środa, 4 stycznia 2017

Żywot człowieka (nie?)szczęśliwego

Paterson
reż. Jim Jarmusch, USA, GER, 2016
113 min. Gutek Film
Polska premiera: 30.12.2016
Dramat



Witam w Nowym Roku. Znów jesteśmy o rok starsi i o rok bliżsi spotkania z kostuchą. Ciągle nie mogę uwierzyć w znany w psychiatrii wzorzec epidemiologiczny, z którego wynika, iż każdego roku, gdy na świecie zaczyna kwitnąć bez, a niewiasty coraz śmielej odkrywają swoje ramiona i zawadiackie uda, zdarza się wtedy najwięcej samobójstw. Statystyki są bezlitosne i cholernie niedorzeczne, ale twierdzą one kategorycznie, że znacznie więcej ludzi (wzrost o całe 15%) popełnia samobójstwo wiosną i wczesnym latem, a nie np. późną jesienią i zimą, kiedy chlapa, błoto pośniegowe i minus osiem Celsjuszów za oknem odbierają smutnym ludziom na dużej części tego padołu chęci do dalszego spłacania wysoko oprocentowanych rat kredytu hipotecznego. Ja jeśli chciałbym się zabić, zrobiłbym to właśnie w Sylwestra, albo nie, zaraz po nim. Być może poczekałbym jeszcze do Trzech Króli, bo to zawsze wolne od pracy, ale na pewno zrobiłbym to jeszcze w styczniu, najgorszym z miesięcy, z którego wynika całe zło ludzkości. To najbardziej zakłamany miesiąc w roku, a jakby tego było mało, do wiosny i pierwszego długiego weekendu nadal jest w chuj daleko.

Być może moja niechęć do stycznia spowodowana jest tym, że w tymże miesiącu przyszedłem na świat i w sumie fajnie byłoby zdać klucze w tym samym porządku numerycznym, najlepiej jeszcze w środę, bo to najbardziej znienawidzony przeze mnie dzień tygodnia. Nie cierpię go nawet bardziej od poniedziałku, bo ten w przeciwieństwie do zdradzieckiej szmaty środy przynajmniej nie udaje kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Ba, nawet statystyki to potwierdzają. Właśnie w środy zostało popełnionych 25% wszystkich samobójstw na świecie. Co czwarty skubaniec skacze z mostu, strzela sobie w łeb i wiesza na sznurowadle właśnie w pieprzoną środę. Czyż to nie daje do myślenia?


Główny bohater filmu Paterson o nazwisku Paterson, mieszkający w miasteczku, tak tak, Paterson, wiedzie żywot właśnie takiego statystycznego środowego samobójcy. Do tego tak jak wielu z nich jest domorosłym poetą, co poniekąd świadczy o jego nadwrażliwości i uczulenia na życie. Zawsze nosi ze sobą notes z długopisem, w którym zapisuje swoje wiersze bez rymów. Z jego życia na pierwszy rzut oka ciężko jest wychwycić więcej niż pięć kolorów. Nasz główny bohater wstaje każdego dnia rano parę minut po szóstej, pochłania płatki z mlekiem i idzie do zajezdni, żeby po chwili wyjechać z niej zdezolowanym autobusem komunikacji miejskiej. Po pracy wraca do domu, w międzyczasie napisze jeszcze kilka wersów nigdy nieopublikowanego wiersza, porozmawia zupełnie o niczym ze swoją stukniętą dziewczyną (acz ładną), wieczorem wyjdzie z jej buldogiem angielskim na spacer, zostawi go pod barem, w którym wypije jedno piwo, po czym wróci do domu, położy się spać i znów będzie szósta rano.

Wyjątkowo nudne i bezbarwne życie, niewiele lepsze od większości naszych, prawda? Otóż nieprawda. Jim Jarmusch, jako niekwestionowana ikona niezależności w kinie nie byłby sobą, gdyby znów nie poszedł pod prąd i nie zrobił nam psikusa. Zaskoczył, ale nie tą wszędobylską nudą, bo z nią to już od dawna ma romans i trzeba się do niej po prostu przyzwyczaić, Jarmusch zaskakuje nas głównie zjawiskowym pięknem, poczuciem wolności i naturalnością jakie czają się między wierszami w tym z pozoru marnym żywocie Patersona. Zapytacie pewnie, co może być pięknego we wstawaniu każdego dnia o 6 rano do pracy? Co jest pięknego w wykonywaniu ciągle tej samej i nudnej czynności, której nawet nie lubimy? Co jest pięknego w życiu pod jednym dachem z kobietą, której nie rozumiemy i ledwie akceptujemy jej dziwactwa? Co jest pięknego w posiadaniu psa, który ma cię generalnie w dupie oraz ma wyższe poczucie wartości od Ciebie? Co jest pięknego w piciu piwa co wieczór w tym samym opuszczonym barze i w rozmawianiu z tym samym smutnym barmanem? Właśnie to. Tylko tyle i aż tyle.


