piątek, 8 września 2017

Kawał (ze) sztuki

The Square
reż. Ruben Östlund, SWE, DEN, FRA, GER, 2017
144 min. Gutek Film
Polska premiera: 15.09.2017
Dramat, Komedia



Gdy przeczytałem po raz pierwszy, że Östlund, Szwed w sensie, całkiem dobrze mi znany i lubiany, ale jednak nadal Szwed, nakręcił film, który błyskotliwie szydzi z poprawności politycznej i modelu państwa opiekuńczego, a przy zupełnej okazji uderza w środowisko artystycznej bohemy oraz świat sztuki i celebrytów, to przez moment pomyślałem, że to news zupełnie podobny do tego dowcipu o Radiu Erewań: „Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: Tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną”. A kiedy nagle ten film zdobył Złotą Palmę w Cannes, to uznałem, że świat właśnie stanął na łbie i zatańczył sobie brejka. No bo jakże to tak? Owoc zrodzony na szwedzkiej ziemi - światowej stolicy terroru politycznej poprawności i to Cannes we Francji, tej Francji - światowej stolicy multi-kulti, w której już prawie nie ma francuskiej kultury, żadnej historii i żadnej tradycji, jest tylko pusta przestrzeń, w której ochoczo urządza się wielokulturowa różnorodność pod szyldami tej dziwki tolerancji. Nie – pomyślałem. Nie zasnę dopóki tego nie zobaczę. Coś mnie tu nie pasuje i śmierdzi na kilometr.

No więc poszedłem i zobaczyłem. Musiałem osobiście przekonać się o co tyle chaosu. I tak. Chaos owszem, jest, całkiem epicki i niebanalny. Wytrawnie zagrany i zaprezentowany pod batutą oraz według akompaniamentu typowego skandynawskiego czarnego humoru. Przez pierwszą połowę filmu uważałem nawet, że pędzę tym Pendolino po zajebiście równych szynach i w zdecydowanie dobrym kierunku, ale w drugiej części trasy Östlund jakby się nieco pogubił, spłaszczył temat i niemalże wykoleił pociąg, przez co zostałem na końcu trasy jak ten głupi chuj po środku niczego, zupełnie jak na peronie w Kutnie. Oczywiście z tej wielkiej chmury, która miała uderzyć w środowisko artystyczne, świat sztuki i politpoprawność wyszedł w zasadzie niewielki i stosunkowo niegroźny cumulonimbus, niemniej trochę z niego popadało. Zawsze coś. Rolnicy się ucieszą.

Wygląda więc na to, że tradycyjnie już punkt widzenia zależy od punktu zasiedzenia. To, co dla liberalnych i lewicowych środowisk zindoktrynowanych przez polityczną poprawność jest sufitem, dla mnie, mentalnego i kulturowego konserwy jest podłogą. Szoku poznawczego więc nie ma i w kraju nad Wisłą być nie może, ale też nie będę wam kłamał i mydlił oczu, trochę mnie ten Östlund jednak połechtał po podniebieniu, trochę też zaimponował. Nie po raz pierwszy zresztą. Jednak nie tacy durni ci Szwedzi jak samych siebie malują.


The Square szalenie celne zestawia ze sobą dwa jakże różne światy, które na co dzień żyją we własnych gettach, w opozycji do siebie i wszystkich innych od nich samych. I to bez względu na szerokość geograficzną. Szwecja, Polska, Madagaskar, Republika Vanuatu. Wszędzie jest tak samo. Świat bogaczy, ludzi biznesu, kultury, wyższej, niższej, i najniższej oraz... tak tak, dziennikarzy, kontra świat biedoty, plebsu, bezdomnych, emerytów i rencistów. Tu nigdy nie było, nie ma i nie będzie wspólnego mianownika. Zwłaszcza dziś. W czasach moralnego zezwierzęcenia i kultu gadżetu. Reżyser bardzo umiejętnie rozrysował granicę pomiędzy tymi dwoma płaszczyznami i trafnie punktuje ich przedstawicieli oraz ich słabości. Wielkości zresztą również.

