wtorek, 14 lutego 2017

Tajemnica Brokeback Moonlight

Moonlight
reż. Barry Jenkins, USA, 2016
110 min. Solopan
Polska premiera: 17.02.2017
Dramat



W ubiegłym roku w szczycie sezonu oscarowego polityczna poprawność ustami czarnoskórych artystów, oburzonych feministek, lewicowych aktywistów oraz liberalnych mediów zarzucała Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej rasizm, bowiem wszystkie dwadzieścia oscarowych nominacji w kategoriach aktorskich przypadło aktorom o białym kolorze skóry. I to już drugi rok z rzędu. Wiadomo. Skandal, gradobicie i koklusz. Przewodnicząca Akademii Cheryl Boone Isaacs, żeby było śmieszniej - czarna jak noc - pod presją opinii publicznej i mediów przyznała rację krytykom i obiecała nawet rozszerzyć skład Akademii o osoby o odmiennym zróżnicowaniu rasowym, płciowym i etnicznym, wszak okazało się, że 93 procent jej członków jest białych, a 3/4 stanowią, o zgrozo - mężczyźni. A gdzie parytety? Gdzie równość rasowa i etniczna? Zagrzmiało pół wiecznie zdziwionego świata.

W tym roku można zatem było stawiać swoją chałupę, samochód, wszystkie oszczędności życia, a nawet własną matkę na to, że pojawią się nominacje dla czarn… znaczy się Afroamerykanów. Akademia, żeby mieć w tym roku święty spokój poszła nawet krok dalej. Co ja gadam, dwa kroki. Nie dość, że przyznała nominacje Denzelowi Washingtonowi (raz), Ruth Negga (dwa), Maheshali Ali'emu (trzy), Violi Davis (cztery), Naomie Harris (pięć) i Octavii Spencer (sześć... razy więcej niż w ubiegłym roku), to jeszcze dosypała do kupki trzy filmy z czarnoskórymi aktorami w rolach głównych: Fences, Hidden Figures i... Moonlight. Na wszelki wypadek, żeby nikt nie poczuł się urażony, Akademia postanowiła udobruchać także środowiska LGBT. A co tam, niech i oni mają swoje pięć minut rozkoszy. Wilk syty i Kansas City. Uff. No to teraz pozostają już tylko czerwone dywany, ścianki i drinki z palemką. Skandalu nie będzie. Acz ja nie byłbym tego taki pewien, wszak na liście nominowanych nadal nie widzę Eskimosów, Albinosów i tych no, Aborygenów. Pieprzeni rasiści.


Ale dziś będzie tylko o Moonlight. Podchodziłem do niego jak dziwka do konfesjonału. Pół internetu zachwycona, za oceanem ochy i achy, krytyka pieje i tylko patrzeć jak będzie znosiła złote jaja. Z drugiej strony wpisy typu: "pieprzony film o pedałach, nie oglądać!". Jako, że nie lubię jak ktoś mi mówi co mam myśleć, co oglądać, a czego broń Boże unikać, to Moonlight rzecz jasna sobie obejrzałem, ale na wszelki wypadek z tyłu głowy miałem zakodowane: "uwaga, strefa homo". Nie to, że jestem uprzedzony, chociaż nie, wróć. Pewnie, że jestem, niech mnie usłyszą. W kinie zniosę wszystko, poza jednym. Ok, dwoma. Śpiewaniem i tańczeniem, przez co nie oglądam np. musicali (sorry fani La La Land - recki nie będzie) i tych no, ckliwych historii o pederastach. Zwyczajnie nie lubię jak chłop z chłopem... no wiecie. Klapki na oczach, beznadziejny ze mnie przypadek i do piachu. Ale też w myśl głoszonej przez pół świata tolerancji mam do tego pieprzone prawo i tej wersji będę się trzymał.