Jarmusch zobrazował żywot człowieka zwyczajnego, wiodącego wyjątkowy nudny tryb życia i pozbawionego wielkich życiowych ambicji, który mimo cyklicznych poranków rodem z Dnia Świstaka żyje tak jak lubi i który na swój sposób cieszy się każdą chwilą. Paterson jest wbrew powierzchownym obserwacjom człowiekiem szczęśliwym. Nie posiada komórki, nie ogląda telewizji, nie serfuje w sieci, bo nie potrzebuje, do tego codziennie pije piwo w barze i poznaje wielu nowych, ciekawych ludzi. Definicja szczęścia według Jarmuscha? Właśnie tak to powinno mniej więcej wyglądać. Zwolnij kroku człowiek, weź wdech i wydech, porzuć utopijne i nierealne do realizacji marzenia ściętej głowy i skup się na rzeczach trywialnych i nic nieznaczących. Jakież to proste i oczywiste, a jakże trudne do realizacji w tym zabieganym i pędzącym na złamanie karku świecie. Dlatego waśnie Jarmusch do wykrzyczenia tej zawiłości, oraz do zobrazowania naszego podwójnego życia jakie dźwigamy niczym krzyż na swoich barkach, pełnego marzeń oraz tego realnego i pozbawionego złudzeń użył symbolu dualizmu w postaci bliźniaków, którzy ukazują nam się kilkukrotnie w filmie. Prosty chwyt, a jakże wymowny. Oprócz tego jest tu sto procent Jarmuscha w Jarmuschu jakiego znamy. Pejzaż ulicy, wyraziste postacie, groteska i humor. Cały on.

I wiecie co? Pieprzyć tych samobójców. Paterson jest świetną odtrutką na zimowe doły, na te wiosenne i środowe również. Udowadnia, że życie może być mimo wszech otaczającej nas szarości ciekawe i wystarczająco kolorowe, a my możemy żyć po swojemu szczęśliwie dając przy tym światu tak niewiele z siebie. Bo też nie o to w życiu winno chodzić, żeby się nabiegać, bo tylko się spocimy bez sensu, tylko o to, żebyśmy szli naprzód swoim własnym tempem pozwalając się przy tym wyprzedzić innym wariatom. Jak ktoś chce, to może przy tym jeszcze pooddychać sobie zielenią i poezją, albo muzyką, filmem i miłością, no co kto lubi. Mamy wybór. Ciągle mamy ten pieprzony wybór, acz z roku na rok jest go jakby mniej coraz. Nie wolno nam tego spieprzyć, a już tym bardziej nie wolno nam tego nie docenić. I to jest własnie największa siła jaka bije z tej niezwykle wyciszonej i ociekającą requiem do wolności produkcji. Paterson daje pozytywnego kopa, przy absolutnie minimalnym nakładzie środków ekspresji. Namawiam do zwolnienia swoich obrotów z Jarmuschem, zachęcam także do dostrzeżenia w tym filmie wszystkiego tego, o czym już dawno zapomnieliśmy. Idealny film na rozpoczęcie nowego roku nabrzmiałego od naszych kolejnych bzdurnych postanowień. Zamiast skakać z mostu, skocz lepiej do kina.






IMDb: 7,7
Filmweb: 7,5


piątek, 30 grudnia 2016

Złote Ekrany 2015



Dzień dobry wieczór się z Państwem. Witam was na siódmej gali wręczenia Złotych Ekranów, tym razem edysyzn Anno Domini 2015 roku produkcyjnego. Nagrody i wyróżnienia inne niż wszystkie, bo łamiące wszelkie konwenanse oraz wykraczające poza ogólnie przyjęte trendy, sens i logikę. Nagrody, które nie aspirują do bycia czymś ważnym, ani tym bardziej wielkim, ani czymkolwiek innym, po prostu są, moje, subiektywne, prywatne i tak jak ten blog - mało istotne dla ludzkości.

