poniedziałek, 25 czerwca 2018

Latający cyrk Armando Iannucciego

Śmierć Stalina
reż. Armando Iannucci, GBR, BEL, FRA, CAN, 2017
106 min. Kino Świat
Polska premiera: 27.04.2018
Dramat, Komedia, Historyczny, Biograficzny



Kilka dni temu szefostwo stacji BBC uderzyło w obchodzącą swoje pięćdziesięciolecie grupę Monty Pythona stwierdzając, że ci są zbyt biali, oraz, że są, o zgrozo, mężczyznami. Różne tragedie widziała już matulka ziemia, choćby nasz wczorajszy gangbang na mundialu, ale ta katastrofa wydaje się być jedną z bardziej liczących się w panteonie współczesnego żalu. Co więcej, Shane Allen, szef działu komediowego BBC powiedział, że gdyby dziś miała powstać grupa Monty Python, to ta nie mogłaby składać się z wyłącznie sześciu białych mężczyzn, gdyż dziś liczą się programy charakteryzujące się różnorodnością i wielokulturowością, a skecze i seriale z czarnoskórymi aktorami są aktualnie bardziej pożądane przez odbiorców. Nie trzeba było długo czekać na reakcję Johna Cleese, który w swoim stylu odpowiedział, iż BBC prowadzi inżynierię społeczną, a członkowie jego grupy na swój sposób byli przecież wielokulturowi – Graham Chapman na ten przykład był gejem, a Terry Gilliam jest Amerykaninem, natomiast w przeważającej większości przypadków, skecze uderzały w mężczyzn, co zapewne zadowalało sufrażystki. Panie Cleese, życzę dużo zdrowia i trzeźwości umysłu.

W ogóle cała ta sytuacja brzmi trochę jak jeden ze skeczów Pythonów właśnie, ale niestety dzieje się ona naprawdę i tak jak z popisów naszej reprezentacji u ruskich - nie ma się z czego cieszyć. Tak oto na naszych oczach po raz kolejny atakowany jest jeden z ostatnich bastionów naszego zachodniego dziedzictwa kulturowego, który czasem może i był trochę szowinistyczny, seksistowski oraz ksenofobiczny, ale też, tak zwyczajnie i po ludzku, był/jest do bólu prawdziwy, obdarty ze sztuczności i zakłamania charakteryzującego dzisiejsze czasy. Pomimo tego, że sarkastyczny humor Pythonów nadal dzielnie broni się przed upływem czasu i postępującą kulturową rewolucją, która to zdaje się już zjadać własny ogon, to jednak niestety trudno nie dostrzec, że idzie mu z tym coraz ciężej i już nawet w jego ojczyźnie pojawiają się krytyczne głosy. Sami żyjący jeszcze Pythoni niestety też wiecznie oddychać nie będą i gdy ich w końcu zabraknie to… aż boję się o tym pomyśleć, następców ani widu, ani słychu. Pozwólcie, że litościwie przemilczę polskie kabarety.

Na całe szczęście od czasu do czasu pojawia się jeszcze na dużym i małym ekranie jakaś (biała!) iskierka nadziei na to, że normalność i zdrowy rozsądek, mimo, iż obecnie są mocno zakorzenione w defensywie, to jednak nadal jeszcze dzielnie stawiają czoła moralnej hipokryzji. Na ten przykład mamy Armando Iannucciego. Wbrew pozorom to Szkot, acz po ojcu Włochu, uznany na wyspach satyryk i komik, twórca świetnego serialu Figurantka na HBO. Otóż, miał czelność zekranizować komiks autorstwa Fabiena Nury i Thierry’ego Robina z roku 2010 - Smierć Stalina. Swego czasu powiedział o nim, że już kilka minut po rozpoczęciu lektury powieści graficznej doskonale wiedział, że chce zrobić jego wersję filmową. Jak powiedział, tak uczynił. I całe szczęście, bowiem jest to jedna z nielicznych pojawiających się hurtem na dużych ekranach produkcji, która całymi garściami nawiązuje swoją błyskotliwością, dwuznacznością i humorem do Pythonów właśnie. Zresztą nawet w jedną z głównych ról (Trockiego) wcielił się najmłodszy z żyjących Pythonów – Michael Palin. Oczywiście w filmie brylują sami BIALI aktorzy, głównie MĘŻCZYŹNI, oraz ledwie kilka kobiet sprowadzonych głównie do postaci pomocy domowej, czy też niechętnie oddających swą niewinność celem zaspokojenia popędów płciowych swoich Panów. Aż dziw mnie ogarnia, że na zachodzie znalazły się pieniądze na produkcję takiego popisu ksenofobii, seksizmu i rasizmu. Niemniej są kraje, w których Smierć Stalina dostała nigdy niewygasającego bana, choćby w Rosji, co jest zupełnie zrozumiałe i zarazem cholernie zachęcające do obejrzenia. Na szczęście u nas (wiadomo, #dobrazmiana) film od końca kwietnia swobodnie pełza sobie po kinach, acz niestety tylko w tych wybranych.


