niedziela, 13 listopada 2016

"Dobra zmiana" po amerykańsku

Przełęcz ocalonych
reż. Mel Gibson AUS, USA, 2016
131 min. Monolith Films
Polska premiera: 4.11.2016
Dramat, Wojenny, Biograficzny



Nie od dziś wiadomo, że w Hollywood - filmowym bastionie mocno lewicującego liberalizmu - istnieje "czarna lista konserwatywnych filmowców", której środowisko utrudnia pracę jak tylko się da. Listę "hańby" otwierają nazwiska dziarskiego i niepoprawnego politycznie dziadka Clinta Eastwooda, oraz chyba największego persona non grata w Hollywood - Mela Gibsona. Ten drugi popadł w niełaskę jakoś zaraz po premierze Pasji, gdzie został potępiony przez środowisko i oskarżony o antysemityzm, bigoterię i homofobię. Na Gibsonie postawiono krzyżyk, a ten potrzebował blisko dziesięciu lat, by wygramolić się z tego syfu i powrócić na fotel reżysera. Tak się szczęśliwie złożyło, że "coming back" Gibsona nastąpił przy okazji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, w których niespodziewanie wygrał republikanin Donald Trump. Na ekrany polskich kin wszedł więc bardzo mocny ze względów moralnych, religijnych oraz politycznych obraz obyczajowego konserwatysty - Przełęcz ocalonych. Czy amerykańska "dobra zmiana" przyniesie jakże potrzebną ideologiczną odwilż w Fabryce snów? Cóż, oby. Silne skrzydło konserwatystów w Hollywood, które w latach 60-tych straciło na znaczeniu jest światu bardzo potrzebne, wszak w kinie, tak jak i w przyrodzie, potrzebna jest równowaga.

Przełęcz ocalonych bazuje na niesamowitej historii kaprala Desmonda Dossa, który był pierwszym obdżektorem (osoba odmawiająca z powodów moralnych walki oraz noszenia broni) w Armii USA i który został odznaczony Orderem Honoru Kongresu za swoją heroiczną i bohaterską postawę sanitariusza podczas krwawej bitwy o Okinawę w 1945 roku. Typowy samograj. Historia tak bardzo szalona i niedorzeczna, że aż piękna, silnie patetyczna i wręcz romantyczna. Aż dziw, że nikt dotąd w Hollywood po nią nie sięgnął. Ale też ze względu na wielką religijność głównego bohatera, oraz niechęć do obrazowania tego typu historii przez Hollywood, w sumie aż tak bardzo nie dziwi.

Angielski pisarz - Gilbert Chesterton - powiedział niegdyś, że "Moralne problemy są zawsze straszliwie skomplikowane dla kogoś bez zasad". Odnoszę wrażenie, acz nie mam ku temu żadnych dowodów, że Mel Gibson sięgając po historię Desmonda Dossa chciał światu udowodnić, że pewna bliska mu wizja świata, zupełnie dziś niepopularna i zwalczana przez wojujące z nią postępowe i lewicowe środowiska, potrafi być równie piękna, sprawiedliwa, nowoczesna i uczciwa. To może i duże nadużycie z mojej strony, ale pal licho, mam prawo, zwłaszcza po dwóch drinkach - dla mnie młody kapral Doss, który wiernie chroni swoich zasad moralnych oraz zasad wychowania według doktryny Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego (to taka chrześcijańska odnoga protestancka opierająca się tylko na Piśmie Świętym), jest pewnego rodzaju symbolem, a nawet alter ego Mela Gibsona, który celowo użył go do uderzenia w swoich ideologicznych wrogów.


