wtorek, 18 grudnia 2018

Pustka niemal doskonała

Roma
reż. Alfonso Cuarón, MEX, USA, 2018
135 min. Netflix
Polska premiera: 14.12.2018
Dramat



Pisząc w kwietniu przy okazji Anihiliacji, że oglądając w dniu premiery film nie na ekranie kina, lecz w domu na kanapie jest pewnego rodzaju niebezpiecznym precedensem mogącym w niedalekiej przyszłości skruszyć mocne dotąd kinowe fundamenty, nie spodziewałem się jeszcze, że ledwie pół roku później kolejny taki przypadek będzie jeszcze bardziej rewolucyjny, wszak mamy właśnie do czynienia już nie tylko z niezłą fabularną produkcją Netflixa, lecz z głośnym filmem cenionego reżysera nagrodzonego Złotym Lwem na festiwalu w Wenecji i w ogóle z jednym z najbardziej oczekiwanych projektów roku ociekającego ejakulatem ktytyki. Ot tak, tu i teraz, na kanapie. Jakby to powiedział Owen Wilson - Wow.

Zdumiewa także fakt, że festiwale filmowe z pierwszej ligi zaczęły tak szybko zapraszać do siebie produkcje "platformowe", będące do tej pory jakby w opozycji do konserwatywnego kinowego status-quo. Co więcej, zaczynają je nagradzać najwyższymi laurami, a te bez krępacji rozpychają się już śmielej łokciami wsród kinowych wyjadaczy. Co prawda są jeszcze tacy, którzy ciągle się jeszcze opierają i zaklinają rzeczywistość,  np. festiwal w Cannes, ale konie po betonie już ruszyły i nikt ich zatrzymywał raczej nie będzie. Chyba, że samobójca. W ogóle to wicher zmian w tej branży zaiwania tak szybko, że wcale nie zdziwi mnie fakt, że lada chwila zaczną znikać z mapy świata kina i to te tuż za rogiem. Na co komu one skoro jest Netflix, HBO, Amazon Prime, Showmax... wróć! Showmax już nie. Nie to, żebym płakał z tego powodu, kina to nie dinozaury - nie wyginą, tak samo jak nie odejdą w niebyt tradycyjne książki, mimo, że od lat nas tym straszą, ale drobny lifting jakiś by im się jednak przydał. A nawet nie tyle kinom, co dystrybutorom i producentom, którzy muszą szybko przestawić się na nowe realia. W każdym razie Netflix rzucił w nich wszystkich ciężką rękawicą z żelbetonu i czeka na reakcje.

Z punktu widzenia odbiorcy ta raczkująca rewolucja winna przynieść sporo korzyści, wszak na końcu procesu trawienia i tak rozchodzi się tylko o jedno, o dostęp do pożądanej treści i zadowolenie klienta. Jeśli ktoś postanawia ją nam podać na srebrnej tacy bez konieczności wychodzenia z domu, bez dodatkowych pośredników, półgodzinnych bloków reklamowych, gadających bab obok w kinie i zapachu spalonego popcornu, to jest to sytuacja typu win-win. I właśnie tak nalezy traktować mariaż Netflixa z Alfonso Cuarónem, którzy wspólnie i w porozumieniu spłodzili obraz w wielu aspektach iście rewolucyjny, głównie pod kątem dystrybucji, ale nie tylko, Roma, to projekt, który nisko pochyla się temu, co w kinie najcenniejsze - magii.


A przynajmniej tak twierdzi krytyka. Ja, no cóż, do szanowanego krytyka mam na szczęście tak daleko, jak stąd do ciepłej i słonecznej wiosny, dlatego też dla odmiany mogę trochę ponarzekać. Niestety jest na co. Ale też, żeby uciąć spekulacje rodzące się właśnie w waszych głowach, finalnie uznaję Romę za dzieło wielkie, tyle, że nie wybitne, jak widzi to wielu. Ale do rzeczy.