Moonlight. Ciężki orzech do zgryzienia. Sześć razy zmieniałem ocenę na Filmwebie. Najpierw, że średni, potem, że niezły, no ale jakże tak niezły, skoro jednak średni? I znów powrót na stronę. Do końca pisania tej zapewne nieco homofobicznej recki będę się zastanawiał jak mam ocenić ów dzieło. Najchętniej bym tego nie czynił w ogóle. To u mnie rzadki przypadek, zatem jednak istnieje coś, co Moonlight wyróżnia. To przed czym zamierzam film trochę obronić przed hejtem, to na pewno fakt, że jest wizualnie piękny. Autentyczne, wyraziste kolory, wysmakowane kadry, kapitalna praca kamer, mocowanie obiektywów a to na drzwiach samochodu, a to lokowanie ich symetrycznie za leniwie snującymi się ulicami bohaterami. Wyborne, serio, lubię to i szanuję bardzo. Gra aktorów? Też na plus. Jest autentycznie i przekonująco. Typowe siarczyste i czarne, nawet lekko kino gangsta. Pełno afro stereotypów - przemoc, narkotyki, uliczna patologia, złodziejstwo i to co lubię najbardziej - wyzywanie się nawzajem od czarnuchów. Gdyby nie to, że film nakręcił czarnoskóry Barry Jenkins, to znów byłby lament, że to obraza uczuć tych, którzy dali się złapać w siatkę białym w Afryce, a tak to pewnie nawet Spike Lee da lajka na Facebooku.


Klimat jakiś więc jest, relacje pomiędzy małym Chironem, nastoletnim Chironem i dorosłym Chironem, a jego matką są świetnie zobrazowane i kryją w sobie wiele emocji oraz kunsztu aktorskiego. Powiedziałbym wręcz, że relacje te są nawet lekko niedoszacowane. Osobiście uważam, że zamiast wątku homo Jenkins powinien bardziej skupić się właśnie na nich, acz wiadomo, że wtedy nie byłoby Moonlight tu gdzie jest, czyli z ośmioma nominacjami do Oscara. I teraz płynnie przechodzimy do tego co mi się w tym filmie nie podoba, acz nie odkryję Ameryki, bo już zdążyłem wam zdradzić miedzy wierszami, że mam klapki na oczach. Otóż, ja zasadniczo nie lubię takich ckliwych historyjek o tym jak to jeden chłopiec ma ochotę na drugiego chłopca, ale w zasadzie to nie wie jak zagadać. Żeby uwypuklić jego wielki dramat Jenkins ulokował wrażliwego chłopca zamkniętego w jakimś dziwnym ciele w amerykańskich slumsach Miami, gdzie rządzi przemoc i prawo ulicy. A tam jak powszechnie wiadomo, nie tak łatwo jest być ujawnionym gejem. Nieujawnionym zresztą również. Tak już jest skonstruowany ten świat, stety, czy niestety, kolejny film o tym niczego nie zmieni. Swego czasu te same ścieżki przecierał Brokeback Mountain i też było wiele hałasu o nic. Moonlight staje się więc kolejnym współczesnym manifestem w obronie uciśnionych i prześladowanych mniejszości seksualnych, oraz głosi te same motywujące teksty pisane helveticą na tle ładnych zdjęć: "bądź odważny, sam decyduj o tym kim chcesz być, rób co czujesz, bądź odważny....", acz na jego szczęście autorzy nie przesadzają i nie przekraczają jakichś trudno akceptowalnych norm przez, nazwijmy to ludzi normalnych (ledwie jedna scena lekkiego niesmaku), co w moich oczach go finalnie ratuje i daje nadzieję na ogólną przyzwoitość, acz Moonlight niesmak jakiś po sobie na pewno we mnie pozostawił.

I tu dochodzimy do ostatniego akapitu w którym będę musiał w końcu jakoś finalnie ocenić dzieło Jenkinsa. Postaram się zrobić to uczciwie, na tyle na ile potrafię, na ile jest we mnie uprzedzonego homofobicznego ciemnogrodczanina, oraz człowieka otwartego na sztukę, artyzm i drugiego bliźniego. Moonlight nie jest filmem wybitnym, to jest pewne jak techno w Trendzie i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Oczywiście środowiska LGBT i ci od walki z rasizmem, szowinizmem, czy tam inni przeciwnicy zabijania wigilijnych karpi będą wynosić film na ołtarze, co zresztą już się dzieje, ale ciach scyzorykiem wszystkie te ideologiczne ekstrema. Nie tylko lewe, ale bliższe mi prawe również. Zostaje więc do zagospodarowania umiarkowane i wyważone centrum. A dla niego film powinien być co najwyżej poprawny, nieco nudnawy, acz ładny dla oka i tyle. Zatem trzy i pół cycka ode mnie. Głównie za klimat, za zdjęcia i realizację, do czego przyznaję, mam słabość. Reszta jest milczeniem owiec.






