piątek, 13 kwietnia 2018

Zemsta bez jaj

Nigdy cię tu nie było
reż. Lynne Ramsay, FRA, GBR, USA, 2017
85 min. Gutek Film
Polska premiera: 13.04.2018
Dramat, Thriller



Zacznijmy od tego, że nie mam nic do kobiet. Serio. Nawet je prywatnie uwielbiam. Każdego dnia wiosny jakby bardziej. Ok, jestem trochę seksistą, jak każdy zdrowy i chyba także zupełnie normalny facet. No tak już nas ulepiła matka natura, czy tam stwórca, wszystko jedno, a i nasi przodkowie, te wszystkie owłosione małpoludy z maczugami też grzmociły się na potęgę. Nie da się od tak w kilka milionów lat wyzbyć wszystkich zwierzęcych instynktów i to pomimo tego, że tabuny smutnych feministek bardzo by dziś chciało, żeby facet przestał w końcu przepuszczać kobiety przez drzwi, bo przecież one też mają ręce, heloł. Ja w każdym razie się nie dam, jestem przedstawicielem starej szkoły i sorry dziewczyny bardzo, ale nadal będę do was wzdychał i nosił na rękach. Ok, zatem kobiety. Mam z nimi jeden, taki malutki problem. Pomijając już te większe i nigdy nierązwiązywalne typu „domyśl się”, ten mały problemik tkwi hmm… w kinie.

W kinie jak w kinie. Dokładnie rzecz ujmując chodzi mi o kobiety zasiadające na fotelu reżyserskim. Spójrzmy prawdzie w oczy, to nie jest ich naturalne środowisko. Nawet przeprowadzono niedawno jakieś badania, to pewnie ci mityczni amerykańscy naukowcy, z których wyszło, że obecnie wśród reżyserów kasowych produkcji na całym świecie kobiety stanowią jedynie siedem procent. Brzmi to może i nieco absurdalnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zwykle ponad połowę studentów w szkołach filmowych od lat stanowią kobiety właśnie, oraz przyjmując, że środowisko filmowców na niemal całym świecie jest wylęgarnią lewicowych i politpoprawnych myślicieli, którzy chętnie krytykują stary porządek świata, cały ten seksizm, mobbing, dominację penisa a nawet dziwkę demokrację, no bo wiadomo, że demokracja jest tylko wtedy, kiedy wygrywają nasi, a jak robią to „oni”, no to wtedy jest już faszyzm. Zatem okazuje się nagle, że w tak oświeconym artystycznym środowisku parytety na fotelu reżyserskim to bujda na resorach i kobiety dupa cicho. Przemysł filmowy nadal więc należy do mężczyzn. Tu ciągle panuje zaściankowość i patriarchat. Najciemniej pod latarnią? Klasyka gatunku.

W ogóle to pierwszą babeczką która zdobyła Oscara za reżyserię była Kathryn Bigelow w roku 2010, czyli tak jakby niedawno. Ale niczego to nie zmieniło, ot, jednorazowy wyskok. Nadal kobitki reżyserki można tak z pamięci policzyć na palcach dwóch rąk, a te dobre, nawet na jednej. Osobiście z tych zagranicznych najbardziej szanuję Jane Campion, głównie za Fortepian i Święty dym. Dalej to już Pustynia Gobi, tudzież zwykłe przecinki. Czasem nakręci coś sensownego Zośka Coppola, czasem właśnie wspomniana Bigelow, jest też świetna Japonka Naomi Kawase, ale o reszcie Pań nie ma nawet co wspominać. O dziwo w tej zaściankowej Polsce jest z tym dużo lepiej. Na czele listy jest oczywiście Agnieszka Holland, acz z jej filmografią od zawsze jest mi zupełnie nie po drodze, tak jak i z nią samą jako człowiekiem. Na fali wznoszącej jest też Małgośka Szumowska, ale i tu brak we mnie entuzjazmu, z każdym kolejnym filmem wydaje mi się, że jest z nią coraz gorzej, no ale w Niemczech szanują. Osobiście dużo bardziej ceniłem dokonania nieżyjącej już Barbary Sass. Lubię też społeczne kino Doroty Kędzierzawskiej, a za całokształt szanuję też Panie Kos-Krauze, Piekorz i Rosłaniec. Na tle mapy świata nasze Panie wypadają więc nie najgorzej.