Cuarón stworzył bardzo ascetyczne, wyciszone i skupione na rodzinie kino, które w czerni i bieli koloruje rzeczywistość Meksyku lat 70-tych. Wraca w ten sposób do swojej Ojczyzny, dzieciństwa i autorskich korzeni posiłkując się przy tym nostalgią, czasem w dużych ilościach, by przedstawić bardzo osobiste i kompletne dzieło. Dzieło, które chwyta za serce głównie z punktu widzenia realizacji. Tu Pan reżyser kupił mnie w całości, a właściwie to nic nie musiał mi płacić. Ci co mnie czytają od lat wiedzą już doskonale, że jestem osobą chorobliwie wręcz uwrażliwioną na punkcie sztuki obrazu. Uwielbiam i bacznie zwracam uwagę swoim błędnikiem nie na CO, lecz w JAKI sposób pokazuje się na ekranie. Czasem jestem w tym fetyszu nie do wytrzymania, że aż sam mam z tym problem, ale nic na to nie poradzę, że lubię ładne rzeczy. W tym aspekcie Cuarón rozbił bank. Bezapelacyjnie. Film jest obłędny wizualnie. Kadry, praca i ruchy skupionej na detalach kamery, do tego długie, lecz nie puste ujęcia utkane z wyrazistej czerni i bieli zachwyciły mnie tak bardzo, że choćby już tylko z tego powodu powinienem upaśc przed twórcą na kolana, by ucałować mu stópki.

Niestety w treści znajduję już jednak nieco więcej lężacych na jezdni progów zwalniająych, po których, czy cię tego chce, czy nie, trzeba się było przejechać. Historia Romy skupiona jest na wielodzietnej, dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodzinie cenionego Doktora, oraz na służących im dwóm młodym kobietom, z perspektywy których obserwujemy powolny rozpad idealnego modelu rodziny. W oczy rzuca się także charakterystyczny dla Meksyku tamtych lat podział klasowy, z wyraźnym, acz spejcalnie niezaangażowanym politycznie historycznym tłem, w którym ukazana jest fala radykalizacji młodzieży i studentów jaka doprowadziła do licznych protestów oraz zbrojnej reakcji rządu. W tym niespokojnym czasie i niemal w centrum wydarzeń Cuarón przedstawia obraz rodziny nacechowany miłością taką trochę w stylu "la dolce vita". Ten kontrast i naturalne sprzeczności są motorem napędowym całej sennie poprowadzonej opowieści.


Sposób przedstawienia głównych postaci stoi na wysokim poziomie. Ale nie chodzi tu tylko o wymiar stricte ludzki. Tu każdy przedmiot żyje i woła do widza, nawet psie kupy. Perfekcyjne odwzrorowanie ludzkich emocji, osobistych rozterek, drobnych porażek i radości napędza witalność Romy, ale też i dostarcza jej nieco słabości. To, co według wielu krytyków stanowi jej najcenniejszą cechę, mnie osobiście nieco wadzi. Fabuła istnieje, ale tak jakby teoretycznie. Poza kilkoma bardzo krzykliwymi scenami, które z pewnością zapadną na dłużej w mojej pamięci, ba, nawet w historii kina, to jednak nie dzieje się tu zbyt wiele. Spokojnie można byłoby ją upchnąć w 30-minutowym krótkim metrażu, ale wtedy oczywiście nie byłoby takiego efektu i wybuchów emocji. Wolę jednak rozwiązanie jakie przedstawił reżyser, jest przynajmniej ładnie, ale też trzeba przy tym uzbroić się w cierpliwość.

Niestety męczyła mnie trochę subtelność oraz wrażliwość niektórych postaci, która jest tu mocno kobieca i uległa. Z jednej strony jest to zupełnie zrozumiałe, wszak to one są tu głównymi bohaterkami, z drugiej zaś, Cuarón ukazuje ten skomplikowany świat właśnie z tej jednej, kobiecej perspektywy i momentami bardzo brakowało mi jej męskiego, bardziej szorstkiego dopełnienia. Samcze pierwiastki oczywiście także są tu obecne, ale jeśli już się pojawiają, to mają mocno negatywny wydźwięk, definiują głównie zdradę, tchórzostwo, agresję i śmierć. Autor ukazuje męskość jako coś niedojrzałego i złego, skupiając się głównie na kobiecym instynckie przetrwania. Bohaterki pozostawione same sobie muszą w chwili największej próby radzić sobie same, i to oczywiście ma wiele uroku oraz mocno zyskuje na ogólnej subtelności dzieła, ale miękkość w ten sposób budowanego szkieletu opowieści dla mnie jest nieco zbyt hmm... miałka. Roma wydaje się być rodzaju niemęskoosobowego. To w istocie bardzo kobiecy film, co nie jest wadą samą w sobie, ale nie do każdego trafi z taką samą mocą przekazu.


