poniedziałek, 4 czerwca 2018

Związek tragiczny

Zimna wojna
reż. Paweł Pawlikowski, POL, FRA, GBR, 2018
84 min. Kino Świat
Polska premiera: 8.06.2018
Dramat, Romans



Ten ochrzczony mianem jednego z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat, dzieło, którym zachwycił się światek filmowy w Cannes, obraz, w którym zabujała się Julianne Moore i Cate Blanchett, a przy okazji także branżowi krytycy i dziennikarze oraz pół Internetu, w końcu film, który w ostatnich tygodniach wyskakiwał niemal z każdej napotkanej przeze mnie na ulicy lodówki i którego osobiście w końcu sam doświadczyłem wczoraj na pokazie przedpremierowym spowodował we mnie tak skomplikowane reakcje, że siedząc tak teraz bezradnie przed białym ekranem komputera nie wiem od jakich słów mam napocząć ten tekst. Może zacznę więc jak zwykle, zupełnie od dupy strony.

Na filmie byłem ze swoją konkubiną, która, jak to kobieta wewnętrznie chaotyczna, lubi ckliwe historie miłosne i wiecie co? Po wyjściu z kina o Zimnej wojnie zamieniliśmy ze sobą może dwa słowa (Podobał ci się? - No, spoko), po czym wróciliśmy do domu i poszliśmy spać. Aha, ja wypiłem jeszcze piwo. Nie chodzi o to, że film nas tak zmiażdżył intelektualnie, że aż nie mogliśmy z wrażenia wydusić z siebie choćby słowa. Nic z tych bamboszy. Po prostu nie było za bardzo o czym rozmawiać. To trochę jak z tą niezręczną ciszą na pierwszej randce, kiedy to nie wiesz co masz z siebie wydukać, choć oczywiście masz świadomość, że niewiasta siedząca naprzeciw jest prawdziwym aniołem i jeśli zaraz nie wykrztusisz z siebie jakiegoś słowa, to ci przepadnie na amen. No więc próbuję właśnie coś teraz z siebie wykrztusić.

Nie lubię podsumowywać filmów tylko jednym zdaniem o co nie wiedzieć czemu często jestem proszony, stąd między innymi dlatego właśnie prowadzę tego bloga, żeby móc czasem wyrzygać z siebie te setki chaotycznych słów błądzących bez celu po mojej głowie, ale akurat Zimną wojnę potrafiłbym opisać tylko jednym zdaniem, np. takim: To jak rzucenie okiem na piękny i bardzo drogi obraz w Muzeum Narodowym, po czym wychodzisz, idziesz na piwo i wracasz do swojego życia nawet nie wiedząc dokładnie kto go namalował oraz co sobą przedstawiał.

Tak właśnie. Film mną niestety nie wstrząsnął i nie zaczarował, ani razu nie pojawiła się też w moim życiu gęsia skórka, która często stanowi dla mnie największy miernik jakości danego obrazu. Co prawda wzruszyłem się raz, czy dwa, prawie za każdym razem gdy słyszałem naszą wspaniałą i pięknie przedstawioną w filmie muzykę ludową, która stanowi bardzo zacną, acz surową oprawę muzyczną filmu, ale ta chwilowa ckliwość została spotęgowana moją ogólną słabością do polskich tradycji ludowych i folkloru, z których cholera jasna zawsze jestem jakoś tak dziwnie dumny i hopsasa do przodu. Ale ja to ja, mam jakieś dziwne niedojebanie mózgowe, bo np. w miniony weekend zeszkliły mi się na moment oczęta podczas oglądania na kanale Planete programu „Polska z góry”. Taka ta Polska piękna z perspektywy drona, że aż się normalnie wzruszyłem. I właśnie za to wędruje ode mnie pierwszy plusik dla Pawlikowskiego, że gdzieś pomiędzy słowami, których i tak nie ma tu wiele, pokazał jaka ta nasza Polska cała, mimo brutalizmu lat 40 i 50 minionej epoki jest piękna i jak nadal mamy wiele do zaoferowania światu w warstwie kulturowej. I świat to kupuje, ale tylko w przerwach na ratowanie nas przed jawnym mordowaniem demokracji. Wiadomix.