Świat pierwszy, ten niby lepszy i lepiej sytuowany reprezentuje głównie Christian (Claes Bang), kurator prestiżowego muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie. Wiedzie on dostatnie i wygodne życie, wiadomo, jest z zawodu Dyrektorem. Jeździ Teslą sprawiedliwości, piastuje prestiżowe, publiczne stanowisko, nosi eleganckie garnitury i ma dwójkę dzieci z nieudanego małżeństwa. Słowem... typowy przedstawiciel klasy wyższej i pseudointeligenckiej. Na tle swoich współtowarzyszy w emocjonalnej niedoli przedstawiony jest nam świat, w którym na co dzień egzystują. Widzimy więc światłe ekspozycje w muzeum, pseudoartystyczne performance'y, przeintelektualizowane bełkoty, a także pijackie imprezy i ekscentryczne bale. Snobizm, pretensjonalizm, nihilizm.

Świat biedoty, ten jakby trochę nasz, swojski, bardziej szarobury, z dziwnych oraz nieznanych mi powodów będący w opozycji do luksusu, reprezentują może nie tyle ludzie, acz ich też tu przecież widzimy, co bardziej sceny dnia codziennego w których co i rusz te dwa światy się o siebie ocierają. A to na na ten przykład na ulicy, a to w centrum handlowym, albo gdzieś pod blokiem w dzielnicy nietolerancyjnych i ksenofobicznych nosaczy. Każde takie zderzenie się ze sobą tych światów stanowi najmocniejszą i zarazem najlepszą stronę filmu. Przedstawione są one trochę jak osobne skecze i zabawne scenki sytuacyjne. W dodatku okraszone są boskim sarkazmem i eleganckim humorem z pod, tej wiecie, ciemniejszej gwiazdy. Wybornie to się ogląda, ale niestety z czasem moce te jakby tracą na sile.


Östlund prezentuje nam tytułowy kwadrat i przedstawia go w formie instalacji artystycznej jaka ma za zadanie zobrazować dość karkołomną i nieco naiwną tezę, która głosi, ze w jego obrębie wszyscy jesteśmy tacy sami, mamy takie same prawa do życia i powinniśmy patrzeć na siebie w ten sam sposób, oraz rzecz jasna powinniśmy sobie pomagać. Równość, wolność, tolerancja i tego typu bzdury. Sęk w tym, że wszyscy o nim w filmie mówią, ale nikt nie wie czym ten kwadrat naprawdę jest. To trochę jak z tym naszym misiem na skalę naszych możliwości. Oni tym misiem, tfu, kwadratem otwierają oczy niedowiarkom. Mówią, to jest nasz kwadrat, przez nas zrobiony... i tak dalej. Kumacie. Do tego kwadratu nikt nie chce wejść, tzn. raz wchodzi małe dziecko, ale wybucha i zostaje z niego tylko miazga (jak bum cyk cyk). Każdy bohater filmu niby dużo o nim mówi, ale na co dzień żyje w innej figurze geometrycznej, która nie ma z tym kwadratem żadnego elementu wspólnego. To celowy i bardzo przebiegły pstryczek wycelowany w nos współczesnych piewców tolerancji, którzy coraz bardziej brutalnie narzucają na świat i kulturę kolejne granice absurdu. Osobiście wolałbym zobaczyć sążnistego kopa wycelowanego w ich tyłki, no ale cóż, cieszmy się też z rzeczy małych.