Niemniej ogląda sie to wspaniale. Film jest prawdziwy, ciepły i uderzający swoją wyrazistością, dziś rzadko kto sięga po taką formę ekspresji i choćby tylko za to należą się Cuarónowi brawa. Doskonale rozumiem wysyp wielkich słów jakie pojawiają się w kontekście Romy, to rzeczywiście jest kino czerpiące całymi garściami z gatunkowej klasyki, zrodzone z emocji i dla emocji, obdarte ze złudzeń i sztuczności, zanurzone w alkowach kinematograficznej magii. To wszystko sprawia, że Roma wydaje się być filmem wybitnym, bardzo skupionym na człowieku. Jednak dla mnie jest wielki głównie z punktu widzenia obrazu i procesu realizacji, gdyż poza tym dostrzegam kałuże pełne emocjonalnej pustki, acz przyznaję, obłędnie dobrze naszkicowanej. Bohaterowie mówią do mnie czasem w niezrozumiałym języku, nie potrafię więc w pełni podzielać ich cierpienia, radości i bólu, obserwuję ich trochę w sposób beznamiętny, spaceruję niby po tych samych ulicach Mexico City, ale tak jakby bardziej palcem po mapie, a chyba jednak nie o to powinno chodzić w tego typu obrazie.

Szanuję bardzo Cuaróna za ten projekt, także za to, że powstał w kooperacji z masowym dytrybutorem, którego głównym celem jest dostarczanie niekoniecznie dobrej treści do jak największej ilości osób według ścisłych wytycznych zawartych w tabelkach w Excelu. Roma z pewnością zalicza się do treści trudnych i wymagających oraz śmiertelnie poważnych, zatem sam fakt, że trafiła na platformę Netflixa robi już na mnie duże wrażenie. Być może potrzebuję nieco więcej czasu, żeby dostrzec w niej coś więcej, niż tylko estetyczną rozkosz, a może też wcale niekoniecznie i gdy ochłonę to nadal będzie ona dla mnie "tylko" trochę piękna i trochę pusta, ale jeśli już pustka ma wyglądać tak poetycko jak Roma, to chciałbym móc spacerować po jej ulicach codziennie.





piątek, 23 listopada 2018

Dziki Zachód w sosie własnym

Ballada o Busterze Scruggsie
reż. Joel i Ethan Coen, USA, 2018
138 min. Netflix
Polska premiera: 16.11.2018
Western, Komedia, Dramat



Western jest jak Salma Hayek. Niby ma już swoje lata, niby nie jest już tak świeża i atrakcyjna jak niegdyś, ale każdy facet nadal chciałby złapać ją za cycka. Myślę, że także każdy szanujący się reżyser prędzej czy później chciałby mieć western w swoim CV. To taki specyficzny gatunek kina, w którym można się jednocześnie trochę powygłupiać, trochę poawanturować i postrzelać, trochę też poudawać i powymądrzać się. Umowne graniczne nawiasy gatunku nadal są w stanie pomieścić bardzo wiele różnorodnej formy i treści, właściwie, to jedynym ograniczeniem jest tu tylko wyobraźnia twórców. Prawdopodobnie nie ma drugiego takiego gatunku filmu, w którym można byłoby sobie pozwolić na tak wiele. No, może poza horrorem.

