środa, 3 września 2014

Quo Vadis Europo?

Calvary
reż. John Michael McDonagh, IRL, GBR, 2014
100 min.
Polska premiera: ?
Dramat, Czarna komedia




Żyjemy w czasach praktycznie pozbawionych Boga i jego wartości. Bezdusznych i do cna zmonopolizowanych przez postępowy antyklerykalizm. Tzn. Bóg jest, przechodzi gdzieś obok nas, ociera się poprzez starszą kobietę w mocherze przechodzącą tym samym chodnikiem, oraz nęka przy pomocy nawiedzonych kościelnych dzwonów, które nie dają spać w niedzielne południe. Przypominamy sobie o nim głównie w czasie Bożego Narodzenia i Wielkanocy, ale i tak przegrywa On wtedy ze świątecznym szałem zakupów, z reklamami w telewizji, z Kevinem samym w domu i ze Szklaną pułapką. Kryzys wyszydzanej dziś przez większość ludzi wiary (tej chrześcijańskiej, bo reszta innowierców radzi sobie nadal bardzo dobrze) jest zupełnie niedostrzegana w mainstreamie i kompletnie olewana przez pociągających za sznurki w Europie. A w gruncie rzeczy jej doszczętny upadek w dłuższej konsekwencji, acz już nie tak znów bardzo odległej, przyczyni się także do upadku wszystkiego co kochamy i co mamy w sobie zakorzenione już od pokoleń - ziemię, tradycję i zachodnie wartości charakteryzujące naszą cywilizację, która to przecież wychowała nas wszystkich, ukształtowała na prawych ludzi i która niczym Red Bull dodawała przez lata skrzydeł naszym przodkom. To właśnie w imię krzyża biliśmy się zawsze o swą wolność i niepodległość. To krzyż dawał nam siłę i wiarę w zwycięstwo. Ten sam krzyż, którego się dzisiaj wstydzimy.

Europa całymi wiekami decydowała o kształcie tego świata, odkrywała niedostępne dotąd lądy i rodziła wielkich uczonych, wynalazców, poetów, odkrywców, także i zbrodniarzy - owszem, Europa ma także wiele krwi na rękach, ale wcale nie mniej niż inne krainy geograficzne. Niestety dziś jest już w odwrocie. Jej wielkość umiera na naszych oczach, Stary kontynent gubi swoją tożsamość, mentalność przywódcy, także swą odwieczną i nierozerwalną z jej historią chrześcijańskość. Do głosu dochodzą inni wielcy tego świata: Państwa islamskie, Chiny i nadal bardziej azjatycka, zwłaszcza mentalnie dzika Rosja. W imię Europy bez granic, bez wystarczającej wewnętrznej kontroli, bez poczucia bezpieczeństwa, od lat prowadzi się w jej granicach szalenie ryzykowny eksperyment o nazwie Multi-Kulti. Efekty takiego rozluźnienia obyczajów są dla Europy iście zatrważające. Pomysłodawcy otwarcia granic UE dla imigrantów nie przewidzieli np. tego, że wyznawcy dajmy na to takiego Islamu nie będą chcieli tu tylko "pracować" i móc godnie żyć z poszanowaniem praw oraz obyczajów charakterystycznych dla danego regionu który ich przygarnął, lecz będą się zachowywać niczym partie polityczne. Będą mieć swój polityczny cel, który polega na wprowadzeniu prawa szariatu i budowę zamkniętego społeczeństwa, a w dalszej kolejności także i państwa islamskiego. Dlatego właśnie Londyn jest dziś miastem, w którym jest najwięcej meczetów na świecie. Londyn, Lądek Zdrój, Europa o jakiej marzyłeś.

Na domiar złego Europa sama amputowała sobie dłonie i w imię chorej, ciągle promowanej przez samą siebie, acz już nie raz i nie dwa ośmieszonej poprawności politycznej, nie może w wystarczającym stopniu uchronić swoich interesów jak i obywateli, no bo wiadomo - rasizm, szowinizm, dyskryminacja rasowa, gwarantowane prawa obywateli UE, wszyscy równi, wszyscy tacy sami... co za pierdolony bullshit. Jest to największe kłamstwo współczesnego świata przez które wszyscy jeszcze będziemy cierpieć, co ja gadam, już cierpimy. Nasze dzieci wychowywane według tegoż wzoru niestety również. I ich wnuki cierpieć będą także. Na tym świecie nigdy nie było, nie ma i nie będzie równości. Jest to chory wymysł lewicowych umysłów, utopia i fantazja masturbacyjna o istnieniu idealnego społeczeństwa jakiego przecież nie da się zbudować w tak zróżnicowanym ideologicznie oraz rasowo świecie. Wszyscy, którzy próbowali tego dokonać w oparciu o socjalistyczne i stricte lewicowe definicje już nie żyją. Stalin, Lenin, Marks i Engels, uchowali się tylko jełopy w Unii Europejskiej oraz kozaki w Korei Północnej. W tej ostatniej to faktycznie, system równości ludzkiej klasy robotniczej od lat utrzymuje się jakimś dziwnym zrządzeniem losu ponad poziomem morza, ale prawda jest taka, że czy nam się to podoba, czy nie, zawsze będą na tym świecie równi i równiejsi. Im prędzej zdamy sobie z tego sprawę, im szybciej uznamy, że to właśnie my powinniśmy być tymi równiejszymi jak przez wieki wieków, tym lepiej dla nas samych, naszych dzieci, naszej ojczyzny i dla Europy również. Jeśli nie, to zdominuje nas Rosja, albo inny dżihad i tyle będziemy mieli z tej swojej równości oraz "25 lat wolności".

