poniedziałek, 20 marca 2017

Filmowe rekolekcje

Milczenie
reż. Martin Scorsese, USA, JPN, ITA, MEX, 2016
161 min. Gutek Film
Polska premiera: 17.02.2017
Dramat, Historyczny, Religijny



Martin Scorsese idealnie wstrzelił się ze swoim lirycznym i bardzo osobistym Milczeniem, w przeddzień wybuchu religijnej wojny na skalę światową, w sam środek kryzysu wiary w kolebce chrześcijaństwa, oraz w czasie szerzących się po cywilizacji łacińskiej wirusów apostazji i ateizmu. Kino głównego nurtu niezwykle rzadko chce i potrafi dziś dyskutować o istocie wiary. W świecie opętanym przez ciemność i duchowy nihilizm wiara najczęściej wykorzystywana jest do zobrazowania przejaskrawionego fanatyzmu na tle religijnym, głównie w celach prześmiewczych. Rzadko zadaje trudne pytania, rzadko też dostarcza odbiorcy sensownych odpowiedzi. Ale nie w Milczeniu. W nim najbardziej cenię to, że nie przyodziewa moralizatorskich szat, nie krzyczy i nie rości sobie prawa do wpływania na szerokie masy tłumacząc im co mają myśleć oraz w co wierzyć. W Milczeniu najbardziej szanuję to, że skłania do przemyśleń i chce rozmawiać o Bogu i człowieku jednocześnie. Ze wszystkimi. Z wierzącymi, niewierzącymi, wyznawcami Jezusa, Allaha, Buddy, a być może nawet i z kościołem latającego potwora spaghetti.

Milczenie, to czasem lepszy, czasem gorszy zbiór filozoficznych rozważań na temat wiary, Boga w ogóle, ale też wchodzi w korelacje z zupełnie mniej boskimi, przyziemnymi, stricte ludzkimi przekleństwami i powinnościami: przeznaczeniem, wiernością, odwagą, poświęceniem, strachem, cierpieniem, czy bólem. Wspaniałe uniwersum nisko pochylające się nad moralną kondycją współczesnej ludzkości, która tak po prawdzie niewiele zmieniła się od odwzorowanej przez Scorsese XVII-wiecznej rzeczywistości. Dzisiejszą zaprezentowaną w filmie Japonią może być np. Syria, albo po co szukać tak daleko - multikulturowa Francja. A oglądając wczoraj wydarzenia z weekendu jakie miały miejsce pod Wawelem, to Japonią sprzed czterech wieków można nazwać nawet i Polskę podzieloną dziś w quasi fanatyzmie religijnym i antyreligijnym mniej więcej na równe dwie krwawiące części. Scorsese bazując na motywach historycznych oraz na podstawie powieści Ajusaku Endo z roku 1966, którą zafascynował się już 26 lat temu, zbudował bardzo uniwersalną platformę po której swobodnie mogą tupać nóżkami dzisiejsi reprezentanci tegoż łez padołu, którzy z rozkoszą walą się po mordach krucyfiksem trzymanym w jednej dłoni oraz gumowym dildo w drugiej.

Zresztą, daleko nie trzeba szukać podobieństw. Tylko w całym roku 2016 zamordowano na świecie ponad 90 tys. Chrześcijan, a pół miliarda doświadczyło represji z powodu swojej wiary. Co 6 minut na świecie mordowany jest jeden wyznawca Jezusa, przez co staliśmy się (my, bo się do nich śmiertelnie poważnie zaliczam) najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Śmieszy mnie i zarazem trochę przeraża głoszenie przez wrogów krzyża i koloratki powielanych od dziesiątek lat opinii o barbarzyńskich krucjatach, pedofilach i zawłaszczaniu przez Watykan sumień narodów trzeciego świata przy jednoczesnym rozgrzeszaniu "religii pokoju" jaką jest Islam, który ma na rękach więcej krwi niż cały dorobek chrześcijaństwa zebrany przez wszystkie wieki wieków (Amen). Ale też nie o to tu chodzi, żeby licytować się kto jest bardziej okrutny i czyj Bóg ma więcej za uszami. Przynajmniej nie według Scorsese. Dla niego najważniejszy jest człowiek. I słusznie. Bóg i wiara sama w sobie są tylko wskazówką, zapisanym w świętych księgach zbiorem reguł oraz moralnych wartości z którymi zgadzamy się lub nie, oraz na których wytycznych chcemy maszerować z podniesioną głową po świecie, by stać się dobrym człowiekiem żyjącym zgodnie ze swoim sumieniem.


