środa, 28 września 2016

Rodzina słowem... tragiczna

Ostatnia rodzina
reż. Jan P. Matuszyński, POL, 2016
124 min. Kino Świat
Premiera: 30.09.2016
Biograficzny, Dramat



Nie zdążyły jeszcze ucichnąć zachwyty i spazmy nad dziełem młokosa Matuszyńskiego, nie opadły do końca tumany kurzu jakie jeszcze przed kilkoma dniami kłębiły się na czerwonym dywanie w Gdyni, a już puka do nas z wielkiego ekranu przywrócona do życia rodzina Beksińskich, barwna biografia pełna szaleństw, niedorzeczności i życiowych absurdów. Historia rodziny naznaczonej wielką charyzmą i artyzmem, ale też przekleństwem i śmiercią. Z wielką ufnością czekałem na Ostatnią rodzinę, z niekłamanym podziwem oraz zachwytem łykałem pierwsze kadry i ujęcia w zwiastunach. Ogień pożądania podsycały media, krytyka filmowa i pierwsi szczęściarze, którzy widzieli film wcześniej. Są takie produkcje, które wielkie stają się w głowach zanim te jeszcze odkryją je same. Ostatnia rodzina zdaje się być jedną z nich. Na kilka dni przed oficjalną premierą, udekorowana w najbardziej błyszczące nagrody w polskiej kinematografii została z góry skazana na sukces. Wyznaczono jej azymut niekolidujący i bezpiecznie prowadzący do szczęśliwego celu na listach box office i kto wie, być może nawet do polskiego kandydata do Oscara (no dobra, dziś już wiadomo, że się nie udało). Czy słusznie? Czy jest to film tak doskonały jak go malują? Nieskazitelny i nietykalny na tyle, że świadoma krytyka tego obrazu może jawić się jako poczwarz i bluźnierstwo? Niestety nie. Biorąc pod uwagę wszystkie uwarunkowania, jestem nim nawet trochę rozczarowany.

Zacznijmy jednak od początku. Młody reżyser, debiutant, wraz ze scenarzystą Robertem Bolestą nie mieli łatwego zadania, to pewne. Jak bowiem ukazać sedno istnienia legendarnego rodu Beksińskich? Jak zmaterializować toksyczny związek wybitnego malarza i grafika z neurotycznym synem Tomaszem, oraz próbującą scalić ich wspólne dziwactwa w jedną, normalną rodzinną tkankę, żoną Zofią? Na czym się skupić, co uwypuklić, a co uczciwie przemilczeć? Takie wybory nigdy nie należą do prostych. Żywot Beksińskich zasługuje bardziej na dwunastoodcinkowy serial, niźli fabułę. Jest zbyt wielopłaszczyznowy i zbyt rozległy. Panowie finalnie skupili się na 28-letnim okresie życia rodziny, począwszy od roku 1977, w którym to Beksińscy przeprowadzili się z rodzinnego Sanoka do blokowiska na warszawskim Służewiu, a na ostatnim tchnieniu Zdzisława w roku 2005 kończąc. Autorzy, co zrozumiałe, w sposób wybiórczy przedstawiają nam tylko najważniejsze momenty z życia rodziny, skupiając się przy tym głównie na egzystencjalnych i zupełnie trywialnych czynnościach oraz osobistych relacjach pomiędzy członkami klanu szczelnie opakowanego w elegancki PRL-owski papier, czyli apartament typu M-5.


Koncentrujemy się więc na wycinku ich prywatnego, bardzo intymnego świata oraz na skomplikowanych relacjach na linii ojciec-matka-syn, które zostały złożone z wielobarwnych klisz umiejętnie na siebie nałożonych przez reżysera. Twórczość artystyczna Zdzisława i kariera radiowa Tomasza są tu tylko tłem informującym widza o ich prywatnych pasjach i talentach z których są znani najbardziej. W Ostatniej rodzinie dużo ważniejsze jest to, jak członkowie rodziny do siebie mówią i o czym, jak się śmieją i płaczą, kochają i cierpią, jak dorastają i jak się starzeją, w końcu o tym, jak umierają. Ich z pozoru nieco toksyczny związek ociera się o groteskę, o skandynawski humor rodem z filmów Roya Anderssona. Granica pomiędzy śmiechem i rozpaczą zdaje się tu być zupełnie iluzoryczna, czym łatwo zaskarbia sobie uznanie i szacunek u widza. Na widowni co chwila wybuchały salwy śmiechu, w liczbie mnogiej pojawiały się rechot i nieco tępe pojękiwania. Obok mnie młoda kobieta rechotała w tak regularny i cykliczny sposób, że z boku można było pomyśleć, że znajdujemy się na seansie serialu komediowego Pełna chata. Amerykanie wpadli kiedyś na genialny pomysł, żeby własnego, zwykle niezbyt bystrego widza uświadomić kiedy ten ma się śmiać i z czego. Dlatego nagrali w studiu śmiech wynajętej do tego celu publiczności i podkładali go do obrazu zawsze wtedy, gdy uznali, że zaprezentowana scena jest, lub powinna być śmieszna. I widz się śmiał, często nawet nie wiedział po co i z czego.