Drugi ważny plusik to oczywiście warstwa stricte wizualna o której napisano i powiedziano już chyba wszystko. Nie chcę więc powielać oczywistości, od tego są inni. Film jest pięknie pomalowany w czerń i biel, format 4:3, melancholijne kadry i zdjęcia, tu już można zatem mówić o recydywie. Oscarowa Ida wyznaczyła Pawlikowskiemu sprawdzoną już w bojach ścieżkę chwały, na którą ponownie dało się nabrać niczym wygłodniałe ryby na haczyk tysiące ludzi. Ja też, i nie uważam, żeby to było coś złego. W obecnych cyfrowych czasach bardzo cieszę się na choćby chwilową możliwość powrotu do czasów świetności kina zaangażowanego i analogowego, do kina z lat 50 i 60 obdartego ze ściemy. To trochę jak z tą tęsknotą za gumami Turbo, River Raid i harataniem gały z kumplami od świtu do nocy na osiedlowym podwórku. Wiesz, że te czasy już nigdy nie wrócą, ale odczuwasz wewnętrzną potrzebę pielęgnowania o nich pamięci.

Ale co właściwie czai się pod warstwą wizualną i techniczną? No, i tu właśnie dochodzimy do chwili największej słabości Zimnej wojny. Być może będę w mniejszości, ale to akurat bardzo wygodna dla mnie grupa społeczna, w której doskonale się odnajduję. Jak już wspomniałem wyżej, ukazana w filmie historia miłosna mną nie wzruszyła. Zabrakło ognia, żaru, być może zwyczajnie dobrej podpałki i suchych zapałek. Mimo absolutnie kapitalnych ról (tu akurat jestem w większości) Kulig i Kota nie potrafiłem odnaleźć pomiędzy nimi tej namiętności i pierwiastka szaleństwa, którego oczekiwałem, a przynajmniej tego, którego mi wcześniej obiecano. Być może mam już na jego temat nieco koślawe i trochę też wykolejone wyobrażenie, ale jednak po walcu słodkiej lolitki z jej starszym nauczycielem życia spodziewałem się trochę więcej chemii, a nie tylko fizyki.

W nawiązaniu kontaktu wzrokowego z tą miłosną gierką w berka z pewnością nie pomagają bardzo długie przeskoki czasowe i lokacyjne. Raz widzimy ich w romantycznym uścisku w polskim stogu siana, za chwilę jest już Berlin Wschodni, ciach, następna scena Paryż, ciach, mamy piękna Jugosławię i tak skacze nam ten Pawlikowski z kwiatka na kożuszek. Nie to, że mi to przeszkadza, paradoksalnie napiszę, że wręcz przeciwnie, nawet podoba mi się taka formuła. To trochę jak ukazanie the very best of ich burzliwego romansu, takie najlepsze serduszka z najlepszych, krótka kronika ich miłosnych uniesień oraz kaprysów ukazanych w jednej małej pigułce (gwałtu). Nawet jest to przyjemne i przystępne dla oka, gdyż ta w sumie prosta historia nie jest siłą wsadzona w za duże kalosze i nie trwa dwóch godzin piętnaście jak co drugi dziś nowy film, niemniej te przeskoki czasowe, lokacyjne oraz sercowe takoż, trochę ostudzają ich ekranową namiętność, która nawet nie ma kiedy się dobrze rozpędzić, przez co często potyka się więc, a to o parkiet sceny, a to o stół w knajpie, czy ścianę w pokoju. Kocham cię! JEB! Czekam na ciebie całe życie! JEB! Trochę chyba za mało w tym wszystkim cukru w cukrze, a w wielkim torcie bezowym z bitą śmietaną tak jakby o to właśnie winno tu chodzić. Zatem jednak niedosyt. Widziałem już w kinie zbyt wiele wielkich miłosnych uniesień, by dać sobie w mordę strzelić takiemu powierzchownemu romansowi.