Kultura wysoka zderza się więc w pewnym sensie z popkulturą, a nawet z brakiem kultury. I ten brak kultury ją bezczelnie ośmiesza. Rani, ale niestety nie dobija. Tu wychodzą na jaw wszystkie te szwedzkie i współczesne europejskie bolączki oraz granice, których w kinie twórcy nadal jakby bali się przekraczać. Przyświeca im tylko jedna myśl. Oby tylko nie przegiąć pałeczki. Oby nie zostać posądzonym o rasizm, nietolerancję i ksenofobię, albo co najgorsze - o homofobię. I właśnie w drugiej części filmu Östlund trochę nam niestety pokornieje, studzi rozpalone łby, robi się bardziej grzeczny, ulizany i jakby bardziej humanitarny. Kurwa, chłopie. Dlaczego? Tak bardzo chciałem, żebyś wyrzygał to całe zjedzone przez lewicową wizję świata gówno, a ty zaczynasz je nagle dalej zjadać i się tym jeszcze chełpisz. Bleh. Oczywiście rozumiem jego zamysł, tak mi się przynajmniej wydaje. Chciał uczłowieczyć dzikie zwierzęcie, ucieleśnić ideę kwadratu, pokazać, że jednak można stać się w tych dzikich czasach dobrym, prostolinijnym człowiekiem. No ok, wszystko pięknie i słitaśnie, ale tak jak świeżaków z Biedry - ja tego nie kupuję. Żądałem krwi, żądałem ofiar, żądałem sprawiedliwości i zwycięstwa. Jakaż szkoda, że w pewnym momencie Östlund zszedł z wytyczonej na początku przez samego siebie ścieżki chwały. Poczułem się nawet tym trochę osobiście dotknięty i nieco rozczarowany. Na znak protestu ostentacyjnie wyszedłem z kina.

Ale też nie popadajmy w smutek i zniszczenie. Nie ma tragedii. To nie huragan Irma (swoją szosą, czy ktoś wie kto wymyśla imiona huraganom i tornadom?). The Square i tak świetnie broni się samo. Jest wystarczająco rześkie i odważne, szalone i surrealistyczne, krnąbrne i ekscentryczne. Świetne kreacje aktorskie podkreślają jego wyjątkowość, wyborne dialogi i teksty przyjemnie głaszczą od spodu potylicę, a wyszukany humor i sarkazm radują zbłąkaną duszę. Wszystko to pokazuje, że omawiane wyżej światy, mimo, że tak bardzo różne, są w gruncie rzeczy do siebie bardzo podobne, by nie powiedzieć wprost - identyczne. Różnią się tylko detalami i metkami na ubraniach. Koniec końców nie wiadomo już kto jest w tym filmie zwierzęciem, kto łowcą, a kto ofiarą systemu w którym istniejemy. Idea kwadratu w pewnym sensie wychodzi więc z tej batalii zwycięsko. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. To dość przewrotne założenie reżysera ostatecznie zaczyna żyć własnym życiem, nawet po końcowych napisach, a może nawet głównie po nich. To wielka siła The Square. Östlund zrobił nam chyba niezły kawał. Kawał (ze) sztuki.





IMDb: 8,0
Filmweb: Brak

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Dzień dobry, czy mogę prosić kilogram seksu?

Podwójny kochanek
reż. François Ozon, FRA, BEL, 2017
110 min. Gutek Film
Polska premiera: 25.08.2017
Thriller, Psychologiczny, Erotyczny



Na dzień dobry wita się z nami wagina śmiało ukazująca nam swoje wilgotne wnętrze, potem sporo nagości, erotyczne napięcie, seks w różnych konfiguracjach i gumowe penisy. Brzmi trochę jak typowy scenariusz filmów Marca Dorcela, a tu niespodzianka, to tylko najnowsze dzieło jego krajana Francoisa Ozona, chwalonego ostatnio na festiwalach, i to bynajmniej nie pornograficznych, w Cannes i Nowych Horyzontach. Słusznie chwalonego, trzeba przyznać. Śmiałym erotyzmem na granicy pornografii epatuje dziś niemal każdy. Pokazać do kamery cycka i penisa to w zasadzie żadna sztuka, wiedzą to nawet w MTV, ale pokazać goliznę tak, żeby zamiast z frywolnymi filmikami na Pornhubie skojarzyło nam się to z największymi artystami kina, z Cronenbergiem, Polańskim, von Trierem – to już sztuka.