W tej wyliczance nie wspomniałem nic o Lynne Ramsay, szkockiej reżyserce znanej głównie z Musimy porozmawiać o Kevinie z roku 2011, który to i mi przypadł mocno do gustu. Ze zrozumiałych względów zostawiłem ją na koniec, wszak do kin wchodzi właśnie jej najnowszy obraz, świetnie przyjęty w Cannes Nigdy cię tu nie było, który nawet załapał się na wyprzedaż dwie Złote Palmy, za scenariusz i główną rolę męską. Jego dystrybutor - Gutek Film - co zrozumiałe, bardzo prężnie go reklamuje i zapowiada wielką ucztę kinomana, na którą i ja dałem się namówić, gdyż głodny i wyposzczony kinematograficznie ostatnio jestem bardzo. Nie było to trudne także dlatego, gdyż zwiastun, opisy i pierwsze polskie recenzje także bardzo przypadły mi do gustu. Zatem samograj – powiedział mój zwykle niemylący się w tych kwestiach głos wewnętrzny.

A tu niespodzianka i to z tych bolesnych. Kupiłem sobie dwie małe puszeczki Tuborga (no taki to był marny wybór w Żabce obok), małe, bo film trwa przecież niecałe półtorej godziny (cóż za wspaniała odmiana) - wystarczy. Wygodnie ulokowane cztery litery w fotelu w moim ulubionym warszawskim kinie nie mogły już się doczekać emisji. Ledwie pół godziny później prosiły mnie już o przerwę: "Ekran, chuju, wstawaj, pobudka, zabierz mnie stąd!". Jak na cebulaka przystało, szkoda mi było kasiory za bilet (o dwóch puszkach piwa nawet nie pomnę), poza tym weż się przeciskaj przez te nogi innych ludzi po ciemoku, może się jeszcze rozkręci i będzie dobrze, "szanowna dupo, zamknij więc dupę".

Niestety nie rozkręciło. Cholernie ciężko się to trawiło. Przede wszystkim musiałem sobie odpowiedzieć na nurtujące mnie od samego początku pytanie: Gdzie u licha jest tu ten cały Taksówkarz Scorsese, którym mnie przed seansem mamiono? Jeśli już miałbym porównywać dzieło Ramsay do klasyki kina, to prędzej do Leona z elementami Ghost Doga: Droga Samuraja Jarmucha z taką zaczeską w stylu Drive. Taksówkarz jest mocno naciągany, ale ok, niech będzie, że występuje w śladowych ilościach. Ktoś z was może więc teraz się popukać w głowę i zapytać. Leon? Ghost Dog? Drive? Przecież to kapitalne filmy, czemu jest więc tak źle, skoro brzmi tak dobrze? Odpowiadam. To tylko teoria, a w praktyce Nigdy cię tu nie było najbardziej przypomina mi Only God Forgives.


Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że to naprawdę był samograj. Wystarczyło tylko spokojnie dać się rozwinąć fabule, zaufać aktorom i niczego nie spieprzyć. Po prostu. Ale tu właśnie do głosu doszła kobieca natura. Sorry girls, ale tak to sobie będę tłumaczył. Kumaty facet reżyser zrobiłby z tego scenariusza rozpierdol, istny krwawy rozgardiasz gdzie krew i wnętrzności widz po powrocie z kina do domu musiałby z siebie zdrapywać szpachlą. Natomiast Ramsay obrała inną ścieżkę chwały, za co może i szacun, bo kombinowała momentami nieźle, ale wykonanie… nie no sorry, wykonanie jest naprawdę słabe.

