddaje się bez walki?

Naprawdę świetny film. Działający na wyobraźnię i pobudzający do myślenia. Mnie osobiście sprowokował do głębszego zastanowienia się nad dzisiejszym światem, nad moim krajem, a także nad sobą samym. Nad znieczulicą społeczną, kryzysem wiary, mentalną globalizacją i rozprzestrzeniająca się niczym rak, moralną nicością. Przeraża mnie moda na wyśmiewanie wiary w Boga, brak etycznych wartości w życiu codziennym, oraz tak łatwe poddawanie się manipulacjom i sugestiom fizycznie rządzącym tym światem. W bohaterach filmu dostrzegam jednak coś optymistycznego i pięknego. Jakąś formę lub klon romantyzmu. Bezwarunkowe dążenie do spełnienia swoich marzeń. Do trwania z podniesioną głową będąc zanurzonym po szyję w bagnie beznadziei. Według jednej z definicji Huxleya, szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości. Żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji. Może to więc nasze zbyt wygórowane ambicje blokują nam drogę do pełni szczęścia?

Romanek nie do końca potrafił naszkicować myśli które sam rozpoczął. Odczuwam więc lekki niedosyt, ale nie szkodzi. Być może tak było też w książce. Nie mniej jednak szereg napoczętych rozważań, licznych skojarzeń i sposób ich przedstawienia, zadowoli tych wszystkich, którzy lubią podczas oglądania filmów trochę pogłówkować. Kapitalne role trójki naszych dawców: Knightley, Mulligan i Garfield. Zwłaszcza ckliwa Mulligan zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Mądre kino. U nas na ekranach dopiero w marcu. Polecam jednak już teraz zapamiętać tytuł i w odpowiednim momencie wybrać się do kin. Dobra inwestycja. Inwestycja w mózg.

5/6

sobota, 8 stycznia 2011

Döner Kebab na cienkim

Soul Kitchen
reż. Fatih Akin, GER, 2009
99 min. Kino Świat
Polska premiera: 07.01.2011


W związku z wczorajszą polską premierą (jak zwykle prawie dwa lata po czasie) wcale już nie najnowszego filmu Fatiha Akina, postanowiłem poświęcić mu kilka swoich jakże cennych godzin, oraz podobną ilość umiarkowanie złośliwych akapitów. Tureckiego pochodzenia Akin po dwóch absolutnie genialnych dramatach (Głową w mur i Na krawędzi nieba), tym razem zszedł z wyznaczonej przez samego siebie ścieżki, by w oparach lekkości pobaraszkować z mniej ambitnym repertuarem. Niestety.

Od razu przejdę do puenty i przyznam, że czuję się trochę oszukany. Może to trochę za duże słowo, powiedzmy, że zwyczajnie zawiodłem się po Akinie. Właściwie to nawet specjalnie nie chce mi się rozpisywać o filmie samym w sobie, bo po pierwsze nie bardzo jest o czym, a po drugie, sen z powiek spędza mi w tym momencie przede wszystkim myśl o zbrodni jakiej dopuścił się sam na sobie Akin.
To nawet nie chodzi o to, że film jest słaby. Soul Kitchen jest dramatycznie źle skonstruowany. Nudny, oklepany, fatalnie zagrany i przewidywalny jak Foremniak w Mam talent. Zapowiedź oraz zwiastuny w TV w żaden sposób nie odzwierciedlają jego faktycznej marności. Dystrybutor korci widza górnolotnymi hasłami. Oczywiście to żadna nowość, ale jednak nabijanie widza w butelkę zawsze i niezmiennie mnie irytuje. Poddałem się więc pewnego rodzaju manipulacji. Zaufałem reżyserowi od którego oczekiwałem wszystkiego, tylko nie zdrady. Być może nadal operuję w stosunku do niego zbyt dosadnym i przesadnym słownictwem, ale poważnie w głowie nie mieści mi się, jak można po uznanym najlepszym filmem w Europie w roku 2008, wspaniałym Na krawędzi nieba, nakręcić coś tak banalnego.

Druga rzecz, to jak można nominować Soul Kitchen do miana Najlepszego filmu roku 2010? Jak dystrybutor może nazwać tak płytki twór „Pulsującą pozytywną energią zabawną komedią”? Muzyka, taniec, miłość? Ta pierwsza występuje, a i owszem, ale nic z niej nie zapamiętałem. Na tańcu się nie znam, ale Dirty Dancing to to nie jest. Miłość natomiast sprowadza się tu do taniego banału. O „Najgorętszej imprezie karnawału” nawet nie pomnę. Znam i uczestniczyłem w lepszych. Ja rozumiem, że kupiony tytuł trzeba dobrze sprzedać i nie być stratnym, no ale ludzie. Miejcie odrobinę przyzwoitości.
Scenariusz filmu na myśl przywodzi mi najstraszliwsze wysokobudżetowe polskie komedie minionej dekady. Bez ładu, bez składu, głośne i całuśne (jak na Niemcy) nazwiska, płytkie i durne dialogi, prowizoryczna oraz powierzchowna akcja oparta na irracjonalnych przypadkach losów naszych bohaterów. Humoru, którym miał ponoć tryskać, nie zaobserwowałem. No ale może ja się nie znam i jestem śmiertelnie smutnym człowiekiem.

Na moje oko, styl opowieści, wariactwo i mentalny luz bohaterów, aspiruje trochę do skandynawskich komedii. No ale Akin to urodzony w Hamburgu Turek, a nie Norweg, Szwed czy Duńczyk. Niech lepiej za lekkie komedie już się nie bierze. Nie ma do tego serca. Liczę że Soul Kitchen to tylko wypadek przy pracy. Taki zwyczajny kebab na cienkim strzelony szybko na mieście dla niedbałego zabicia pierwszego głodu.

Nie będę nic pisał o fabule, jak ktoś chce, to sobie przeczyta gdzie indziej. O rzeczach marnych nie lubię się rozpisywać. Bo i po co. Potraktujcie ten wpis jako uczynną przysługę. Jako zupełnie bezinteresowną przestrogę ratującą wasz podupadający domowy budżet. W styczniu w naszych kinach jest całkiem sporo premier. Soul Kitchen nie zasługuje na waszą krwawicę. Sądzę, że gorszą inwestycją może być tylko pójście na Weekend Czarka Pazury. Różnica między tymi filmami jest jednak taka, że w przeciwieństwie do omawianego dzieła, po tym drugim od początku spodziewałem się wszystkiego co najgorsze (myślę że mógłby być pierwszą jedynką na moim blogu), więc przynajmniej człowiek się nie rozczaruje. Zapomnijcie o obu. Tako rzecze wujek dobra rada.

2/6