Ostatniej rodzinie jest wiele takich sytuacji kiedy sala kinowa rechocze jak na komediowym sitcomie, co rzecz jasna nie jest powodem do zażenowania, ani też do dystrybuowania przeze mnie pogardy. Po prostu śmiech ten, a także zapodana w hurtowych ilościach groteska, czarny humor i dystans do życia jaki często był lokowany w mieszkaniu rodziny Beksińskich, z jednej strony przejmująco uroczy, z drugiej jednak zabrał mi on nieco należnej dla ich rodziny powagi oraz szacunku dla jej istnienia. Nazbyt duże wytłuszczenie z ich życia groteskowych zażyłości spowodowało, że w momencie w którym nadchodziła faktyczna śmierć, przekleństwo i cierpienie, nagle nie potrafiłem wysupłać z siebie współczucia i popaść w zadumę. Nie umiałem się smucić i utknąć w emocjonalnej refleksji. Każda kolejna zaprezentowana na ekranie śmierć w rodzinie Beksińskich, począwszy od dwóch seniorek rodu, po te najważniejsze i najbardziej tragiczne, przechodziła gdzieś obok mnie. Nie poczułem jej. Przynajmniej nie na tyle, aby ta mną wstrząsnęła. Nie zostałem sprowokowany do żadnej głębszej refleksji, nie znalazłem też w sobie odczucia pustki i tęsknoty za którąkolwiek z ekranowych postaci. Do śmierci Beksińskich w Ostatniej rodzinie podszedłem tak, jak do padających setkami trupów w produkcjach Tarantino. Bezinwazyjnie i bezrefleksyjnie. Zupełnie obojętnie. A tak chyba jednak być nie powinno.


Śmierć tak bardzo zapowiadana i obiecywana w filmie została przez autorów spłycona i jakby odpuszczona. Nie została naznaczona traumą ani powagą, groteską za to już jak najbardziej. Mocno mnie to zaskoczyło i finalnie zdecydowało o przyznanej niżej nocie za film. Zdecydowanie zabrakło mi wyrazistości w sposobie przedstawienia cierpienia i przekleństwa życia rodu Beksińskich. Matuszyński skupił się na zupełnie innych aspektach ich życia, po łebkach przeprowadził nas za rękę po dwudziestu ośmiu latach ich wspólnej rodzinnej biesiady w bloku, żeby w chwili ostateczności pozostawić ich samych sobie na podłodze w formie przecinka, a nie wielokropka. Być może był to zabieg jak najbardziej celowy, aby odwrócić naszą uwagę od faktów oczywistych, byśmy skoncentrowali się na życiu codziennym bohaterów i poszukali tam zrozumienia. Może chodziło też o to, aby uwypuklić miałkość i kruchość życia, żeby pokazać, że Beksińscy byli zupełnie normalnymi ludźmi, że mieli zwyczajne mieszkanie, jak miliony Polaków wracali windą do domu i jedli wspólnie śniadania. Że byli tacy sami jak my, mimo, że byli zupełnie inni. Życie obdarzyło ich zarówno niezwykłością jak i nieszczęściem. Nie zmienia to faktu, że zabrakło w tym wszystkim śmierci właśnie. Ona tu jest, empirycznie i lirycznie, jak najbardziej. Widać krew, nóż, trumnę, pogrzeb i kwiaty, jest ukazana jej ulotność oraz trywialność, ale do jasnej cholery, jej tutaj nie czuć. Ostatnia rodzina trochę więc spłyca biografię Beksińskich i sprowadza ją do krótkiej notki na Wikipedii - Zmarł dnia tego i tego, w Warszawie.