Co ważne, tym razem obyło się bez subtelnych politycznych naleciałości i ideologicznych kontrowersji jak ostatnio w Idzie, acz sam Pawlikowski bardzo chętnie lubi się stawiać w świetle reżysera wyklętego opowiadającego się wyraźnie po jednej ze stron politycznej barykady, która od lat z bólem gwałci naszą przestrzeń publiczną, co osobiście bardzo mnie smuci. Może właśnie z tego powodu doszukałem się w Zimnej wojnie kilku drobnych wytrychów, które ideowa opozycja nad Wisłą łatwo może wykorzystać do swojej walki o otwarcie przymnkniętych im przed nosem drzwi i prawdę mówiąc sam jestem ciekaw jak to zostanie odebrane przez większą część odbiorców.

Jest tu chociażby jedna dość wymowna scena, w której Wiktor (Kot) dowiaduje się o powrocie jego ukochanej Zuli (Kulig) do zniewolonej Polski i ze łzami w oczach gra w nocnym klubie w Paryżu na fortepianie. Czyni to w sposób mocno zaangażowany, niezrozumiały przez odbiorców w dekadenckim klubie, oraz ze łzami w oczach, wtem Pawlikowski ukazuje w tle jego solowego dramatu plakat z hasłami „Liberte, Egalite, Solidarite”. Może i jestem przewrażliwiony na tego typu wstawki, ale w mojej głowie nadzwyczaj łatwo było ubrać tą scenę w wyrażenie zaniepokojenia autora obecną kondycją demokracji i wolności w pewnym kraju nad Wisłą. Obym się mylił i oby tego typu insynuacje ugrzęzły tylko w mojej nieco spaczonej głowie.

Reasumując, bo gorąco i piwo stygnie w lodówce. Ten bardzo osobisty film Pawlikowskiego jest bez wątpienia piękny, nawet bardzo. Świetnie zagrany, tu też bardzo, i zrealizowany, bardzo po raz trzeci, lecz z jedną małą, subtelną, acz wyraźną rysą na całym swym kryształowym wizerunku. Nie traci tym szczególnie na swojej reputacji i randze, ba, dla wielu rysa ta może okazać się dodatkową cechą podkreślającą wyjątkowosć dzieła, ale odnoszę dziwne wrażenie, że będziemy mieli do czynienia ze swoistym deja vu. Znów zwiastuję reżyserowi sukces międzynarodowy (wiem wiem, po Cannes łatwo napisać) oraz nieco bardziej chłodne przyjęcie w Polsce, która chyba nie potrafi jeszcze spoglądać na samą siebie z odpowiednim dystansem. Mnie Zimna wojna w dużym stopniu ukontentowała. Minusy o których napisałem wyżej absolutnie nie przysłaniają mi jej niezaprzeczalnych plusów, które wyrażają się głównie w warstwie audiowizualnej. Być może rzeczywiście mamy tu do czynienia z kinem wybitnym i wielkim z punktu widzenia kanonu polskiej kinematografii, nie wiem, czas sam to wszystko oceni, niemniej faktem jest to, że nie potrafię się tym filmem cieszyć. On po prostu sobie jest, niby blisko, ale jednak cholernie daleko ode mnie. To nie jest moja miłość, to nie są moi bohaterzy, ale to jest bardzo moje kino. Wspaniały związek, tylko sex tragiczny.



piątek, 13 kwietnia 2018

Zemsta bez jaj

Nigdy cię tu nie było
reż. Lynne Ramsay, FRA, GBR, USA, 2017
85 min. Gutek Film
Polska premiera: 13.04.2018
Dramat, Thriller



Zacznijmy od tego, że nie mam nic do kobiet. Serio. Nawet je prywatnie uwielbiam. Każdego dnia wiosny jakby bardziej. Ok, jestem trochę seksistą, jak każdy zdrowy i chyba także zupełnie normalny facet. No tak już nas ulepiła matka natura, czy tam stwórca, wszystko jedno, a i nasi przodkowie, te wszystkie owłosione małpoludy z maczugami też grzmociły się na potęgę. Nie da się od tak w kilka milionów lat wyzbyć wszystkich zwierzęcych instynktów i to pomimo tego, że tabuny smutnych feministek bardzo by dziś chciało, żeby facet przestał w końcu przepuszczać kobiety przez drzwi, bo przecież one też mają ręce, heloł. Ja w każdym razie się nie dam, jestem przedstawicielem starej szkoły i sorry dziewczyny bardzo, ale nadal będę do was wzdychał i nosił na rękach. Ok, zatem kobiety. Mam z nimi jeden, taki malutki problem. Pomijając już te większe i nigdy nierązwiązywalne typu „domyśl się”, ten mały problemik tkwi hmm… w kinie.