Oczywiście w tym filmie chodzi głównie o opowiedzenie wspaniałej historii wielkiego-małego człowieka, o pochylenie głowy przed bohaterem wojennym, który zawsze był bardzo skromnym, religijnym i dobrodusznym człowiekiem. Amerykanie jak nikt inny na tym padole potrafią czcić i wielbić swoich bohaterów w mundurach. Szacunek jakim obdarza się weteranów w tym kraju jest godny pozazdroszczenia. To nieodłączny element ich tradycji, która na szczęście jeszcze nie wymarła. Od najmłodszych lat uczy się dzieciaków w ich szkołach szacunku do flagi państwowej, szacunku do hymnu, historii i munduru. Może nie we wszystkich stanach tak samo, a patrząc na to jak Amerykanie (wyznawcy Clinton, ci wykształceni i z wielkich ośrodków) depczą w proteście przeciw Trumpowi flagi narodowe, a nawet na nie srają (publicznie!), to czasem można odnieść wrażenie, że nauka idzie w las. Nie zmienia to postaci rzeczy, że poddając się wygodnej generalizacji, Ameryka czci swoich bohaterów bardzo, bo w istocie - bardzo ich na co dzień potrzebuje. Dzieciaki mają więc swoich bohaterów komiksowych, młodzież wielkich muzyków i aktorów, dorośli i starsi - polityków, żołnierzy i weteranów. Ameryka zbudowana jest rękoma bohaterów i wielkich ludzi, w końcu też, Ameryka potrafi się o nich zatroszczyć.

Przełęcz ocalonych utkana jest z bardzo charakterystycznych i dobrze nam wszystkim znanych nici, z których powstały takie historyczne obrazy jak Pearl Harbor, Szeregowiec Ryan, czy Listy z Iwo Jimy. Gibson poświęcił wpierw trochę czasu na przedstawienie nam głównych postaci, na okrzepnięcie i zaprzyjaźnienie się z nimi, głównie rzecz jasna z pogodnym i prostolinijnym Dossem. Dla uwiarygodnienia postaci wplątał w to wszystko wątek miłosny, po czym brutalnie przeniósł nas na linię frontu, gdzie sielankowy dotąd obraz świata nagle dostał się pod zmasowaną linię ognia. Liczba trupów, rozerwanych kończyn i wylewających się z rozszarpanych przez kule ciał wnętrzności czasem mogą co wrażliwsze osoby zniesmaczyć, ale to jest wojna w szczytowym swoim barbarzyńskim wydaniu, a nie elegancja Francja. Na polu bitwy, zwłaszcza podczas walki z honorowym i niezwykle walecznym narodem jakim są Japończycy, nie ma mowy o półśrodkach, o udawaniu i grze na czas. W tak trudnych warunkach potrafią przetrwać tylko najsilniejsi, lub ci, którzy mają najwięcej szczęścia. Desmond Doss, mimo, iż zamiast karabinu dźwigał na plecach apteczkę z pierwszą pomocą i kulom się nie kłaniał - miał jedno i drugie. A może to była boża opatrzność? Jedno jest pewne. Kapral Doss był wspaniałym żołnierzem i człowiekiem, który robił to w co wierzył. Niby prosta recepta na życie, a jakże dziś zapomniana i rzadko praktykowana przez jego współczesnych rówieśników.


Mel Gibson stworzył nienachalny obraz, dobrze wyważony, bez przesadnego stygmatyzowania wiary i aspektów moralnych, z których mimo to utkano bardzo chwalebny obraz mogący służyć milionom ludzi za drogowskaz, jakże potrzebny w dzisiejszych bezdusznych czasach zawłaszczonych przez brak jakichkolwiek zasad. Do tego odrobina amerykańskiego patosu, lecz bez ekstremalnych przegięć, świetne batalistyczne sceny walki i ta nieodłączna w tej historii gęsia skórka, która pojawia się w wielu momentach i ma czelność chwycić jeszcze za serce, prowokując przy tym łzy do wypłynięcia ze swego źródełka. Bardzo dobre emocjonalnie dzieło, które wbija w fotel. Takiej lekcji historii powinno dawać na całym świecie, również u nas. Bardzo mi brakuje takiego podejścia do odwzorowywania nad Wisłą obrazów historycznych. Mamy przecież mnóstwo wspaniałych scenariuszy z życia wziętych na poziomie tego z Desmondem Dossem. Na szczęście Przełęcz ocalonych jest bardzo uniwersalną historią, która swoim przekazem potrafi przekroczyć wszystkie geograficzne granice, by nieść piękno i prawdę.