Oczywiście jak każde kino gatunkowe także i klasyczny western ma swoje prawidłowości, normy i ściśle określone zasady, ale też współczesny poziom rozrywki oraz potrzeby widowni lubią dziś definiować nieco przykurzony już obraz tego gatunku na nowo, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest chociażby Quentin Tarantino i jego wariacje na temat Dzikiego Zachodu. Western więc nie kojarzy nam się dziś już tylko z Eastwoodem, Sergio Leone i John’ym Wayn’em, nie przywodzi skojarzeń z zestawem obowiązkowym numer pięć: Dziki Zachód + kowboje + Indianie + moja strzelba + mój kucyk + I brawo ja. Western to także umowna formuła, której szablon może się świetnie odnaleźć także na stepach akermańskich, w Kazachstanie, Meksyku, w przyszłości i w kosmosie, a nawet w powojennej Polsce (Prawo i pięść). Dlatego jego występowanie we współczesnym kinie jest w zasadzie niezagrożone, acz nie każdemu może podobać się kierunek w którym zmierza. I generalnie to dobrze, bo jeśli wyginą westerny, nie będzie już po co żyć, nie będzie niczego.

Bracia Coen i western to dziś trochę taki klasyczny zestaw w McD - Big Mac, frytki i Cola. Coś z pozoru i niemal oczywistego, a mimo to bracia dość długo kazali czekać swoim fanom na ich klasyczną westernową eksplorację. Dopiero w roku 2010 świat ujrzał Prawdziwe męstwo – ich własną adaptację filmu z roku 1969 roku, natomiast kilka lat wcześniej w podobnej konwencji przedstawili współczesny świat w To nie jest kraj dla starych ludzi. Joel i Ethan Coen często mówili w wywiadach, że może nie byli w dzieciństwie wielkimi fanami westernów, ja z resztą też nie, ale zawsze lubili klimaty prowincjonalnej Ameryki, dzięki której mogli do woli zanurzać się w realiach małomiasteczkowego społeczeństwa jakie często występuje na pierwszym planie w ich filmach. Western jako gatunek daje im więc w tym zakresie ogromne pole do popisu.


Nie inaczej jest i tym razem. Ballada o Busterze Scruggsie powstała we współpracy z Netflixem i pierwotnie miała być miniserialem. Nie wiem co ostatecznie stanęło na przeszkodzie, ale braciszkowie wzięli do rąk nożyczki i pocięli materiał tak, że zamiast sześciu oddzielnych odcinków upchnęli całość w przeszło dwugodzinną fabułę, w sam raz na jeden wieczór. Nie wiem czy to dobrze, czy może niekoniecznie, prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy, osobiście mam pewne wątpliwości, ale też nie ma co dyskutować nad faktem dokonanym – mleko się wylało i nie ma. Jedynym śladem ich pierwotnego założenia jest forma konstrukcji filmu, utkana z sześciu osobnych i niepowiązanych ze sobą nowel. W dwóch, może trzech przypadkach mój wewnętrzny głos prosił o ich szersze rozwinięcie, dlatego gdzieś w mojej głowie ulokowało się odczucie pewnego rodzaju niedosytu, ale też bez dramatyzmów - da się z tym żyć.

Nie chcę się szerzej rozwodzić oraz streszczać wszystkich ballad po kolei, można to przeczytać niemal w każdej recenzji jakich się zaroiło w sieci w ostatnim tygodniu, ja postanowiłem ocenić film jako całość, a nie rozszarpywać go na małe kawałki i dyskutować o tym, który jest mniej lub bardziej posolony, czy też popieprzony.

Może najpierw słów kilka o tym, co mi się podobało. Bracia Coen z pełnej talii kart wyciągnęli praktycznie same asy i króle (no, znalazł się może jeden walet), czyli karty pozwalające im wygrać niemal każdą partyjkę pokera w pierwszym lepszym Saloonie. Klasyczny western charakteryzuje się stałymi i niezmiennymi cechami jakimi są: Tło historyczne na Dzikim Zachodzie; główny bohater odznaczający się budzącymi sympatię cechami oraz jaskrawo przedstawiony na tle bandytów, dziewczyny, złowrogich przeciwników, czy też lojalnych przyjaciół; wyrazista akcja o czytelnie zarysowanym konflikcie dramatycznym, często też powiązany z wątkiem miłosnym; obowiązkowe elementy awanturnicze – strzelaniny, końskie pościgi, bójki; oraz - co oczywiste - operowanie efektownymi plenerami Dzikiego Zachodu. I cóż. W Balladzie… to wszystko tu jest. Po prostu. I to jest dobra wiadomość dla miłośników starej, dobrej, siodłatej szkoły. Zawartość cukru w cukrze w normie.