IMDb: 8,0
Filmweb 7,0

niedziela, 12 lutego 2017

Chłopaki nie płaczą

Manchester by the Sea
reż. Kenneth Lonergan, USA, 2016
136 min. United International Pictures
Polska premiera: 20.01.2017
Dramat



Powiem wprost. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem okazję zderzyć się z tak perfekcyjnie skonstruowanym filmem, który mknie po dramatycznie wąskiej i krętej szosie z gracją rollercoastera, tudzież kierowcy BOR. To jedno z najprzyjemniejszych dwóch godzin jakie spędziłem w kinie od... nie wiem, paru ładnych miesięcy i to pomimo brutalnego ataku śmierdzącego popcornu z dwóch stron mojej aktualnej bytności. Spodziewałem się tego w pełni, ale i tak odczucie satysfakcji z powodu dobrze spędzonego czasu rozkosznie łechtało mnie w podniebienie. Czułem się jak ośmioletni Brajan po wysłuchaniu skierowanych pod jego adresem tuzina komplementów ze strony soboru nauczycielstwa polskiego wraz z rodziną po wzorowym wyrecytowaniu inwokacji na akademii szkolnej. Dumny i czerwony jak paw. Próbując się tuż po seansie przecisnąć przez tą fitloszkę po mej lewicy, która w trakcie seansu wchłonęła ze dwa wiaderka popcornu (część wysypując na mnie), byłem mimo tego incydentu ukontentowany i absolutnie przekonany, że właśnie na takie filmy warto chodzić do kina. Manchester by the Sea to sól naszego kinematograficznego pierdolca. Bezustannie uganiamy się za takimi sztukami i za każdym razem cieszymy tak jak małe dzieci na widok wigilijnej gwiazdki, kiedy uda nam się raz na pewien czas złapać taki okaz we własne ręce. Tak, kino jest jak jeden wielki plac zabaw. Czasem ulepisz w piaskownicy fajną babkę z piasku, a czasem spierdolisz się ze zjeżdżalni rozcinając sobie łeb, ale za dzieciaka i tak dobrze wiesz, że jutro przyjdziesz tu po raz kolejny z taką samą radością jak dziś.

Dzieło Lonergana bez wątpienia jest właśnie taką pełnoziarnistą babką z piasku, ba, nawet więcej - jest kołyszącą się Salmą Hayek z dyndającym na szyi wężem. Już od pierwszej minuty filmu czułem, że zaprzyjaźnię się z miasteczkiem Manchester by the Sea w stanie Massachusetts. Dziwnym nie jest, bardzo ładna okolica i przyjemne miejsce do zamieszkania. Polubiłem nawet pracę ciecia w Bostonie i tych wszystkich drugo oraz trzecioplanowych bohaterów z których utkana jest cała taśma filmowa. Wszystko jest tu idealnie wyważone, smakowicie wyselekcjonowane, oraz z zegarmistrzowską precyzją połączone jak tryb z trybikiem w jedną perfekcyjną mechaniczną całość, która pod batutą nieśpiesznie poruszającego się sekundnika mknie przed siebie dążąc do zdefiniowania na nowo istotę męczeństwa i odkupienia grzechów. Droga do celu wiedzie przez lasy, miasta i jeziora, kręte leśne drogi i asfaltowe miejskie arterie. Podąża także przez doliny smutku, bólu i cierpienia, ale też przez wyżyny radości, szczyty uśmiechu i wierzchołki miłości - przez składowe naszej ziemskiej egzystencji, która lubi wziąć czasem do buzi, raz possać, innym razem przerzuć i wypluć z niesmakiem do rynsztoka.