Śmierć Stalina, jak sam tytuł wskazuje jest o… śmierci Stalina, ha! No dobra, ale co ponadto? Ianucci, a wcześniej jego komiksowi twórcy, na tle prawdziwych wydarzeń historycznych z roku 1953 roku w ZSRR wykonali to, czego nie potrafili uczynić Milik i Lewandowski na mundialu – trafili soczyście w siatkę, że ta aż z wrażenia zatrzepotała. Ok, wiem, że jest jeszcze przed nami mecz o honor, ale sorry was bardzo, nie chce mi się na niego czekać, ani też specjalnie oglądać. Udało im się więc stworzyć bezbłędną satyrę, niby na sowiecki, zbrodniczy ustrój totalitarny, który u nas ze wzgledu na ogrom narodowej traumy kojarzy się bezwględnie źle, przygnębiająco i smutno, a tak przy zupełnej okazji ośmieszyli też każdy inny i nadal aktualny ustrój autorytarny oraz połowę funkcjonujących obecnie systemów politycznych, które panoszą się w skali mikro i makro na tym padole (pozdro Bruksela). Ta brutalna sowiecka rzeczywistość z czasów rozkwitu NKWD, masowe aresztowania i rozstrzeliwanie zdrajców systemu według widzimisię ojca narodu i jego popleczników jest zapodana z wyraźnie brytyjskim akcentem przypominającym trochę tego durnego francuskiego policjanta z Allo, Allo! co zaiste, stanowi kapitalne połączenie czegoś z pozoru nie wchodzącego razem w żadne reakcje chemiczne, przynajmniej z punktu widzenia Wisły, Odry i Buga.

Nie ma tu charakterystycznych dla kina historycznego nadętego patosu, gloryfikowania i klasyfikowania zła oraz dobra według oklepanego schematu, a także uwypuklania ludzkiego dramatu, zamiast tego obserwujemy przez cyrkowe okulary klauna wydarzenia jakie miały miejsce w Moskwie tuż przed śmiercią towarzysza Stalina, oraz zaraz po jego kuriozalnym zejściu, oczywiście tak z przymrużeniem oka. Po zgonie ojca narodu na Kremlu zaczyna się niezwykle widowiskowy wyścig szczurów po władzę w asyście knucia, spiskowania, dupowłaztwa i lizusostwa, co niezwykle trafnie odzwierciedla nie tylko dzisiejszą manierę polityków, ale też zwykłych korpodebilów hurtowo przybyłych do wielkich miast z Koziej Wólki i robiących zawrotną "karierę" w menadżerce.

Co godne wyróżnienia, wszystkie historyczne postacie pojawiające się w tej opowieści zostały kapitalnie obsadzone aktorsko i scharakteryzowane na miarę charakteru produkcji. Mamy więc tu oprócz uroczego i prostolinijnego dziadzia Stalina, także wiecznie liżącego jego cztery litery, następcę "tronu" ciapciaka Malenkowa (Tambor), przebiegłego szefa NKWD - Ławrentija Berię (kapitalny Simon Russell Beale), spiskującego i rozgrywającego własną grę Nikitę Chruszczowa (również świetny Steve Buscemi), wspomnianego już ofiarę prania mózgu Mołotowa, co to własną żonę sprzedał na rzecz bezgranicznej wiary w Stalina (Palin), narodowego bohatera wojennego - Generała Żukowa (Jason Isaacs), czy też osierocone dzieci Stalina – histeryczkę Swietlanę i pijaka Wasilija. Wszyscy grają tak, jakby od lat świetnie bawili się na deskach teatru po mistrzowsku przy tym improwizując, tak wiecie, po dwóch głębszych. Nie mogłem przy tym uciec od licznych skojarzeń i podobieństw do… Bękartów wojny Tarantino. Może i to nie te same kalosze, ale za to woda chlupie w nich bardzo podobnie. W obu przypadkach mamy do czynienia z historycznymi wydarzeniami ukazanymi w odbiciu się od krzywego zwierciadła. Znawcy i wielbiciele prawdy historycznej nie mają tu za bardzo czego szukać, ale też, czy aby na pewno? Czy o historii należy mówić tylko poważnym głosem Bogusława Wołoszańskiego stojąc przy tym na baczność?