Ci co zaglądają tu regularnie (pozdrawiam tą małą garstkę szaleńców), wiedzą już doskonale, że skupiam się na nieco odmiennych wytycznych, niż wszyscy inni wokół. Pozostałym, czyli nowym, sprowadzonych tu przez mości przypadek (również pozdrawiam tą małą garstkę szaleńców) naświetlę pokrótce w czym rzecz. Otóż, nie podsumowuję, przynajmniej niedosłownie roku aktualnie zdającego swoje klucze, zwłaszcza tego, który rozrabiał w polskim kinie, bo to w mojej pokrętnej, dość zawoalowanej logice jest nieuczciwe, a nawet trochę bez sensu. Dla mnie najważniejszym kryterium jest rok produkcji filmu, a konkretnie - data premiery światowej - to według niej będziemy klasyfikować filmy za lat pięć, dziesięć, a nie według daty polskiej premiery kinowej, która często ma w dupie konwenanse i spragnionego nowości polskiego widza. A dlaczego skupiam się na roku produkcyjnym 2015 zamiast 2016? Na to też mam bardzo prostą odpowiedź. Bo filmy mające swoją światową premierę w roku 2016 w wielu przypadkach jeszcze nie dotarły nad Wisłę, a swoją polską premierę będą mieć w roku przyszłym, dlatego skupię się na nich za rok, o tej samej porze. Poślizg w pełni kontrolowany.

Skoro wszystko już jasne, zapraszam was do baru po darmowe drinki, gdzie roznegliżowane hostessy z energicznie kołyszącymi się biustami będą zawadiacko się do was uśmiechać, puszczać oczko i nalewać do szkła wszystko czego tylko wasza dusza zapragnie. Ja stawiam. Zdejmijcie krawaty, a suknie wieczorowe z cekinami zamieńcie na zadziorne małe czarne. Miejsca na obłędnie wygodnych sofach i miękkich leżankach jest wystarczająco dużo dla nas wszystkich. Zrelaksujcie się, napijcie i bawcie się dobrze, a po gali zapraszam na afterek o którym będą pisali na Pudelku i w Fakcie.

Generalnie rok produkcyjny 2015 był bardzo średni, oceniłbym go na cztery cycki z minusem. Na palcach jednej ręki mogę wymienić filmy wielkie i ważne, które miały odwagę zamachnąć się i uderzyć mnie nieco mocniej w czerep. Do ostatecznej selekcji zakwalifikowało się 84 filmów z całego świata, z czego wybrałem najlepszą w mojej opinii dwudziestkę. Wśród nich swoją polską premierę kinową w roku 2016 miało 11 tytułów, w roku 2015 - 7, a 2 z nich nie doczekało się jej w ogóle. Na 20 filmów tylko 5 zasłużyło na mocne piątki, ani jeden tytuł nie otrzymał ode mnie maksymalnej oceny sześciu cycków, co na swój sposób mnie trochę smuci, ale też nie warto się nad tym faktem dłużej rozwodzić. Kino nie znosi próżni, nie ma też miejsca na nudę, zawsze jest co oglądać, a po złych filmach przychodzą dobre. Ok, to jazda z tematem, bo drinki stygną.


Miejsce 20
Fusi - reż. Dagur Kári, ISL, DEN

Polska premiera: 19.02.2016
Dystrybucja: Against Gravity
Moja ocena: 4

Dlaczego: Typowy skandynawski czarny humor, który spotyka się z francuską Amelią i trudno definiowalnym magicznym realizmem. Słodko-gorzka opowieść o braku akceptacji, samotności, rutynie i monotonii dnia codziennego ukazanej z punktu widzenia czterdziestoletniego maminsynka i życiowej niedorajdy. Trochę śmiechu, trochę smutku i zadumy. Dagur Kari kazał nam czekać aż sześć lat na swój kolejny film i cóż, zdecydowanie warto było czekać.



Miejsce 19
Er ist wieder da - reż. David Wnendt, GER

Polska premiera: Brak
Dystrybucja: Brak
Moja ocena: 4

Dlaczego: Zabawna i pouczająca satyra na współczesne Niemcy i Europę. Przebiegła, inteligentna, acz niestety z błędnie rozrysowaną puentą i linią morału, ale nie szkodzi. Adolf Hitler wyglądający zupełnie jak Adolf Hitler włóczy się po współczesnym Berlinie i poznaje obyczaje oraz zastaną rzeczywistość z punktu widzenia roku 1945, dzięki czemu natrafiamy na liczne absurdy świata współczesnego, te ukazane nieco z przymrużeniem oka, jak i te brane zupełnie na poważnie. Pouczające, zabawne i z dystansem.

Miejsce 18
High-Rise - reż. Ben Wheatley, GBR

Polska premiera: 15.04.2016
Dystrybucja: M2 Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Dość śmiałe i dosłowne zobrazowanie okrutnej i dystopijnej wizji świata, w której człowiek człowiekowi człowiekiem, a zombie zombie zombie. Interesujące studium przemiany reprezentanta klasy wyższej, wysoko sytuowanej na szczeblach ekonomicznej egzystencji w zdegenerowane zwierzę pozbawione zasad moralnych i etycznych. Ciekawe doświadczenie i całkiem przyjemna audiowizualna wędrówka z kamerą wśród zwierząt. Dziś doceniam bardziej niż za pierwszym razem.