W tym miejscu zasadnym wydaje się już właściwie tylko pytanie, czy sztuka ta jest napisana przez duże, czy jednak małe S. Akurat w tym aspekcie targają mną pewne sprzeczności. Ozon dał się już poznać jako wytrawny obserwator ludzkiej natury. Stworzył co najmniej kilka ciekawych i intrygujących obrazów ociekających egzystencjalizmem podanym w różnych sosach, ale w moim odczuciu żaden dotąd nie otarł się o geniusz, co najwyżej tylko potknął o zjawiskowość. Acz z ręką na sercu przyznaję, iż boska Ludivine Sagnier z Basenu jeszcze do dziś czasem nawiedza mnie we śnie, niemniej chyba nie o to chodzi, żeby to cycki, choćby nie wiem jak bardzo nie z tego świata świadczyły o reżyserskim geniuszu. A może o to? Sam mam czasem wątpliwości. Tak czy siak i na wspak, jeśli chodzi o wnikliwą obserwację swoich skrupulatnie rozrysowanych, głównie pod kątem psychologicznym bohaterów – Ozon jest liderem w swojej klasie. Kropka.


Nie inaczej rzecz dzieje się w Podwójnym kochanku. Tytuł trochę banalny i odpychający. Gdyby nie nazwisko reżysera, nie poświęciłbym mu nawet splunięcia na chodnik. A tu proszę ja was, niespodzianka. W ogóle mamy tu do czynienia z najlepszym możliwym połączeniem moich ulubionych filmowych gatunków. Psychologia spotyka się z erotyką, a trzymający w napięciu dreszczowiec ma romans z dramatyczną intrygą. Cóż za eklektyzm! Do pełni szczęścia brakuje mi już chyba tylko szczypty science-fiction, np. żeby urocza Chloe (Marine Vacth) była kosmitką, tak jak na ten przykład Scarlett Johansson w Under the skin. Ale kosmitów tu brak, co nie znaczy, że brakuje kosmosu. On się tu objawia, acz rzecz jasna niedosłownie, w momentami iście magicznych przejściach z obrazu w obraz poprzez odważne wizualizowanie snu, tudzież erotycznych urojeń ukazanych w akompaniamencie nieco hipnotyzującej muzyki autorstwa Philippe Rombi. Kosmiczny odlot kobiety pochłoniętej pożądaniem i namiętnością w połączeniu z szaleństwem jest niezwykle trudny do sfilmowania, ba, myślę, że tylko nielicznym poetom udało się go trafnie i wyczerpująco opisać, ale tu muszę uczciwie oraz z jednocześnie niekłamanym podziwem przyznać, że Ozon ze swoją autorską wizualizacją otarł się w tym aspekcie o perfekcję. Sześć cycków na sześć. Zdecydowanie.

Zastanawiam się tylko, czy udałoby mu się to bez Marine Vacth. Cóż za kreacja. Cóż za boska iskra w oczach, hipnotyczny urok i pociągająca naturalność. Postać Chloe aż ocieka seksem, mimo, że tli się on tylko gdzieś między wierszami. Niekłamaną frajdę sprawiało mi wychwytywanie go z całej udostępnionej mi treści (czy to już zboczenie?). Chloe bardzo przypomina mi młodziutką Juliette Binoche, a francuski język wydobywający się z jej tchawicy tylko potęgował to skojarzenie i wprawiał w dziwnego rodzaju zakłopotanie. Niemniej ktoś jednak musiał ją odkryć i na nią postawić, zatem kolejny ważny punkt dla Ozona. A co dalej? Cóż. Raz lepiej, raz gorzej.

