środa, 27 lipca 2016

Top Model na dopalaczach

Neon Demon
reż. Nicolas Winding Refn, DEN, FRA, USA, 2016
110 min. Gutek Film
Polska premiera: 22.07.2016
Thriller, Surrealistyczny



Nicolas Winding Refn zekranizował jedną z moich najskrytszych fantazji. Umorusał całe to do cna zdegenerowane środowisko wybiegów mody, anoreksji, operacji plastycznych, zawiści i zazdrości w gównie i do tego jeszcze nasączył w roztworze LSD. Iście epicki rozgardiasz audiowizualny, radość dla oczu i nieco zakłopotania dla organów wewnętrznych z układem pokarmowym na czele. Co wrażliwsi lepiej niech nie obżerają się przed seansem i zapomną o chrupaniu nachosów w trakcie. To również nie jest film dla miłośników piwa, ani nawet łychy z colą przemycaną w plecaku. Udając się do kina na Neon Demon weźcie lepiej gram dobrego jarania, albo po prostu się zawczasu zakwaście. Ja niestety tradycyjnie już postawiłem na wysokooktanowy alkohol i czułem się trochę jak na Chłopcach z ferajny w okularach 3D na nosie.

Zastanawia mnie co te duńskie matki dodają do mleka przed podaniem ich swoim dzieciom. Von Trier, Vinterberg, Jensen, Refn - wszyscy jakby z jednego chowu klatkowego. Co chwila świat zostaje nawiedzony jakimś trudno definiowalnym szaleństwem. Nie twierdzę, że mnie to nie kręci, wręcz przeciwnie, kręci, a jakże, ale też dziwi jednocześnie i fascynuje. Duńczycy wyrobili sobie już taką markę w kinie, że na ich filmy można chodzić w ciemno. Zawsze wyjdzie się z nich doszczętnie przeoranym. Przeoranym śmiechem, lub psychodelią. Co kto lubi. W przypadku Refna - ponownie zostałem naznaczony tym drugim.

Gdy tak porządnie przeorał mnie trzy lata temu w Tylko Bóg wybacza stwierdziłem, że facet po godzinach daje sobie po prostu w żyłę, a to co zobaczy w swoim przelocie gdzieś pomiędzy realem a obłokami matriksa przenosi później na duży ekran. Tego filmu nie dało się nakręcić będąc trzeźwym na umyśle, obejrzeć zresztą również, czego wbrew pozorom wcale nie rozpatruję w kategoriach zawodu. Dziś, te trzy lata później powiem więcej. Refn zdaje się być nie tylko kinematograficznym ćpunem, ale też popapranym zboczeńcem, który przy pomocy kamery filmowej daje ujście swoim najskrytszym marzeniom, fobiom, fascynacjom, zboczeniom i koszmarom. Kręci cię nekrofilia i chciałbyś przelecieć jakieś zwłoki? A może chciałbyś zapisać się na lekcje kanibalizmu dla początkujących? Proszę bardzo. Zapraszamy do kina na seans. Może jeszcze popcorn do tego?


A tak już trochę poważniej. Refn skumulował kilka, a może nawet i kilkanaście fetyszy, zboczeń, urojeń oraz lęków i przy pomocy współczesnych technik audiowizualnych osadził je na łamach starej jak świat baśni o Kopciuszku zapodanej w formie ekstremalnego pop-artu. Nie sposób przejść obok tego projektu obojętnie. Neon Demon nie daje spokoju, na zmianę fascynuje, onieśmiela, trochę też nuży i zbija z tropu, po czym znienacka zaczyna wiercić ci dziurę w brzuchu na żywca, że aż widzisz swoje flaki wylewające się wraz z innymi wnętrznościami po kinowym fotelu. Odczuwasz naraz bezwład, obrzydzenie i paraliż, nie możesz wykonać żadnego ruchu, tylko się tępo wpatrujesz w widowisko i intuicyjnie prosisz o więcej jednocześnie prosząc w duchu o to, żeby to się wreszcie skończyło. Film ten przypomina mi trochę szokujący (pseudo)artystyczny performance Hermana Nitscha, który w latach 60-tych ubiegłego stulecia w ramach "Teatru Orgii i Misteriów" zamurował się w piwnicy i ukrzyżował w niej jagnię jakie na białym prześcieradle pozostawiło krwawy ślad swojej walki o przetrwanie. Nitsch przekonywał wtedy, że dzięki takim akcjom uwalnia się z podświadomych lęków i zahamowań.