Wielki film, jednocześnie wojenny i antywojenny, czego dotąd chyba nie byliśmy świadkami, a przynajmniej nie w takiej skali. Bardzo mnie oczarował. Najlepszy w tej kategorii od lat. A jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Gibson nie opowiedział w tym filmie wszystkiego co rzeczywiście miało miejsce, bo jak sam uznał, ludzie by w to po prostu nie uwierzyli, to przed oczami rysuje nam się obraz człowieka giganta, nie pasującego do dzisiejszych realiów (tamtych zresztą również), który z uśmiechem na twarzy i z tą jego naturalną życzliwością pokazuje współczesnemu porządkowi świata środkowy palec. Bardzo krzepiące i pouczające kino. Co ciekawe, wielką siłę bijącą z kaprala Dossa mogą czerpać nie tylko polityczne i moralne konserwy (acz oni przede wszystkim), ale też wszelkie inne frakcje i ideologie od prawa do lewa, co czyni z Przełęczy ocalonych film niezwykle uniwersalny i potrzebny. Wielkie pięć ode mnie. Dobra robota panie Gibson, mam nadzieję, że teraz, kiedy u najważniejszych sterów w państwie ponownie są republikanie, będziesz pan częściej krzyczał z tej strony kamery.






IMDb: 8,7
Filmweb: 8,5


środa, 9 listopada 2016

Wywiad z wampirem

Jestem mordercą
reż. Maciej Pieprzyca, POL, 2016
117 min. Next Film
Polska premiera: 4.11.2016
Thriller, Psychologiczny



Maciej Pieprzyca po 18 latach powrócił do swojego dawnego projektu telewizyjnego i przekonwertował na fabułę własną dokumentalną wersję Jestem mordercą. Scenariusz napisało samo życie i bezsprzecznie należy do grona samograjów. Wystarczy tylko dać mu się rozwinąć i pozwolić zaprezentować pełnię możliwości, a odwdzięczy się z nawiązką. Innymi słowy - wystarczy nie spieprzyć. Wydawać by się więc mogło, że recepta na sukces zostanie przez doświadczonego już aptekarza Pieprzycę zrealizowana w sposób nienaganny, wzorcowo i z palcem wetkniętym tam, gdzie zwykł docierać tylko Rocco Siffredi. I generalnie temat został przez śląskiego reżysera potraktowany na tyle rzetelnie, że nie ma mowy o rozczarowaniu, niemniej trudno jest się oprzeć wrażeniu, że zadanie to można było wykonać odrobinę lepiej.

Jestem mordercą jednak oczarowało polską krytykę. Na Festiwalu Filmowym w Gdyni zgarnęło trzy statuetki. Bardzo szybko okrzyknięto go polskim Zodiakiem, co samo w sobie jest dość idiotyczne. Polska kinematografia nie potrzebuje stawać w szranki z hollywoodzką konkurencją, bo raz, że nie ta liga, dwa, wygląda to niepoważnie. Koniec końców polski widz i tak dostaje obuchem w tył głowy. Aczkolwiek jako wabik od kilku dni ściąga do kin chyba nie najgorszą frekwencję, ale też ku chwale uczciwości, jeśli ktoś będzie chciał w tym obrazie znaleźć Fincherowski suspens, to może się lekko rozczarować. To są zupełnie dwie różne bajki oraz dwa inne światy i trzeba to sobie na dzień dobry powiedzieć. Na do widzenia zresztą również.