Pierwsze co mnie wkurwiło w tym filmie to praca kamery i ogólnie kadry jakimi uraczono widza. Nie idzie na to patrzeć. Zbyt duże zbliżenia, celowo trzęsąca się ręka, że niby to takie bardziej artystyczne, oraz ujęcia kręcone jakby telefonem Huawei z rąsi z jadącego samochodu. Mało tu technicznej jakości, co mnie jako wizualnego estety drażni bardzo, ale też, żeby być uczciwym napiszę, że jest tu też na szczęście kilka miłych dla oka momentów. Niestety to tylko mało znaczące przecinki w przeraźliwie długich i nadto rozbudowanych zdaniach. Druga bolączka filmu to jego ślamazarność. Bardzo długie pauzy i przeciągnięte do granic absurdu ujęcia scen. Lubię takie leniwce w filmach, ale trzeba uważać i obchodzić się z nimi z aptekarską precyzją, bo czasem tylko kilka sekund dzieli zajebistość od śmieszności. Tu w wielu scenach granica została przekroczona niemal o minuty, przez co z pozoru krótkiego filmu urósł w mej łepetynie trzygodzinny obraz i to jeszcze z półgodzinnym blokiem reklam na Polsacie. To było zdecydowanie moje najdłuższe 85 minut w tym roku. A żeby było śmieszniej, to fabuły w tym filmie jest może na 15 minutową krtótkometrażówkę autorstwa pierwszego lepszego studenta filmówki, zatem łatwo się domyślić jakiego rodzaju wiatr hula w pozostałej czasoprzestrzeni taśmy filmowej. Wiatr nudy i zmęczenia.

I na nic zdaje się świetna kreacja Phoenixa, acz tak po prawdzie, to co to za sztuka zapuścić brodę, przejść się kilka razy po ulicy, posiedzieć w aucie i wszystko to zrobić z jedną miną numer pięć? Na plus praca z młotkiem. Tu rzeczywiście widać i czuć między nimi jakiś związek chemiczny. Na nic też zagadkowe retrospektywy, które tak po prawdzie niczego nie mówią, ani też nic konkretnego nie wyjaśniają. Ten film jest po prostu nudny i wątły jak Agata Buzek. Reżyserka starała się przedstawić ten wybitnie męski świat, krew i przemoc w sposób tak jakby artystyczny oraz z punktu widzenia kobiecej wrażliwości, ale w tej opowieści zabrakło tego, czego w męskim kinie jest zwykle pod dostatkiem. Zabrakło jaj. Zawsze unikałem płciowej generalizacji i uważałem, że nie ma czegoś takiego jak kino męskie albo kobiece. Kino po prostu jest dobre albo złe, mądre albo głupie, wartościowe lub bez wartości. Niestety po tym filmie uważam, że jednak płeć czasem ma znaczenie i w tym konkretnym przypadku kobieca delikatność oraz wrażliwość spieprzyła świetnie zapowiadający się męski film o zemście. Przestrzegam więc przed hurraoptymizmem.





wtorek, 3 kwietnia 2018

Wilk syty i Manchester City

Anihilacja
reż. Alex Garland, USA, GBR, 2018
115 min. Netflix
Polska  premiera: 12.03.2018
Sci-Fi, Thriller, Psychologiczny



Znak czasów, czekać z utęsknieniem na premierę pełnometrażowej produkcji nie w kinie, lecz w domu przed kompem obierając przy tym dajmy na to ziemniaki. Z jednej strony komfort i wygoda - w sumie też nic nowego, większość filmów i tak oglądam w domu z perspektywy kanapy - z drugiej zaś, niebezpieczny precedens, który za jakiś czas może doprowadzić do rewolucji na rynku dystrybucji kinowej. A właściwie to nie może, tylko na pewno do tego doprowadzi, to tylko kwestia czasu. Zasadniczo się cieszę, bo też moja prywatna przyjemność obcowania z filmem w kinie zaczyna coraz bardziej skarżyć się na dyskomfort oraz rosnący deficyt na brak odczuwalnej przyjemności mierzenia się z danym dziełem, zwłaszcza w sieciowych molochach, których i tak unikam jak tylko mogę, np. przechodząc kanałami w ich sąsiedztwie. Kina te coraz mniej kryją się z tym, że traktują mnie jak idiotę. Nie jak widza - jak chyba jednak powinny - lecz bardziej jak klienta, któremu można przyjebać prawym sierpowym w postaci półgodzinnego bloku reklamowego, tudzież lewym podbrudkowym w postaci smrodu popcornu boleśnie gwałcącego moje niezwykle uczulone na tą "ambrozję" nozdrza. I to wszystko za jedyne 35 zł. To takie obcowanie z kulturą w stylu fast food. Ani to dobre, ani zdrowe, za to niestety masowe.