Lee Chandler (ponoć ten najzdolniejszy z braci Affleck) jest pewnego rodzaju alegorią żywota naszego (Je ZUS). Przynajmniej ja sam potrafiłem dostrzec w nim samego siebie i tak zwyczajnie się z nim zakumplować. Co prawda nie dźwigam w sobie takiej traumy jak on, ale tych kilka pomniejszych już tak i myślę, że jest nas wielu. Jego życie to wypisz wymaluj świetne zilustrowanie naszego, acz bardziej męskiego jestestwa. Czasem słońce, czasem deszcz w jednej pieprzonej niebieskiej pigułce, którą łykasz bo tak ci przepisał lekarz. Cierpienie, ból i przejmująca gorycz przerywana jest okresami szczęścia, radości oraz iluzorycznego odczucia spełnienia. I tak do zajebania. Bez lukru, pudru i powideł. Zupełnie jak jazda górską kolejką. Raz jesteś na górze, raz na dole, raz ktoś na ciebie puści pawia, a i tak po wszystkim z chiquitą na twarzy lecisz przejechać się nią ponownie. Lee przez cały film dźwiga na plecach z początku trudny do określenia wielki ciężar, z czasem jednak zdradza nam zawartość swojego plecaka i co chwila wyciąga z niego jakiś kamień, ale waga wcale się przez to nie zmniejsza. Lubię tak stawianie sprawy. Jest uczciwie. Tylko gangi psychologów, nastoletnie lifestyle'owe blogerki, celebryci z Koziej Wólki i trenerzy personalni od rozwoju osobistego twierdzą, że możemy sięgnąć gwiazd, że to proste tak jak kupno Big Maca w McD, wystarczy tylko chcieć, a najlepiej to kupić ich książkę, tam przecież wszystko jest napisane. Nie kurwa, otóż czasem to nie wystarczy. Nie wszędzie jest McDonald. Życie lubi pluć w nas gęstą flegmą i lepiej jest się nauczyć w niej pływać, niż udawać, że to tylko lekki opad deszczu.

W tej opowieści o ludzkich szczęściach i nieszczęściach najpiękniejsze są detale. Naturalność, autentyczność i szczerość. Nie ma udawania, jest życie. W jednej scenie ubaw po pachy, by w kolejnej nadziać się na śmierć, bolesną utratę bliskich i przeszywający wszystkich smutek. Momentami łzy same proszą się o gwałtowną erupcję, a po chwili przed nieszczelnością powstrzymuje je kąśliwy czarny humor pukający do nas już z zupełnie innej perspektywy. Wprost niebywały jest sposób połączenia tych wszystkich, jakże różnorodnych stanów emocjonalnych w jeden świetnie zgrany se sobą wspólny mianownik. Lonergan, który dotąd nie nakręcił niczego wielkiego zupełnie jakby po długich miesiącach spędzonych w piwnicy na robieniu pompek, skłonów i przysiadów wyszedł raptem na ring i dwoma ciosami powalił obrońcę mistrzowskiego pasa wagi ciężkiej. Sensacja. Nie mogą zatem dziwić głosy zachwytu płynące z całego świata oraz sześć nominacji do Oscara. To bez wątpienia jest wielkie, acz przy tym bardzo małe kino, które zostało podporządkowane wzruszającej historii, emocjom i wybitnym kreacjom aktorskim. Bazuje na tym, co najważniejsze w kinie, ale przede wszystkim szanuje widza. Nie traktuje go jak łatwej zwierzyny do upolowania, lecz pragnie wejść z nim w interakcje. Tak jak najlepszy kumpel zaprasza nas aby z nim usiąść i porozmawiać, napić się i zjeść, trochę pośmiać i wspólnie popłakać. O taką przyjaźń trzeba dbać i ją szanować.