Na pewno godnym pochwały i zachwytu wydaje się więź emocjonalna jaka w sposób intrygujący oraz nieco perwersyjny rozwija się na naszych oczach pomiędzy terapeutą a jego młodą pacjentką. Dość szybko zostaje pogwałcona etyka lekarska, ale na miejscu doktora Meyera (tudzież Delorda) też nie miałbym żadnych skrupułów. Kariera zawodowa jest jedna, i owszem, ale życie również otrzymujemy w liczbie pojedynczej. No, może poza kotami, o których także wypada napomknąć, bowiem w filmie stanowią dość wyraziste tło. Ale wróćmy do człekokształtnych. Ozon cały czas stara się trzymać to szaleństwo w bezpiecznych ryzach. Pełna kontrola i dojrzałość. Niestety ma to także swoje gorsze oblicze, wszak w tym pozornym chaosie czai się jakaś bezczelność, która w nieco dłuższej perspektywie zaczyna zwyczajnie irytować. Ciekawa gra pozorów jaka rysuje się na naszych oczach z czasem przyjmuje dość karykaturalne kształty. Zachowania bohaterów wymykają się z powszechnie przyjętych norm, przestaję trochę za nimi nadążać, co samo w sobie nie jest zarzutem, prędzej czymś pomiędzy rozczarowaniem a, hmm... niedowierzaniem. Niemniej wszystko podąża tu mniej więcej w tym samym, prawilnym kierunku, aż do grande finału, który sprawia wrażenie, że chce być jak Tommy Lee Jones w Ściganym, albo jak autor tego tekstu po wchłonięciu paszczowo 0,7 litra wysokoprocentowego alkoholu - chce być istotną i jakże ważną kropką, nieodłączną składową wykrzyknika postawionego na końcu zdania. A koniec końców wychodzi jak zwykle, najwyżej wielokropek.


Ozon przez cały film potęguje i umiejętnie wzmaga dramatyzm, trzyma go krótko na skórzanej smyczy, nie daje chwili wytchnienia, gnębi oddechem, gwałci seksualnością i drażni niepokojem. Podekscytowany takim obrotem sprawy widz oczekuje epickiego finału, co najmniej tak wielkiego, jakiego oczekują od Sashy Grey jej szesnastoletni pryszczaci fani. Przecież wszystko co widzimy go tu zapowiada. Gdy ten w końcu nadchodzi, fontanna tryska, a ja... poczułem się nagle bezradny jak włoska policja na plaży w Rimini. Tu muszę wam w ramach dygresji powiedzieć, że zasadniczo to ja uwielbiam ten stan kiedy film mną na końcu brutalnie poniewiera, bierze do buzi, żuje i ostentacyjnie wypluwa pozostawiając jak głupiego chuja na środku chodnika, ale tym razem trochę nie pykło. Ugryzło mnie gdzieś na dole przy kostkach lekkie rozczarowanie, rzecz jasna z naciskiem na lekkie. Aż się rozejrzałem na końcu po sali, czy tylko ja mam tak chujowy wyraz twarzy, i sam już nie wiem, bo jak na złość było jeszcze ciemno. Ale uczciwie przyznaję, że Ozon dobrze kombinował. Naprawdę trzeba oddać Cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie, ale do diaska, co z tego pozostaje dla ludzi? Plusem takiego finalnego rozgardiaszu bez wątpienia jest szereg różnych interpretacji jakie widz jest w stanie po sensie zaprojektować w swojej głowie, co generalnie jest słuszne i zbawienne, bo stanowi jakże przydatny dla przeciętnego Brajana i Dżessiki trening osobisty swojej czachojebni, dlatego koniec końców całość chyba wychodzi na zero. Tak, myślę, że chyba tak będzie uczciwie.