Żeby wejść w świat Służby Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej i Polski Ludowej rządzonej przez zdradziecki aparat złożony z sowieckich pachołków trzeba wpierw poznać zarys historyczny. Jestem mordercą jest teoretycznie tylko inspirowane słynną w PRLu sprawą Wampira z Zagłębia, to jednak dość wiernie polega on na najważniejszych faktach. A te są takie, że Wampir na przełomie lat 60 i 70 brutalnie zamordował 14 kobiet i usiłował zabić kolejnych 7. W owym czasie była to najgłośniejsza sprawa kryminalna w kraju, a i Europa zdawała się być wolna od takich pojebańców. Dochodzenie przybrało bardzo prestiżowy wymiar w momencie, kiedy jedną z ofiar została 18-letnia bratanica I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Edwarda Gierka. I właśnie dokładnie w tym momencie wkraczamy do akcji my, cali na biało, czyli widzowie. Wraz z nowym oficerem Milicji przydzielonym do sprawy (kapitalny Mirosław Haniszewski) wkraczamy w świat seryjnych morderstw i bezradności wkurwionego aparatu państwowego, kiedy licznik zabójstw na tablicy wyników wskazuje już bolesne i upokarzające 10:0. Brakuje więc wprowadzenia, początku i rozwinięcia, czyli składowych stuprocentowego kryminału. To trochę tak, jakby rozpocząć oglądanie meczu od 65 minuty, przez co odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z opowieścią niepełną, ale na pewno ciekawą, wszak i w meczu najważniejsze rzeczy potrafią zadziać się w ostatnich pięciu minutach spotkania. Grunt, to dobrze wyważyć. Pieprzyca z pewnością próbował, niemniej jakiś tam mały niedosyt z tyłu głowy pozostał.

Dużym sukcesem reżysera jest za to dobre odwzorowanie epoki. Może i bez szerokich kadrów oraz rozbudowanych planów, których - przyznaję - czasem mi brakowało, może też i większość scen kręcona była w pomieszczeniach, lub skąpych scenograficznie lokacjach, w których można było dostrzec najwyżej kilka radiowozów z epoki, ale pomimo tego nie idzie na nic narzekać. Klimat z epoki jest zachowany wzorowo, a pomaga mu w tym wszędobylski dym z papierosów, wódka, PRLowska brzydota i klasyczny polski jazz, który całkiem zgrabnie rozgościł się gdzieś pomiędzy scenami. Ale to co podoba mnie się w tym filmie najbardziej to fakt, że Jestem mordercą w pewnym momencie zbacza z drogi wytyczonej przez klasyczny thriller, tudzież kryminał i zaczyna wariacko pędzić poboczem po którym dawno nikt w polskim kinie nie podążał, a jeśli już, to robił to bardzo rzadko. Główna postać milicjanta pod wpływem śledztwa i presji czasu oraz swoich przełożonych towarzyszy staje się nagle postacią tragiczną, targaną przez emocje i wątpliwości, przez co jej zobrazowanie ociera się o typową charakterystykę bohaterów-idealistów wywodzących się z zarośniętego już pajęczyną kina moralnego niepokoju. Wątek psychologiczny dziarsko przejmuje palmę pierwszeństwa i nie boi się zepchnąć w cień wątku stricte kryminalnego, który dziś, po latach wydaje się być jedną wielką mistyfikacją i celowym działaniem propagandowym ówczesnych władz mającym na celu przykładne ukaranie winnego, kimkolwiek by był.


Reżyser skupia się więc głównie na aspekcie czysto ludzkim. Stworzył dzięki temu klasyczny moralitet ukazujący dzieje bohatera wybierającego pomiędzy dobrem i złem, potępieniem i zbawieniem, winą i karą. Na przeciw niego oraz po drugiej stronie barykady stoi, no dobra, głównie siedzi, główny podejrzany o dokonanie morderstw i zarazem ofiara milicyjnej nagonki (Arkadiusz Jakubik), jednak gdy do głosu zaczynają dochodzić wątpliwości oraz moralna ocena sytuacji, naturalna granica pomiędzy nimi zaczyna się zacierać. Stajemy się więc świadkami pojedynku prawdy z zakłamaniem i uczciwości z fałszem, ale jednak niekoniecznie zostało ono zarysowane w wydawać by się mogło oczywisty sposób. Pieprzyca nie pozwala do końca wygodnie opowiedzieć się po czyjejś ze stron, ani też kogokolwiek w tej sprawie osądzić. Oczywiście na końcu zapada wyrok i zostaje wykonana kara, ale czy sprawiedliwa i tak zupełnie oczywista?