Boli mnie to bardzo, ponieważ kino odegrało bardzo ważną rolę w procesie kształtowania takiej bydlęcej i aspołecznej jednostki jak ja, ale też coraz bardziej podchodzę do tego zupełnie bezrefleksyjnie przyjmując wygodną dla mnie pozę wyjebalizmu. Niestety z wiekiem umierają we mnie komórki odpowiedzialne za młodzieńczy bunt pełen pasji i wigoru, które niegdyś były u mnie w nadmiarze prowokując uliczne zamieszki z każdym i ze wszystkim. Wiadomo, kiedyś byłem młody i o coś mi chodziło, natomiast dziś jedyne co we mnie rośnie, to tylko popyt na święty spokój i "odejdź Pan ode mnie, chuju". Dlatego już mi się nie chce walczyć, bo też daleko mi do mentalnej aparycji Don Kichota. Niech się z wiatrakami użera sam wiatr przemian, acz patrząc na jego kierunek, szczerze powątpiewam w jego skuteczność. Ciągle więc czekam na tą apokalipsę, co to ją obiecują co roku, na potężny huragan, który zmiecie z ziemi to szatańskie nasienie, ale nawet i tu rządzi permanetne kłamstwo.

Póki co po naszym padole panoszy się huragan Netflix. A tam huragan, na razie to taki zefirek, ale z papierami na porządną meteorologiczną rozpierduchę. Oczywiście celem jego istnienia są głównie nasze pieniądze, nie oszukujmy się, że chodzi o cokolwiek innego. Ci od misyjności już dawno wyginęli, tak jak muzyka na MTV albo szanowanie się młodych niewiast. Pokłosiem obrywa się także trochę i tym złym (dobrym niestety też). Złym, czyli sieciowym kinom, które traktują mnie jak debila właśnie. Na razie dostaje im się w sposób iście iluzoryczny, ale właśnie przykład Anihilacji pokazuje możliwości tego trendu i daje przedsmak batalii jaka za niedługo powinna się na naszych oczach rozegrać. Za wielką wodą Anihilację można zobaczyć w dystrybucji kinowej, czyli tak jak Pan Bóg przykazał, natomiast w Europie (nie wiem czy wszędzie, nie chce mi się sprawdzać), tylko na platformie Netflixa, gdyż producent uznał, że film jest zbyt ambitny dla przeciętnego widza, znaczy się klienta wielkoformatowych kin. Cóż za poczwarz. Fakt, że to nie serial, ani z dupy produkcja, której jest od zatrzęsienia w ofercie mocno przereklamowanej według mnie platformy, tylko rzeczywiście film z ambicjami do bycia czymś więcej, niż tylko przecinkiem w naszych codziennych multimedialnych egzystencjach. Ale też takie stawianie sprawy najzwyczajniej mnie kurwa uwiera.


Na szczęście nie ma tego złego… gdyż ponieważ jest kanapa, są drinki, święty spokój i zaoszczędzone 3 dychy w kieszeni. Też dobrze. Zatem kino domowe. Za sterami Anihilacji usiadł Alex Garland, obsypany ochami i achami twórca Ex Machiny, która i mi przypadła mocno w me gusta. Jest on też autorem scenariusza do m.in. świetnego Nie opuszczaj mnie, zatem wydaje się, że jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu, który zna się na rzeczy, konkretnie, to na ambitniejszym Sci-Fi. W dzisiejszej odmianie tego gatunku rządzą głównie fajerwerki i wodotryski, trzeba się więc mocno napocić, żeby natrafić na odrobinę bardziej ambitne dzieło, które nie korzysta z dobrodziejstw technologii tylko dla kurażu, lecz głównie jako wyrażenie lub dopełnienie treści.

Garland za cel obrał sobie powieść Jeffa VanderMeera z roku 2014, której uczciwie napiszę, że nie czytałem, więc nie będę się silił na głębsze analizy i porównania. Powieść została jednak świetnie przyjęta przez fanów klasycznej fantastyki, zatem poprzeczka została na dzień dobry zawieszona dość wysoko. Bardzo szybko zostały nabyte prawa do ekranizacji i już 4 lata po premierze książki możemy delektować się wizualizacją tej pełnej grozy i niepokoju historii porównywanej do niedawnego Arrivala Villneuve’a - chyba nawet całkiem słusznie - natomiast ja dodałbym od siebie jeszcze inne podobieństwa, przynajmniej w sferze intelektualnej, np. Solaris, a nawet Stalker Tarkowski’ego, oraz nieco mniej ambitną Kulę, natomiast doszukując się literackich podobieństw, to w tym świecie dobrze powinni czuć się fani Harry’ego Harrisona, Roberta Silverberga czy Stanisława Lema. Ale żeby nie było też tak znów zbyt górnolotnie, to muszę kategorycznie stwierdzić, że Anihiliacja to także śladowe ilości występowania przeintelektualiowanego bełkotu.