Nie umiem pisać wiele o filmach do bólu perfekcyjnych, do których nie potrafię się przyczepić. Do czegokolwiek. To rzecz jasna nie jest arcydzieło w skali globalnej, nie jestem w stanie przydzielić mu najwyższej noty, bowiem Manchester by the Sea nie ma w sobie jakiegoś pierwiastka z arcydzieła, które mógłbym zapamiętać na lata, ale to zupełnie bez znaczenia, to nawet nie jest jego cel. Lonergan i spółka stworzyli obraz do bólu prawdziwy, niezwykle sentymentalny i na swój sposób bardzo osobisty, chropowaty i męski, który stanowi idealne antidotum na ludzką nieczułość, obojętność i pogardę. Ta słodko-gorzka opowieść jest tak po prawdzie o nas samych, o znaczeniu i sile rodzinnych więzi, braterstwie i męskiej szorstkiej miłości, także o podstawowych i bardzo prostych relacjach międzyludzkich, o tym, jak bardzo siebie nawzajem w życiu potrzebujemy. A jeśli ktoś dźwiga na swoich barkach własny krzyż i prywatne cierpienie, to postać Lee jest naszym zwierciadłem, w którym to warto się przejrzeć. Nie wiem co konkretnie zobaczycie w jego odbiciu wy, ale ja ujrzałem kilka niekoniecznie miłych rzeczy, ale nie szkodzi. Ten film nie jest tylko po to, żeby było miło i sympatycznie, ma też trochę zaboleć. Inaczej byłoby nieprawdziwie.

Na wysoką notę filmu oczywiście bardzo duży wpływ mają także kreacje aktorskie. Casey Affleck niczym współczesny Syzyf, postać tragiczna. Cierpi za swoje grzechy i tęskni za utraconym życiem, ale mimo to wtacza swój kamień na szczyt dalej i czyni to z wielką godnością. Rola wybitna i szalenie autentyczna. Michelle Williams choćby tylko dla jednej sceny warto zobaczyć, a młody Lucas Hedges, cóż... szanuję i to nie tylko za kręcenie z dwoma laskami naraz. Manchester by the Sea to najprawdopodobniej jeden z najlepszych filmów roku, to także jeden z nielicznych melodramatów, który pokochają również mężczyźni, a to głównie dlatego, że to film o nas i dla nas - facetów właśnie. Przejmujący i niezwykle celny przegląd naszych przekleństw, marzeń i lęków. Lonergan woła nim do nas: "Panowie, nie mazgajcie się. Chłopaki nie płaczą!" I za to należy się autorowi żółwik.






IMDb: 8,1
Filmweb: 8,1

niedziela, 22 stycznia 2017

Krzyczę, więc cierpię

Las, 4 rano
reż. Jan Jakub Kolski, POL, 2016
97 min. Wrocławska Fundacja Filmowa
Polska premiera: 20.01.2017
Dramat



Jan Jakub Kolski, nasz czołowy reprezentant swojskiego realizmu magicznego, z którym to lubię maszerować w ciemno przed siebie i szurać bosymi stopami po krętych ścieżkach z pogranicza baśni i realnego życia - gdyż zwyczajnie lubię jego towarzystwo - tym razem postanowił upchać w ekranowe ramy jedną z najbardziej pożądanych przez miliony ludzi myśl współczesną, szalenie martyrologiczną, stolicę wszystkich ludzkich pragnień, będącą jednocześnie naszym prywatnym requiem dla bolesnej epopei, która sprowadza się do jakże wymownego i szalenie prostego stwierdzenia: "A może rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady?"

To także i moje osobiste pragnienie. Każdego dnia pałęta się ono gdzieś niczym bękart w mej zbłąkanej duszy, o dziwo głównie w weekendy, bo w tygodniu zupełnie nie mam czasu myśleć o swoim przekleństwie. Bieszczady są tu rzecz jasna tylko symbolem, jedynie umownym lokowaniem produktu, który stanowi wynik dodawania wszystkich naszych marzeń i pragnień. Dla jednych Bieszczady to sklep monopolowy w zasięgu wzroku i otwarty 24 godziny na dobę, dla innych dziesięć metrów kwadratowych prywatnej plaży wytyczonej czterema parawanami z Lidla, a dla mnie na ten przykład Bieszczady to święty spokój od ludzi. Wszystkich. I jeszcze może brak zasięgu GSM, Wi-Fi oraz o co dziś najtrudniej, brak łączności z głupotą ludzką.