Otóż można też czasem wydać komendę "spocznij" i podejść do zagadnienia trochę mniej poważnie, z bezpiecznym dystansem, jajem i z puszczanym do widza okiem, o ile rzecz jasna nie zakłamuje się przy tym oczywistych faktów i nie fałszuje kart historii. A te w Śmierci Stalina cały czas trzymają się większej bądź mniejszej kupy i jedyne co można zarzucić twórcom, to to, że można z czasem poczuć sympatię do niektórych postaci, które w filmie wydają się całkiem zabawne i niegroźne, a w rzeczywistości byli przecież wielkimi komunistycznymi zbrodniarzami i bestiami w ludzkiej skórze. Ale Iannucci i na to ma świetną odpowiedź. Z rozmową o historii jest trochę jak z opowiadaniem dzieciom o motylkach, pszczółkach i kwiatkach próbując im tym samym wytłumaczyć skąd się biorą dzieci. Trzeba czasem dostosować treść do poziomu odbiorcy, użyć bardziej przystępnego dla niego języka oraz formy w celu ukazania tej samej prawdy, lecz trochę tak jakby z innej strony. A tej, w przeciwieństwie do sytuacji bramkowych Polaków w Rosji, mamy tu między wierszami całe mnóstwo.


Śmierć Stalina to nie tylko udana próba ośmieszenia każdego ustroju autorytarnego, ale też bliźniaczych mechanizmów jakie zachodzą w różnych grupach społecznych, począwszy od szeroko rozumianej polityki i biznesu, na zupełnie towarzyskich i mało znaczących kończąc. Reżyser trafnie pokazuje jak bardzo oderwani od rzeczywistości są dziś na świecie politycy, elity, wielcy i mali tego świata (pozdro celebryci z Pudelka i kołcze personalni), oraz jak bardzo my zwykłe szare żuczki na tym cierpimy. Lata lecą, a my ciągle dajemy im się naiwnie manipulować i dawać wodzić za nos. Nic się w tej materii nie zmienia od lat i nic się też nie zmieniło od czasów sowieckich, bo przecież nadal gdzieś na świecie wymierza się karę strzałem w tył głowy, a w tych bardziej cywilizowanych nacjach po prostu nakłada się kolejne podatki. Mechanizm manipulacji i zarządzania jednostką jest ciągle ten sam, zmieniają się tylko techniki, co każdy reprezentant niskiego szczebla w zagranicznym korpo potwierdzi. Iannucci w Śmierci Stalina stara się zdemaskować zło oraz nazwać je po imieniu sprytnie przydzielając mu w filmie ludzką postać o wielu twarzach Mołotowa, Chruszczowa, Berii… itd. Po mistrzowsku posługuje się przy tym groteską, przez co czasem trudno rozgraniczyć prawdę od fałszu, tragizm od komizmu i śmiech od łez. Dlatego właśnie tak dobrze to się ogląda.

Kończąc, bo przecież trzeba iść znów poczytać trochę nowych memów o orłach Nawałki. Jest to bardzo przebiegłe w swojej konstrukcji kino, wymagające od widza nie tyle jego inteligencji, co bezustannego posiłkowania się własnym rozumem ustawionym na tryb „czuwanie” w każdej, nawet najbardziej trywialnej scenie. Mamy tu do czynienia z wyborną treścią i rewelacyjnymi kreacjami aktorskimi, oraz sprytnym zabiegiem stylistycznym z manierą sztuki tetralnej, który w formie żartu i na tle tragicznych wydarzeń historycznych z udziałem jednego z najbardziej zakłamanego i zbrodniczego systemu władzy w dziejach ludzkości mówi nam jak trzeba... nie żyć. Śmiech ma tu podwójne dno i być może nie każdy będzie umiał się do niego dokopać, ale ci, którym to się uda, będą ukontentowani, gdyż na tym drugim dnie znajduje się prawdziwe złoto. Mam szczerą nadzieję, że Pythonowcy są z tego filmu dumni, ja w każdym razie jestem. Dobra robota Panie Iannucci. Podążaj dalej tą drogą, lataj na tym swoim cyrku i nie dygaj jak cię nie raz i nie dwa oplują lub nasrają gołębie. Idzie przywyknąć.