W tym świecie aż roi się od pytań dotyczących poszukiwania tożsamości, zrozumienia własnego ja, relacji z otoczeniem oraz walki z własnymi ograniczeniami. Wszystkie pytania są tu stawiane raczej w odpowiednim momencie, lecz odpowiedzi bywają ukryte i mocno zniekształcone, powodując przez to permanentny niepokój oraz odczuwanie zakłóceń w bezrefleksyjnym odbiorze. Mimo nieśpiesznego tempa byłem dość mocno zaangażowany w tą historię i szybko stanąłem na czele ekspedycji naukowej, która ma na celu odpowiedzieć na jakże fundamentalne pytanie: Co tu się kurwa odjaniepawla? W świecie Sci-fi ostatni raz odczuwałem podobnego rodzaju niepokój, grozę oraz zaangażowaną ekscytację... chyba podczas oglądania pierwszego Obcego, ósmego pasażera Nostromo na VHS, circa roku 1990. Czyli dawno, jeszcze przed denominacją złotego i otwarciem pierwszej linii metra w Warszawie. To duży komplement dla Garlanda.


Jego Anihilacja opowiada o tajemniczej Strefie X powstałej w wyniku niejasnego zdarzenia, która powoli się rozrasta, i w której obszarze dochodzi do różnych patologicznych zaburzeń fizycznych, organicznych, jak i psychicznych. Kolejne ekspedycje niczego nie wyjaśniają, wszyscy ich uczestnicy przepadają bez śladu, nikt stamtąd nie wraca. Wraz z bohaterkami i uczestniczkami dwunastej wyprawy wchodzimy więc do Strefy i mierzymy się z nieznanym. Takie konfrontacje akurat uwielbiam i bynajmniej nie jestem w tym osamotniony. Niczego nie wiemy, niczego nam nie pokazano, musimy więc stopniowo odkrywać wielką tajemnicę, po czym następuje zupełnie nieoczekiwany finał. Konstrukcja filmu - marzenie, stosnunkowo też prosta do zbudowania, a mimo to nadal niewielu twórcom udaje się tak dobrze ją odwzorować.

Oczywiście są tu też obecne momenty irytujące i trochę nielogiczne. Mnie osobiście, jako fana starego porządku świata na początku nieco śmieszył w całości kobiecy skład naszej naukowej ekspedycji, która przypominała mi trochę niedawną profanację Ghostbusters'a zapodaną w wersji feministycznej. Trochę też kurzy się tu od filozofii nurtu Ekologizmu z punktu widzenia np. publikacji Andre Gorza z czym delikatnie rzecz ujmując nie jest mi po drodze, ale o dziwo uwierało mnie to dosłownie tylko przez chwilę i nie rzuciło ostatecznie wielkiego cienia na całość mojej finalnej oceny. Poza tym, to tylko wiernie odzwierciedlenie prozy VanderMeera, a z oryginałem nie wypada dyskutować.

Generalnie rzecz biorąc, więcej jest tu plusów, do tego tych większej rangi, aniżeli minusów. Klimatem bardzo mi siadło i to od razu w pierwszym rzędzie. To bardzo wciągająca opowieść o spotkaniu z nieznanym i bliżej niezdefiniowanym, które zmienia się w spotkanie z samym sobą. Jest tu trochę fizoloficznych rozważań, trochę też niestety przeintelektualizowanego bełkotu, ale w tym konkretnym gatunku nie uznaję tego specjalnie za wartość ujemną. Ważne, że film w ogóle zadaje jakiekolwiek pytania, a nie tylko okrutnie wrzeszczy. Anihilacja stawia więc pytania zarówno o tożsamość, ale też próbuje badać relacje stricte międzyludzkie. To także bardzo klimatyczna podróż w głąb ludzkiej psychiki z być może nieco infantylnym finałem, acz mimo wszystkim dość oryginalnym, a nawet odrobinę zjawiskowym. Oglądało się to bardzo dobrze i cholera jasna, proszę o więcej takiego Sci-Fi. Nieważne gdzie. W kinie, w domu na kanapie, na Polsacie o dwudziestej, tudzież w Biedrze na wyprzedaży. 4 i pół cycka ode mnie, ale wyciągnięte na na pięć minus, za te zaoszczędzone trzy dyszki w kieszeni. Wilk syty i Manchester City ;)