Dla Forsta, bohatera Lasu, 4 rano Bieszczady to kawałek lasu lokowanego gdzieś przy ruchliwej trasie podmiejskiej, pomiędzy śmietnikiem, torami kolejowymi i dziwkami puszczającymi się na tylnym siedzeniu byle oblechom za kawałek swojej godności. W roli głównej Krzysztof Majchrzak, nieco zapomniany już (a szkoda) polski bad boy z parszywą gębą łotra i urodzonego szemranego schwarzcharakteru - reprezentant męskości odchodzącej już powoli wraz z Bogusiem Lindą i Herveyem Keitelem do lamusa, męskości cholernie mi bliskiej, szorstkiej i szczerej, bez pudrowania nosków i przepraszania za Jedwabne. Już za sam taki wstępniak gotów byłem dać się pokroić. Kolski, Majchrzak i Bieszczady. I to wszystko w cenie jednego biletu do kina. Aż się za mną kurzyło gdy biegłem w piątek do swoich małych prywatnych Bieszczad, znaczy się kina.


Niestety w samym kinie było już trochę gorzej. Z ekranu wołał do mnie jak zwykle u Kolskiego piękny obraz, ale tym razem jakby maszerujący przed siebie w pojedynkę i zupełnie osamotniony, bez towarzystwa swych nieodłącznych dotąd kompanów - myśli i mądrości. Mam więc z tym mały problem. Nie, nawet nie mały. Nie będę wam tu pieprzył bzdur do poduszki. Całkiem duży problem, tak jak ego polskich szafiarek. Forsta poznajemy już w pierwszych minutach filmu, będącego pewnego rodzaju zajebistym intro do reszty średniego albumu. Stoi na szczycie drabinki społecznej i zawodowej spod znaku "Mordoru na Domaniewskiej". Dyrektor? Prezes? CEO? Korporacyjny szef wszystkich szefów, który ostro jebie swoich podwładnych niczym biały pan i władca swoich murzynów na plantacji bawełny - "Przez bite jebane osiem godzin każdego dnia należycie tylko do mnie!" - Ma wszystko. Pieniądze, fejm, motor i żółtego Mustanga. Posuwa swoją sekretarkę w prackowym kiblu jak i każdą inną chętną młodą siksę, która chciałaby się ogrzać w blasku jego kariery, a przy tym wciągnąć koks z jego penisa. Forst jest królem życia, tego plugawego, brudnego, zakłamanego i okrutnie niesprawiedliwego, ale jednak zawsze królem.

Król ten jest jednak nieco nagi. Po pierwszych niezłych sekwencjach filmu, ni stąd ni zowąd i po ujrzeniu swojego odbicia w kubku z kawą Forst nagle budzi się w środku lasu, w norze zasypany liśćmi. Już nie jest Królem Mordoru, stał się królem lasu, Tarzanem na miarę swoich możliwości, bezdomnym dzikusem mieszkającym w leśnej lepiance i polującym na króliki. Ekstremalna przemiana trudna do zrozumienia, bowiem strasznie niewyraźnie rozrysowana, by nie powiedzieć wprost, że w ogóle. Przez cały czas próbowałem rozgryźć Forsta, zadawałem mu w duchu pytanie kim ty kurwa jesteś człowieku i o co ci chodzi? Co gorsze, odnoszę wrażenie, że sam Kolski pytał go ciągle o to samo. Bez skutku. W zamian ciągle dostawaliśmy zagmatwaną odpowiedź zbudowaną z niewyobrażalnego wręcz krzyku, bólu i cierpienia. Kolski ratując tą nieco kłopotliwą sytuację z czasem podawał widzowi na tacy garść wskazówek, starał się podpowiadać czemu Forst nagle postanowił zaszyć się w dziczy. Pytały go o to także poznane przez niego inne bohaterki tej opowieści, kobiety, co nie jest przypadkiem - przydrożna prostytutka Nata (kapitalna Olga Bołądź) oraz czternastoletnia Jadzia (uroczo przeklinająca Maria Blandzi). Kolski wplątał w to wszystko także Księgę Hioba, z której wyciął kilka cytatów i podzielił nimi film na kilka części. Niestety pytań nadal pojawiało się zewsząd mnóstwo, więc rozrywającego klatkę piersiową wewnętrznego bólu Forsta ciągle nie potrafiłem rozgryźć.