Na szczęście Refn szokuje bardziej obrazem, a nie czynem, acz zdania pewnie będą podzielone. Ponadto przy pomocy swojego kinematograficznego performance'u przekuwa na współczesny grunt opowieść o wspomnianym Kopciuszku, tyle, że w wersji dla dorosłych. Bardzo wyraźnie rozrysowuje granicę pomiędzy dobrem i złem, oraz konfrontuje je ze sobą przy pomocy odwiecznych dogmatów i rozważań na temat istoty człowieczeństwa. Za tło służy mu do tego współczesna branża mody. Świat permanentnego zakłamania, wydawać by się mogło, że także bezduszny i bez żadnych zahamowań, który odziera ze złudzeń, manipuluje i handluje kobiecym pięknem jak jakąś marchewką na targu warzywnym. Wszystko kręci się wokół kultu ciała. Poza pięknem nic innego się nie liczy. W filmie padają nawet słowa, że piękno może i nie jest najważniejsze, ale bez piękna nic w życiu nie osiągniesz. Wnętrze i duchowość są zbędnym balastem, które tylko komplikują proste zależności życiowe. Najlepiej nie posiadać ich w ogóle, tylko być próżnym pustakiem z ładną buźką i nogami na metr pięćdziesiąt. Resztę zrobią za ciebie inni. To zaiste, idealne środowisko, żeby na jego tle zobrazować tą momentami obrzydliwą psychodelię jaką raczy nas Refn. A że zna ten świat doskonale pokazał już wielokrotnie, chociażby tworząc klipy reklamowe dla wielu cenionych marek z branży.

Żeby prawidłowo ocenić Neon Demon należy rozszarpać go na dwie połówki. Pierwsza, to treść, która na pierwszy jak i dziesiąty rzut okiem jest infantylna i egzaltowana. Z pozoru opowiedziana jest ona w sposób szalenie prosty i nieskomplikowany. Można byłoby ją osadzić w krótkiej bajeczce dla dzieci puszczonej w porze wieczorynki. Ale jej wartością dodatnią jest fakt, że Refn dzieli dobro i zło na... dobro i zło. Tak po prostu i bez alpejskich kombinacji. Finalnie to dobro niekoniecznie wygrywa, co dodaje tej opowieści drugą wartość dodatnią, mianowicie, przewrotność, pieprzność oraz niestety bolesny realizm, wszak bycie dobrym, naiwnym, pięknym i szczerym nie zawsze się w życiu opłaca, by nie powiedzieć wprost, że nigdy. Niby oczywiste, ale zawsze fajnie to zobaczyć na ekranie zamiast słodkich happy endów i "żyli długo i szczęśliwie". Druga rozszarpana połówka filmu, ta bardziej krwawa to rzecz jasna obraz, a konkretniej to obraz i dźwięk, gdyż zdają się one stanowić nierozłączną parę kochanków. Tu Refn zahacza o Himalaje perfekcji. Zmysłowe oraz pełne artyzmu kadry i ujęcia są iście fantastyczne. Gra światłem, mrokiem i cieniem, oraz pulsującymi kolorami, co jest dość interesujące z punktu widzenia daltonizmu reżysera, nosi znamiona geniuszu. Nie inaczej jest z muzyką autorstwa Cliffa Martineza oraz bratanka Duńczyka - Juliana Windinga. Katowany przeze mnie soundtrack znany był mi już kilka tygodni wcześniej, zatem zdążyłem już nim dogłębnie nasiąknąć, ale w asyście obrazu muzyka zyskała w ciemnym kinie fantastycznego dopełnienia stając się perfekcyjną ucztą dla zmysłów.