Jak zatem mam sklasyfikować Podwójnego kochanka? Na pewno przed oczami mam dobrze rozrysowany obraz ze wszech miar wyjątkowy i chyba jednak godny zachwytów jakimi go dotąd napastowano. Schludny wizualnie, trzymający w napięciu i zawadiacko podszczypujący pośladek pięknej niewiasty. Porno przed którym gdzieniegdzie złowieszczo ostrzegano (ach ten marketing) właściwie tu nie występuje, nie dajcie się zwieźć. Erotyce też chyba jednak bliżej do 50 twarzy Greya aniżeli do 9 i ½ tygodnia, taki to seks trochę z twarzą Biedronki, ale Podwójny kochanek i tak dostarcza nam wyrazistego i błogiego orzeźwienia w tych intelektualnych dusznościach i mieliznach jakie nas zewsząd otaczają. Trochę nawet szokuje, a przynajmniej stara się sprawiać takie wrażenie, jest jak uderzenie nadbałtyckiego jodu wprost w płuca emerytowanego górnika ze Śląska. Wyróżnia się zwłaszcza na tle letniego i miałkiego repertuaru spod znaku durnych i lekkich komedii o dupie i zupie. Kto lubi lekką perwersję w kinie oraz dostać po mordzie z otwartej, ten zdecydowanie musi się z tym wyzwaniem zmierzyć, ale jak ktoś marzy o tym, żeby kino go jeszcze poddusiło, naszczało i sprało pejczem, to niech uda się do specjalisty niech nieco obniży Ozonowi poprzeczkę. Trochę za mało tu pieprzu, a i z solą też może być problem. Ot, porządne rzemiosło i solidnie wykonana praca domowa przez klasowego kujona, ale kolegów z ław szkolnych to raczej nie ruszy. Ci wolą w tym czasie haratać w gałę i strzelać z procy w uciekające dziewczyny. Do seksu trzeba chyba po prostu dorosnąć. Nie można ot tak wejść do sklepu i kupić go sobie na wagę. Cóż. Typowy Ozon. Tylko dla kinowych estetów.






IMDb: 6,6
Filmweb: 6,2



poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Starość też radość

Obdarowani
reż. Marc Webb, USA, 2017
101 min. Imperial - Cinepix
Polska premiera: 18.08.2017
Dramat


Starzeję się. Tzn. to jest już niezaprzeczalny fakt i doskonale wiem, że proces przeprowadzenia się z nocnych parkietów do domowych kapci dawno już się u mnie rozpoczął, to jednak nadal jest to dla mnie trudne do zaakceptowania i stanowi pewnego rodzaju egzotyczną nowość. Ciało i umysł jak na swój wiek trzymają się całkiem nieźle i zdecydowanie bliżej im do tańca niż do różańca, ale tak, starzeję się. Tak mówią liczby oraz coraz dłuższe i bardziej męczące kace z rodziny gigantów. Twierdzi tak też nawet kino do którego mniej już ostatnio zaglądam (acz jak co roku zwalam to na letni repertuar) i filmy jakie oglądam. O moim starczym zgorzknieniu świadczy nawet to, że coraz bardziej nie chce mi się już tutaj więcej pisać i posłałbym tą całą zabawę w mało poważne blogowanie do wora, a wór do jeziora. Ale już takim ostatecznym potwierdzeniem moich starczych demencji, taką kropką nad i w kształcie laski jest fakt, że jestem pod wrażeniem Obdarowanych w reż. Marca Webba (m.i.n. 500 Days of Summer). Ba, postanowiłem nawet o tym napisać reckę i to w okresie wakacyjnym, w którym zwykle zamiast na durnym pisaniu skupiam się głównie na grzaniu w słońcu swoich niemłodych już kości. Starość, ty dziwko.

Dlaczego jest to takie dziwne, a przynajmniej powinno? A to dlatego, gdyż ponieważ, jest to film, którego konstrukcja odrysowana jest od starej jak ja kino kalki stworzonej z tanich i prostych emocji, przewidywalnej fabuły oraz przeciągniętej przez maszynkę do wyciskania łez, taką samą, którą można zaobserwować w wenezuelskich telewizyjnych tasiemcach, tudzież w ckliwych historyjkach drukowanych w Chwili dla Ciebie. Takie to trochę babskie kino doprawione sosem familijnym, w sam raz do kominka, bujanego fotela i medykamentów na suchość w gardle, odwodnienie, zgagę, katary (mokry, suchy i nieokreślony), nerwobóle, stawy, artretyzm i kolkę wątrobową. Doskonały towarzysz długich jesiennych wieczorów spędzonych na świetlicy w domu seniora Tęczowe Wzgórze. Wyobraźcie więc sobie, że w tym starczym tyglu i na tym bujanym fotelu siedzę ja, cały na biało, nagle wstaję i zaczynam klaskać.