W Jestem mordercą nie ma Wampira z Zagłębia, jest tylko jego wyobrażenie i wiara ówczesnych władz w jego istnienie, najlepiej dyndającego na stryczku. Film ośmiesza, ale też i tłumaczy ich działanie, po części rzecz jasna potępia epokę i ustrój polityczny, ale głównie jednostkę ludzką żyjącą w nienormalnych czasach oraz konformizm. Bohaterski milicjant może i doprowadza sprawę do końca, staje po stronie zwycięzców, ale w starciu z systemem, którego jest twarzą finalnie ponosi porażkę. Zupełnie tak jak bohater kina moralnego niepokoju. Zostaje unieszczęśliwiony i moralnie wykluczony z życia społecznego.

Reasumując. To dobre, wyważone i mądre kino próbujące zmierzyć się z meandrami ludzkiej psychiki zawładniętej przez zmowę szaleństwa ze strachem. W Jestem mordercą można natknąć się czasem na Kieślowskiego, czasem na Zanussiego, ale jednak głównie wpadamy na Ślązaka Pieprzycę. Jest kilka rzeczy do poprawki, takich typowych dla polskiego kina, czysto technicznych. Można też się nieco przyczepić do zaprezentowanej nam bardzo skróconej wersji wypadków, ale jak się finalnie okazuje, nie zupełnie o to w tym filmie chodzi. Dobra, solidna czwórka z plusem. Za włożone w całość serce, dobre aktorstwo i plakat. Minus za Adamczyka. No za cholerę nie pasował mi do tej roli. Ale ja już tak mam. Jak się kogoś zawczasu uczepię, to choćby świat stanął na głowie, nie puszczę.






IMDb: 7,4
Filmweb: 7,5


niedziela, 23 października 2016

Rzeź poprawnie polityczna

Wołyń
reż. Wojciech Smarzowski, POL, 2016
150 min. Forum Film Poland Sp. z o.o.
Polska premiera: 7.10.2016
Dramat, Wojenny, Historyczny



Monteskiusz powiedział kiedyś, że szczęśliwy jest naród, którego historia jest nudna. Gdyby tak na jego kanwie zbudować obraz współczesnej Polski, bylibyśmy najsmutniejszym i najnieszczęśliwszym społeczeństwem na świecie. Historia wielokrotnie doświadczała nasz naród okrucieństwami wojny, dramatami ludzkimi, ludobójstwem i zagładą. Nie każdy chce o niej pamiętać, ale nie znać jej, to jak być zawsze dzieckiem. Polska na szczęście dorasta, rośnie w bólach i dojrzewa. Z pokorą uczy się własnej historii i powoli odzyskuje swoją geopolityczną świadomość. Niestety nie są to najlepsze czasy na jej pielęgnację, badanie i odkurzanie faktów. W świecie politycznie poprawnym dążenie do prawdy historycznej niesie za sobą szereg konsekwencji, z którymi współczesna liberalna Europa nie lubi się mierzyć. Wojciech Smarzowski jest tego najlepszym dowodem. Sięgając głęboko po jeden z najbardziej niewygodnych w historii aktów ludobójstwa został skazany na finansową banicję, którą różnymi ścieżkami, często wspinając się po trudno dostępnych szlakach wysokogórskich na szczęście udało się w końcu po czterech latach pokonać.