W kinie jak w kinie. Dokładnie rzecz ujmując chodzi mi o kobiety zasiadające na fotelu reżyserskim. Spójrzmy prawdzie w oczy, to nie jest ich naturalne środowisko. Nawet przeprowadzono niedawno jakieś badania, to pewnie ci mityczni amerykańscy naukowcy, z których wyszło, że obecnie wśród reżyserów kasowych produkcji na całym świecie kobiety stanowią jedynie siedem procent. Brzmi to może i nieco absurdalnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zwykle ponad połowę studentów w szkołach filmowych od lat stanowią kobiety właśnie, oraz przyjmując, że środowisko filmowców na niemal całym świecie jest wylęgarnią lewicowych i politpoprawnych myślicieli, którzy chętnie krytykują stary porządek świata, cały ten seksizm, mobbing, dominację penisa a nawet dziwkę demokrację, no bo wiadomo, że demokracja jest tylko wtedy, kiedy wygrywają nasi, a jak robią to „oni”, no to wtedy jest już faszyzm. Zatem okazuje się nagle, że w tak oświeconym artystycznym środowisku parytety na fotelu reżyserskim to bujda na resorach i kobiety dupa cicho. Przemysł filmowy nadal więc należy do mężczyzn. Tu ciągle panuje zaściankowość i patriarchat. Najciemniej pod latarnią? Klasyka gatunku.

W ogóle to pierwszą babeczką która zdobyła Oscara za reżyserię była Kathryn Bigelow w roku 2010, czyli tak jakby niedawno. Ale niczego to nie zmieniło, ot, jednorazowy wyskok. Nadal kobitki reżyserki można tak z pamięci policzyć na palcach dwóch rąk, a te dobre, nawet na jednej. Osobiście z tych zagranicznych najbardziej szanuję Jane Campion, głównie za Fortepian i Święty dym. Dalej to już Pustynia Gobi, tudzież zwykłe przecinki. Czasem nakręci coś sensownego Zośka Coppola, czasem właśnie wspomniana Bigelow, jest też świetna Japonka Naomi Kawase, ale o reszcie Pań nie ma nawet co wspominać. O dziwo w tej zaściankowej Polsce jest z tym dużo lepiej. Na czele listy jest oczywiście Agnieszka Holland, acz z jej filmografią od zawsze jest mi zupełnie nie po drodze, tak jak i z nią samą jako człowiekiem. Na fali wznoszącej jest też Małgośka Szumowska, ale i tu brak we mnie entuzjazmu, z każdym kolejnym filmem wydaje mi się, że jest z nią coraz gorzej, no ale w Niemczech szanują. Osobiście dużo bardziej ceniłem dokonania nieżyjącej już Barbary Sass. Lubię też społeczne kino Doroty Kędzierzawskiej, a za całokształt szanuję też Panie Kos-Krauze, Piekorz i Rosłaniec. Na tle mapy świata nasze Panie wypadają więc nie najgorzej.


W tej wyliczance nie wspomniałem nic o Lynne Ramsay, szkockiej reżyserce znanej głównie z Musimy porozmawiać o Kevinie z roku 2011, który to i mi przypadł mocno do gustu. Ze zrozumiałych względów zostawiłem ją na koniec, wszak do kin wchodzi właśnie jej najnowszy obraz, świetnie przyjęty w Cannes Nigdy cię tu nie było, który nawet załapał się na wyprzedaż dwie Złote Palmy, za scenariusz i główną rolę męską. Jego dystrybutor - Gutek Film - co zrozumiałe, bardzo prężnie go reklamuje i zapowiada wielką ucztę kinomana, na którą i ja dałem się namówić, gdyż głodny i wyposzczony kinematograficznie ostatnio jestem bardzo. Nie było to trudne także dlatego, gdyż zwiastun, opisy i pierwsze polskie recenzje także bardzo przypadły mi do gustu. Zatem samograj – powiedział mój zwykle niemylący się w tych kwestiach głos wewnętrzny.