Ale to niestety koniec pozytywów. Film przez większość czasu zwyczajnie nuży i rozczarowuje. Refn zdecydowanie przyśpiesza i znacznie intensyfikuje doznania dopiero w drugiej połowie filmu. Niestety opiera się przy tym na dość krzykliwych, momentami artystycznie nadętych i obrzydliwych scenach, na wspomnianej na początku nekrofilii (acz mnie się nawet podobało, ale wiadomo, że normalny tak do końca to ja nie jestem) i subtelnym kanibalizmie. Duńczyk postawił więc na pewniaki, na szok i skandal, przez co na moje oko powstał z tego klasyczny przerost formy nad treścią. W dodatku mało oryginalny, bowiem podobne historie zostały już nakręcone i zawarte chociażby w Czarnym łabędziu, a nawet w Showgirls Verhoevena, mimo, że przy Neon Demon jawi się on jako lajtowa bajka Disneya.

Sam więc nie wiem jak mam ocenić całość. Minęły już dwa dni a ja nadal tkwię w wielokropku. Z jednej strony chwalę Refna za jego odwagę, świetne teledyskowe zdjęcia i muzykę, za mroczny klimat, oraz za umiejętne rozrysowanie wzoru na nieuczciwą walkę młodzieńczej naiwności i niewinności ze złem świata zawładniętego przez bezduszne korporacje, zawiść, zakłamanie oraz pęd za karierą i pieniądzem. Nieco przykra jest finalna konstatacja, ale jednocześnie jakże prawdziwa oraz pouczająca i to pomimo tego, że ukazana jest w bardzo banalny sposób. Z drugiej jednak strony film jest momentami obrzydliwy i bardzo niesmaczny. Przypomina trochę pseudoartystyczny bełkot i performance uliczny z publicznym oddawaniem moczu na prześcieradło przez sześćdziesięcioletnią "artystkę". Zaczynam się powoli obawiać o Refna. Coraz szerszym łukiem zdaje się zahaczać o niebezpieczne rewiry graniczące z artystycznym banałem i krzykliwym jazgotem, może i ładnym dla oka, ale jednocześnie coraz bardziej pustym.

Niemniej po dodaniu grosza do grosika wychodzi mi z tego dodawania i odejmowania słaba czwórka na szynach, taka wiecie, wyciągnięta w górę za uszy. Ocenę generalnie dobrą ratują filmowi narkotyczne i transowe doznania audiowizualne wraz z surrealistyczną nutką szaleństwa oraz szczypta mądrości w postaci ośmieszenia jałowych ideałów współczesnych anorektycznych blond primadonn z dziubkami z botoksu. Reszta pozostaje milczeniem, acz mimo wszystko całkiem ciekawym i generalnie namawiam do obejrzenia filmu oraz do wyciągnięcia wniosków po swojemu. Psychofani Refna wyjdą z kin raczej zadowoleni, fani Top Model na TVN trochę skołowani i zniesmaczeni, a fani chemicznych używek nadal pewnie jeszcze tkwią w kinowych salach.






IMDb: 7,0
Filmweb: 6,0


środa, 20 lipca 2016

Ballada o smutnym skinie

Green Room
Reż. Jeremy Saulnier, USA, 2015
94 min.
Polska premiera: ?
Thriller



Trwa atak naziolków na sale kinowe i wygodne sofy - główne składowe naszych domowych kin. Nie dalej jak dwa tygodnie temu i przez głównie prawicową sieć przelała się fala krytyki (słuszna zresztą) w kierunku producentów filmu Imperium z naziolkiem Harrym Potterem Danielem Radcliffem w roli głównej, którzy to w opublikowanym trailerze obok flag i symboli jednoznacznie kojarzonych z ideologią kultu swastyki jak gdyby nigdy nic zamieścili fragment warszawskiego Marszu Niepodległości na którym widać, o zgrozo! nazistowskie polskie flagi narodowe. Mało tego. W innej scenie można dostrzec nawet żółtą flagę Gadsena - symbol libertarian na całym świecie, którzy to, delikatnie rzecz ujmując, również nie mają zbyt wiele wspólnego z Adolfem Hitlerem. Jednak producenci Imperium zdawali się nic o tym nie wiedzieć i najpewniej będą musieli się z tych niefortunnych, by nie napisać wprost - debilnych posunięć tłumaczyć za chwilę przed sądami. Póki co usunęli ze zwiastuna polskie flagi i przeprosili. Czy jednak usuną je z samego filmu? Nie wydaje mnie się. Tymczasem swoiste tournée po torrentach odbywa inny tytuł spod znaku glanów i białych sznurówek - Green Room, czyli kolejna nazi opowieść o złych skinach, którzy szanują Rudolfa Hessa.