Miejsce 17
Ardeny - reż. Robin Pront, BEL

Polska premiera: 5.02.2016
Dystrybucja: M2 Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Sam nie wiem dlaczego. Być może z powodu panującego tu klimatu. Mrocznego, zimnego, gęstego i intrygującego. Bardzo chropowaty thriller z wyrazistymi postaciami, ciekawą historią i niebanalnym scenariuszem. Żywy konflikt pomiędzy braćmi, rywalizacja o jedną kobietę i mocno zalesiony łańcuch górski Ardeny jako tło dla erupcji wulkanu pełnego głęboko skrywanych krzywd, lęków i emocji. Może i nie jest to perfekcyjne kino, ale z pewnością budzi szacunek.


Miejsce 16
En man som heter Ove - reż. Hannes Holm, SWE

Polska premiera: Brak
Dystrybucja: Brak
Moja ocena: 4

Dlaczego: Kolejny skandynawski rodzynek w zestawieniu. I cóż, że ze Szwecji? Bardzo barwne skonfrontowanie jednostki aspołecznej, wewnętrznie skonfliktowanej z otaczającym go światem i wygodnie lokowanej w swoim niedzisiejszym już zaścianku. Czyli bardzo bliska mi postawa życiowa nastawiona do świata kalibrem Magnum. Film można ochrzcić mianem szwedzkiego Gran Torino, może i jest to lekkie nadużycie i przerysowanie, ale uj z tym, fajnie się to ogląda.



Miejsce 15
Demon - reż. Marcin Wrona, POL

Polska premiera: 16.10.2015
Dystrybucja: Kino Świat
Moja ocena: 4

Dlaczego: Jedyny polski film, który załapał się do czołowej dwudziestki. Dawno już przetrawiony i osądzony przez wszystkich. Klasyfikuję go tak wysoko bynajmniej nie z powodu tragicznej śmierci jego reżysera, lecz z pobudek czysto kinematograficznych. Klimat odwzorowany w tej stosunkowo prostej opowieści spłodzony z odmętów szaleństwa, strachu oraz weselnej, swojskiej zabawy uderzył mnie na tyle mocno, że dobry rok po obejrzeniu nadal odczuwam na łbie guza.



Miejsce 14
Idol - reż. Dan Fogelman, USA

Polska premiera: 3.07.2015
Dystrybucja: Monolith Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Bo to najlepszy Al Pacino od lat. Charyzmatyczna, barwna i wyrazista rola na jaką zasługuje i do jakiej zdążył nas już przyzwyczaić. Pomimo tego, że opowieść jest dość lekka i powabna, przerysowana z wielu dostępnych w każdym sklepie ze scenariuszami kalek, to i tak nic nie szkodzi. Al Pacino jest w tym filmie najważniejszy. Odgrywa rolę wypalonego wielką sławą artysty z tak wielkim przekonaniem i pasją, jakby grał samego siebie. Uwielbiam takie postacie w kinie. Wielki ukłon od Wujka Ekrana


Miejsce 13
Wiek Adaline - reż. Lee Toland Krieger, CAN, USA

Polska premiera: 15.05.2015
Dystrybucja: Monolith Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Nie jestem fanem ckliwych melodramatycznych opowiastek szczypiących w serducho, ale cholera jasna, sam nie wiem, może to przez postępującą już starość, ale po cichu i gdy nikt nie patrzy lubię się czasem wzruszyć (tylko nie mówcie nikomu). Film uwiódł mnie z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Blake Lively - moja nowa i nadal aktualna miłość, głównie o zabarwieniu erotycznym. A drugi, to po prostu fajnie opowiedziana bajeczka z elementami fantasy, romansu i Sci-Fi. To naprawdę się udało.


Miejsce 12
Spotlight - reż. Tom McCarthy, USA

Polska premiera: 5.02.2016
Dystrybucja: United International Pictures
Moja ocena: 4

Dlaczego: Długo z nim walczyłem, nie chciałem oglądać. Bałem się zero-jedynkowej narracji i mocnego antykościelnego wydźwięku ku chwale lewicowych autorytetów i ateistów. A tu zaskoczenie. Film rzecz jasna oparty na smutnych faktach, ale bardzo dobrze wyważony, wcale nie nachalny w swym antyklerykalizmie, całkiem bystry i trzymający w szachu napięcia. Zło nazwane zostało po imieniu, ale człowiecza moralność została brawurowo obroniona.