Milczenie zatem opowiada głównie o ludziach. Słabych i silnych, wierzących i niewierzących, pomiędzy którymi Scorsese rozgrywa główną batalię o ludzką godność. Wygląda to wszystko na wyrównane przeciąganie liny. Po jednej stronie Jezuici głoszący Słowo Boże w pogańskiej Japonii, z drugiej zaś miejscowi władcy, którzy stawiają na mądrości Buddy i nie życzą sobie wpieprzania się kolonizatorów z dalekiej Europy w nie swoje sprawy, tradycje i wierzenia. Trochę racji w obu obozach. Celowo poprowadzono narrację w taki sposób, żeby przeciętny zjadacz popcornu szukał odpowiedniego wyważenia pomiędzy dwoma skonfliktowanymi światami. Jedni dostrzegą więcej mądrości i prawd objawionych u jednych, drudzy u ich przeciwników. Wiadomo. Nie zgadzam się jednak z niektórymi opiniami z jakimi się zetknąłem w Internecie, że Milczenie jest filmem stricte antychrześcijańskim, wymierzonym przeciwko Bogu, czego doprawdy nie jestem w stanie dostrzec. To nie jest film ani anty, ani też specjalnie pro. Balansuje gdzieś pomiędzy i stara się być uczciwy dla jednych, jak i drugich, acz i tak finalnie oko zostaje puszczone w jednym konkretnym kierunku.

Nie ukrywam, że Scorsese mnie trochę pozytywnie zaskoczył. Nie od dziś wiadomo, że jego romans z wiarą w Boga był bardzo trudny i burzliwy. Gdy ostatni raz miał bliską styczność z Watykanem był przez niego ostro krytykowany za kontrowersyjne Ostatnie kuszenie Chrystusa. Dziś, te 30 lat, kilka papieży i gangsterskich filmów później Scorsese znów się do niego zbliżył, mało tego, światową premierę filmu zaplanował właśnie w Watykanie na tronie Piotrowym. Jego wizja wiary, ludzkiego dlań poświęcenia i targającego człowieka wątpliwościami jest dużo bardziej dojrzalsza i mądrzejsza. To pewnik. Ma w tym nawet spore doświadczenie. Próbował ją okiełznać przez wiele lat. Czy to w Taksówkarzu chcącym wyplenić przemocą plugawe zło i brud zalegający na ulicach Nowego Jorku, czy też w Przylądku strachu poprzez brutalną walkę o zadośćuczynienie i boską sprawiedliwość. Bóg i wiara przez wiele lat towarzyszyły w filmach Scorsese'owi, by w końcu postawić kropkę nad i w Milczeniu, które stało się czymś w rodzaju publicznego wyznania grzechów przez dziarskiego reżysera.


Bardzo podoba mi się także stawianie wielokropka na końcu wielu filozoficznych rozważań oraz przemyśleń zamiast wykrzyknika. To prowokuje do dyskusji w nomen omen milczeniu samego z sobą, otwiera umysł i skłania do duchowego zaangażowania się w historię, zwłaszcza biorąc pod uwagę czasową i kulturową aktualność rozterek naszych głównych bohaterów. To wszystko powoduje, że długie 160 minut bardzo szybko i bezboleśnie przelatuje przez szczerze pochłoniętą ekranowym liryzmem głowę. Niemniej do geniuszu jednak trochę brakuje. Niestety. Nie umiem tylko na dziś zdefiniować tego, co konkretnie w tym obrazie mnie uwierało. Być może wpływ na to miał zestaw aktorski z pierwszego planu, który delikatnie rzecz ujmując nieco irytował i w przeciwieństwie do bardziej autentycznego planu drugiego nie zdał egzaminu z wyróżnieniem. Być może raziło mnie perfekcyjne posługiwanie się językiem angielskim przez japońskich wieśniaków, lub też wpływ na to miała momentami źle poprowadzona przez Scorsese narracja z wątpliwie zarysowaną linią finalnego duchowego katharsis, które niestety trochę mnie rozczarowało. Sam do końca nie okiełznałem jeszcze swoich wątpliwości, ale może potrzebuję na to więcej czasu.