A tu niespodzianka i to z tych bolesnych. Kupiłem sobie dwie małe puszeczki Tuborga (no taki to był marny wybór w Żabce obok), małe, bo film trwa przecież niecałe półtorej godziny (cóż za wspaniała odmiana) - wystarczy. Wygodnie ulokowane cztery litery w fotelu w moim ulubionym warszawskim kinie nie mogły już się doczekać emisji. Ledwie pół godziny później prosiły mnie już o przerwę: "Ekran, chuju, wstawaj, pobudka, zabierz mnie stąd!". Jak na cebulaka przystało, szkoda mi było kasiory za bilet (o dwóch puszkach piwa nawet nie pomnę), poza tym weż się przeciskaj przez te nogi innych ludzi po ciemoku, może się jeszcze rozkręci i będzie dobrze, "szanowna dupo, zamknij więc dupę".

Niestety nie rozkręciło. Cholernie ciężko się to trawiło. Przede wszystkim musiałem sobie odpowiedzieć na nurtujące mnie od samego początku pytanie: Gdzie u licha jest tu ten cały Taksówkarz Scorsese, którym mnie przed seansem mamiono? Jeśli już miałbym porównywać dzieło Ramsay do klasyki kina, to prędzej do Leona z elementami Ghost Doga: Droga Samuraja Jarmucha z taką zaczeską w stylu Drive. Taksówkarz jest mocno naciągany, ale ok, niech będzie, że występuje w śladowych ilościach. Ktoś z was może więc teraz się popukać w głowę i zapytać. Leon? Ghost Dog? Drive? Przecież to kapitalne filmy, czemu jest więc tak źle, skoro brzmi tak dobrze? Odpowiadam. To tylko teoria, a w praktyce Nigdy cię tu nie było najbardziej przypomina mi Only God Forgives.


Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że to naprawdę był samograj. Wystarczyło tylko spokojnie dać się rozwinąć fabule, zaufać aktorom i niczego nie spieprzyć. Po prostu. Ale tu właśnie do głosu doszła kobieca natura. Sorry girls, ale tak to sobie będę tłumaczył. Kumaty facet reżyser zrobiłby z tego scenariusza rozpierdol, istny krwawy rozgardiasz gdzie krew i wnętrzności widz po powrocie z kina do domu musiałby z siebie zdrapywać szpachlą. Natomiast Ramsay obrała inną ścieżkę chwały, za co może i szacun, bo kombinowała momentami nieźle, ale wykonanie… nie no sorry, wykonanie jest naprawdę słabe.

Pierwsze co mnie wkurwiło w tym filmie to praca kamery i ogólnie kadry jakimi uraczono widza. Nie idzie na to patrzeć. Zbyt duże zbliżenia, celowo trzęsąca się ręka, że niby to takie bardziej artystyczne, oraz ujęcia kręcone jakby telefonem Huawei z rąsi z jadącego samochodu. Mało tu technicznej jakości, co mnie jako wizualnego estety drażni bardzo, ale też, żeby być uczciwym napiszę, że jest tu też na szczęście kilka miłych dla oka momentów. Niestety to tylko mało znaczące przecinki w przeraźliwie długich i nadto rozbudowanych zdaniach. Druga bolączka filmu to jego ślamazarność. Bardzo długie pauzy i przeciągnięte do granic absurdu ujęcia scen. Lubię takie leniwce w filmach, ale trzeba uważać i obchodzić się z nimi z aptekarską precyzją, bo czasem tylko kilka sekund dzieli zajebistość od śmieszności. Tu w wielu scenach granica została przekroczona niemal o minuty, przez co z pozoru krótkiego filmu urósł w mej łepetynie trzygodzinny obraz i to jeszcze z półgodzinnym blokiem reklam na Polsacie. To było zdecydowanie moje najdłuższe 85 minut w tym roku. A żeby było śmieszniej, to fabuły w tym filmie jest może na 15 minutową krtótkometrażówkę autorstwa pierwszego lepszego studenta filmówki, zatem łatwo się domyślić jakiego rodzaju wiatr hula w pozostałej czasoprzestrzeni taśmy filmowej. Wiatr nudy i zmęczenia.