Tak właśnie trochę się czuję dzieląc się teraz z wami moimi spostrzeżeniami na temat filmu dla mentalnych seniorów. Nieco niezręcznie, ale cholera, tak jest uczciwie. Podobał mi się. Serio. Fajnie się to oglądało. Pomijając już wyhodowane przez mą postępującą starość instynkty, to Obdarowani zawierają w sobie któryś z owoców z talerza pełnego potraw „magii kina”. Może i ten najczęściej stosowany i oklepany, najbardziej banalny, ale do diaska, co z tego? Jest smaczny. A jak coś mi smakuje, to wpierdalam aż mi się uszy trzęsą. Kucharz się postarał, wystrój restauracji też spoko, wszystko jest świeże i smaczne, a kelnerce zostawiłem nawet spory napiwek, wszyscy są więc zadowoleni. Interes się kręci.


Historia Obdarowanych ma w sobie coś z... Manchester by the Sea. Wiem. Właśnie w tym momencie spadają w domach ciężkie przedmioty z półek, wybuchają dawno nieczynne już wulkany, ślepcy odzyskują wzrok, a pandy w tokijskim ZOO nagle wykrzykują ludzkim głosem: Co on pierdoli?! Jak to Manchester by the Sea? Ten kapitalny film, być może nawet najlepszy produkt tego półrocza z zajebistym Casey Affleckiem ma coś wspólnego z jakimiś tam Obdarowanymi, które nikogo normalnego (poza mną) nie obchodzą? Ano ma. Niedosłownie rzecz jasna, bo to mimo wszystko nieco inna kategoria wagowa, ale boks jest zawsze boksem i w ryj dać można dać. Ja dostałem centralnie prawym sierpowym w nos i byłem nawet liczony. Co prawda szybko wstałem, ale przez chwilę musiałem wąchać stopy przeciwnika. Podobieństwa zaczynają się i w sumie także od razu kończą na cieplarnianej konstrukcji fabularnej i na takiej hmm... czysto ludzkiej w swoim wymiarze dobroci, która pokonuje cierpienie przez techniczny nokaut, ale ta też wcale nie daje znów tak od razu za wygraną. Niby happy end, ale tak jakby nie do końca. Raczej osiągnięty w bólach remis ze wskazaniem, ale koniec końców widz i tak wychodzi z kina zadowolony. Nawet, jeśli robi to w pozycji horyzontalnej.

Głównym bohaterem jest Frank (Chris Evans). Siedzi w nim jakaś trauma i niespełnienie z przeszłości, które pozostawiły na nim swoje piętno. Walczy o coś z jego punktu widzenia ważnego i zarazem pięknego wokół czego kręci się ta dziwka miłość (mówiłem, że się starzeję). Wychowuje w pojedynkę młodocianą siostrzenicę Mary, córkę swojej zmarłej siostry, która jak się okazuje, jest matematycznym geniuszem. Relacje oraz więź emocjonalna jaka się przez te lata między nimi wytworzyły są, cóż, niebanalne i oryginalne, a nawet takie wiecie, przedstawione z jajem i humorem. Reżyser od razu daje do zrozumienia, że jest fajnie i wszyscy są szczęśliwi, definiuje też jasną stronę mocy i mówi co jest najważniejsze w życiu. Ale żeby nie było znów tak za słodko, dorzuca dla kontrastu babcię małej Mary (Lindsay Duncan), która, jak to zwykle widać z punktu widzenia starszych ludzi, myśli, ze jest mądrzejsza, wie lepiej i chce także lepiej wykorzystać geniusz wnuczki, by pchnąć ją w kierunku międzynarodowej kariery. W pewnym sensie samoistnie lokuje się tym samym na pozycji tego nieco ciemniejszego charakterku. Ale Webb, który lubi takie gierki umiejętnie prowadzi tą w sumie banalną opowieść i uczciwie przedstawia argumenty dwóch stron konfliktu pokazując plusy i minusy obu obozów trzymających władzę. A z plusami, wiadomo, chodzi o to, żeby nie przysłaniały nam minusów.