Jedno jednak jest pewne. Martin Scorsese, pół Włoch, pół Amerykanin, pół wierzący i pół niewierzący przybliżył człowieka do Boga oraz Boga do człowieka. Tytułowe milczenie można zapewne interpretować na wiele sposobów, ja jednak dostrzegam w nim próbę oddzielenia ziarna od plew oraz pośredników wiary od jej autentycznych odbiorców i poszukiwaczy prawd objawionych. W lirycznym i wizualnie pięknym Milczeniu jest coś z poezji, gdzie ascetyczna duchowość zderza się z głębią filozofii i mądrością człowieka, który pyta, bo chce wiedzieć, a nie być tylko kontrowersyjny. Milczenie dogłębnie penetruje granice ludzkiego poświęcenia, wierności ideałom oraz oddania wyższej sprawie. Nie wyśmiewa, nie krytykuje, lecz tłumaczy i prowokuje do swoistej refleksji. Osobiście uważam, że nie ma nic gorszego od człowieka, który nie wierzy w nic. Tacy ludzie najczęściej nie wierzą również w samych siebie, nie posiadają autorytetów i nie stawiają przed sobą żadnych wzorów do naśladowania oraz celów, do których w życiu zmierzają. Nie szukają też żadnych odpowiedzi i nie zadają pytań. Krytykują wszystko inne im obce oraz wyższe, bo nie rozumieją. Kończą zwykle zawsze tak samo. Jako nieszczęśliwi ludzie. Scorsese swoim najnowszym filmem odpowiada im w bardzo prosty sposób: Wierzcie, lub nie wierzcie, generalnie mam to w dupie, ale przynajmniej bądźcie w tym uczciwi, szczerzy, konsekwentni i autentyczni. Tak, to chyba największa mądrość i siła rażenia Milczenia. Idealne filmowe rekolekcje w sam raz na trwający właśnie Wielki post. Polecam. Ksiądz Wujek Ekran. Z Bogiem.






Filmweb: 6,9
IMDb: 7,4


niedziela, 5 marca 2017

Nostalgia, to dlatego tu jesteś

T2 Trainspotting
reż. Danny Boyle, GBR, 2017
117 min.
Polska premiera: 3.03.2017
Dramat


"Nostalgia. To dlatego tu jesteś" - wypalił po 20 latach rozłąki Sick Boy do Rentona. I myślę, że każdy z nas, tych wyhodowanych na Trainspotting również stał się mimowolnym adresatem słów Simona. Właśnie po to przyszliśmy do kina, żeby spotkać się z chłopakami, zobaczyć co teraz porabiają, ale głównie po to, by wspólnie powspominać. No, może poza małolatami urodzonymi w latach 90-tych oraz tą idiotką zza moich pleców, która przez cały film myślała, że jest na Milczeniu Scorsese. Oni nie zrozumieją, nie znają i nie czują, bo zwyczajnie nie mogą. Trainspotting był jednym z najważniejszych filmów dla pokolenia szczeniaków z połowy lat 90-tych, oglądających MTV, eksperymentujących z używkami, alkoholem i balansujących gdzieś na granicy gitarowych brzmień oraz jeszcze raczkującej elektroniki. Miałem wtedy jakieś 18-19 lat i od pierwszego zetknięcia silnie utożsamiłem się z jego bohaterami. Muzyka, klimat, przemyślenia wchodzącego w dorosłość debila, eksperymenty, kurwa, to był mój świat, to było moje kino.