Miejsce 11
W objęciach węża - reż. Ciro Guerra, ARG, VEN, COL

Polska premiera: 13.11.2015
Dystrybucja: Against Gravity
Moja ocena: 4

Dlaczego: Obejrzałem go dwa razy. Za pierwszym razem nie byłem w formie i wystarczająco skupiony na obrazie, przez co finalny werdykt był dla mnie dość frapujący. Dałem więc tej czarno-białej, bardzo lirycznej opowieści drugą szansę. I bingo. Tym razem odbiór był fantastyczny. Zakochałem się w tej nieśpiesznej narracji oderwanej od cywilizacyjnego pędu ku zagładzie. Wspaniała i uduchowiona opowieść o poszukiwaniu idealnego wyważenia między dwiema prędkościami tego świata - życiem i śmiercią.


Miejsce 10
Ex Machina - reż. Alex Garland, GBR

Polska premiera: 20.03.2015
Dystrybucja: United International Pictures
Moja ocena: 4

Dlaczego: Bo film jest wyposażony we wszystkie składowe składające się na idealny w mojej ocenie inteligentny Science-Fiction. Bez skupiania się na zielonych płachtach, spektakularnych efektach specjalnych i komputerowych trickach. W Ex Machinie liczą się konflikt pomiędzy człowieczą moralnością i wyrachowaną technologią oraz boska Alicia Vikander. A jakby tego jeszcze było mało, autor posypał całość lukrem z domieszką poezji. Właśnie tego oczekuję od mądrego kina Sci-Fi obdartego z wysokobudżetowej płycizny intelektualnej.


Miejsce 9
Mon roi - reż. Maiwenn, FRA

Polska premiera: 15.01.2016
Dystrybucja: Best Film
Moja ocena: 4

Dystrybucja: Koniec świata. Kolejny melodramat w zestawieniu, to chyba jednak starość. Mon roi, niestety błędnie przetłumaczone na język swojski to w teorii kobieca opowieść o kobiecie, której jakiś chuj wstrzykuje truciznę "Love". Intrygujące studium związku kobiety z mężczyzną, dwóch obcych światów i punktów widzenia, przedstawione w sposób szczery i brutalny. Od euforii i motylków w brzuchu po klasyczne zmęczenie materiału i nienawiść. Prawdziwe życie, prawdziwe emocje, miłość to dziwka.


Miejsce 8
Pokój - reż. Lenny Abrahamson, IRL, CAN

Polska premiera: 26.02.2016
Dystrybucja: Monolith Films
Moja ocena: 4

Dlaczego: Rok temu wbrew całemu zauroczonego nim światu uznałem go za film jedynie poprawny. Nie spodziewałem się wtedy, że w rocznym podsumowaniu będzie się plasował aż tak wysoko. To z jednej strony świadczy o słabości rywali w stawce, ale też, między Bogiem a prawdą, Pokój na tą lokatę zasłużył. Namieszał w kinach i na festiwalach całego świata. Jest autentyczny, minimalistyczny i mocno absorbujący, skupia się na niezwykłej relacji pomiędzy katem i ofiarą oraz owocem ich toksycznej więzi. Requiem dla wolności.


Miejsce 7
Lobster - reż. Yorgos Lanthimos, GRA, FRA, GBR

Polska premiera: 26.02.2016
Dystrybucja: United International Pictures
Moja ocena: 4

Dlaczego: Kolejna produkcja, której z początku nie doceniłem. Szanuję filmową wrażliwość i dziwactwa Lanthimosa, zwłaszcza w jego lokalnym, greckim wydaniu, lecz po międzynarodowym debiucie naszpikowanym znanymi nazwiskami oraz światowym budżetem oczekiwałem petardy. Jednak po seansie czułem niedosyt, ale z perspektywy czasu ta utopijna wizja o przeraźliwym lęku przez samotnością, jej surrealistyczny wydźwięk i jakość przekazu robią wystarczająco dużo szumu, by to polubić.


Miejsce 6
Nienawistna ósemka - reż. Quentin Tarantino, USA

Polska premiera: 15.01.2016
Dystrybucja: Forum Film Poland
Moja ocena: 4

Dlaczego: Może i najsłabszy Tarantino od lat, może i lekko rozczarowujący, ponownie lokowany na Dzikim Zachodzie wśród swoich sprawdzonych w bojach aktorów, a jednak mimo wszystko nadal mamy do czynienia ze wspaniałym i bardzo charakterystycznym dla Tarantino kinem. Tym razem nieco teatralny styl i formuła dodała temu kapitalnie przegadanemu filmowi szyku i elegancji udowadniając przy tym, że nie samą krwią i przemocą Tarantino żyje. Kolejny raz widz został wystrychnięty na dudka. Szanuję.