Ale paradoksalnie sposób w jaki przedstawiono jednego z najważniejszych współczesnych polskich malarzy, rzeźbiarzy i grafików, którego artyzm przeciętnemu rodakowi jawi się, tak jak i jego prace - w sposób mroczny, posępny, zimny i wyobcowany - ociera się o wybitność. Matuszyński jednocześnie puszcza oka do, być może lekko zdezorientowanego widza i zamiast wnikliwego wgłębiania się w tą z pozoru skomplikowaną i zawiłą jednostkę, artystycznie niedostępną i emocjonalnie skrytą, na dzień dobry przedstawia nam ją zupełnie swobodnie i neutralnie. Z aparatem, w windzie, urokliwie żonglującą żartem i ciętym językiem oraz z nieodłącznym uśmiechem na twarzy. Taki w istocie był Zdzisław Beksiński. Spotkany na ulicy nikt zwróciłby na niego uwagi.

Genialnie został odwzorowany przez Andrzeja Seweryna. Nie chcę powielać słów zachwytów, pisać tego samego co wszyscy, bo to po protu trzeba zobaczyć na własne oczy. Jeśli Seweryn otarł się o genialność, to Dawid Ogrodnik odgrywający Tomasza zahaczył o trudno definiowalną epickość. Co prawda słabo kojarzyłem Tomasza Beksińskiego, nie dane mi było śledzić jego audycji w radiowej Trójce, ale wystarczy spojrzeć na archiwalne nagrania, by dostrzec ogrom podobieństw i docenić wysiłek oraz klasę aktorską. Oczywiście warsztatowo w niczym nie odstaje od nich Aleksandra Konieczna (Zofia), tu też nie zamierzam silić się na oryginalność oraz górnolotne epitety, całej trójce należą się ogromne słowa uznania, to właśnie oni są największą siłą i jednocześnie kołem zamachowym tej produkcji, ostatecznie windując ją na bardzo wysoki i unikalny w polskim kinie poziom.


Niestety kolejnym i osobnym kamyczkiem wrzuconym przeze mnie do ogródka twórców, który także spowodował lekkie obniżenie noty jest, wypisz wymaluj stary grzeszek polskiej kinematografii, który ciągle nie potrafi wydźwignąć się ze swojego wrodzonego niechlujstwa. Otóż nie przekonuje mnie do końca warstwa audiowizualna Ostatniej rodziny. Kadry i ujęcia kamery są momentami co najmniej niedoskonałe. Widoczny jest czasem drżący i zbyt statyczny obraz. Kilka razy przyłapałem się na tym, że ja bym to w danym momencie pokazał inaczej, acz akurat to konkretne przeczucie nawiedza mnie niemal zawsze podczas oglądania każdego filmu. Raziło mnie to jednak czasem w oczy pomimo tego, że w większości przypadkach zdjęcia prezentowały się nienagannie i tak jak należy. Były to jednak trochę za duże dysproporcje i wahania jak na jedną, doskonałą przecież produkcję. Podobne odczucia miałem w przypadku udźwiękowienia filmu, czyli następna typowa przypadłość polskiego kina. Męczyły czasem niewyraźne i trudne do wychwycenia dialogi, zwłaszcza Dawida Ogrodnika a.k.a Tomasza Beksińskiego. Oczywiście doskonale rozumiem jego wrodzoną neurotyczność, zaburzenia emocjonalne i język jakim się posługiwał, ale kilka razy miałem problemy w wychwyceniu tego co mówi. Muzyka jest, a jakże, ale na pewno nie zajmuje eksponowanych miejsc na pierwszym planie. Poważnych zarzutów jednak w tym aspekcie z mojej strony brak.

Dla odmiany duży plus za scenografię i umiejętne odwzorowanie każdej kolejnej epoki, w której toczyła się akcja. Miło było dostrzec liczne elementy wyposażenia domu doskonale znane z własnych zasobów rodzinnych, także sprzęty, plakaty na ścianach, płyty, kasety, muzykę i ubrania. Czuć było ducha epoki. Brawo.