Na szczęście tym razem obyło się bez wyraźnego ideologicznego, propagandowego i politycznego faux pas, acz wszyscy ci, którzy mają jakąś styczność z tym środowiskiem, lub w młodości przeczołgali się w swoich flyersach przez niejedną ganiankę z punkami czy dresami, to na widok tego co proponuje im Green Room litościwie się tylko uśmiechną pod nosem, ale uznajmy na wstępie i dla wygody, że to nie lata 90-te i nie Polska, ani tym bardziej Anglia, lecz współczesna amerykańska prowincja, w dodatku ukazana tak trochę z przymrużeniem oka. Twórca tej dość przewrotnej produkcji - Jeremy Saulnier ma już za sobą jeden całkiem udany film - Blue Ruin, dzięki któremu kilka lat temu usłyszał o nim cały świat, a nawet się nim trochę zachwycał (ja również). Tym razem młody reżyser spłodził równie klimatyczną opowiastkę z pogranicza bardzo różnych, z pozoru nie mających ze sobą za wiele wspólnego stylów o których za chwilę, bo to ciekawe.

Na dzień dobry odsapnąłem z ulgą. Boże - wzdycham do samego siebie - wreszcie film, który trwa klasyczne godzinę trzydzieści. Męczą mnie już dwu godzinne i dłuższe seanse, którymi od wielu miesięcy katują mnie producenci. Godzina trzydzieści jest akurat i w sam raz na niezobowiązujący wieczorny chill w domowych pieleszach oraz dwa drinki. A po filmie można jeszcze nawet zrobić coś pożytecznego. Np. polać sobie trzeciego drinka.


No więc film. Początek jest świetny. Zaczyna się od słów "kurwa". Potem jest już tylko lepiej. Co chwila w głowie zalęgają się jakieś szalone analogie i podobieństwa do innych kultowych filmów. Nie wiem, czy to już może zboczenie zawodowe, czy tylko skutek picia łychy z colą, ale w Green Room widziałem na ten przykład migawki ze Lśnienia Kubricka (np. scena jadącego samochodu wąską, krętą ulicą pokazana z powietrza w asyście złowrogiej muzyki), albo z Od zmierzchu do świtu Rodrigueza, czyli tak w skrócie - epicki i gatunkowy rozpierdol jaki dzieje się tu pod koniec oraz w ostatnich sekwencjach filmu. Saulnier bardzo umiejętnie żongluje różnymi filmowymi stylistykami i gatunkami przez co kilka razy zdrowo mnie zaskakuje i ubogaca kulturowo ten w sumie nieskomplikowany z punktu widzenia fabuły film.

Tak w skrócie i z małymi, ale to na prawdę bardzo małymi spojlerkami. Młoda i nikomu nie znana kapela punkowa (tzn. z punkiem za wiele wspólnego nie mają, ale takie to czasy) jest w trakcie swojego tournée po Stanach. Występuje w spelunach za marne kilkanaście zielonych i michę ryżu. Kradną benzynę i generalnie co zarobią to w mig przejedzą i tak w koło Macieju, aż w końcu niczym manna z nieba spada im przypadkiem na łby koncert za na prawdę niezłe pieniądze. Speluna w której mają zagrać ulokowana jest na zupełnym odludziu na skraju lasu i zarządzana jest przez nazioli. Klimat, zaiste przedni. Czuć wyraźnie rozrysowany na ekranie niepokój i od razu wiadomo, że coś się zaraz wydarzy. Kapela na przywitanie się z łysolami (bardzo kurwa rozsądnie) gra im pewien być może znany w punkowym środowisku cover, który, delikatnie rzecz ujmując, wyraża zaniepokojenie ideologią skinów i pluje na ich "white power". W Polsce lat 90-tych najpewniej doszłoby już do zdrowej jatki, ale to jest Ameryka i XXI wiek, zatem kończy się na rzucaniem w nich butelkami. Logiczne. Potem jednak na zgodę grają już Oi oraz trochę ska i wszyscy bawią się jak małe dzieci w Energylandii do momentu, aż po koncercie członkowie kapeli zobaczą coś, czego nie powinni byli zobaczyć. No i się zaczyna.