I na nic zdaje się świetna kreacja Phoenixa, acz tak po prawdzie, to co to za sztuka zapuścić brodę, przejść się kilka razy po ulicy, posiedzieć w aucie i wszystko to zrobić z jedną miną numer pięć? Na plus praca z młotkiem. Tu rzeczywiście widać i czuć między nimi jakiś związek chemiczny. Na nic też zagadkowe retrospektywy, które tak po prawdzie niczego nie mówią, ani też nic konkretnego nie wyjaśniają. Ten film jest po prostu nudny i wątły jak Agata Buzek. Reżyserka starała się przedstawić ten wybitnie męski świat, krew i przemoc w sposób tak jakby artystyczny oraz z punktu widzenia kobiecej wrażliwości, ale w tej opowieści zabrakło tego, czego w męskim kinie jest zwykle pod dostatkiem. Zabrakło jaj. Zawsze unikałem płciowej generalizacji i uważałem, że nie ma czegoś takiego jak kino męskie albo kobiece. Kino po prostu jest dobre albo złe, mądre albo głupie, wartościowe lub bez wartości. Niestety po tym filmie uważam, że jednak płeć czasem ma znaczenie i w tym konkretnym przypadku kobieca delikatność oraz wrażliwość spieprzyła świetnie zapowiadający się męski film o zemście. Przestrzegam więc przed hurraoptymizmem.





wtorek, 3 kwietnia 2018

Wilk syty i Manchester City

Anihilacja
reż. Alex Garland, USA, GBR, 2018
115 min. Netflix
Polska  premiera: 12.03.2018
Sci-Fi, Thriller, Psychologiczny



Znak czasów, czekać z utęsknieniem na premierę pełnometrażowej produkcji nie w kinie, lecz w domu przed kompem obierając przy tym dajmy na to ziemniaki. Z jednej strony komfort i wygoda - w sumie też nic nowego, większość filmów i tak oglądam w domu z perspektywy kanapy - z drugiej zaś, niebezpieczny precedens, który za jakiś czas może doprowadzić do rewolucji na rynku dystrybucji kinowej. A właściwie to nie może, tylko na pewno do tego doprowadzi, to tylko kwestia czasu. Zasadniczo się cieszę, bo też moja prywatna przyjemność obcowania z filmem w kinie zaczyna coraz bardziej skarżyć się na dyskomfort oraz rosnący deficyt na brak odczuwalnej przyjemności mierzenia się z danym dziełem, zwłaszcza w sieciowych molochach, których i tak unikam jak tylko mogę, np. przechodząc kanałami w ich sąsiedztwie. Kina te coraz mniej kryją się z tym, że traktują mnie jak idiotę. Nie jak widza - jak chyba jednak powinny - lecz bardziej jak klienta, któremu można przyjebać prawym sierpowym w postaci półgodzinnego bloku reklamowego, tudzież lewym podbrudkowym w postaci smrodu popcornu boleśnie gwałcącego moje niezwykle uczulone na tą "ambrozję" nozdrza. I to wszystko za jedyne 35 zł. To takie obcowanie z kulturą w stylu fast food. Ani to dobre, ani zdrowe, za to niestety masowe.

Boli mnie to bardzo, ponieważ kino odegrało bardzo ważną rolę w procesie kształtowania takiej bydlęcej i aspołecznej jednostki jak ja, ale też coraz bardziej podchodzę do tego zupełnie bezrefleksyjnie przyjmując wygodną dla mnie pozę wyjebalizmu. Niestety z wiekiem umierają we mnie komórki odpowiedzialne za młodzieńczy bunt pełen pasji i wigoru, które niegdyś były u mnie w nadmiarze prowokując uliczne zamieszki z każdym i ze wszystkim. Wiadomo, kiedyś byłem młody i o coś mi chodziło, natomiast dziś jedyne co we mnie rośnie, to tylko popyt na święty spokój i "odejdź Pan ode mnie, chuju". Dlatego już mi się nie chce walczyć, bo też daleko mi do mentalnej aparycji Don Kichota. Niech się z wiatrakami użera sam wiatr przemian, acz patrząc na jego kierunek, szczerze powątpiewam w jego skuteczność. Ciągle więc czekam na tą apokalipsę, co to ją obiecują co roku, na potężny huragan, który zmiecie z ziemi to szatańskie nasienie, ale nawet i tu rządzi permanetne kłamstwo.