Jak więc mogę ocenić finalnie film z gruntu doskonały, na który miliony Polaków czekało z wielkim utęsknieniem? Gdyby nie tak duże oczekiwania z mojej strony, wysoko zawieszona poprzeczka i pierwsze zachwyty krytyki Ostatnią rodzinę oceniłbym pewnie nieco wyżej, na mocne pięć (lub 8/10 jak kto woli). Jednak moje wymienione wcześniej wątpliwości i delikatne zawody poboczne natury technicznej zmusiły mnie do odjęcia kilku mikro punkcików i ubranie dzieła Matuszyńskiego w cycki Marion Cottillard. Też piękne i zacne, w końcu m.in. dla nich Brad Pitt porzucił swoją Angelinę, zatem to chyba jednak nie zamach na świętość, prawda? Świetny debiut, mocne kino, być może rzeczywiście najlepsze w tym roku w swojskim wydaniu (nie widziałem jeszcze Wołynia i paru innych), ale nie potrafię ocenić go na wzorcowe pięć. Cztery z małym plusem, na zachętę. Za wiek i ambicje reżysera, za wybitne aktorstwo, klimat i za całokształt twórczości rodu Beksińskich.







IMDb: 8,0
Filmweb: 8,3


środa, 27 lipca 2016

Top Model na dopalaczach

Neon Demon
reż. Nicolas Winding Refn, DEN, FRA, USA, 2016
110 min. Gutek Film
Polska premiera: 22.07.2016
Thriller, Surrealistyczny



Nicolas Winding Refn zekranizował jedną z moich najskrytszych fantazji. Umorusał całe to do cna zdegenerowane środowisko wybiegów mody, anoreksji, operacji plastycznych, zawiści i zazdrości w gównie i do tego jeszcze nasączył w roztworze LSD. Iście epicki rozgardiasz audiowizualny, radość dla oczu i nieco zakłopotania dla organów wewnętrznych z układem pokarmowym na czele. Co wrażliwsi lepiej niech nie obżerają się przed seansem i zapomną o chrupaniu nachosów w trakcie. To również nie jest film dla miłośników piwa, ani nawet łychy z colą przemycaną w plecaku. Udając się do kina na Neon Demon weźcie lepiej gram dobrego jarania, albo po prostu się zawczasu zakwaście. Ja niestety tradycyjnie już postawiłem na wysokooktanowy alkohol i czułem się trochę jak na Chłopcach z ferajny w okularach 3D na nosie.

Zastanawia mnie co te duńskie matki dodają do mleka przed podaniem ich swoim dzieciom. Von Trier, Vinterberg, Jensen, Refn - wszyscy jakby z jednego chowu klatkowego. Co chwila świat zostaje nawiedzony jakimś trudno definiowalnym szaleństwem. Nie twierdzę, że mnie to nie kręci, wręcz przeciwnie, kręci, a jakże, ale też dziwi jednocześnie i fascynuje. Duńczycy wyrobili sobie już taką markę w kinie, że na ich filmy można chodzić w ciemno. Zawsze wyjdzie się z nich doszczętnie przeoranym. Przeoranym śmiechem, lub psychodelią. Co kto lubi. W przypadku Refna - ponownie zostałem naznaczony tym drugim.

Gdy tak porządnie przeorał mnie trzy lata temu w Tylko Bóg wybacza stwierdziłem, że facet po godzinach daje sobie po prostu w żyłę, a to co zobaczy w swoim przelocie gdzieś pomiędzy realem a obłokami matriksa przenosi później na duży ekran. Tego filmu nie dało się nakręcić będąc trzeźwym na umyśle, obejrzeć zresztą również, czego wbrew pozorom wcale nie rozpatruję w kategoriach zawodu. Dziś, te trzy lata później powiem więcej. Refn zdaje się być nie tylko kinematograficznym ćpunem, ale też popapranym zboczeńcem, który przy pomocy kamery filmowej daje ujście swoim najskrytszym marzeniom, fobiom, fascynacjom, zboczeniom i koszmarom. Kręci cię nekrofilia i chciałbyś przelecieć jakieś zwłoki? A może chciałbyś zapisać się na lekcje kanibalizmu dla początkujących? Proszę bardzo. Zapraszamy do kina na seans. Może jeszcze popcorn do tego?