piątek, 23 lutego 2018

From Russia without Love

Niemiłość
reż. Andriej Zwiagincew, RUS, FRA, BEL, GER, 2017
127 min. Against Gravity
Polska premiera: 02.02.2018
Dramat


Należę do dosyć licznej grupy niedostosowanych do życia w uścisku gordyjskim osób, która jeśli już koniecznie musi kogoś kochać, to najczęściej wybiera samego siebie. Jest mi to uczucie z natury obce, a może nie tyle obce, co zupełnie niepotrzebne w codziennej walce o utrzymanie się na powierzchni lustra wody. Miłość czasem jest fajna, nie neguję tego i nikomu jej nie zabraniam, nawet w te durne Walentynki, ale po prostu wolałbym nie być w jej pobliżu, kiedy będzie przelatywała obok mnie zbłąkana strzała Amora. W przeszłości obrywałem już wiele razy od tego fałszywego brzdąca z łukiem i osobiście uważam, że każdy w swoim życiu musi przynajmniej raz przeczołgać się przez tunel perwersyjnej miłości, ale tylko po to, żeby wiedzieć jakie to fajne uczucie, kiedy z tego ciemnego tunelu w końcu się już wygramoli na zewnątrz i odetchnie świeżym smogiem, znaczy się powietrzem.

Miłość najczęściej jest jednak przeze mnie zjadliwa tylko w literaturze, muzyce, czasem też na filmach, natomiast w rzeczywistości zwykle tolerowałem ją przez najwyżej pierwsze kilka miesięcy żerowania w moim brzuchu tych zdradliwych motylków. Później bywało mi z nią już zwykle nie po drodze, gdyż nie szło się z nią dogadać. Szprecha ona do mnie zawsze w jakimś niezrozumiałym języku. Częściej ogranicza swobody obywatelskie i gubi włosy w mojej łazience, niż daje jakąkolwiek długotrwałą korzyść. Wiem, wiem, moje życie musi być wyjątkowo smutne i puste i w ogóle do piachu z tym Wujkiem Ekranem. Być może macie rację, ale przepraszam was bardzo, czy to aby grzech jakiś? Poważne wykroczenie drogowe karane mandatem w wysokości 600 zł? Grozi mi za to także brak uzyskania rozgrzeszenia w najbliższej parafii? Nikomu przecież swoją niemiłością nie wadzę, nie kłamię patrząc w oczy i nie mówię jak w tych durnych komediach romantycznych, że "kocham", skoro mnie to zwyczajnie nie interesuje. Więcej krzywdy robi właśnie takie gadanie, że "kocham cię mój aniołku" opierając się przy tym o ślubny kobierzec, a trzy lata później wydzierać się przy dziecku per „ty chuju przebrzydły, oddawaj mi mój telewizor". To już lepiej nic nie mówić, nie kłamać i dobrze spędzać ze sobą czas, póki go mamy. Bez długoterminowych obietnic i "jakoś tam będzie". Po prostu. Planowanie to dziwka, z reguły nic z tego nie wychodzi. Poza tym ja już jestem na takim etapie życia, że interesuje mnie jedynie święty spokój i czasem chcę jeszcze zrobić to na co mam ochotę, z kimkolwiek, bo przecież niekoniecznie trzeba to robić samemu.