Minęło 20 lat, zmieniło się wszystko. Świat, moda, muzyka, sport i polityka. W tym czasie przybyło mi trochę siwych włosów, przeklętych i źle wyselekcjonowanych kobiet oraz magnesów na lodówce, a jednak nadal mam w telefonie ustawione na dzwonku Born Slippy Underworlda. Pewne rzeczy widać są niezmienne, stanowią głęboko zakorzeniony w naszych głowach constans, który pełni rolę bufora bezpieczeństwa oraz chroni zbiór pewnych wartości, wspomnień i życiowych doświadczeń przed brutalnym zamachem współczesności. Trainspotting był głosem pokolenia, które zdążyło się już zestarzeć, nierzadko też umrzeć, choć wielu z nas jeszcze żyjących nie ma pojęcia, że dawno są już martwi. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o próbie wskrzeszenia przez Danny'ego Boyle'a mojej kinematograficznej świętości z lat młodości, w pierwszej chwili poczułem delikatny dreszczyk podniecenia, ale po chwili zastąpił go lęk przed szarganiem legendy, przez wytarciem o nią brudnych buciorów współczesnej gimbazy oraz młodocianych autochtonów wychowanych przez inny system wartości, inną muzykę i kino. Nie chciałem oglądać podstarzałych i utuczonych Rentona, Sick Boya, Spuda i Begbiego niezdarnie zabawiających dzisiejszych odpowiedników mnie samego sprzed 20 lat. Tak wiem, egoizm i lęk przed zawłaszczeniem ikon, w dupie to mam. Nie chciałem się dzielić tym z nikim. To był głos mojego pokolenia, dzisiejsze gnoje niech szukają swojego gdzie indziej.

Ale z czasem pojawiały się pierwsze zdjęcia i trailery, całkiem niezłe i wybudzające ze snów wspomnienia. Ok - pomyślałem - niech będzie, kupuję to. I tak nie mam wyjścia. I gdy tak już zbliżała się godzina W, gdy szczeniacka i narwana ciekawość przejmowała kontrolę nad moim ciałem, pieprzony dystrybutor zmienił datę polskiej premiery i przesunął ją o miesiąc względem wysp brytyjskich. Pojawił się ból i niesmak. Chłonąłem więc w lutym pierwsze komentarze, recenzje i opinie brytoli, a te były różne i bardzo skrajne. Od zachwytów po ostre słowa krytyki. Przestałem ich wszystkich czytać, polałem sobie burbona i uzbroiłem w cierpliwość. Miesiąc później usiadłem na sali kinowej bardzo wcześnie, ze dwadzieścia minut przed reklamami, byłem pierwszy, no dobra, trzeci. Lubię wtedy z perspektywy trybun obserwować wchodzących na salę współtowarzyszy mej kinematograficznej niedoli. Było nieźle. Przeważało moje pokolenie przeżute przez 20 lat życiowych doświadczeń. Wiedzą po co przyszli - pomyślałem. Oczywiście zaraz potem ten całkiem niezły obraz Panoramy Racławickiej przyćmił gang małolatów w rurkach ze ściągaczami w kostkach udekorowany w popcorn i kubki z colą. Dobra, pieprzyć to. Panie Doyle, dawaj no mi tu moich chłopaków!


Jaki jest T2? Powiem wprost. Jest jak przeglądanie starego albumu ze zdjęciami ze studiów, jak przerzucanie rzutnikiem kolejnych slajd ze swojej osiemnastki na ścianie, jest jak wspomnienie pierwszego niezdarnego pocałunku ze swoją dziewczyną z liceum i jak smak pierwszego bełta na Juwenaliach gdzieś pod drzewem na Polu Mokotowskim. Początkowe kilkadziesiąt minut dostarczyło mi mieszanych uczuć. Chłopaki są w sumie w porządku i w całkiem niezłej formie, ale jakby już nieco inni i trochę mi obcy. Początkowo nie potrafiłem się wstrzelić w ich współczesny świat. Wymyślne kontynuacje chaotycznych życiorysów, mało logiczna i na siłę zarysowana spirala łącząca ich wszystkich razem po dwudziestu latach jest trochę śmieszna i trochę bez sensu. Film zaczyna się dla mnie dopiero mniej więcej w połowie. Typowo teledyskowy montaż, kolejne kultowe perełki muzyczne, liczne nawiązania do pierwszej części i lat 90-tych zaczynają zdobywać kontrolę nad moim umysłem. Od dawna walczę ze swoją pieprzoną skłonnością do popadania w tani sentymentalizm. Bezskutecznie. Muszę chyba w końcu nauczyć się z nim żyć. Także i tym razem mną w końcu zawładnął, jak jakaś marionetka dałem się nim oporządzać i sterować. Ale ku swojemu zdziwieniu stwierdziłem po chwili, że nawet mi się to podoba. T2 zabrał mnie w sentymentalną podróż wgłąb nie tyle lat 90-tych, co własnego ja.