A tak już trochę poważniej. Refn skumulował kilka, a może nawet i kilkanaście fetyszy, zboczeń, urojeń oraz lęków i przy pomocy współczesnych technik audiowizualnych osadził je na łamach starej jak świat baśni o Kopciuszku zapodanej w formie ekstremalnego pop-artu. Nie sposób przejść obok tego projektu obojętnie. Neon Demon nie daje spokoju, na zmianę fascynuje, onieśmiela, trochę też nuży i zbija z tropu, po czym znienacka zaczyna wiercić ci dziurę w brzuchu na żywca, że aż widzisz swoje flaki wylewające się wraz z innymi wnętrznościami po kinowym fotelu. Odczuwasz naraz bezwład, obrzydzenie i paraliż, nie możesz wykonać żadnego ruchu, tylko się tępo wpatrujesz w widowisko i intuicyjnie prosisz o więcej jednocześnie prosząc w duchu o to, żeby to się wreszcie skończyło. Film ten przypomina mi trochę szokujący (pseudo)artystyczny performance Hermana Nitscha, który w latach 60-tych ubiegłego stulecia w ramach "Teatru Orgii i Misteriów" zamurował się w piwnicy i ukrzyżował w niej jagnię jakie na białym prześcieradle pozostawiło krwawy ślad swojej walki o przetrwanie. Nitsch przekonywał wtedy, że dzięki takim akcjom uwalnia się z podświadomych lęków i zahamowań.

Na szczęście Refn szokuje bardziej obrazem, a nie czynem, acz zdania pewnie będą podzielone. Ponadto przy pomocy swojego kinematograficznego performance'u przekuwa na współczesny grunt opowieść o wspomnianym Kopciuszku, tyle, że w wersji dla dorosłych. Bardzo wyraźnie rozrysowuje granicę pomiędzy dobrem i złem, oraz konfrontuje je ze sobą przy pomocy odwiecznych dogmatów i rozważań na temat istoty człowieczeństwa. Za tło służy mu do tego współczesna branża mody. Świat permanentnego zakłamania, wydawać by się mogło, że także bezduszny i bez żadnych zahamowań, który odziera ze złudzeń, manipuluje i handluje kobiecym pięknem jak jakąś marchewką na targu warzywnym. Wszystko kręci się wokół kultu ciała. Poza pięknem nic innego się nie liczy. W filmie padają nawet słowa, że piękno może i nie jest najważniejsze, ale bez piękna nic w życiu nie osiągniesz. Wnętrze i duchowość są zbędnym balastem, które tylko komplikują proste zależności życiowe. Najlepiej nie posiadać ich w ogóle, tylko być próżnym pustakiem z ładną buźką i nogami na metr pięćdziesiąt. Resztę zrobią za ciebie inni. To zaiste, idealne środowisko, żeby na jego tle zobrazować tą momentami obrzydliwą psychodelię jaką raczy nas Refn. A że zna ten świat doskonale pokazał już wielokrotnie, chociażby tworząc klipy reklamowe dla wielu cenionych marek z branży.

Żeby prawidłowo ocenić Neon Demon należy rozszarpać go na dwie połówki. Pierwsza, to treść, która na pierwszy jak i dziesiąty rzut okiem jest infantylna i egzaltowana. Z pozoru opowiedziana jest ona w sposób szalenie prosty i nieskomplikowany. Można byłoby ją osadzić w krótkiej bajeczce dla dzieci puszczonej w porze wieczorynki. Ale jej wartością dodatnią jest fakt, że Refn dzieli dobro i zło na... dobro i zło. Tak po prostu i bez alpejskich kombinacji. Finalnie to dobro niekoniecznie wygrywa, co dodaje tej opowieści drugą wartość dodatnią, mianowicie, przewrotność, pieprzność oraz niestety bolesny realizm, wszak bycie dobrym, naiwnym, pięknym i szczerym nie zawsze się w życiu opłaca, by nie powiedzieć wprost, że nigdy. Niby oczywiste, ale zawsze fajnie to zobaczyć na ekranie zamiast słodkich happy endów i "żyli długo i szczęśliwie". Druga rozszarpana połówka filmu, ta bardziej krwawa to rzecz jasna obraz, a konkretniej to obraz i dźwięk, gdyż zdają się one stanowić nierozłączną parę kochanków. Tu Refn zahacza o Himalaje perfekcji. Zmysłowe oraz pełne artyzmu kadry i ujęcia są iście fantastyczne. Gra światłem, mrokiem i cieniem, oraz pulsującymi kolorami, co jest dość interesujące z punktu widzenia daltonizmu reżysera, nosi znamiona geniuszu. Nie inaczej jest z muzyką autorstwa Cliffa Martineza oraz bratanka Duńczyka - Juliana Windinga. Katowany przeze mnie soundtrack znany był mi już kilka tygodni wcześniej, zatem zdążyłem już nim dogłębnie nasiąknąć, ale w asyście obrazu muzyka zyskała w ciemnym kinie fantastycznego dopełnienia stając się perfekcyjną ucztą dla zmysłów.