Braciszkowie do tych stałych i niezmiennych dołożyli swoje również stałe i niezmienne poczucie humoru, dzięki czemu ten krwisty stek nabrał jeszcze lepszego smaku i wyrazistości, a przy okazji kilku dodatków, smacznej surówki i młodych ziemniaczków. W oczy rzuca się także perfekcyjny montaż i świetna praca kamer. To prawdziwa rozkosz dla zmysłu wzroku móc patrzeć na ów rzemiosło lokowane w rękach fachowców od rozrywki i jakości obrazu. Dlatego trochę dziwię się pojawianym tu i ódzie zarzutom, że Ballada... zajeżdża im tanią, telewizyjną manierą. Co to właściwie znaczy, że film jest bardziej telewizyjny niż kinowy? 10, 15 lat temu to mogło mieć jeszcze jakieś znaczenie, dziś nie znaczy nic, jest oksymoronem, ale ok, uznaję sprzeczny punkty widzenia. Ja w każdym razie chętnie poszedłbym na to także i do kina. Na szczęście nie musiałem i tu plusik dla Netflixa, który został także nagrodzony przez kapitułę festiwalu w Wenecji, gdzie jego produkcja została ozłocona za najlepszy scenariusz, a w konkursie głównym przegrała tylko z Romą Cuarona - swoją drogą także powstałą we współpracy z Netflixem. Idzie nowe? Nie, nie idzie, ono już galopuje na białym rumaku.

Kolejnym plusem jest fakt, że każda nowela nawiązuje czasem w bardziej spięty, a czasem w bardziej rozpięty sposób do jakiejś życiowej prawdy objawionej, do postawy moralnej i etycznej, tudzież po prostu komentuje rzeczywistość ukazaną zwykle w nieco krzywym zwierciadle. Stanowi także udaną satyrę na typową westernową manierę, która ukazana niby w ten sam sposób co zwykle, pozwala widzowi dostrzec coś co już dobrze zna z innej perspektywy. Trochę przypomina mi to Monty Pythona i ich Świętego Graala oraz Żywot Briana. Momentami bracia operują podobnym językiem i stylówą, co też tylko dodaje uroku całości. Lubię, gdy o poważnych tematach mówi się czasem w sposób nieskomplikowany i zabawny. Człowiek czasem musi zwolnić i odetchnąć od tego śmiertelnego uganiania się za sensem życia, a Ballada... właśnie taka jest. Głębokim oddechem i krótką przerwą w codziennej prozie życia.

Warto też pochwalić zestaw aktorski. Miło jest się zderzyć z charyzmą Toma Waitsa, Liama Neesona, czy Jamesa Franco umorusanych w prowinjconalnej rzeczywistości, zwłaszcza z Waitsem, gdyż jego nowela jest chyba najlepsza, mimo, że najbardziej oszczędna w słowa. A jeśli już koniecznie trzeba tu czymś zaminusować, to chyba tym, nad czym ubolewa prawie cały Internet. Nierówność oraz płytkość scenariuszowa i fabularna poszczególych nowel jest bardzo widoczna. Zaczyna się świetnie, a potem "grywalność" filmu spada i jest tylko gorzej. Zapewne to z powodu licznych cięć i zmiany reguł jakie nastąpiły w trakcie napoczętej już gry. Być może w wersji serialowej poszczególne historie błyszczałyby bardziej, a tak, ich nierówność, słabości oraz ubytki w treści i konstrukcji mogą trochę uwierać w kowbojskim bucie. Niemniej jako całość broni się to na tyle dobrze, żeby w ogólnym rozrachunku lekko kiwnąć głową z uznaniem, tak wiecie, jak to zrobił Clint Eastwood w Dobrym, złym i brzydkim. Koniec końców wychodzi z tego kawał rozrywkowego kina, które na nowo rodzi resentymenty i przywraca nam western na nowo, ukazując mit Dzikiego Zachodu trochę w skróconej formie bryku dla licealistów, ale jednocześnie też w bardzo przyswajalnej oraz akceptowalnej przez weteranów i prawdziwych smakoszy westernu.