Rzeź wołyńska to kolejna po Zbrodni katyńskiej, Powstaniu Warszawskim i Żołnierzach Wyklętych luka, która od wielu lat domagała się swojej prawdy. W sercach ocalałych Polaków żyjących wtedy na Kresach krzyczała i darła się wniebogłosy przez blisko 50 lat prosząc choćby o jałmużnę, czyli nazwanie rzeczy po imieniu. Dopiero w latach 80-tych ubiegłego stulecia komunistyczne władze zgodziły się na oficjalne badanie zbrodni przez polskich historyków, powstały wtedy pierwsze książki, naukowe rozważania, acz nadal tłumione przez ówczesny aparat władzy, ale dopiero w tym roku, 7 lipca, Senat RP przyjął uchwałę oddania hołdu ofiarom ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich, a 22 lipca Sejm RP ustanowił dzień 11 lipca "Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa". Przeszło 70 lat, w tym 26 za czasów tzw. Wolnej Polski czekaliśmy na stosowny gest i ukłon Państwa w stosunku do ofiar, ich rodzin, oraz nielicznych jeszcze żyjących naocznych świadków tego barbarzyństwa. Siedemdziesiąt długich kurwa jego mać lat. Wszystkie kolejne rządy począwszy od 1989 roku powinny się spalić ze wstydu, albo to my powinniśmy ich wszystkich spalić i wykopać, raz, a na zawsze.

W tym roku doczekaliśmy się także pierwszego poważnego filmu fabularnego o Kresach, który miał nam wszystkim przybliżyć krwawe wydarzenia tamtych dni. Tego bardzo trudnego zadania podjął się Wojciech Smarzowski. Pamiętam, że kilka lat temu, gdy się o tym dowiedziałem, cieszyłem się jak małe dziecko. Mówiłem sobie - Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Szanowany przez wszystkie opcje ideologiczne i strony polityczne. Na pewno da sobie radę, a i pieniądze na ten śmiały projekt się znajdą, wszak na jego filmy ludzie walą drzwiami i oknami. Pewna inwestycja. Inwestorzy będą walić drzwiami i oknami, a i PISF przecież dopomoże. Niestety rzeczywistość po raz kolejny pokazała środkowy palec logice i ponownie górę wzięły politycznie poprawne względy. Inwestorzy wybrali spokój, raczej nie chcieli być kojarzeni z taką produkcją. No bo jakże to tak, mieli współfinansować antyukraiński film w dobie rozwijania się po raz już chyba setny dialogu polsko-ukraińskiego? W dodatku w trakcie Majdanu i agresji rosyjskiej na wschodnią Ukrainę? A na cholerę im to? Państwowe instytucje i fundacje także specjalnie nie kwapiły się do doraźnej pomocy, w konsekwencji czego efektem był dramatyczny apel Smarzowskiego, który ostatecznie sam stanął przed kamerą i poprosił zwykłych ludzi o każdy grosz wsparcia. Do ukończenia filmu brakowało dwóch i pół baniek. Milion dał Kurski z TVP (no dobra, my wszyscy daliśmy), resztę zebrała fundacja. Udało się. Po przeszło czterech latach Wołyń trafił na ekrany polskich kin.


Jak mówi sam Smarzowski, nie chodziło mu o zemstę, tylko o pamięć. Wołyń nazwał filmem przeciw nacjonalizmowi i nienawiści. Nie miał być traktowany jak podręcznik od historii, lecz być uznany jako jego osobiste spojrzenie na tamte wydarzenia z wkomponowaną w tło historyczne liryczną opowieścią o miłości. Powiem szczerze, że trochę się obawiałem idąc z taką świadomością do kina. Chciałem prawdy, łaknąłem jej jak niczego innego na świecie. W polskim kinie historycznym zawsze mi jej brakowało. Na palcach jednej ręki mogę policzyć wszystkie te produkcje, które nie poszły z kłamstwem na kompromis. Bałem się, że barbarzyństwo i ludobójstwo dokonane przez Banderowców i Ukraińską ludność cywilną zostanie mocno spłycone i niedoszacowane. Że będzie tylko tłem na którego plecach będzie próbowano je głupio tłumaczyć, zamazać obraz jakimś polskim wściekłym odwetem, czymś w rodzaju werdyktu z Pokłosia, że przecież Polacy też byli źli i przybijali Żydów do drzwi stodoły. A ja kurwa nie chcę już więcej stawiania takich tez. Nie zgadzam się na to, to na wskroś nieuczciwe. Dość kłamstw i manipulacji.