Ale to niestety koniec pozytywów. Film przez większość czasu zwyczajnie nuży i rozczarowuje. Refn zdecydowanie przyśpiesza i znacznie intensyfikuje doznania dopiero w drugiej połowie filmu. Niestety opiera się przy tym na dość krzykliwych, momentami artystycznie nadętych i obrzydliwych scenach, na wspomnianej na początku nekrofilii (acz mnie się nawet podobało, ale wiadomo, że normalny tak do końca to ja nie jestem) i subtelnym kanibalizmie. Duńczyk postawił więc na pewniaki, na szok i skandal, przez co na moje oko powstał z tego klasyczny przerost formy nad treścią. W dodatku mało oryginalny, bowiem podobne historie zostały już nakręcone i zawarte chociażby w Czarnym łabędziu, a nawet w Showgirls Verhoevena, mimo, że przy Neon Demon jawi się on jako lajtowa bajka Disneya.

Sam więc nie wiem jak mam ocenić całość. Minęły już dwa dni a ja nadal tkwię w wielokropku. Z jednej strony chwalę Refna za jego odwagę, świetne teledyskowe zdjęcia i muzykę, za mroczny klimat, oraz za umiejętne rozrysowanie wzoru na nieuczciwą walkę młodzieńczej naiwności i niewinności ze złem świata zawładniętego przez bezduszne korporacje, zawiść, zakłamanie oraz pęd za karierą i pieniądzem. Nieco przykra jest finalna konstatacja, ale jednocześnie jakże prawdziwa oraz pouczająca i to pomimo tego, że ukazana jest w bardzo banalny sposób. Z drugiej jednak strony film jest momentami obrzydliwy i bardzo niesmaczny. Przypomina trochę pseudoartystyczny bełkot i performance uliczny z publicznym oddawaniem moczu na prześcieradło przez sześćdziesięcioletnią "artystkę". Zaczynam się powoli obawiać o Refna. Coraz szerszym łukiem zdaje się zahaczać o niebezpieczne rewiry graniczące z artystycznym banałem i krzykliwym jazgotem, może i ładnym dla oka, ale jednocześnie coraz bardziej pustym.

Niemniej po dodaniu grosza do grosika wychodzi mi z tego dodawania i odejmowania słaba czwórka na szynach, taka wiecie, wyciągnięta w górę za uszy. Ocenę generalnie dobrą ratują filmowi narkotyczne i transowe doznania audiowizualne wraz z surrealistyczną nutką szaleństwa oraz szczypta mądrości w postaci ośmieszenia jałowych ideałów współczesnych anorektycznych blond primadonn z dziubkami z botoksu. Reszta pozostaje milczeniem, acz mimo wszystko całkiem ciekawym i generalnie namawiam do obejrzenia filmu oraz do wyciągnięcia wniosków po swojemu. Psychofani Refna wyjdą z kin raczej zadowoleni, fani Top Model na TVN trochę skołowani i zniesmaczeni, a fani chemicznych używek nadal pewnie jeszcze tkwią w kinowych salach.