Póki co po naszym padole panoszy się huragan Netflix. A tam huragan, na razie to taki zefirek, ale z papierami na porządną meteorologiczną rozpierduchę. Oczywiście celem jego istnienia są głównie nasze pieniądze, nie oszukujmy się, że chodzi o cokolwiek innego. Ci od misyjności już dawno wyginęli, tak jak muzyka na MTV albo szanowanie się młodych niewiast. Pokłosiem obrywa się także trochę i tym złym (dobrym niestety też). Złym, czyli sieciowym kinom, które traktują mnie jak debila właśnie. Na razie dostaje im się w sposób iście iluzoryczny, ale właśnie przykład Anihilacji pokazuje możliwości tego trendu i daje przedsmak batalii jaka za niedługo powinna się na naszych oczach rozegrać. Za wielką wodą Anihilację można zobaczyć w dystrybucji kinowej, czyli tak jak Pan Bóg przykazał, natomiast w Europie (nie wiem czy wszędzie, nie chce mi się sprawdzać), tylko na platformie Netflixa, gdyż producent uznał, że film jest zbyt ambitny dla przeciętnego widza, znaczy się klienta wielkoformatowych kin. Cóż za poczwarz. Fakt, że to nie serial, ani z dupy produkcja, której jest od zatrzęsienia w ofercie mocno przereklamowanej według mnie platformy, tylko rzeczywiście film z ambicjami do bycia czymś więcej, niż tylko przecinkiem w naszych codziennych multimedialnych egzystencjach. Ale też takie stawianie sprawy najzwyczajniej mnie kurwa uwiera.


Na szczęście nie ma tego złego… gdyż ponieważ jest kanapa, są drinki, święty spokój i zaoszczędzone 3 dychy w kieszeni. Też dobrze. Zatem kino domowe. Za sterami Anihilacji usiadł Alex Garland, obsypany ochami i achami twórca Ex Machiny, która i mi przypadła mocno w me gusta. Jest on też autorem scenariusza do m.in. świetnego Nie opuszczaj mnie, zatem wydaje się, że jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu, który zna się na rzeczy, konkretnie, to na ambitniejszym Sci-Fi. W dzisiejszej odmianie tego gatunku rządzą głównie fajerwerki i wodotryski, trzeba się więc mocno napocić, żeby natrafić na odrobinę bardziej ambitne dzieło, które nie korzysta z dobrodziejstw technologii tylko dla kurażu, lecz głównie jako wyrażenie lub dopełnienie treści.

Garland za cel obrał sobie powieść Jeffa VanderMeera z roku 2014, której uczciwie napiszę, że nie czytałem, więc nie będę się silił na głębsze analizy i porównania. Powieść została jednak świetnie przyjęta przez fanów klasycznej fantastyki, zatem poprzeczka została na dzień dobry zawieszona dość wysoko. Bardzo szybko zostały nabyte prawa do ekranizacji i już 4 lata po premierze książki możemy delektować się wizualizacją tej pełnej grozy i niepokoju historii porównywanej do niedawnego Arrivala Villneuve’a - chyba nawet całkiem słusznie - natomiast ja dodałbym od siebie jeszcze inne podobieństwa, przynajmniej w sferze intelektualnej, np. Solaris, a nawet Stalker Tarkowski’ego, oraz nieco mniej ambitną Kulę, natomiast doszukując się literackich podobieństw, to w tym świecie dobrze powinni czuć się fani Harry’ego Harrisona, Roberta Silverberga czy Stanisława Lema. Ale żeby nie było też tak znów zbyt górnolotnie, to muszę kategorycznie stwierdzić, że Anihiliacja to także śladowe ilości występowania przeintelektualiowanego bełkotu.