Miejsce 5
Big Short - reż. Adam McKay, USA

Polska premiera: 1.01.2016
Dystrybucja: United International Pictures
Moja ocena: 5

Dlaczego: Piąte miejsce? Ze dwa dni się nad tym zastanawiałem i pytałem sam siebie jak to w ogóle możliwe? Ale liczby mówią same za siebie. To była moja pierwsza piątka w roku. Jedna z w sumie pięciu. Być może nieco na wyrost, a może niekoniecznie. Big Short to szczera opowieść o narodzinach finansowego kryzysu na świecie. Brutalna dla korporacji i banków, ośmieszająca ich finansowe eldorado, którym zarządzają banksterzy od Wall Street po Frankfurt. Odważnie i szczerze. Nie sposób tego nie szanować.


Miejsce 4
Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy - reż. J.J. Abrams, USA

Polska premiera: 18.12.2015
Dystrybucja: Walt Disney Studios Motion Pictures
Moja ocena: 5

Dlaczego: O tak wysokiej lokacie zdecydowały moje stetryczałe już sentymenty. Przebudzenie Mocy to puszczenie oczka do pierwszych i najstarszych fanów GW z lat 70 i 80, do których i ja się zaliczam. Nie oceniałem tego filmu ze względów stricte warsztatowych. On miał za zadanie cofnąć mnie do lat dzieciństwa, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z Hanem Solo, Księżniczką Leią (spoczywaj w pokoju), Chewbaccą i Skywalkerem. Wyszedłem z kina z wypiekami na twarzy, tak jak 30 lat temu. Dziękuję.

Miejsce 3
Zupełnie Nowy Testament - reż. Jaco Van Dormael, BEL, FRA

Polska premiera: 1.01.2016
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 5

Dlaczego: Ciągle zastanawiam się dlaczego film ten ma tak niskie oceny i czemu wszyscy dziwnie się na mnie patrzą, kiedy z dumą wynoszę go na ołtarze. I sam już nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z wami wszystkimi. Ale może w tym właśnie tkwi potęga kina - jest nieobliczalne i do każdego z nas trafia w inny sposób. Opowieść oparta na surrealistycznej nutce z domieszką skandynawsko-brytyjskiego humoru. Nomen omen boskie połączenie z wieloma mądrościami zawartymi miedzy wierszami o ludziach zagubionych w świecie wartości i zasad.

Miejsce 2
Zjawa - reż. Alejandro González Iñárritu, USA

Polska premiera: 29.01.2016
Dystrybucja: Imperial - Cinepix
Moja ocena: 5

Dlaczego: Już w styczniu wiedziałem, że będzie bić się o króla w rocznym podsumowaniu i także w styczniu wiedziałem już nawet z kim. Z jednej strony odważne, z drugiej smutne, że przez kolejne 11 miesięcy niewielu śmiałków potrafiło rzucić mu rękawicą w twarz. Ale też powiedzmy sobie szczerze, Inarritu zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Obłędne zdjęcia, scenografia i praca kamer - techniczny majstersztyk. Fantastyczne odwzorowanie okrutnej natury i ludzkiej determinacji w walce o przetrwanie w nieludzkich warunkach.


Miejsce 1
Młodość - reż. Paolo Sorrentino, ITA, GBR, FRA

Polska premiera: 18.09.2015
Dystrybucja: Gutek Film
Moja ocena: 5

Dlaczego: Czy kogoś to w ogóle dziwi? Młodość to dla mnie kwintesencja kina jakie uwielbiam i za którym jak wariat ciągle się uganiam. Tajemnicze, magiczne, absorbujące intelektualnie i błyskotliwie przegadane. To w ogóle był rok Sorrentino, do którego mam słabość tak wielką, jak do dwóch obłych krągłości Salmy Hayek. Końcówka roku to także moja prywatna fascynacja jego autorskim serialem - Młodym Papieżem, który w tej konkurencji także nie miał sobie równych. Wielki reżyser, wizjoner, współczesny malarz i poeta kina.



That's all Folks. Więcej nagród nie przewiduję, wszak reszta budżetu poszła na dziewczynki i inne używki. Wiem, że moja aktywność na blogu już drugi rok z rzędu jest czysto iluzoryczna i tak jak nasze składki na emeryturę - ledwo namacalna. Nie mogę wam obiecać, że w nowym roku będzie lepiej, bo nie lubię kłamać i zapewne nie będzie, ale jeśli komuś jest mnie ciągle mało, to zawsze może zajrzeć na dzieło życia Zuckerberga, gdzie na co dzień i zupełnie za darmo robię z siebie idiotę.