Tak więc jako widzowie odsłaniamy minusy, żeby dostrzec te plusy właśnie, a tym największym z nich wydaje się być młodziutka Mary (Mckenna Grace), która wprowadza do tej opowieści taki power i taki koloryt, że festiwal balonów w amerykańskim Albuquerque niech się lepiej nie wygłupia i od razu schowa do szafy. Prawdziwa petarda, szyk i elegancja, ale to w zasadzie żadne novum w amerykańskiej kinematografii, bowiem ich dzieciaki mają na koncie już tak wiele fenomenalnych ról, że właściwie sam się sobie dziwię, że się jeszcze czasem dziwię i na to łapię. Dziecko nie dziecko, rozliczyć je trzeba tak samo jak dorosłego aktora. Tym bardziej, że mimo ledwie jedenastu lat na karku, mała ma już zaliczone czternaście ról. CZTERNAŚCIE. Stary ekranowy wyjadacz a nie słodkie i niewinne dziecko. Niemniej zagrała bardzo naturalnie i z bożą iskierką, która nie powiem, gdzieś tam zapłonęła mi nawet w okolicach klatki piersiowej. Natomiast o wspomnianym już wyżej Chrisie Evansie można napisać tylko tyle i aż tyle, że był jak Casey Affleck w Mancheter by the Sea (wiem wiem, znowu, ale musiałem) przez co Tommy Lee Jones w Ściganym może iść już na zasłużoną emeryturę. Klasa. I to pomimo tego, że w zasadzie nie zrobił niczego wielkiego, ot, wystarczyła jedna dobrze dobrana mina, ale tak to już jest, że czasem wielkie rzeczy rodzą się w wodzie do kostek. Np. pstrągi. Jadłem ostatnio dobrego, to wiem.

Zatem Obdarowani na pierwszy rzut oka nie dają nam niczego więcej ponad ckliwość oraz chwilowe i przyjemne +24 stopni Celsjusza, które kojąco rozgrzewają serducha mentalnych i wiecznie zmarzniętych seniorów. Celowo wywołują rodzinną wojenkę o prawa do wychowania małego geniusza, by na jej tle zdefiniować wartości stare jak Clint Eastwood. Niemniej ciągle płynnie przelewają się one przez nasze aorty i pompują utlenioną krew do naszych serc. Na końcu zasadne staje się pytanie - Kariera, sława i pieniądze, czy może jednak normalne, lecz skromniejsze życie, huśtawki w parku, koleżanki i koledzy? Odpowiedź wydaje się prosta w każdym momencie trwania tego sporu, ale Webb uczciwie ukazuje dwie strony medalu, jednak z pominięciem zbytecznego czepialstwa i moralizatorstwa, dzięki czemu w ostateczności całą pulę i tak zgarniają widzowie. Świetny układ. Ciepłe, wzruszające, proste i nieskomplikowane kino. Napisałbym, że takie jak nasze lato, ale te występujące w naszej szerokości geograficznej znacznie trafniej zdefiniowałaby np. Annabelle. Narodziny zła.

I tak sobie myślę sącząc teraz wódkę z colą limonkową, że starość chyba jednak nie jest taka znów najgorsza. Przywraca nam instynkty wypalone i stłamszone przez wódę, dragi i dziki seks na plaży. Pewnie, że jest to fajne, ba, kto nie próbował ten nie wie że żyje, ale każdy, nawet najbardziej hardcorowy imprezowicz musi w końcu kiedyś odpocząć. Choćby przez chwilę. Polecam więc zrobić to przy najnowszym filmie Marca Webba.






IMDb: 7,7
Filmweb: 7,7