Ps. Wybaczcie częste wstawki o piłkarskiej reprezentacji pewnego europejskiego kraju, który jako pierwszy reprezentant starego kontynentu odpadł z mundialu, ale nadal mnie jeszcze kurwa nosi.




poniedziałek, 4 czerwca 2018

Związek tragiczny

Zimna wojna
reż. Paweł Pawlikowski, POL, FRA, GBR, 2018
84 min. Kino Świat
Polska premiera: 8.06.2018
Dramat, Romans



Ten ochrzczony mianem jednego z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat, dzieło, którym zachwycił się światek filmowy w Cannes, obraz, w którym zabujała się Julianne Moore i Cate Blanchett, a przy okazji także branżowi krytycy i dziennikarze oraz pół Internetu, w końcu film, który w ostatnich tygodniach wyskakiwał niemal z każdej napotkanej przeze mnie na ulicy lodówki i którego osobiście w końcu sam doświadczyłem wczoraj na pokazie przedpremierowym spowodował we mnie tak skomplikowane reakcje, że siedząc tak teraz bezradnie przed białym ekranem komputera nie wiem od jakich słów mam napocząć ten tekst. Może zacznę więc jak zwykle, zupełnie od dupy strony.

Na filmie byłem ze swoją konkubiną, która, jak to kobieta wewnętrznie chaotyczna, lubi ckliwe historie miłosne i wiecie co? Po wyjściu z kina o Zimnej wojnie zamieniliśmy ze sobą może dwa słowa (Podobał ci się? - No, spoko), po czym wróciliśmy do domu i poszliśmy spać. Aha, ja wypiłem jeszcze piwo. Nie chodzi o to, że film nas tak zmiażdżył intelektualnie, że aż nie mogliśmy z wrażenia wydusić z siebie choćby słowa. Nic z tych bamboszy. Po prostu nie było za bardzo o czym rozmawiać. To trochę jak z tą niezręczną ciszą na pierwszej randce, kiedy to nie wiesz co masz z siebie wydukać, choć oczywiście masz świadomość, że niewiasta siedząca naprzeciw jest prawdziwym aniołem i jeśli zaraz nie wykrztusisz z siebie jakiegoś słowa, to ci przepadnie na amen. No więc próbuję właśnie coś teraz z siebie wykrztusić.

Nie lubię podsumowywać filmów tylko jednym zdaniem o co nie wiedzieć czemu często jestem proszony, stąd między innymi dlatego właśnie prowadzę tego bloga, żeby móc czasem wyrzygać z siebie te setki chaotycznych słów błądzących bez celu po mojej głowie, ale akurat Zimną wojnę potrafiłbym opisać tylko jednym zdaniem, np. takim: To jak rzucenie okiem na piękny i bardzo drogi obraz w Muzeum Narodowym, po czym wychodzisz, idziesz na piwo i wracasz do swojego życia nawet nie wiedząc dokładnie kto go namalował oraz co sobą przedstawiał.

Tak właśnie. Film mną niestety nie wstrząsnął i nie zaczarował, ani razu nie pojawiła się też w moim życiu gęsia skórka, która często stanowi dla mnie największy miernik jakości danego obrazu. Co prawda wzruszyłem się raz, czy dwa, prawie za każdym razem gdy słyszałem naszą wspaniałą i pięknie przedstawioną w filmie muzykę ludową, która stanowi bardzo zacną, acz surową oprawę muzyczną filmu, ale ta chwilowa ckliwość została spotęgowana moją ogólną słabością do polskich tradycji ludowych i folkloru, z których cholera jasna zawsze jestem jakoś tak dziwnie dumny i hopsasa do przodu. Ale ja to ja, mam jakieś dziwne niedojebanie mózgowe, bo np. w miniony weekend zeszkliły mi się na moment oczęta podczas oglądania na kanale Planete programu „Polska z góry”. Taka ta Polska piękna z perspektywy drona, że aż się normalnie wzruszyłem. I właśnie za to wędruje ode mnie pierwszy plusik dla Pawlikowskiego, że gdzieś pomiędzy słowami, których i tak nie ma tu wiele, pokazał jaka ta nasza Polska cała, mimo brutalizmu lat 40 i 50 minionej epoki jest piękna i jak nadal mamy wiele do zaoferowania światu w warstwie kulturowej. I świat to kupuje, ale tylko w przerwach na ratowanie nas przed jawnym mordowaniem demokracji. Wiadomix.