Najlepszą definicję miłości ułożył swego czasu nieodżałowany Bukowski, który nazwał ją tak jakby poetycko: „Miłość jest jak wór śmierdzących odpadków, który próbuje się przenieść na plecach przez spieniony strumień cuchnących szczyn”. Uwielbiam ją. Jest taka moja. Świadoma niemiłość, o ile nikogo nie rani, nie jest, a przynajmniej nie powinna być dla świata problemem pierwszego wyboru (tym są polskie obozy śmierci, wiadomix). Ten świat już od zarania dziejów uginał się pod ciężarem zastępów nihilistów, egoistów, mizoginistów oraz zwyczajnych pojebów. Człowiek, jako istota wewnętrznie skomplikowana i chaotyczna, zawsze miał problem z odmienianiem się przez liczbę mnogą. Ja też mam, nie wiem dlaczego, taki się chyba urodziłem, dlatego też wolę się odmieniać przez liczbę pojedynczą. Problem, ten największy, pojawia się dopiero tam, gdzie przez niemiłość cierpi osoba druga lub nawet trzecia, najczęściej dziecko, niechciany owoc nieudanego związku, o czym to właśnie opowiada nam Andriej Zwiagincew w swoim najnowszym, nominowanym do Oscara filmie – Niemiłość… właśnie.


No i mam lekki zgryz moralny. Bo z jednej strony niemiłość jest spoko, tylko przez współczesne trendy typu nienawiść, zawiść i noża w plecy wbijaizm, została ona wykoślawiona i zrównana z jakąś patologią. Wiadomo, jak nie ma miłości, to z pewnością od razu musi być przemoc, alkoholizm i gwałtu rety mordują. Mam nawet przed oczami stare odcinki 997, w których z ust redaktora Fajbusiewicza często padał zwrot typu „konkubent Agnieszki W.” Dzięki czemu konkubent także i mi kojarzy się dziś już głównie z kryminałem i niemiłością, no bo jakby się kochali, to by Agnieszki W. chuj nie zabił, proste. Z drugiej jednak strony, bo zawsze gdzieś taka być musi, Zwiagincew, to nie jest pierwszy lepszy facet z łapanki przeprowadznonej na Stepach Akermańskich. On naprawdę wie co mówi oraz jak mówi. A zwykle robi to dobrze. Wszystkie jego dotychczasowe filmy jakie widziałem (Powrót, Elena, Lewiatan) to obrazy co najmniej wybitne łamane przez zajebiste. To jeden z tych twórców, po którego sięga się z pełnym kredytem zaufania i ekscytacją mając z tyłu głowy spokój i pewność, że to na pewno będzie dobrze spędzone X minut czasu. Tak też było i tym razem, i to pomimo tego, że trochę mnie facet postanowił tym filmem szturchnąć w ramię.

W Niemiłości mowa jest głównie o… niemiłości (ha, zaskoczenie), ale rzecz jasna ukazana jest ona w znacznie szerszym aspekcie. Są skutki, przyczyny i konsekwencje. Może to wszystko jest nieco zbyt równo odrysowane od linijki, ale za to jest schludne i miłe dla oka. Do tego Zwiagincew, jak to ma w swoim zwyczaju, ukazuje rzeczony problem na tle współczesnej mateczki Rosji, włączając się tak jakby trochę nieśmiało w rolę komentatora aktualnej sytuacji geopolitycznej w kraju, z lekkim naciskiem na konflikt rosyjsko-ukraiński. Robi to rzecz jasna bardzo subtelnie, niemal niezauważalnie, ale bardzo wyraziście i w sposób głęboko przemyślany. Myślę, że sami Rosjanie w jego filmach dostrzegają także inne ukryte smaczki, które są niezrozumiałe lub niewidzialne dla innych nacji, wszak Rosja to stan umysłu. Można więc warsztat Zwiagincewa przyrównać trochę do filmów Smarzowskiego, który w swoich produkcjach także często koncentruje się na aspekcie narodowościowym, ukazując w nieco krzywym zwierciadle nasze przywary i stereotypy, acz w porównaniu do Rosjanina, nasz krajan robi to w sposób zdecydowanie bardziej nachalny. Dlatego też kino Zwiagincewa wydaje się być bardziej dostępne i zrozumiałe dla międzynarodowego odbiorcy, stąd właśnie te zachwyty na niemal całym świecie. Słusznie zresztą. Od czasów Andrieja Tarkowskiego osobiście nie szanowałem dotąd żadnego rosyjskiego reżysera tak, jak właśnie teraz Zwiagincewa.