IMDb: 7,0
Filmweb: 6,0


środa, 20 lipca 2016

Ballada o smutnym skinie

Green Room
Reż. Jeremy Saulnier, USA, 2015
94 min.
Polska premiera: ?
Thriller



Trwa atak naziolków na sale kinowe i wygodne sofy - główne składowe naszych domowych kin. Nie dalej jak dwa tygodnie temu i przez głównie prawicową sieć przelała się fala krytyki (słuszna zresztą) w kierunku producentów filmu Imperium z naziolkiem Harrym Potterem Danielem Radcliffem w roli głównej, którzy to w opublikowanym trailerze obok flag i symboli jednoznacznie kojarzonych z ideologią kultu swastyki jak gdyby nigdy nic zamieścili fragment warszawskiego Marszu Niepodległości na którym widać, o zgrozo! nazistowskie polskie flagi narodowe. Mało tego. W innej scenie można dostrzec nawet żółtą flagę Gadsena - symbol libertarian na całym świecie, którzy to, delikatnie rzecz ujmując, również nie mają zbyt wiele wspólnego z Adolfem Hitlerem. Jednak producenci Imperium zdawali się nic o tym nie wiedzieć i najpewniej będą musieli się z tych niefortunnych, by nie napisać wprost - debilnych posunięć tłumaczyć za chwilę przed sądami. Póki co usunęli ze zwiastuna polskie flagi i przeprosili. Czy jednak usuną je z samego filmu? Nie wydaje mnie się. Tymczasem swoiste tournée po torrentach odbywa inny tytuł spod znaku glanów i białych sznurówek - Green Room, czyli kolejna nazi opowieść o złych skinach, którzy szanują Rudolfa Hessa.

Na szczęście tym razem obyło się bez wyraźnego ideologicznego, propagandowego i politycznego faux pas, acz wszyscy ci, którzy mają jakąś styczność z tym środowiskiem, lub w młodości przeczołgali się w swoich flyersach przez niejedną ganiankę z punkami czy dresami, to na widok tego co proponuje im Green Room litościwie się tylko uśmiechną pod nosem, ale uznajmy na wstępie i dla wygody, że to nie lata 90-te i nie Polska, ani tym bardziej Anglia, lecz współczesna amerykańska prowincja, w dodatku ukazana tak trochę z przymrużeniem oka. Twórca tej dość przewrotnej produkcji - Jeremy Saulnier ma już za sobą jeden całkiem udany film - Blue Ruin, dzięki któremu kilka lat temu usłyszał o nim cały świat, a nawet się nim trochę zachwycał (ja również). Tym razem młody reżyser spłodził równie klimatyczną opowiastkę z pogranicza bardzo różnych, z pozoru nie mających ze sobą za wiele wspólnego stylów o których za chwilę, bo to ciekawe.

Na dzień dobry odsapnąłem z ulgą. Boże - wzdycham do samego siebie - wreszcie film, który trwa klasyczne godzinę trzydzieści. Męczą mnie już dwu godzinne i dłuższe seanse, którymi od wielu miesięcy katują mnie producenci. Godzina trzydzieści jest akurat i w sam raz na niezobowiązujący wieczorny chill w domowych pieleszach oraz dwa drinki. A po filmie można jeszcze nawet zrobić coś pożytecznego. Np. polać sobie trzeciego drinka.


No więc film. Początek jest świetny. Zaczyna się od słów "kurwa". Potem jest już tylko lepiej. Co chwila w głowie zalęgają się jakieś szalone analogie i podobieństwa do innych kultowych filmów. Nie wiem, czy to już może zboczenie zawodowe, czy tylko skutek picia łychy z colą, ale w Green Room widziałem na ten przykład migawki ze Lśnienia Kubricka (np. scena jadącego samochodu wąską, krętą ulicą pokazana z powietrza w asyście złowrogiej muzyki), albo z Od zmierzchu do świtu Rodrigueza, czyli tak w skrócie - epicki i gatunkowy rozpierdol jaki dzieje się tu pod koniec oraz w ostatnich sekwencjach filmu. Saulnier bardzo umiejętnie żongluje różnymi filmowymi stylistykami i gatunkami przez co kilka razy zdrowo mnie zaskakuje i ubogaca kulturowo ten w sumie nieskomplikowany z punktu widzenia fabuły film.