Jesteśmy zatem świadkami teatru jednego aktora, który podporządkował sobie całe towarzystwo, łącznie z samym reżyserem oraz z siedzącymi po drugiej stronie ekranu osłupiałymi widzami. To zaiste, gra aktorska godna największych mistrzów kina i teatru, wielka uczta dla widza, przyznaję, w charyzmatycznym Majchrzaku można się zatracić. To jeden z typów ludzi, z którym bez wahania poszedłbym na wódkę, by po wypitym wspólnie litrze opowiedzieć mu całą historię swojego życia. Być może nawet jesteśmy świadkami jednej z jego największych ról, hucznego ukoronowania całej jego wspaniałej, acz chyba jednak nie w pełni wykorzystanej kariery. Tak, to całkiem możliwe. Majchrzak wrócił na wielki ekran po raz pierwszy od roku 2006 i epizodzie w Inland Empire u Lyncha, zrobił to w wielkim stylu, niezwykle go za to szanuję, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że Kolski pozwolił mu nieco na zbyt wiele. Na jego prośbę kilkanaście razy zmieniano scenariusz w trakcie zdjęć, przez co wydaje mi się, że to co chciał nam Kolski finalnie przekazać zostało trochę przez Majchrzaka zawłaszczone. Las, 4 rano jest filmem niezwykle osobistym, dedykowanym zmarłej przed dwoma laty córce reżysera. I faktycznie, po dodaniu do siebie wszystkich poszlak możemy odnaleźć pewne logiczne części tej trochę chaotycznej układanki. To opowieść o wielkim ludzkim dramacie i próbie pogodzenia się z czymś przez nas nieakceptowalnym. Ociera się o odczucie samotności i wyobcowania, jest pełen bólu i cierpienia. Wszystko to, co zapewne tli się w piersi reżysera ma symbolizować krzyk Forsta. Niestety jest on trochę niewyraźny.

Krzyk ten w ostateczności do niczego mnie nie zaprowadza, a szkoda, bowiem potencjał w tej historii drzemie ogromny. Podświadomie czułem tu ducha Siekierezady i naiwnie doszukiwałem się poetyckiej wrażliwości spod znaku Stachury, czy Stasiuka. Nie wiem czemu, tak mi to pasowało do obrazu, po prostu. Zabrakło jednak treści, trudno. Na szczęście jest tu także wiele innych pięknych i przykuwających moje poczucie estetyki w kinie niuansów. Poza wspomnianymi pięknymi zdjęciami są tu także charakterystyczne dla kina Kolskiego dopełniacze. Zwierzęta, obrazy natury, szczypta humoru i odrobina tego niedefiniowalnego realizmu magicznego, którego tym razem jest tu jednak najmniej. Las, 4 rano to film niezwykle surowy i minimalistyczny, ogołocony z treści, jakby stworzony tylko dla krzyku Majchrzaka, dzięki któremu Kolski mógł wyrzucić drzemiący w nim osobisty ból i wkurw do całego otaczającego go świata. Krzyk Forsta jest więc krzykiem rozpaczy wołającym o pomoc w głuszy, ale jednocześnie odtrąca on nim od siebie wszystkich pozostałych mu bliskich, którzy go jednak akceptowali i chcieli jakkolwiek pomóc. Krzyk, który skazuje go na wieczną samotność i potępienie. Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło? Może Kolski po prostu chciał to wszystko z siebie wyrzucić i oczyścić się z cierpienia? Terapia kinem? Jeśli skuteczna, to dlaczego nie. Ja jednak Panie Kolski proszę, weź się Pan w garść. Czekam na kolejny film.






IMDb: 5,8
Filmweb: 6,0