Do siego roku, może w tym już nikt znany nie umrze.
Wujek Ekran.


niedziela, 13 listopada 2016

"Dobra zmiana" po amerykańsku

Przełęcz ocalonych
reż. Mel Gibson AUS, USA, 2016
131 min. Monolith Films
Polska premiera: 4.11.2016
Dramat, Wojenny, Biograficzny



Nie od dziś wiadomo, że w Hollywood - filmowym bastionie mocno lewicującego liberalizmu - istnieje "czarna lista konserwatywnych filmowców", której środowisko utrudnia pracę jak tylko się da. Listę "hańby" otwierają nazwiska dziarskiego i niepoprawnego politycznie dziadka Clinta Eastwooda, oraz chyba największego persona non grata w Hollywood - Mela Gibsona. Ten drugi popadł w niełaskę jakoś zaraz po premierze Pasji, gdzie został potępiony przez środowisko i oskarżony o antysemityzm, bigoterię i homofobię. Na Gibsonie postawiono krzyżyk, a ten potrzebował blisko dziesięciu lat, by wygramolić się z tego syfu i powrócić na fotel reżysera. Tak się szczęśliwie złożyło, że "coming back" Gibsona nastąpił przy okazji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, w których niespodziewanie wygrał republikanin Donald Trump. Na ekrany polskich kin wszedł więc bardzo mocny ze względów moralnych, religijnych oraz politycznych obraz obyczajowego konserwatysty - Przełęcz ocalonych. Czy amerykańska "dobra zmiana" przyniesie jakże potrzebną ideologiczną odwilż w Fabryce snów? Cóż, oby. Silne skrzydło konserwatystów w Hollywood, które w latach 60-tych straciło na znaczeniu jest światu bardzo potrzebne, wszak w kinie, tak jak i w przyrodzie, potrzebna jest równowaga.

Przełęcz ocalonych bazuje na niesamowitej historii kaprala Desmonda Dossa, który był pierwszym obdżektorem (osoba odmawiająca z powodów moralnych walki oraz noszenia broni) w Armii USA i który został odznaczony Orderem Honoru Kongresu za swoją heroiczną i bohaterską postawę sanitariusza podczas krwawej bitwy o Okinawę w 1945 roku. Typowy samograj. Historia tak bardzo szalona i niedorzeczna, że aż piękna, silnie patetyczna i wręcz romantyczna. Aż dziw, że nikt dotąd w Hollywood po nią nie sięgnął. Ale też ze względu na wielką religijność głównego bohatera, oraz niechęć do obrazowania tego typu historii przez Hollywood, w sumie aż tak bardzo nie dziwi.

Angielski pisarz - Gilbert Chesterton - powiedział niegdyś, że "Moralne problemy są zawsze straszliwie skomplikowane dla kogoś bez zasad". Odnoszę wrażenie, acz nie mam ku temu żadnych dowodów, że Mel Gibson sięgając po historię Desmonda Dossa chciał światu udowodnić, że pewna bliska mu wizja świata, zupełnie dziś niepopularna i zwalczana przez wojujące z nią postępowe i lewicowe środowiska, potrafi być równie piękna, sprawiedliwa, nowoczesna i uczciwa. To może i duże nadużycie z mojej strony, ale pal licho, mam prawo, zwłaszcza po dwóch drinkach - dla mnie młody kapral Doss, który wiernie chroni swoich zasad moralnych oraz zasad wychowania według doktryny Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego (to taka chrześcijańska odnoga protestancka opierająca się tylko na Piśmie Świętym), jest pewnego rodzaju symbolem, a nawet alter ego Mela Gibsona, który celowo użył go do uderzenia w swoich ideologicznych wrogów.


Oczywiście w tym filmie chodzi głównie o opowiedzenie wspaniałej historii wielkiego-małego człowieka, o pochylenie głowy przed bohaterem wojennym, który zawsze był bardzo skromnym, religijnym i dobrodusznym człowiekiem. Amerykanie jak nikt inny na tym padole potrafią czcić i wielbić swoich bohaterów w mundurach. Szacunek jakim obdarza się weteranów w tym kraju jest godny pozazdroszczenia. To nieodłączny element ich tradycji, która na szczęście jeszcze nie wymarła. Od najmłodszych lat uczy się dzieciaków w ich szkołach szacunku do flagi państwowej, szacunku do hymnu, historii i munduru. Może nie we wszystkich stanach tak samo, a patrząc na to jak Amerykanie (wyznawcy Clinton, ci wykształceni i z wielkich ośrodków) depczą w proteście przeciw Trumpowi flagi narodowe, a nawet na nie srają (publicznie!), to czasem można odnieść wrażenie, że nauka idzie w las. Nie zmienia to postaci rzeczy, że poddając się wygodnej generalizacji, Ameryka czci swoich bohaterów bardzo, bo w istocie - bardzo ich na co dzień potrzebuje. Dzieciaki mają więc swoich bohaterów komiksowych, młodzież wielkich muzyków i aktorów, dorośli i starsi - polityków, żołnierzy i weteranów. Ameryka zbudowana jest rękoma bohaterów i wielkich ludzi, w końcu też, Ameryka potrafi się o nich zatroszczyć.