piątek, 26 października 2018

Samotność długodystansowca

Pierwszy człowiek
reż. Damien Chazelle, USA, 2018
141 min. United International Pictures
Polska premiera: 19.10.2018
Dramat, Biograficzny, Sci-Fi



Bardzo utalentowana jest ta rodzina Armstrongów. Podarowali światu świetnych muzyków - jazzowego i rockowego, zawodowego kolarza, a nawet astronautę, który pierwszy odcisnął podeszwę buta na księżycu. Nic dziwnego, że za wielką wodą kręcą później o nich filmy. Ale już tak poważnie. Neil Armstrong - człowiek, który stał się symbolem wielkości Ameryki musiał długo czekać na wysokobudżetową i globalną ekranizację swojego największego życiowego osiągnięcia, które przy zupełnej okazji stało się także wielkim krokiem w dziejach ludzkości. W czasach, kiedy to w ilościach hurtowych płodzi się sequele, rebooty oraz odgrzewa stare kotlety, każda historia napisana prawdziwą krwią, potem i heroizmem ludzi winna być chwytana w siatkę przez łowców w Hollywood jak szczupaki przez wytrawnych wędkarzy.

Historia świata ciągle ma w swoim spisie treści wielkie nazwiska, czasem już mocno zakurzone i zasiedlone przez pająki, które czekają w kolejce na ich kinematograficzne upamiętnienie. Niektórzy z nich czekają już zdecydowanie za długo. Np. Neil Armstrong. Ale tak oto w końcu i on doczekał się, odstał swoje w długiej kolejce do specjalisty, przez co możemy teraz zapoznać się z jego diagnozą. Niestety jemu samemu zabrakło do tego sześciu lat, film więc może obejrzy z nieco innej perspektywy, np. z gwiazd.

Nie będę tu teraz tłumaczył kim był, jak żył i jakim był człowiekiem, bo tego wcześniej nawet sam dokładnie nie wiedziałem. Poza rzecz jasna konkretami, o których wie każdy, a przynajmniej powinien. Ale już jego prywatne relacje z rodziną i najbliższymi, jego osobiste problemy i doświadczenia, to już w ogóle jest pustynia Gobi rozlana na świadomości całej współczesnej ludzkości. Pokonali ją tylko nieliczni i ci fanatyczni. Zgłębienie historii wycinka jego życia, a przy okazji doświadczenie ekscytującej podróży na księżyc, tej pierwszej, wymarzonej i najtrudniejszej, to było główne zadanie jakie postawił przed sobą złote dziecko Hollywood, Damien Chazelle.

W najważniejszą rolę i na najwyższego konia posadził on swojego pupila, Ryana Goslinga - obiekt westchnień milionów kobiet na świecie, co przyznaję, było także zabiegiem marketingowym lokowanym na polu tarczy strzelniczej z napisem „10”. Częste westchnienia na jego widok dwóch milfów pochłaniających z gracją odkurzacza ogromne ilości popcornu tuż po mojej prawicy w kinie tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Gosling obok Tomka Hardy’ego jest takim współczesnym, samczym wytrychem, który otwiera niemal każde drzwi prowadzące do serc kobiet na całym świecie. Zaryzykuję nawet tezę, że te całe lądowanie na księżycu, te wszystkie kosmiczne ujęcia i starty rakiet obchodziło moje sąsiadki dużo mniej, niż charakterystyczne grymasy na twarzy Goslinga. Ale taki to już lajf i każdy ma prawo wzdychać do kogo mu się rzewnie podoba.


Gosling Goslingiem, postać Armstronga odwzorował poprawnie, acz tak trochę po swojemu, z miną numer pięć łamane na cztery. Nihil novi. Ale to co odstawiła w tym filmie Pani Armstrongowa - Claire Foy, to ja bardzo przepraszam. W warstwie emocjonalnej rozbiła bank. Te półtorej miliarda zielonych jakie właśnie ktoś wygrał w loterii w USA to była jej zasługa. Szczęśliwe cyferki aż zwariowały przez jej aktorskie ekscesy i ułożyły się tak jakoś nietypowo. Rola niby niepozorna, ot małżonka narodowego bohatera, matka dwójki dzieci, siedząca w domu i zamartwiająca się o męża, no flaki z olejem. A tu niespodzianka. Chazelle wyciągnął z niej maksimum, a nawet dodał coś ekstra. Te oczy, ten jej wzrok, wyrazisty oraz bardzo namacalny ból i cierpienie, Czizes, zastanawiam się nawet, czy to przypadkiem nie ona wzbiła się w kosmos zamiast Goslinga.