Danny Boyle wraz ze scenarzystą John'ym Hodge nie silili się na stworzenie od podstaw nowej płaszczyzny po której przez kolejne lata będą pląsać jak króliki Energizera współcześni młodzi poszukiwacze mentalnej wyroczni i życiowych drogowskazów. To akurat dobrze. Podoba mi się tak postawienie sprawy. T2 to impreza zamknięta dla gości VIP z zaproszeniami wydrukowanymi jeszcze w latach 90-tych. Na bramce stoją wydziarane tłuste byki wychowane na Queen i The Clash, a oprócz garderoby sprawdzają wchodzącym do środka także dowodziki i playlistę w telefonie. Niby do kina wejść może każdy, ale wyjść z seansu T2 mogą z podniesioną głową tylko nieliczni. Żywym dowodem potwierdzającą moją być może zbyt śmiałą teorię była młoda laska wspomniana w pierwszym akapicie, która przez bite dwie godziny seansu myślała, że jest na Milczeniu. Kapitalne i jakże trafne dopełnienie tego pokoleniowego pojedynku. Oczywiście Boyle puścił oko także i do nich, młodych i niekumatych. Według mnie niepotrzebnie tłumaczył im czasem o co chodziło w jedynce, ale też z drugiej strony, dzięki temu i my mogliśmy sobie trochę powspominać. Wilk syty i Kansas City.


T2 w przeciwieństwie do jedynki jest trochę ogołocony z ciekawej i intrygującej treści. Opiera się głównie na nostalgii oraz na powielaniu sprawdzonych już i dobrze nam znanych haseł i dialogów. Kultowy monolog "Choose Life..." Rentona przeszedł tuning optyczny i został wzbogacony o te wszystkie technologiczne i egzystencjalne pierwsze problemy współczesnego świata, a mimo to i tak stanowi najmocniejszą stronę T2 pod kątem treści właśnie. Ale między Bogiem a prawdą, nie po to poszedłem do kina. Jak na odgrzewanego kotleta film i tak ma do zaoferowania całkiem sporo walorów smakowych. Głównie muzykę, wyspowe klimaty i szkocki akcent. Przypomina mi trochę zbiór kultowych teledysków puszczonych w jednym bloku w ramach "the best of 90's" na VH1.

T2 nie jest więc kontynuacją jedynki. Jest czymś w rodzaju pożegnalnej trasy koncertowej legendarnej rockowej kapeli, jest włożeniem po latach do odtwarzacza pierwszej płyty CD kupionej w 1996, albo jak zakupienie w ramach kryzysu wieku średniego ukochanej w młodości Lancii Delta HF Integrale. Film przygarną do serca tylko nałogowi sentymentaliści, ci wszyscy, którzy czują emocjonalną więź z chłopakami, Iggy Popem, Underworld, Prodigy, Guinessem, George'm Best'em i Edynburgiem. Nie dziwię się więc, że oceniany jest na całym świecie tak bardzo różnie. Prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to co myśli o nim gnój wychowany na Linkin Park. To są dwa zupełnie inne światy, nie można między nimi postawić znaku równości. Jeśli ktoś należy do mojego świata, niech czym prędzej idzie do kin, zachęcam. A jak ktoś chce się dopiero zaprzyjaźnić z Rentonem, Simonem, Begbie i Spudem, to niech wpierw sobie włączy w domu jedynkę i odczeka 20 lat. Mimo miłych chwil spędzonych w kinie i sentymentalnej przejażdżce po bulwarach Glasgow i Edynburga, T2 ostatecznie nie robi na mnie przesadnie wielkiego wrażenia. Trainspotting w mej pamięci już na zawsze pozostanie tylko jeden, zupełnie tak samo tak jak nasza młodość. Nie można jej przeżyć dwa razy.