Dlatego właśnie coraz częściej powstają w Europie ekstremalne ugrupowania skrajnie prawicowe o charakterze mocno eurosceptycznym. Mnie osobiście bardzo to cieszy, bo o ile nie ze wszystkim muszę się z nimi zgadzać, o tyle uważam, iż w tym zalewie unijnej propagandy przyda nam się pierwiastek zdrowego rozsądku. Ktoś musi stać na straży naszych rdzennych, europejskich stricte chrześcijańskich wartości. Skoro nie chcą tego czynić nasze elity, niech robią to bojówkarze. Oczywiście rodzi to niepotrzebne napięcia, eskalacja narasta, przedmieścia Paryża, islamskie dzielnice Londynu, także Kopenhaga od dawna już w ogniu, a w Oslo najpopularniejszym imieniem dla chłopców jest dziś Mahomet. Europa została wywrócona na lewą stronę i to na własne życzenie. W imię parcia ku bliżej niezdefiniowanej nowoczesności i poprawności pokazała Watykanowi środkowy palec, odwróciła się do Chrześcijaństwa, które może i nie było idealne, ale które jednak latami kształciło ją i budowało według słusznych prawd i zasad. Dziś, Europa odwraca się do niego plecami, pozwala opluwać go na własnej ziemi i to głównie przez Muzułmanów. Żałosne i smutne jest to zarazem.


Może właśnie taka czeka nas przyszłość? Może wszystkie kościoły pójdą kiedyś z dymem, a dzieciaki będą się śmiać z naszych starych wierzeń? Niebo przestanie istnieć, a ludzie nie będą już straszyć wizją piekła - przytomnie pyta się jeden z bohaterów filmu Calvary. Jakże bardzo jest ono na czasie. Cały film wydaje się być mocno dzisiejszy i jakże aktualny. Z chirurgiczną precyzją dotyka współczesnych problemów trapiących cały pogrążony w chaosie nie tylko kontynent, ale też cały świat. Małe irlandzkie miasteczko, a nawet wieś i jego zróżnicowana społeczność, jako symbol dzisiejszej Europy. W punkt.

Oczami miejscowego księdza - Ojca Jamesa Lavelle (genialny Brendan Glesson), obserwujemy postępującą degrengoladę, zgniliznę moralną, bezbożność i upadek wszelkich wartości. Mieszkańcy oddają się rozpustom i drobnym przyjemnością, nie kryją się z niczym, śmiało dzieląc się swoimi występkami z lokalnym kaznodzieją. Grzeszą, cudzołożą, piją, ćpają, zabijają, a jednocześnie sami krytykują kościół oraz jego ściśle określone wytyczne i zacofane dziś według nich zabobony. Używają często przy tym, tak jak i dziś w realnym świecie, słowa - wytrych, które według nich jest odpowiedzią na całe zło dzisiejszego klękającego przed krzyżem świata - pedofil. Tak. Często się z tym spotykam także i u nas, jako żelazny argument na krzywdy jakie wyrządza nam kościół. "Bo księża to pedofile", "bo kradną z tacy", "bo za wszystko trzeba im płacić". Zgoda. Kościół nie jest idealny, nigdy nie był i nigdy nie będzie. Pracują tam tacy sami ludzie jak wszędzie indziej. Grzeszą i popełniają takie same jak i my błędy, niemniej nie znoszę generalizacji. To nieuczciwe. Nie lubię oceniać całości zagadnienia jedynie poprzez wadliwe jednostki, które po prostu trzeba usuwać z organizmu.