Zacząłem więc tak bardziej od warstwy emocjonalnej, od rodziny i ich wzajemnych relacji, bo właśnie tego jest tu jakby najwięcej. Oczywiście w tle cały czas odbywają się wieloletnie przygotowania do misji Apollo, są starty rakiet, kolejni astronauci giną jak muchy, wszystko jest więc niby na swoim miejscu, wszak Chazelle wygospodarował na to bardzo wiele miejsca (film trwa prawie dwie i pół godziny), ale też nie trudno odnieść wrażenia, że dla twórców najważniejsze było przedstawienie tego jakim prywatnie człowiekiem był Armstrong. Skupiono się głównie na jego samotności, odczuciu alienacji, na targających jego duszą demonach i tęsknocie za zmarłą córką. Samo lądowanie na księżycu, mimo, że przedstawione jest bardzo rzeczowo i realistycznie, było tak jakby tylko rozwinięciem, a zarazem szczęśliwym zakończeniem jego wszystkich kłębiących się w głowie zmartwień i problemów. Stanowi wymodlone i bardzo oczekiwane antidotum. Każdy z nas ma gdzieś taki swój prywatny księżyc na którym przez całe życie usilnie próbuje wylądować, niemniej udaje się to tylko nielicznym. Chazelle z gracją psychoanalityka i na podstawie biografii Armstronga próbuje zatem przy okazji wyleczyć też ułamek ludzkości z ich zaburzeń nerwicowych oraz prywatnych traum, podając na tacy pewnego rodzaju rozwiązanie i sposób na oczyszczenie głowy. Jest to zapewne dość karkołomna i nieco ryzykowna teza, ale dziś, kilka dni po seansie tak to wszystko trochę odbieram.

A jak tam  jest z warstwą audiowizualną i tą stricte techniczną? Wszak to także film o podboju kosmosu w latach 60-tych, gdzie wysyłano ludzi niczym króliki doświadczalne, w ciasnych metalowych trumnach gdzieś hen w nieznane. I tu małe zaskoczenie z mojej strony, takie raczej pozytywne. Chazelle postawił na nieco inne rozwiązania znane nam chociażby z Grawitacji, czy Interstellar. Nie korzystał hurtowo z szerokich kadrów, wielkich i spektakularnych lokacji, unikał tego bardzo. Brakuje tu także zapierającego dech w piersiach efekciarstwa i popisu grafików komputerowych. Postawił na zupełnie innego konia. Podbój księżyca obserwujemy więc raczej z roztrzęsionych wnętrz kapsuł wynoszących ciała astronautów w przestrzeń kosmiczną. Widzimy tą historię jakby oczami tamtych rycerzy odzianych w białe skafandry, gdzie przez małe okienka dostrzegamy ułamek kosmosu i ziemi widzianej ze stratosfery. Dla podkreślenia klimatu tamtej epoki twórcy korzystają z prawdziwych, historycznych ujęć i nagrań, a dla dodatkowego zachowania pozoru oryginalności trzęsą kamerami na prawo i lewo, jakby dali je do ręki praktykantom po studiach operatorskich. Wygląda to więc zasadniczo nieźle, ale czasem też nieco mnie to irytowało, co powoduje, że jakiś tam mały minusik wsadzam do koperty i wysyłam twórcom via gołąb pocztowy.