IMDb: 7,8
Filmweb: 7,4

wtorek, 14 lutego 2017

Tajemnica Brokeback Moonlight

Moonlight
reż. Barry Jenkins, USA, 2016
110 min. Solopan
Polska premiera: 17.02.2017
Dramat



W ubiegłym roku w szczycie sezonu oscarowego polityczna poprawność ustami czarnoskórych artystów, oburzonych feministek, lewicowych aktywistów oraz liberalnych mediów zarzucała Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej rasizm, bowiem wszystkie dwadzieścia oscarowych nominacji w kategoriach aktorskich przypadło aktorom o białym kolorze skóry. I to już drugi rok z rzędu. Wiadomo. Skandal, gradobicie i koklusz. Przewodnicząca Akademii Cheryl Boone Isaacs, żeby było śmieszniej - czarna jak noc - pod presją opinii publicznej i mediów przyznała rację krytykom i obiecała nawet rozszerzyć skład Akademii o osoby o odmiennym zróżnicowaniu rasowym, płciowym i etnicznym, wszak okazało się, że 93 procent jej członków jest białych, a 3/4 stanowią, o zgrozo - mężczyźni. A gdzie parytety? Gdzie równość rasowa i etniczna? Zagrzmiało pół wiecznie zdziwionego świata.

W tym roku można zatem było stawiać swoją chałupę, samochód, wszystkie oszczędności życia, a nawet własną matkę na to, że pojawią się nominacje dla czarn… znaczy się Afroamerykanów. Akademia, żeby mieć w tym roku święty spokój poszła nawet krok dalej. Co ja gadam, dwa kroki. Nie dość, że przyznała nominacje Denzelowi Washingtonowi (raz), Ruth Negga (dwa), Maheshali Ali'emu (trzy), Violi Davis (cztery), Naomie Harris (pięć) i Octavii Spencer (sześć... razy więcej niż w ubiegłym roku), to jeszcze dosypała do kupki trzy filmy z czarnoskórymi aktorami w rolach głównych: Fences, Hidden Figures i... Moonlight. Na wszelki wypadek, żeby nikt nie poczuł się urażony, Akademia postanowiła udobruchać także środowiska LGBT. A co tam, niech i oni mają swoje pięć minut rozkoszy. Wilk syty i Kansas City. Uff. No to teraz pozostają już tylko czerwone dywany, ścianki i drinki z palemką. Skandalu nie będzie. Acz ja nie byłbym tego taki pewien, wszak na liście nominowanych nadal nie widzę Eskimosów, Albinosów i tych no, Aborygenów. Pieprzeni rasiści.


Ale dziś będzie tylko o Moonlight. Podchodziłem do niego jak dziwka do konfesjonału. Pół internetu zachwycona, za oceanem ochy i achy, krytyka pieje i tylko patrzeć jak będzie znosiła złote jaja. Z drugiej strony wpisy typu: "pieprzony film o pedałach, nie oglądać!". Jako, że nie lubię jak ktoś mi mówi co mam myśleć, co oglądać, a czego broń Boże unikać, to Moonlight rzecz jasna sobie obejrzałem, ale na wszelki wypadek z tyłu głowy miałem zakodowane: "uwaga, strefa homo". Nie to, że jestem uprzedzony, chociaż nie, wróć. Pewnie, że jestem, niech mnie usłyszą. W kinie zniosę wszystko, poza jednym. Ok, dwoma. Śpiewaniem i tańczeniem, przez co nie oglądam np. musicali (sorry fani La La Land - recki nie będzie) i tych no, ckliwych historii o pederastach. Zwyczajnie nie lubię jak chłop z chłopem... no wiecie. Klapki na oczach, beznadziejny ze mnie przypadek i do piachu. Ale też w myśl głoszonej przez pół świata tolerancji mam do tego pieprzone prawo i tej wersji będę się trzymał.