W tym świecie aż roi się od pytań dotyczących poszukiwania tożsamości, zrozumienia własnego ja, relacji z otoczeniem oraz walki z własnymi ograniczeniami. Wszystkie pytania są tu stawiane raczej w odpowiednim momencie, lecz odpowiedzi bywają ukryte i mocno zniekształcone, powodując przez to permanentny niepokój oraz odczuwanie zakłóceń w bezrefleksyjnym odbiorze. Mimo nieśpiesznego tempa byłem dość mocno zaangażowany w tą historię i szybko stanąłem na czele ekspedycji naukowej, która ma na celu odpowiedzieć na jakże fundamentalne pytanie: Co tu się kurwa odjaniepawla? W świecie Sci-fi ostatni raz odczuwałem podobnego rodzaju niepokój, grozę oraz zaangażowaną ekscytację... chyba podczas oglądania pierwszego Obcego, ósmego pasażera Nostromo na VHS, circa roku 1990. Czyli dawno, jeszcze przed denominacją złotego i otwarciem pierwszej linii metra w Warszawie. To duży komplement dla Garlanda.


Jego Anihilacja opowiada o tajemniczej Strefie X powstałej w wyniku niejasnego zdarzenia, która powoli się rozrasta, i w której obszarze dochodzi do różnych patologicznych zaburzeń fizycznych, organicznych, jak i psychicznych. Kolejne ekspedycje niczego nie wyjaśniają, wszyscy ich uczestnicy przepadają bez śladu, nikt stamtąd nie wraca. Wraz z bohaterkami i uczestniczkami dwunastej wyprawy wchodzimy więc do Strefy i mierzymy się z nieznanym. Takie konfrontacje akurat uwielbiam i bynajmniej nie jestem w tym osamotniony. Niczego nie wiemy, niczego nam nie pokazano, musimy więc stopniowo odkrywać wielką tajemnicę, po czym następuje zupełnie nieoczekiwany finał. Konstrukcja filmu - marzenie, stosnunkowo też prosta do zbudowania, a mimo to nadal niewielu twórcom udaje się tak dobrze ją odwzorować.

Oczywiście są tu też obecne momenty irytujące i trochę nielogiczne. Mnie osobiście, jako fana starego porządku świata na początku nieco śmieszył w całości kobiecy skład naszej naukowej ekspedycji, która przypominała mi trochę niedawną profanację Ghostbusters'a zapodaną w wersji feministycznej. Trochę też kurzy się tu od filozofii nurtu Ekologizmu z punktu widzenia np. publikacji Andre Gorza z czym delikatnie rzecz ujmując nie jest mi po drodze, ale o dziwo uwierało mnie to dosłownie tylko przez chwilę i nie rzuciło ostatecznie wielkiego cienia na całość mojej finalnej oceny. Poza tym, to tylko wiernie odzwierciedlenie prozy VanderMeera, a z oryginałem nie wypada dyskutować.

Generalnie rzecz biorąc, więcej jest tu plusów, do tego tych większej rangi, aniżeli minusów. Klimatem bardzo mi siadło i to od razu w pierwszym rzędzie. To bardzo wciągająca opowieść o spotkaniu z nieznanym i bliżej niezdefiniowanym, które zmienia się w spotkanie z samym sobą. Jest tu trochę fizoloficznych rozważań, trochę też niestety przeintelektualizowanego bełkotu, ale w tym konkretnym gatunku nie uznaję tego specjalnie za wartość ujemną. Ważne, że film w ogóle zadaje jakiekolwiek pytania, a nie tylko okrutnie wrzeszczy. Anihilacja stawia więc pytania zarówno o tożsamość, ale też próbuje badać relacje stricte międzyludzkie. To także bardzo klimatyczna podróż w głąb ludzkiej psychiki z być może nieco infantylnym finałem, acz mimo wszystkim dość oryginalnym, a nawet odrobinę zjawiskowym. Oglądało się to bardzo dobrze i cholera jasna, proszę o więcej takiego Sci-Fi. Nieważne gdzie. W kinie, w domu na kanapie, na Polsacie o dwudziestej, tudzież w Biedrze na wyprzedaży. 4 i pół cycka ode mnie, ale wyciągnięte na na pięć minus, za te zaoszczędzone trzy dyszki w kieszeni. Wilk syty i Manchester City ;)