Co konkretnie? Najpierw klasyczny thriller, potem nawet horror, acz taki gorszego sortu. Właśnie wtedy pojawiają się w mej głowie skojarzenia z Od zmierzchu do świtu, bowiem sytuacja, w której kapela zostaje uwięziona w spelunie i tytułowym zielonym pokoju, na myśl przywodzi mi bar Titty Twister, w którym to krwiożercze wampiry rzucają się na Tarantino i Clooneya z pastorałkową rodzinką. Tu wampirów rzecz jasna nie ma, ale są naziolki. Skojarzenia gwarantowane. Jednak Saulnier w przeciwieństwie do Rodrigueza utrzymuje u siebie pełnię powagi, nie ma durnych rechotów, śmiesznych gagów i dialogów, te momentami są tu niestety marne i trochę czerstwe ale nic to, jedziemy dalej. A tu im dalej w las, tym więcej klasycznego i gatunkowego slashera. Tak, dobrze czytacie. Slashera. Krew leje się litrami, akcja przyśpiesza, giną kolejni ludzie, a nawet zwierzęta, w pewnym momencie brakuje mi tu już tylko czerwonej lub żółtej czcionki z charakterystycznym napisem "Episode 4". Duch Tarantino czuwa nad Green Roomem i to jest proszę ja was bardzo dobra wiadomość.

Nie jest to jednak żadne ksero, ot, najwyżej mamy do czynienia z drobnymi zapożyczeniami, tudzież z naturalnymi skojarzeniami, ale nad wszystkim czuwa gospodarz domu i krzywdy on zrobić nie da nikomu. Saulnier umiejętnie żonglując gatunkową stylistyką, oraz w oparciu o to co umie najlepiej, czyli podsycanie odczucia niepokoju i delektowanie się pauzą i ciszą, po raz drugi spłodził kawał solidnego kina, które niejednego i niejedną zaskoczy. Świetny klimat, trochę krwi i strachu, do tego szczypta ostrej muzyki i wisienka na torcie - iście slasherowa rozgrywka - ogląda się to wszystko na prawdę sympatycznie. Dodatkowe wyróżnienie wędruje dla sir Patricka Stewarta, któremu do twarzy w czerwonych szelkach. Warto także wyróżnić fantastyczną Imogen Poots, która z powodzeniem mogłaby grać w This is England. Zarówno w serialu jak i w filmie. Skinówa jakby z żurnala młodego Oi-owca wycięta.

I generalnie wszystko zakończyłoby się happy endem, podaniem sobie rąk oraz wymianą koszulek, gdyby nie te durne i irracjonalne motywy oraz momentami bardzo nielogiczne zachowywanie się głównych bohaterów. Podejmowane decyzje przez małolatów z kapeli, ale też i samych naziolków momentami aż raziły po oczach. Czasem kojarzyły mi się one z tanimi horrorami klasy B, w których to głupie cycate blondynki uciekają z domów do lasu w środku nocy, gdzie wiadomo, że już nie wrócą. W mojej ocenie zepsuło to nieco ogólne odczucie ekranowej satysfakcji i zamiast pokusić się o zacną piąteczkę oraz cycki Evy Green, których przecież tak dawno już nie widziałem, to niestety ponownie rejestruję lądowanie w piersiach Marion Cottillard. Niby też bardzo zacnych, no ale jednak trochę szkoda. Mocne cztery cyce po raz enty.

I tylko tych skinów trochę żal... Oi.



IMDb: 7,2
Filmweb: 6,4


czwartek, 30 czerwca 2016

AAA tanio kupię dobre Sci-Fi

Wpadły mi w oko dwa doskonałe przykłady na to, że dobre Sci-Fi wcale nie musi być zewsząd otoczone zielonymi ekranami oraz umorusane po uszy w kosztownych efektach specjalnych. Wystarczy odrobinę mądrości w treści, szczypta niedopowiedzenia i podszycie niepokojem emocji, które potrafią stymulować naszą podświadomość i wyobraźnię. Efekty wizualne? Ok, to się ze sobą nie gryzie, ale też, po co przepłacać? Poniżej dwa namacalne dowody na to, że jak się chce, to się da, w dodatku jest to proste jak bułka z masłem. Smacznego.