Drugi ważny plusik to oczywiście warstwa stricte wizualna o której napisano i powiedziano już chyba wszystko. Nie chcę więc powielać oczywistości, od tego są inni. Film jest pięknie pomalowany w czerń i biel, format 4:3, melancholijne kadry i zdjęcia, tu już można zatem mówić o recydywie. Oscarowa Ida wyznaczyła Pawlikowskiemu sprawdzoną już w bojach ścieżkę chwały, na którą ponownie dało się nabrać niczym wygłodniałe ryby na haczyk tysiące ludzi. Ja też, i nie uważam, żeby to było coś złego. W obecnych cyfrowych czasach bardzo cieszę się na choćby chwilową możliwość powrotu do czasów świetności kina zaangażowanego i analogowego, do kina z lat 50 i 60 obdartego ze ściemy. To trochę jak z tą tęsknotą za gumami Turbo, River Raid i harataniem gały z kumplami od świtu do nocy na osiedlowym podwórku. Wiesz, że te czasy już nigdy nie wrócą, ale odczuwasz wewnętrzną potrzebę pielęgnowania o nich pamięci.

Ale co właściwie czai się pod warstwą wizualną i techniczną? No, i tu właśnie dochodzimy do chwili największej słabości Zimnej wojny. Być może będę w mniejszości, ale to akurat bardzo wygodna dla mnie grupa społeczna, w której doskonale się odnajduję. Jak już wspomniałem wyżej, ukazana w filmie historia miłosna mną nie wzruszyła. Zabrakło ognia, żaru, być może zwyczajnie dobrej podpałki i suchych zapałek. Mimo absolutnie kapitalnych ról (tu akurat jestem w większości) Kulig i Kota nie potrafiłem odnaleźć pomiędzy nimi tej namiętności i pierwiastka szaleństwa, którego oczekiwałem, a przynajmniej tego, którego mi wcześniej obiecano. Być może mam już na jego temat nieco koślawe i trochę też wykolejone wyobrażenie, ale jednak po walcu słodkiej lolitki z jej starszym nauczycielem życia spodziewałem się trochę więcej chemii, a nie tylko fizyki.

W nawiązaniu kontaktu wzrokowego z tą miłosną gierką w berka z pewnością nie pomagają bardzo długie przeskoki czasowe i lokacyjne. Raz widzimy ich w romantycznym uścisku w polskim stogu siana, za chwilę jest już Berlin Wschodni, ciach, następna scena Paryż, ciach, mamy piękna Jugosławię i tak skacze nam ten Pawlikowski z kwiatka na kożuszek. Nie to, że mi to przeszkadza, paradoksalnie napiszę, że wręcz przeciwnie, nawet podoba mi się taka formuła. To trochę jak ukazanie the very best of ich burzliwego romansu, takie najlepsze serduszka z najlepszych, krótka kronika ich miłosnych uniesień oraz kaprysów ukazanych w jednej małej pigułce (gwałtu). Nawet jest to przyjemne i przystępne dla oka, gdyż ta w sumie prosta historia nie jest siłą wsadzona w za duże kalosze i nie trwa dwóch godzin piętnaście jak co drugi dziś nowy film, niemniej te przeskoki czasowe, lokacyjne oraz sercowe takoż, trochę ostudzają ich ekranową namiętność, która nawet nie ma kiedy się dobrze rozpędzić, przez co często potyka się więc, a to o parkiet sceny, a to o stół w knajpie, czy ścianę w pokoju. Kocham cię! JEB! Czekam na ciebie całe życie! JEB! Trochę chyba za mało w tym wszystkim cukru w cukrze, a w wielkim torcie bezowym z bitą śmietaną tak jakby o to właśnie winno tu chodzić. Zatem jednak niedosyt. Widziałem już w kinie zbyt wiele wielkich miłosnych uniesień, by dać sobie w mordę strzelić takiemu powierzchownemu romansowi.


Co ważne, tym razem obyło się bez subtelnych politycznych naleciałości i ideologicznych kontrowersji jak ostatnio w Idzie, acz sam Pawlikowski bardzo chętnie lubi się stawiać w świetle reżysera wyklętego opowiadającego się wyraźnie po jednej ze stron politycznej barykady, która od lat z bólem gwałci naszą przestrzeń publiczną, co osobiście bardzo mnie smuci. Może właśnie z tego powodu doszukałem się w Zimnej wojnie kilku drobnych wytrychów, które ideowa opozycja nad Wisłą łatwo może wykorzystać do swojej walki o otwarcie przymnkniętych im przed nosem drzwi i prawdę mówiąc sam jestem ciekaw jak to zostanie odebrane przez większą część odbiorców.