Szacuje się, że w Rzezi wołyńskiej zostało w bestialski sposób zamordowanych 50-60 tys. Polaków. Wydłubywano im oczy, przecinano piłą na pół, rozszarpywano końmi, dzieci palono żywcem, kobietom w ciąży wyrywano na żywca płód, obdzierano ze skóry i posypywano solą, obcinano kończyny, torturowano w sposób trudny do pojęcia. Ukraińców w ramach polskiego odwetu zginęło ledwie 2-3 tys. Jest więc to pewna subtelna różnica, na tyle wyraźna, żeby nie stawiać znaku równości pomiędzy narodem sprawców, a narodem ofiar, czyż nie? Tak więc do licha, nazwijmy wreszcie rzeczy po imieniu. OUN-UPA, Banderowcy, Ukraińcy z Wołynia, to byli mordercy, bydło i zwierzęta, bo przecież ludzie tak się nie zachowują. Właśnie to dokładnie chciałem zobaczyć w kinie udając się na film. Nie szedłem tam dla zemsty, nie dla podsycania nienawiści, lecz dla prawdy i uczciwości. Po prostu.

Niestety, ale Smarzowski nie do końca udźwignął ciężar historycznej odpowiedzialności. Oczywiście zrobił bardzo wiele, by jej sprostać i z szacunkiem spojrzeć w oczy. Wspaniale zobrazował tamtą rzeczywistość i wzorowo przedstawił wieloetniczną społeczność jaka żyła na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej w II RP. Od 1921 roku we względnej symbiozie żyli obok siebie Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Rosjanie, Czesi i inni. Smarzowski wspaniale otworzył film polsko-ukraińskim weselem, wprowadził nas w liryczny świat beztroski, szacunku i miłości, by po wejściu do Polski wojsk niemieckich i sowieckich bestialsko przewrócić ten obraz do góry nogami i napluć krwią na ich sielankowe dotąd życie. Przepotwarzenie się w bestie pod wpływem zawieruchy wojennej zostało ukazane w bardzo dosłowny sposób. Brat z dnia na dzień stał się zdrajcą, sąsiad zabójcą, a Lach wrogiem, którego trzeba eksterminować, tak jak Niemcy Żydów.

W narracji Smarzowskiego brakuje jednak spójności. Poszczególne sceny są mocno poszarpane i czasem wręcz nie pasują do siebie. Sprawiają wrażenie doczepionych na klej i siłę, bez płynnego przejścia w czasie i bez słowa wyjaśnienia, zupełnie, jakby były nakręcone w innym czasie, np. dwa lata później. Jeśli ktoś nie odnajduje się w tej historycznej układance i nie zna podstawowych faktów, ten może mieć problem w racjonalnej ocenie sytuacji. Myślę, że przydałoby się kilka zdań wprowadzenia przed filmem, a w trakcie jego trwania umieszczenia na ekranie pomocniczych dat, niemniej to jest problem zupełnie poboczny. Ja akurat nie miałem problemów z odnalezieniem się w tej zawierusze, ale wiem, że ludzie są z gruntu debilami i tak właśnie należy ich z góry traktować. Za granicą film ten bez słowa wyjaśnienia nie ma racji bytu. Ludzie zgłupieją.


Ale chyba najbardziej zirytował mnie fakt, że Smarzowski za punkt honoru postawił przed sobą wypośrodkowanie odpowiedzialności za rzeź. Z jednej strony idealnie pokazał prawdziwe okrucieństwo band OUN i UPA, bestialstwo miejscowej ukraińskiej ludności, oraz ich kolaboranctwo z Nazistami, ale w pewnym momencie Smarzowski powiedział stop i postanowił w finalnym odbiorze przez widza nieco wyrównać szanse i nie dolewać paliwa do hejtu tylko jednej ze stron barykady. Wrzucił więc trochę kamyczków do naszego ogródka, by i Ukraińcy złapali nieco świeżego powietrza mogąc się przy tym wyprostować. W mojej ocenie kamyków niewspółmiernie wielkich do faktów historycznych i polskiej odpowiedzialności za mordy na ukraińskiej społeczności, acz uczciwie trzeba podkreślić, że takie w ramach odwetu także miały miejsce, tyle, że na nieporównywalnie mniejszą skalę.