Tytułowa niemiłość przypomina mi w filmie pewnego rodzaju nieuleczalny wirus, którym zarazili się główni bohaterowie – para Zhenya i Boris. Są typowymi reprezentantami nowobogackiej klasy moskiewskiej, którzy mają w zasadzie wszystko - dobrą pracę, duże mieszkanie, niezły samochód i 12-letniego synka Alyoshę, który jest naocznym świadkiem ich małżeńskiego rozpadu. Rodzice układają już sobie życie na nowo, jakby to była wymiana garderoby z zimowej na letnią - wejście do sklepu, rach ciach ciach i nowy ja. Niestety dziecka nie da się już zwrócić przy kasie, reklamacji nie  uwzględnia się, nie można też tak jak psa, który się znudził po dwóch miesiącach, przywiązać w lesie do drzewa i zwyczajnie odjechać. W tym związku nie ma już czego ratować. Reżyser przedstawia nam tą rodzinę w ostatniej fazie rozpadu, w której w wygodnym fotelu rozsiadła się nienawiść, zawiść i podłość. Patowa sytuacja, w której nie ma złotego środka. Cokolwiek się postanowi, ucierpi dziecko. I ten mały Alyosha faktycznie cierpi. Cierpi do tego stopnia, że pewnego dnia po prostu znika.


I to właśnie na tle tego zniknięcia rozgrywa się faktyczna batalia niemiłości, nienawiści i cierpienia z (niby)miłością, nadzieją i odkupieniem. Walka rozgrywa się na noże i tępe przedmioty, lub co tam  leży pod ręką. Mecz w zasadzie tylko do jednej bramki. Pękają kości, krew leje się strumieniami, ranni padają co i rusz na ziemię. Podoba mi się tak przedstawienie sprawy. W filmie rządzi permanentny niepokój, ból i cierpienie. Im dalej w las, tym nadziei mniej, nie tyle na odnalezienie chłopca, co i na uratowanie samych siebie. Wirus niemiłości jest zakaźny i zdobywa coraz większe obszary. Nie ma ratunku, wszyscy umrzemy. Brzmi trochę jak scenariusz filmu katastroficznego z elementami Sci-Fi, ale właśnie tak to się mniej więcej tutaj odbywa. Jak wspomniałem wyżej, stoję trochę w niezręcznym rozkroku, bowiem zerojedynkowe potraktowanie niemiłości jest trochę nie fair i kłuje mnie w serce, ale z drugiej strony podoba mi się jak reżyser potraktował Zhenyę i Borisa - przedstawicieli wielu naszych przyjaciół i znajomych, a być może także i nas samych. Są oni trochę jak Adam i Ewa, którzy zjedli zakazany owoc i zostali za to skarceni. Ten biblijny motyw bardzo pasuje do Niemiłości. Zwiagincew w roli Boga przykładnie karze naszą parkę życiowych egoistów, dla których liczy się tylko własny interes i wygoda, a przy tym sugestywnie grozi palcem całej ludzkości pokazując, niczym Orwell, do czego doprowadzi szerzący się po świecie nihilizm i egocentryzm.

(Może być teraz trochę delikatnych spoilerów, więc z góry uprzedzam). Scena w kostnicy to jedna z najwspanialszych i najmocniejszych scen w kinie jakie osobiście widziałem na przestrzeni ostatnich kilku lat. Dochodzi w niej do erupcji wszystkich możliwych stanów emocjonalnych, nie padają w niej żadne słowa, a mimo to przepełniona jest bogactwem treści. Tak oto dwójka naszych bohaterów spotyka się oko w oko ze zbrodnią i karą, jakich się wspólnie dopuścili. Stoją tak odziani we własną bezsilność, jak przed sądem ostatecznym albo jak gladiatorzy po walce w starożytnym Rzymie czekając na pollice verso. Wielka rzecz, ale później jest tylko lepiej. Końcowa przebieżka Zheny'i w dresie RUSSIA na bieżni nie posuwając się przy tym nawet o centymetr do przodu to interpretacyjny cud, miód i solone orzeszki. Typowy Zwiagincew. Dziesiątki podskórnych smaczków i insynuacji, których wychwytywanie w tym, jak i w jego wszystkich filmach dostarcza mi zawsze wielką frajdę. Facet cały czas znajduje się w olimpijskiej formie i po każdym skoku stale podnosi sobie poprzeczkę. Być może kiedyś w końcu przeszarżuje i się zwyczanie wyjebie na twarz, ale póki co wydaje się być głównym kandydatem do złotego medalu, tego na  igrzyskach filmowych w Hollywood, już niedługo, 4 marca. Trzymam kciuki.