Tak w skrócie i z małymi, ale to na prawdę bardzo małymi spojlerkami. Młoda i nikomu nie znana kapela punkowa (tzn. z punkiem za wiele wspólnego nie mają, ale takie to czasy) jest w trakcie swojego tournée po Stanach. Występuje w spelunach za marne kilkanaście zielonych i michę ryżu. Kradną benzynę i generalnie co zarobią to w mig przejedzą i tak w koło Macieju, aż w końcu niczym manna z nieba spada im przypadkiem na łby koncert za na prawdę niezłe pieniądze. Speluna w której mają zagrać ulokowana jest na zupełnym odludziu na skraju lasu i zarządzana jest przez nazioli. Klimat, zaiste przedni. Czuć wyraźnie rozrysowany na ekranie niepokój i od razu wiadomo, że coś się zaraz wydarzy. Kapela na przywitanie się z łysolami (bardzo kurwa rozsądnie) gra im pewien być może znany w punkowym środowisku cover, który, delikatnie rzecz ujmując, wyraża zaniepokojenie ideologią skinów i pluje na ich "white power". W Polsce lat 90-tych najpewniej doszłoby już do zdrowej jatki, ale to jest Ameryka i XXI wiek, zatem kończy się na rzucaniem w nich butelkami. Logiczne. Potem jednak na zgodę grają już Oi oraz trochę ska i wszyscy bawią się jak małe dzieci w Energylandii do momentu, aż po koncercie członkowie kapeli zobaczą coś, czego nie powinni byli zobaczyć. No i się zaczyna.


Co konkretnie? Najpierw klasyczny thriller, potem nawet horror, acz taki gorszego sortu. Właśnie wtedy pojawiają się w mej głowie skojarzenia z Od zmierzchu do świtu, bowiem sytuacja, w której kapela zostaje uwięziona w spelunie i tytułowym zielonym pokoju, na myśl przywodzi mi bar Titty Twister, w którym to krwiożercze wampiry rzucają się na Tarantino i Clooneya z pastorałkową rodzinką. Tu wampirów rzecz jasna nie ma, ale są naziolki. Skojarzenia gwarantowane. Jednak Saulnier w przeciwieństwie do Rodrigueza utrzymuje u siebie pełnię powagi, nie ma durnych rechotów, śmiesznych gagów i dialogów, te momentami są tu niestety marne i trochę czerstwe ale nic to, jedziemy dalej. A tu im dalej w las, tym więcej klasycznego i gatunkowego slashera. Tak, dobrze czytacie. Slashera. Krew leje się litrami, akcja przyśpiesza, giną kolejni ludzie, a nawet zwierzęta, w pewnym momencie brakuje mi tu już tylko czerwonej lub żółtej czcionki z charakterystycznym napisem "Episode 4". Duch Tarantino czuwa nad Green Roomem i to jest proszę ja was bardzo dobra wiadomość.

Nie jest to jednak żadne ksero, ot, najwyżej mamy do czynienia z drobnymi zapożyczeniami, tudzież z naturalnymi skojarzeniami, ale nad wszystkim czuwa gospodarz domu i krzywdy on zrobić nie da nikomu. Saulnier umiejętnie żonglując gatunkową stylistyką, oraz w oparciu o to co umie najlepiej, czyli podsycanie odczucia niepokoju i delektowanie się pauzą i ciszą, po raz drugi spłodził kawał solidnego kina, które niejednego i niejedną zaskoczy. Świetny klimat, trochę krwi i strachu, do tego szczypta ostrej muzyki i wisienka na torcie - iście slasherowa rozgrywka - ogląda się to wszystko na prawdę sympatycznie. Dodatkowe wyróżnienie wędruje dla sir Patricka Stewarta, któremu do twarzy w czerwonych szelkach. Warto także wyróżnić fantastyczną Imogen Poots, która z powodzeniem mogłaby grać w This is England. Zarówno w serialu jak i w filmie. Skinówa jakby z żurnala młodego Oi-owca wycięta.

I generalnie wszystko zakończyłoby się happy endem, podaniem sobie rąk oraz wymianą koszulek, gdyby nie te durne i irracjonalne motywy oraz momentami bardzo nielogiczne zachowywanie się głównych bohaterów. Podejmowane decyzje przez małolatów z kapeli, ale też i samych naziolków momentami aż raziły po oczach. Czasem kojarzyły mi się one z tanimi horrorami klasy B, w których to głupie cycate blondynki uciekają z domów do lasu w środku nocy, gdzie wiadomo, że już nie wrócą. W mojej ocenie zepsuło to nieco ogólne odczucie ekranowej satysfakcji i zamiast pokusić się o zacną piąteczkę oraz cycki Evy Green, których przecież tak dawno już nie widziałem, to niestety ponownie rejestruję lądowanie w piersiach Marion Cottillard. Niby też bardzo zacnych, no ale jednak trochę szkoda. Mocne cztery cyce po raz enty.

I tylko tych skinów trochę żal... Oi.



IMDb: 7,2
Filmweb: 6,4