Przełęcz ocalonych utkana jest z bardzo charakterystycznych i dobrze nam wszystkim znanych nici, z których powstały takie historyczne obrazy jak Pearl Harbor, Szeregowiec Ryan, czy Listy z Iwo Jimy. Gibson poświęcił wpierw trochę czasu na przedstawienie nam głównych postaci, na okrzepnięcie i zaprzyjaźnienie się z nimi, głównie rzecz jasna z pogodnym i prostolinijnym Dossem. Dla uwiarygodnienia postaci wplątał w to wszystko wątek miłosny, po czym brutalnie przeniósł nas na linię frontu, gdzie sielankowy dotąd obraz świata nagle dostał się pod zmasowaną linię ognia. Liczba trupów, rozerwanych kończyn i wylewających się z rozszarpanych przez kule ciał wnętrzności czasem mogą co wrażliwsze osoby zniesmaczyć, ale to jest wojna w szczytowym swoim barbarzyńskim wydaniu, a nie elegancja Francja. Na polu bitwy, zwłaszcza podczas walki z honorowym i niezwykle walecznym narodem jakim są Japończycy, nie ma mowy o półśrodkach, o udawaniu i grze na czas. W tak trudnych warunkach potrafią przetrwać tylko najsilniejsi, lub ci, którzy mają najwięcej szczęścia. Desmond Doss, mimo, iż zamiast karabinu dźwigał na plecach apteczkę z pierwszą pomocą i kulom się nie kłaniał - miał jedno i drugie. A może to była boża opatrzność? Jedno jest pewne. Kapral Doss był wspaniałym żołnierzem i człowiekiem, który robił to w co wierzył. Niby prosta recepta na życie, a jakże dziś zapomniana i rzadko praktykowana przez jego współczesnych rówieśników.


Mel Gibson stworzył nienachalny obraz, dobrze wyważony, bez przesadnego stygmatyzowania wiary i aspektów moralnych, z których mimo to utkano bardzo chwalebny obraz mogący służyć milionom ludzi za drogowskaz, jakże potrzebny w dzisiejszych bezdusznych czasach zawłaszczonych przez brak jakichkolwiek zasad. Do tego odrobina amerykańskiego patosu, lecz bez ekstremalnych przegięć, świetne batalistyczne sceny walki i ta nieodłączna w tej historii gęsia skórka, która pojawia się w wielu momentach i ma czelność chwycić jeszcze za serce, prowokując przy tym łzy do wypłynięcia ze swego źródełka. Bardzo dobre emocjonalnie dzieło, które wbija w fotel. Takiej lekcji historii powinno dawać na całym świecie, również u nas. Bardzo mi brakuje takiego podejścia do odwzorowywania nad Wisłą obrazów historycznych. Mamy przecież mnóstwo wspaniałych scenariuszy z życia wziętych na poziomie tego z Desmondem Dossem. Na szczęście Przełęcz ocalonych jest bardzo uniwersalną historią, która swoim przekazem potrafi przekroczyć wszystkie geograficzne granice, by nieść piękno i prawdę.

Wielki film, jednocześnie wojenny i antywojenny, czego dotąd chyba nie byliśmy świadkami, a przynajmniej nie w takiej skali. Bardzo mnie oczarował. Najlepszy w tej kategorii od lat. A jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Gibson nie opowiedział w tym filmie wszystkiego co rzeczywiście miało miejsce, bo jak sam uznał, ludzie by w to po prostu nie uwierzyli, to przed oczami rysuje nam się obraz człowieka giganta, nie pasującego do dzisiejszych realiów (tamtych zresztą również), który z uśmiechem na twarzy i z tą jego naturalną życzliwością pokazuje współczesnemu porządkowi świata środkowy palec. Bardzo krzepiące i pouczające kino. Co ciekawe, wielką siłę bijącą z kaprala Dossa mogą czerpać nie tylko polityczne i moralne konserwy (acz oni przede wszystkim), ale też wszelkie inne frakcje i ideologie od prawa do lewa, co czyni z Przełęczy ocalonych film niezwykle uniwersalny i potrzebny. Wielkie pięć ode mnie. Dobra robota panie Gibson, mam nadzieję, że teraz, kiedy u najważniejszych sterów w państwie ponownie są republikanie, będziesz pan częściej krzyczał z tej strony kamery.






IMDb: 8,7
Filmweb: 8,5