Jest tu chociażby jedna dość wymowna scena, w której Wiktor (Kot) dowiaduje się o powrocie jego ukochanej Zuli (Kulig) do zniewolonej Polski i ze łzami w oczach gra w nocnym klubie w Paryżu na fortepianie. Czyni to w sposób mocno zaangażowany, niezrozumiały przez odbiorców w dekadenckim klubie, oraz ze łzami w oczach, wtem Pawlikowski ukazuje w tle jego solowego dramatu plakat z hasłami „Liberte, Egalite, Solidarite”. Może i jestem przewrażliwiony na tego typu wstawki, ale w mojej głowie nadzwyczaj łatwo było ubrać tą scenę w wyrażenie zaniepokojenia autora obecną kondycją demokracji i wolności w pewnym kraju nad Wisłą. Obym się mylił i oby tego typu insynuacje ugrzęzły tylko w mojej nieco spaczonej głowie.

Reasumując, bo gorąco i piwo stygnie w lodówce. Ten bardzo osobisty film Pawlikowskiego jest bez wątpienia piękny, nawet bardzo. Świetnie zagrany, tu też bardzo, i zrealizowany, bardzo po raz trzeci, lecz z jedną małą, subtelną, acz wyraźną rysą na całym swym kryształowym wizerunku. Nie traci tym szczególnie na swojej reputacji i randze, ba, dla wielu rysa ta może okazać się dodatkową cechą podkreślającą wyjątkowosć dzieła, ale odnoszę dziwne wrażenie, że będziemy mieli do czynienia ze swoistym deja vu. Znów zwiastuję reżyserowi sukces międzynarodowy (wiem wiem, po Cannes łatwo napisać) oraz nieco bardziej chłodne przyjęcie w Polsce, która chyba nie potrafi jeszcze spoglądać na samą siebie z odpowiednim dystansem. Mnie Zimna wojna w dużym stopniu ukontentowała. Minusy o których napisałem wyżej absolutnie nie przysłaniają mi jej niezaprzeczalnych plusów, które wyrażają się głównie w warstwie audiowizualnej. Być może rzeczywiście mamy tu do czynienia z kinem wybitnym i wielkim z punktu widzenia kanonu polskiej kinematografii, nie wiem, czas sam to wszystko oceni, niemniej faktem jest to, że nie potrafię się tym filmem cieszyć. On po prostu sobie jest, niby blisko, ale jednak cholernie daleko ode mnie. To nie jest moja miłość, to nie są moi bohaterzy, ale to jest bardzo moje kino. Wspaniały związek, tylko sex tragiczny.



piątek, 13 kwietnia 2018

Zemsta bez jaj

Nigdy cię tu nie było
reż. Lynne Ramsay, FRA, GBR, USA, 2017
85 min. Gutek Film
Polska premiera: 13.04.2018
Dramat, Thriller



Zacznijmy od tego, że nie mam nic do kobiet. Serio. Nawet je prywatnie uwielbiam. Każdego dnia wiosny jakby bardziej. Ok, jestem trochę seksistą, jak każdy zdrowy i chyba także zupełnie normalny facet. No tak już nas ulepiła matka natura, czy tam stwórca, wszystko jedno, a i nasi przodkowie, te wszystkie owłosione małpoludy z maczugami też grzmociły się na potęgę. Nie da się od tak w kilka milionów lat wyzbyć wszystkich zwierzęcych instynktów i to pomimo tego, że tabuny smutnych feministek bardzo by dziś chciało, żeby facet przestał w końcu przepuszczać kobiety przez drzwi, bo przecież one też mają ręce, heloł. Ja w każdym razie się nie dam, jestem przedstawicielem starej szkoły i sorry dziewczyny bardzo, ale nadal będę do was wzdychał i nosił na rękach. Ok, zatem kobiety. Mam z nimi jeden, taki malutki problem. Pomijając już te większe i nigdy nierązwiązywalne typu „domyśl się”, ten mały problemik tkwi hmm… w kinie.