Cloverfield Lane 10
reż. Dan Trachtenberg, USA, 2016
105 min. United International Pictures
Polska premiera: 22.04.2016
Thriller, Sci-Fi



Dam sobie rękę uciąć (ale na wszelki wypadek nie swoją), że większość widzów przez 2/3 czasu trwania filmu nieustannie zadawała sobie w głowie pytanie: Gdzie u licha jest to Sci-Fi, które mi obiecywano? Gdzie żeś je ukrył debiutancie Danie Trachtenbergu? Oddawajcie kasę oszusty! Przyznaję, Sci-Fi jest tu mocno zamaskowane i tak jak Media Markt - nie dla idiotów, ale tak na prawdę to jest ono tu obecne i to już od pierwszych minut. Wyraża się głównie w odczuciu permanentnego niepokoju, w napięciu i w licznych niedopowiedzeniach. Byłem więc spokojny. Ufałem, że finał mnie zaskoczy i zapewne też zadowoli i to pomimo tego, że wielu twierdzi, iż finał generalnie rozczarowuje. Ale ja czekałem na niego z ogromną przyjemnością i ekscytacją. Trochę jak na finał w bunga-bunga. Erupcja, orgazm, szaleństwo, ale wpierw trzeba było przebrnąć przez świetny i trzymający w klinczu rasowy thriller jakim obdarzył nas reżyser pobłogosławiony przez znaczącego producenta filmu, jaśniepana J.J. Abramsa.

Tak, dokładnie, takie to było dobre. Jak orgietka z siostrami Kardashian. Niemal na dzień dobry lądujemy w klaustrofobicznym, szczelnie zamkniętym pod powierzchnią ziemi schronie w towarzystwie jego trzech rezydentów. Kim są? Jak się tu dostali? Po co w nim siedzą? No i co u licha dzieje się na powierzchni ziemi? Na początku nie wiemy nic, co rzecz jasna stanowi bardzo wygodny dla wszystkich zainteresowanych stron punkt wyjściowy, w którym znaleźliśmy się wraz z główną bohaterką Michelle (Mary Elizabeth Winstead). Musimy więc polegać głównie na jej intuicji, mimowolnie wchodzimy w jej ciało i umysł, bowiem tak jak i ona jesteśmy karmieni tymi samymi informacjami i wyjaśnieniami, które z początku nie trzymają się kupy. Skażenie chemiczne? Atak kosmitów? A może to tylko jedna wielka maskarada i typowe porwanie na tle seksualnym? Wiele koncepcji, każda bardzo prawdopodobna. Umiejętność utrzymania w ogładzie takiego stanu niepewności przez praktycznie cały czas trwania filmu oceniam cholernie wysoko.

Nawet jeśli ta biedna Michelle uwolni się z "niewoli", to co ją tam czeka na powierzchni? Zagrożenie radioaktywne? Ucieknie z miejsca gwarantującego jej przetrwanie żeby zginąć? A może to zwykła mistyfikacja i na powierzchni czeka ją tak bardzo oczekiwana wolność? No i na domiar złego jeszcze ten dwuznaczny tag "Sci-Fi", który przez cały czas siedzi nam gdzieś z tyłu głowy. To wszystko po prostu musi dawać do myślenia i z góry zakazuje odrywania oczu od ekranu. Pieprzę więc konieczność uzupełnienia pustej szklanki kolejnym napojem chmielowym, a wizytę w łazience z pewnego rodzaju bólem w okolicach podbrzusza przekładam na "po filmie", acz osobiście tego nie polecam i nie próbujcie tego w domu. Jakby tego jeszcze było mało, autor projektu (a może też doświadczenia naukowego?) ciągle stosuje różne triki w celu zmylenia i oszukania naszej czujności. Co i rusz płodzi nowe fakty, które przecież muszą zostać zweryfikowane przez nasz jak zwykle ciekawski mózg, przez co tylko opóźnia się nasze jarzenie i kojarzenie faktów. I bądź tu myślący człowieku mądry. Trachtenberg bawi się tobą jak durny York mojej siostry swoją ulubioną pluszową zabawką. Gryzie, ślini, ciąga ją wszędzie za sobą, a na koniec jeszcze wymolestuje i zostawi w kącie samopas.