Moonlight. Ciężki orzech do zgryzienia. Sześć razy zmieniałem ocenę na Filmwebie. Najpierw, że średni, potem, że niezły, no ale jakże tak niezły, skoro jednak średni? I znów powrót na stronę. Do końca pisania tej zapewne nieco homofobicznej recki będę się zastanawiał jak mam ocenić ów dzieło. Najchętniej bym tego nie czynił w ogóle. To u mnie rzadki przypadek, zatem jednak istnieje coś, co Moonlight wyróżnia. To przed czym zamierzam film trochę obronić przed hejtem, to na pewno fakt, że jest wizualnie piękny. Autentyczne, wyraziste kolory, wysmakowane kadry, kapitalna praca kamer, mocowanie obiektywów a to na drzwiach samochodu, a to lokowanie ich symetrycznie za leniwie snującymi się ulicami bohaterami. Wyborne, serio, lubię to i szanuję bardzo. Gra aktorów? Też na plus. Jest autentycznie i przekonująco. Typowe siarczyste i czarne, nawet lekko kino gangsta. Pełno afro stereotypów - przemoc, narkotyki, uliczna patologia, złodziejstwo i to co lubię najbardziej - wyzywanie się nawzajem od czarnuchów. Gdyby nie to, że film nakręcił czarnoskóry Barry Jenkins, to znów byłby lament, że to obraza uczuć tych, którzy dali się złapać w siatkę białym w Afryce, a tak to pewnie nawet Spike Lee da lajka na Facebooku.


Klimat jakiś więc jest, relacje pomiędzy małym Chironem, nastoletnim Chironem i dorosłym Chironem, a jego matką są świetnie zobrazowane i kryją w sobie wiele emocji oraz kunsztu aktorskiego. Powiedziałbym wręcz, że relacje te są nawet lekko niedoszacowane. Osobiście uważam, że zamiast wątku homo Jenkins powinien bardziej skupić się właśnie na nich, acz wiadomo, że wtedy nie byłoby Moonlight tu gdzie jest, czyli z ośmioma nominacjami do Oscara. I teraz płynnie przechodzimy do tego co mi się w tym filmie nie podoba, acz nie odkryję Ameryki, bo już zdążyłem wam zdradzić miedzy wierszami, że mam klapki na oczach. Otóż, ja zasadniczo nie lubię takich ckliwych historyjek o tym jak to jeden chłopiec ma ochotę na drugiego chłopca, ale w zasadzie to nie wie jak zagadać. Żeby uwypuklić jego wielki dramat Jenkins ulokował wrażliwego chłopca zamkniętego w jakimś dziwnym ciele w amerykańskich slumsach Miami, gdzie rządzi przemoc i prawo ulicy. A tam jak powszechnie wiadomo, nie tak łatwo jest być ujawnionym gejem. Nieujawnionym zresztą również. Tak już jest skonstruowany ten świat, stety, czy niestety, kolejny film o tym niczego nie zmieni. Swego czasu te same ścieżki przecierał Brokeback Mountain i też było wiele hałasu o nic. Moonlight staje się więc kolejnym współczesnym manifestem w obronie uciśnionych i prześladowanych mniejszości seksualnych, oraz głosi te same motywujące teksty pisane helveticą na tle ładnych zdjęć: "bądź odważny, sam decyduj o tym kim chcesz być, rób co czujesz, bądź odważny....", acz na jego szczęście autorzy nie przesadzają i nie przekraczają jakichś trudno akceptowalnych norm przez, nazwijmy to ludzi normalnych (ledwie jedna scena lekkiego niesmaku), co w moich oczach go finalnie ratuje i daje nadzieję na ogólną przyzwoitość, acz Moonlight niesmak jakiś po sobie na pewno we mnie pozostawił.

I tu dochodzimy do ostatniego akapitu w którym będę musiał w końcu jakoś finalnie ocenić dzieło Jenkinsa. Postaram się zrobić to uczciwie, na tyle na ile potrafię, na ile jest we mnie uprzedzonego homofobicznego ciemnogrodczanina, oraz człowieka otwartego na sztukę, artyzm i drugiego bliźniego. Moonlight nie jest filmem wybitnym, to jest pewne jak techno w Trendzie i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Oczywiście środowiska LGBT i ci od walki z rasizmem, szowinizmem, czy tam inni przeciwnicy zabijania wigilijnych karpi będą wynosić film na ołtarze, co zresztą już się dzieje, ale ciach scyzorykiem wszystkie te ideologiczne ekstrema. Nie tylko lewe, ale bliższe mi prawe również. Zostaje więc do zagospodarowania umiarkowane i wyważone centrum. A dla niego film powinien być co najwyżej poprawny, nieco nudnawy, acz ładny dla oka i tyle. Zatem trzy i pół cycka ode mnie. Głównie za klimat, za zdjęcia i realizację, do czego przyznaję, mam słabość. Reszta jest milczeniem owiec.






IMDb: 8,0
Filmweb 7,0