W kinie jak w kinie. Dokładnie rzecz ujmując chodzi mi o kobiety zasiadające na fotelu reżyserskim. Spójrzmy prawdzie w oczy, to nie jest ich naturalne środowisko. Nawet przeprowadzono niedawno jakieś badania, to pewnie ci mityczni amerykańscy naukowcy, z których wyszło, że obecnie wśród reżyserów kasowych produkcji na całym świecie kobiety stanowią jedynie siedem procent. Brzmi to może i nieco absurdalnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zwykle ponad połowę studentów w szkołach filmowych od lat stanowią kobiety właśnie, oraz przyjmując, że środowisko filmowców na niemal całym świecie jest wylęgarnią lewicowych i politpoprawnych myślicieli, którzy chętnie krytykują stary porządek świata, cały ten seksizm, mobbing, dominację penisa a nawet dziwkę demokrację, no bo wiadomo, że demokracja jest tylko wtedy, kiedy wygrywają nasi, a jak robią to „oni”, no to wtedy jest już faszyzm. Zatem okazuje się nagle, że w tak oświeconym artystycznym środowisku parytety na fotelu reżyserskim to bujda na resorach i kobiety dupa cicho. Przemysł filmowy nadal więc należy do mężczyzn. Tu ciągle panuje zaściankowość i patriarchat. Najciemniej pod latarnią? Klasyka gatunku.

W ogóle to pierwszą babeczką która zdobyła Oscara za reżyserię była Kathryn Bigelow w roku 2010, czyli tak jakby niedawno. Ale niczego to nie zmieniło, ot, jednorazowy wyskok. Nadal kobitki reżyserki można tak z pamięci policzyć na palcach dwóch rąk, a te dobre, nawet na jednej. Osobiście z tych zagranicznych najbardziej szanuję Jane Campion, głównie za Fortepian i Święty dym. Dalej to już Pustynia Gobi, tudzież zwykłe przecinki. Czasem nakręci coś sensownego Zośka Coppola, czasem właśnie wspomniana Bigelow, jest też świetna Japonka Naomi Kawase, ale o reszcie Pań nie ma nawet co wspominać. O dziwo w tej zaściankowej Polsce jest z tym dużo lepiej. Na czele listy jest oczywiście Agnieszka Holland, acz z jej filmografią od zawsze jest mi zupełnie nie po drodze, tak jak i z nią samą jako człowiekiem. Na fali wznoszącej jest też Małgośka Szumowska, ale i tu brak we mnie entuzjazmu, z każdym kolejnym filmem wydaje mi się, że jest z nią coraz gorzej, no ale w Niemczech szanują. Osobiście dużo bardziej ceniłem dokonania nieżyjącej już Barbary Sass. Lubię też społeczne kino Doroty Kędzierzawskiej, a za całokształt szanuję też Panie Kos-Krauze, Piekorz i Rosłaniec. Na tle mapy świata nasze Panie wypadają więc nie najgorzej.


W tej wyliczance nie wspomniałem nic o Lynne Ramsay, szkockiej reżyserce znanej głównie z Musimy porozmawiać o Kevinie z roku 2011, który to i mi przypadł mocno do gustu. Ze zrozumiałych względów zostawiłem ją na koniec, wszak do kin wchodzi właśnie jej najnowszy obraz, świetnie przyjęty w Cannes Nigdy cię tu nie było, który nawet załapał się na wyprzedaż dwie Złote Palmy, za scenariusz i główną rolę męską. Jego dystrybutor - Gutek Film - co zrozumiałe, bardzo prężnie go reklamuje i zapowiada wielką ucztę kinomana, na którą i ja dałem się namówić, gdyż głodny i wyposzczony kinematograficznie ostatnio jestem bardzo. Nie było to trudne także dlatego, gdyż zwiastun, opisy i pierwsze polskie recenzje także bardzo przypadły mi do gustu. Zatem samograj – powiedział mój zwykle niemylący się w tych kwestiach głos wewnętrzny.

A tu niespodzianka i to z tych bolesnych. Kupiłem sobie dwie małe puszeczki Tuborga (no taki to był marny wybór w Żabce obok), małe, bo film trwa przecież niecałe półtorej godziny (cóż za wspaniała odmiana) - wystarczy. Wygodnie ulokowane cztery litery w fotelu w moim ulubionym warszawskim kinie nie mogły już się doczekać emisji. Ledwie pół godziny później prosiły mnie już o przerwę: "Ekran, chuju, wstawaj, pobudka, zabierz mnie stąd!". Jak na cebulaka przystało, szkoda mi było kasiory za bilet (o dwóch puszkach piwa nawet nie pomnę), poza tym weż się przeciskaj przez te nogi innych ludzi po ciemoku, może się jeszcze rozkręci i będzie dobrze, "szanowna dupo, zamknij więc dupę".