John Michael McDonagh odnoszę wrażenie, że uważa podobnie. Również walczy ze stereotypami. Ukazuje problem współczesnego kościoła z punktu widzenia... kościoła - a konkretniej, to uczciwego, oddanego sprawie oraz swojemu powołaniu księdza. Tak, oni jednak istnieją naprawdę. Jakkolwiek byśmy do tego nie podchodzili, to nasza lojalność jest im dziś bardzo potrzebna. Dzięki niej Europa może obronić się przed moralną zagładą. Uważam, acz może jest to zbyt śmiałe stwierdzenie, iż tylko kościół może dziś scementować cały rozlazły się na wszystkie możliwe strony fundament naszego kontynentu. Nie zrobi tego Unia Europejska i jej ujadające psy - politycy. Oni nie działają według ideologicznych, stricte etycznych pobudek. Ekonomia i słupki w Excelu już dawno zabiły w nich prawość, uczciwość, oraz zabrały im mandat do prawa o decydowaniu o europejskiej tożsamości. Szkoda, że ciągle tak mało ludzi to dostrzega, szkoda także, że tak bardzo zaślepieni są oni gospodarczą, a nie duchową kondycją starego kontynentu. To głównie w tej sferze potrzebny jest nam ożywczy zastrzyk i transfuzja. Europa wcale nie potrzebuje więcej pieniędzy, ma ich wystarczająco dużo aby godnie żyć i rywalizować z resztą świata. Europa potrzebuje dziś duchowej rewolucji.

Ale wróćmy do filmu. Piękna jest to opowieść. Wzrusza, uczy i bawi jednocześnie. Calvary, oczywiście zachowując wszelkie proporcje, jest idealną kopią dzisiejszej chrześcijańskiej Europy pogrążonej w chaosie i buncie przeciw chuj wie czemu. Jest to film niezwykle wyważony, odważny w swoim głównym przekazie, ale jednocześnie spoglądający na ogół zagadnienia w sposób iście sarkastyczny, a nawet niekiedy humorystyczny. Humor ten rzecz jasna jest głównie czarny, typowo wyspiarski, ale to tylko podnosi jego rangę w moich oczach. Małe irlandzkie miasteczko i jego mieszkańcy są lustrzanym odbiciem dzisiejszej Brukseli, Paryża, Londynu, Berlina, jak i naszej pędzącej ślepo za ich cieniem Warszawy (niestety). Jest naszpikowany wieloma odnośnikami, także współczesną symboliką odnoszącymi się do aktualnych niepokojących zjawisk. Bardzo wymowne jest w tym filmie spalenie kościoła, oraz bezrefleksyjna reakcja lokalnej społeczności. Użeranie się osamotnionego księdza - strażnika wartości, ze swoimi grzesznymi "wiernymi" przypomina mi dzisiejszy świat w jakim na co dzień funkcjonuję i w którym coraz trudniej jest mi się odnaleźć. W końcu sam finał opowieści, szalenie smutny i piękny zarazem. Smutny - bowiem niesprawiedliwie umiera jedyne definiowalne w tej opowieści dobro, zaś piękne dlatego, bo mimo wszystko daje ono nadzieję na przebudzenie i odrodzenie się tego dobra w ludziach nie tyle złych, co zwyczajnie zagubionych. Śmierć w Calvary ma zaiste, głęboki sens.

Film ten przybiera więc z mojej ocenie kształt mentalnego drogowskazu stojącego na pustyni bezideowej rozpusty i permanentnego zepsucia. Osobiście, jako ten nieco bardziej zaangażowany politycznie i ideologicznie, ale również jako grzesznik, dostrzegam w nim wielką siłę i moc przekazu, którymi należy się dzielić i które wypadałoby dziś promować. Calvary jest pewnego rodzaju budzikiem, donośnym dzwonkiem, którego zadaniem jest wybudzenie ze złego snu otumanionej fałszywymi hasłami ludzkości. Multum mądrości, świetny wyspowy klimat i irlandzkie krajobrazy, wspaniała, celtycka muzyka autorstwa Patricka Cassidy (pisząc ten tekst już chyba piętnasty raz słucham zapętlonego OSTa i ciągle mi mało), nienaganna gra aktorska, charyzma i poprawne zobrazowanie charakterów wszystkich postaci, co tu więcej pisać, świetna robota panie reżyserze. Z pewnością wrócę do Calvary przy okazji rocznych podsumowań. Szkoda tylko, że dotąd nie znalazł się jeszcze żaden polski dystrybutor, który miałby odwagę pokazać ten film rodzimemu odbiorcy. Może się boją? Może nie rozumieją? Sam nie wiem. Wiem za to jedno. Na napisach końcowych chciałem wykrzyknąć na cały głos: Europo, obudź się wreszcie! Niech Bóg będzie z Tobą.

5/6

IMDb: 7,5
Filmweb: 7,0


2 komentarze:

  1. Nie słyszałam o tym filmie, zaciekawiłeś mnie. Mam nadzieję, że któryś dystrybutor się obudzi i wypromuje ten film u nas.

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja z kolei czekam na ten film!

    OdpowiedzUsuń