Tak więc moje wcześniejsze obawy niestety po części znalazły swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Rzeź w Wołyniu ukazana została w sposób nieco ugrzeczniony i politycznie poprawny, tak, by nie ferować żadnych wyroków, lecz, by po prostu wspomnieć, że ów wydarzenia miały miejsce i by o nich pamiętać. Pomimo dosłowności scen zwierzęcego terroru i bestialstwa, które tylko w niewielkiej części odwzorowały prawdziwe okrucieństwa dokonane na naszych rodakach, nie czułem, by ten obraz w 100% przedstawił zło, jakie zalęgło się na ziemi wołyńskiej. Nie podzielam więc poglądu, że film jest wstrząsający na tyle, że aż nie da się go oglądać. Mogą to mówić tylko te osoby, które nie znają historii i o Rzezi wiedziały zupełnie nic, lub niewiele. Finał poglądu Smarzowskiego na tamte wydarzenia można więc opisać mniej więcej w taki sposób. Trochę pomordowali Ukraińcy, trochę Polacy, swoje dołożyli szkopy i sowieci, ginęli wszyscy, oczywiście najpierw Żydzi, no takie to smutne czasy były, wojna przecież, ale dziś jest już inaczej, wszyscy się kochamy, podajmy więc sobie ręce w geście pokoju i nie róbmy sobie więcej takiego kuku. Cóż. Dla mnie to trochę zbyt bezpieczne i zbyt wygodne podejście do zagadnienia, typowe dla dzisiejszych czasów zakłamania i obłudy.

Niemniej w produkcji Smarzowskiego należy doszukiwać się więcej plusów aniżeli minusów. Naturalnie trzeba się cieszyć z tego, że wreszcie pewne niewygodne dotąd fakty i powielane przez lata poglądy zostały nazwane po imieniu. Np. że Stepan Bandera, pomimo tego, że na Ukrainie jest uznawany za narodowego bohatera, w Polsce winien uchodzić za wroga i mordercę Polaków i nie powinno być tutaj jakiegokolwiek pola do dyskusji. Że czerwono-czarna flaga UPA winna być w Polsce stawiana na równi z nazistowską swastyką i sowieckim sierpem i młotem, czyli ustawowo zakazana. Że przed nazwaniem Ukraińca swoim bratem mądry Polak dwa razy się zastanowi. Czas pokaże, czy Wołyń otworzy puszkę Pandory, czy może jednak zadośćuczyni polskim cierpieniom. Na pewno stanowi bardzo ważny i jakże potrzebny głos w dyskusji, której dotąd praktycznie nie było.

Kino ma ogromną moc i pole rażenia, dużo większe niż stos książek, a fakt, że film już w pierwszy weekend otwarcia obejrzało prawie ćwierć miliona ludzi świadczy o tym, że polskie społeczeństwo spragnione jest prawdy historycznej. I za to, pomimo tych w sumie niewielkich wad należą się słowa uznania dla Wojtka Smarzowskiego, jak i całej jego załogi, z aktorami zarówno polskimi, jak i ukraińskimi, którzy nie przestraszyli się odbioru swoich rodaków. Specjalne słowa uznania i szczery podziw kieruję w stronę młodziutkiej debiutantki Michaliny Łabacz. Jakże cudnaś była dziewczyno w tych pięknych warkoczach. Brawo dla was wszystkich, oraz wieczna pamięć i modlitwa dla pomordowanych. Wreszcie się doczekaliście.






IMDb: 8,2
Filmweb: 8,3