I kiedy w końcu niczym nasi piłkarze zbliżamy się do finału, kiedy werble nagle przyśpieszają tempo i kiedy wreszcie dostrzegamy światełko w tunelu wyjściowym, wtedy nagle dostajemy obuchem w łeb i głupiejemy jeszcze bardziej. Spodziewałem się tego, czy się nie spodziewałem? Niby tak, ale kurwa, no nie, jednak nie. To jest chyba dość zaskakujący obrót sprawy. Nawet ta biedna Michelle w pewnym momencie mówi do samej siebie, z tym charakterystycznym dla stanu ducha typu "zatkao kakao" wyrazem twarzy - No bez jaj... - A ja jej na to - W rzeczy samej dziewczyno, w rzeczy samej. Z ust mi to wyjęłaś, lepiej bym tego nie ujął. Bez jaj panie reżyserze. Takiego finału chyba jednak się nie spodziewałem. Czy to źle? Niektórzy twierdzą, że tak, ponieważ zepsuło to cały nieźle rokujący film i było zupełnie niepotrzebne, a ja na to? A ja jestem jednak bliższy stwierdzeniu, że tak właśnie trzeba było. Że zaskakujące zakończenie dodało całości klasowego ekscentryzmu. Popieprzenie przed zjedzeniem zawsze spoko.

Tak więc Trachtenberg przy pomocy rasowego thrillera zrobił widzom psikusa i wybornie oszukał ich czujność. Przy okazji udowodnił też, że Sci-Fi to stan umysłu, a nie tylko gołe efekciarstwo, fajerwerki i wodotryski. Zaiste, zacne to combo milordzie. Świetny film, zacna rola mojego ulubieńca - Johna Goodmana, bez kozery powiem, że daję mu mocne cztery i pół cycka. Na pięć piersi to trochę jednak za mało, ale i tak jestem ukontentowany.






IMDb: 7,4
Filmweb: 6,5





Midnight Special
reż. Jeff Nichols, USA, 2016
111 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: ?
Dramat, Sci-Fi



Produkty Jeffa Nicholsa łykam w ciemno tak jak wszystkie bourbony destylowane w Clemont w stanie Kentucky. Pewniak jak lato z radiem. Gdy jakieś 4 lata temu moim oczom ukazał się jego Take Shelter, bez zastanowienia wpisałem go na listę najbardziej obiecujących reżyserów młodego pokolenia. W międzyczasie popełnił jeszcze kapitalny Mud, czym tylko potwierdził swoją niebanalność i kinową inteligencję. Gdy więc pół roku temu ujrzałem pierwszy teaser do jego najnowszego filmu - Midnight Special - doskonale wiedziałem jak to się skończy i że generalnie "będzie Pan zadowolony". Film swoją światową premierę miał w styczniu, ale nadal nie doczekał się premiery w Polsce. Szkoda, ale ten tego, wiecie, że dla przeciętnego Polaka to żadna przeszkoda i nic trudnego. Serio.

No więc film. Jest on dziś moim drugim namacalnym dowodem na to, że inteligentne kino Sci-Fi może dziś rządzić się innymi prawami, niż to, co się nam powszechnie sprzedaje przez mainstream. Jeff Nichols w swojej opowieści z pogranicza światów sięgnął po klasykę kina Sci-Fi z lat 80-tych. Tą wiecie, spod sztandarów Stevena Spielberga. Nie trudno będzie dostrzec podobieństw do E.T. czy do Bliskich spotkań trzeciego stopnia. Być może niektórzy będą tego używać jako głównego argumentu przeciwko Nicholsowi, ale ja rzecz jasna się do nich nie zaliczam. Nigdy bowiem nie przeszkadzało mi w kinie świadome naśladowanie i inspirowanie się sprawdzonymi w bojach pozycjami kultowymi i wielkimi. O ile rzecz jasna nie nadużywa się kalki kopiującej. Jednak w tym konkretnym przypadku wszystko jest w normie i zrobione z umiarem.