Niestety nie rozkręciło. Cholernie ciężko się to trawiło. Przede wszystkim musiałem sobie odpowiedzieć na nurtujące mnie od samego początku pytanie: Gdzie u licha jest tu ten cały Taksówkarz Scorsese, którym mnie przed seansem mamiono? Jeśli już miałbym porównywać dzieło Ramsay do klasyki kina, to prędzej do Leona z elementami Ghost Doga: Droga Samuraja Jarmucha z taką zaczeską w stylu Drive. Taksówkarz jest mocno naciągany, ale ok, niech będzie, że występuje w śladowych ilościach. Ktoś z was może więc teraz się popukać w głowę i zapytać. Leon? Ghost Dog? Drive? Przecież to kapitalne filmy, czemu jest więc tak źle, skoro brzmi tak dobrze? Odpowiadam. To tylko teoria, a w praktyce Nigdy cię tu nie było najbardziej przypomina mi Only God Forgives.


Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że to naprawdę był samograj. Wystarczyło tylko spokojnie dać się rozwinąć fabule, zaufać aktorom i niczego nie spieprzyć. Po prostu. Ale tu właśnie do głosu doszła kobieca natura. Sorry girls, ale tak to sobie będę tłumaczył. Kumaty facet reżyser zrobiłby z tego scenariusza rozpierdol, istny krwawy rozgardiasz gdzie krew i wnętrzności widz po powrocie z kina do domu musiałby z siebie zdrapywać szpachlą. Natomiast Ramsay obrała inną ścieżkę chwały, za co może i szacun, bo kombinowała momentami nieźle, ale wykonanie… nie no sorry, wykonanie jest naprawdę słabe.

Pierwsze co mnie wkurwiło w tym filmie to praca kamery i ogólnie kadry jakimi uraczono widza. Nie idzie na to patrzeć. Zbyt duże zbliżenia, celowo trzęsąca się ręka, że niby to takie bardziej artystyczne, oraz ujęcia kręcone jakby telefonem Huawei z rąsi z jadącego samochodu. Mało tu technicznej jakości, co mnie jako wizualnego estety drażni bardzo, ale też, żeby być uczciwym napiszę, że jest tu też na szczęście kilka miłych dla oka momentów. Niestety to tylko mało znaczące przecinki w przeraźliwie długich i nadto rozbudowanych zdaniach. Druga bolączka filmu to jego ślamazarność. Bardzo długie pauzy i przeciągnięte do granic absurdu ujęcia scen. Lubię takie leniwce w filmach, ale trzeba uważać i obchodzić się z nimi z aptekarską precyzją, bo czasem tylko kilka sekund dzieli zajebistość od śmieszności. Tu w wielu scenach granica została przekroczona niemal o minuty, przez co z pozoru krótkiego filmu urósł w mej łepetynie trzygodzinny obraz i to jeszcze z półgodzinnym blokiem reklam na Polsacie. To było zdecydowanie moje najdłuższe 85 minut w tym roku. A żeby było śmieszniej, to fabuły w tym filmie jest może na 15 minutową krtótkometrażówkę autorstwa pierwszego lepszego studenta filmówki, zatem łatwo się domyślić jakiego rodzaju wiatr hula w pozostałej czasoprzestrzeni taśmy filmowej. Wiatr nudy i zmęczenia.

I na nic zdaje się świetna kreacja Phoenixa, acz tak po prawdzie, to co to za sztuka zapuścić brodę, przejść się kilka razy po ulicy, posiedzieć w aucie i wszystko to zrobić z jedną miną numer pięć? Na plus praca z młotkiem. Tu rzeczywiście widać i czuć między nimi jakiś związek chemiczny. Na nic też zagadkowe retrospektywy, które tak po prawdzie niczego nie mówią, ani też nic konkretnego nie wyjaśniają. Ten film jest po prostu nudny i wątły jak Agata Buzek. Reżyserka starała się przedstawić ten wybitnie męski świat, krew i przemoc w sposób tak jakby artystyczny oraz z punktu widzenia kobiecej wrażliwości, ale w tej opowieści zabrakło tego, czego w męskim kinie jest zwykle pod dostatkiem. Zabrakło jaj. Zawsze unikałem płciowej generalizacji i uważałem, że nie ma czegoś takiego jak kino męskie albo kobiece. Kino po prostu jest dobre albo złe, mądre albo głupie, wartościowe lub bez wartości. Niestety po tym filmie uważam, że jednak płeć czasem ma znaczenie i w tym konkretnym przypadku kobieca delikatność oraz wrażliwość spieprzyła świetnie zapowiadający się męski film o zemście. Przestrzegam więc przed hurraoptymizmem.