Muzyka? Cóż, zachwalana jest bardzo, ale jakoś nie odczułem jej szczególnej obecności, co można odebrać w dwojaki sposób. Pozytywny – jest, ale taka nieinwazyjna i wygodnie schowana na drugim planie tworząc idealne dopełnienie obrazu, oraz negatywny – yyy… muzyka? Jaka muzyka? No coś tam gra, słychać wiele razy motyw przewodni, ale po wyjściu z kina nic mi z tej muzyki w głowie nie zostało. Acz dla pełni uczciwości pozwolę sobie jeszcze umówić się z OST z filmu na małe randez vous w domowym zaciszu i na słuchawkach, ale to i tak nie zmieni mojego pierwszego odbioru w kinie. Dźwięk za to w porządku. Tu bez zastrzeżeń. Ale to też chyba żadne zaskoczenie.

Pierwszy człowiek zatem wydaje się być trochę inny w odbiorze, niż wielu zakładało, przez co można spotkać się z bardzo skrajnymi reakcjami. Jedni uznają go za geniusz i najlepszy film roku, inni za wielkie rozczarowanie. Ja lokuję siebie raczej w tej pierwszej grupie, ale jednoczesnie zamykam peleton, tak mniej więcej z pięciominutową stratą. Podoba mi się ta historia. Jest pełna pasji, wciąga i trzyma w szachu do końca. Chazelle pochylił się nisko człowiekowi, który, umówmy się, został bohaterem trochę z łapanki. Po prostu miał dużo szczęścia, że dożył do misji Apollo. Jego czasem wyżej notowani w NASA koledzy mieli pecha i zginęli w licznych poprzedzających ją testach. Ale też, zachowując wszelkie proporcje, szczęściu trzeba umieć dopomóc, tak rodzą się czasem bohaterowie i wielcy przywódcy, a komu jak komu, ale braku umiejętności, pasji i chłodnej głowy Armstrongowi odmówić nie sposób.

Chazelle tworzy więc obraz bardziej o człowieku, niż o jego sukcesie, z którego jest znany najbardziej. Sukces ten zresztą i tak jest wypadkową wielu lat ciężkiej pracy zespołu ludzi. Jest to praca zbiorowa, ale ryzyko, trauma i cierpienie należy już tylko do tych nielicznych, ubranych w białe skafandry, oraz do bliskich im osób, które emocjonalnie także wbijają się ku gwiazdom, jednak fizycznie zostają uwięzieni na twardej ziemi. To opowieść o odwadze, męstwie i podążaniu za marzeniami kosztem możliwie najwyższym. Na szczęście tylko delikatnie została ona muśnięta przez amerykański patos. Wprawdzie da się go tu i ówdzie dostrzec, ale mnie osobiście zupełnie to nie przeszkadzało. Uważam nawet, że nie ma niczego złego w podkreślaniu własnych, narodowych zasług w historycznych wydarzeniach, a tego Amerykanom akurat odmówić nie można. Lot na księżyc to ich dziecko, ich osiągnięcie i ich ludzie. Mają prawo pękać z dumy i mają prawo wtykać swoją flagę w powierzchnię księżyca. Ale i tu, nawet tego konkretnego historycznego momentu Chazelle nie pokazuje, co podobno doprowadziło w Stanach do lekkiej konsternacji i zawodu, zamiast tego obserwujemy osobistą i duchową rekolekcję w wykonaniu Armstronga, co tylko podkreśla rangę i klimat Pierwszego człowieka.

Reasumując. Film bardzo dobry, to nie podlega dyskusji. Jest mocno wyciszony, mimo, że skąpany w hałasie, nieco ascetyczny i minimalistyczny, mimo, że ginie w tłumie chaosu, skupiony na głównym celu prowadzącym nie tyle na księżyc, co do wnętrza głowy Armstronga, w której wojują ze sobą potworna samotność i tęsknotą. Niemniej przez moim zdaniem momentami irytującą pracę kamer, czasem zbyt duże skupianie się na rzeczach mniej istotnych z mojego punktu oczekiwania, oraz chyba także trochę przez długość trwania filmu odjąłem mu kilka małych punkcików ostatecznie kończąc z wynikiem oscylującym w granicach czterech i pół cycka, a pięć z minusem. Dlatego finalnie Pierwszy człowiek zaraz po zdobyciu księżyca oraz serc dwóch milfów wcinających obok mnie popcorn w kinie, ląduje niczym orzeł na dobrym, piątym cycku Evy Green. Zasłużył. Houston, bez odbioru.