Elementem spajającym wszystkie dotychczasowe produkcje reżysera jest Michael Shannon, odtwórca głównych ról w jego filmach. Tym razem gra ojca, który wraz ze swoim przyjacielem ucieka samochodem przez kilka stanów z "porwanym" dzieckiem Shannona, znaczy się w filmie jest on po prostu Royem. Dziecko, a konkretnie ośmioletni chłopiec, a jeszcze dokładniej - Alton, jak można zobaczyć na trailerze i przeczytać w opisach filmu, jest absolutnie wyjątkowe. Ma dar który jest nie z tego świata i którego nie da się logicznie pojąć ani też wyjaśnić. Zresztą nawet sam Nichols z początku nie próbuje tego czynić i pozwala tej opowieści żyć własnym życiem. Ścigają ich wszyscy. Policja, FBI, oraz pewna religijna sekta z rancza, która przez pewien czas była w posiadaniu chłopca i zna jego możliwości.

Na początku lądujemy wraz z uciekinierami w samym środku pościgu i próbujemy zrozumieć co się wokół nas dzieje. Ale i tu, tak jak w przypadku opisywanego wyżej Cloverfield Lane 10 nic nie jest nam podane na tacy. Wręcz przeciwnie. Nichols odsłania karty tak samo wolno i z oporem jak czyni to u siebie Trachtenberg. No jakby się umówili. Do tego korzysta z typowych już dla siebie elementów ubogacających efekty wizualne w postaci dłuższych pauz, leniwych i statycznych kadrów zapodanych w akompaniamencie jak zwykle bardzo obecnej i wyrazistej w jego filmach, acz w sumie prostej muzyki. To na swój sposób zdumiewające, że w tak dynamicznym z pozoru obrazie jest tyle miejsca na takie rozluźnienie i błogi chillout. To się po prostu świetnie ogląda i prawie dwugodzinna akcja ani specjalnie nie nudzi, ani się tym bardziej nie dłuży. Jest w sam raz.

Chłopiec grany przez Jaedena Lieberhera, to kolejny przykład na to jak dzieciaki potrafią wytworzyć wokół siebie doskonały klimat. Świetna gra, naturalność i mądrość w połączeniu z elementami nadprzyrodzonymi potęgują jego doskonały odbiór i dają gwarancję na fajne relacje z widzem. Oczywiście z biegiem czasu dowiadujemy się przed czym tak na prawdę nasi bohaterowie uciekają, dokąd zmierzają i w jaką moc wyposażony jest mały Alton, być może zakrapiać to będzie nawet na lekki banał, być może w rzeczywistości tak właśnie jest, nie nastawiałbym się też na szalone zakończenie w stylu Cloverfield Lane 10, ale jednego odmówić Nicholsowi nie sposób. Umie stworzyć na taśmie filmowej fascynujący klimat. Potrafi pociągnąć za sobą widza, porwać go i nie dać spokoju do samego końca. Ten element niepewności oraz odczucie permanentnego niepokoju balansują w tym filmie na granicy arcydzieła.

W zasadzie czego się Nichols nie dotknie, to zamienia w wizualny majstersztyk. W każdym dotychczasowym filmie korzystał z tych samych sztuczek i metod, także i tutaj łatwo jest dostrzec liczne podobieństwa oraz triki którymi się regularnie posługuje, niemniej nadal mnie to kręci i nie przestaje zadziwiać. Powiem nawet więcej, chcę tego doświadczać ciągle i jeszcze mocniej. To w sumie dobrze, bo lada chwila powinien się u nas pojawić kolejny jego film kręcony mniej więcej rónocześnie - Loving. A Midnight Special? Tym razem treść jest w moim odczuciu minimalnie słabsza od tej z Mud czy Take Shelter, dlatego całość tego projektu oceniam po prostu dobrze, a nie bdb jak to drzewiej bywało, ale też dostać u mnie mocną czwórkę, to jak wygrać los na loterii. Szanujcie więc ten werdykt oraz film sam w sobie. Warto dać mu szansę i cofnąć się do czasów naszego dzieciństwa, kiedy jaraliśmy się E.T. i kosmitami Spielberga. Dla mnie jest to w pewnym sensie requiem dla tamtych emocji. Takim współczesnym E.T. dla dorosłych.






IMDb: 6,8
Filmweb: 6,0