piątek, 8 września 2017

Kawał (ze) sztuki

The Square
reż. Ruben Östlund, SWE, DEN, FRA, GER, 2017
144 min. Gutek Film
Polska premiera: 15.09.2017
Dramat, Komedia



Gdy przeczytałem po raz pierwszy, że Östlund, Szwed w sensie, całkiem dobrze mi znany i lubiany, ale jednak nadal Szwed, nakręcił film, który błyskotliwie szydzi z poprawności politycznej i modelu państwa opiekuńczego, a przy zupełnej okazji uderza w środowisko artystycznej bohemy oraz świat sztuki i celebrytów, to przez moment pomyślałem, że to news zupełnie podobny do tego dowcipu o Radiu Erewań: „Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: Tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną”. A kiedy nagle ten film zdobył Złotą Palmę w Cannes, to uznałem, że świat właśnie stanął na łbie i zatańczył sobie brejka. No bo jakże to tak? Owoc zrodzony na szwedzkiej ziemi - światowej stolicy terroru politycznej poprawności i to Cannes we Francji, tej Francji - światowej stolicy multi-kulti, w której już prawie nie ma francuskiej kultury, żadnej historii i żadnej tradycji, jest tylko pusta przestrzeń, w której ochoczo urządza się wielokulturowa różnorodność pod szyldami tej dziwki tolerancji. Nie – pomyślałem. Nie zasnę dopóki tego nie zobaczę. Coś mnie tu nie pasuje i śmierdzi na kilometr.

No więc poszedłem i zobaczyłem. Musiałem osobiście przekonać się o co tyle chaosu. I tak. Chaos owszem, jest, całkiem epicki i niebanalny. Wytrawnie zagrany i zaprezentowany pod batutą oraz według akompaniamentu typowego skandynawskiego czarnego humoru. Przez pierwszą połowę filmu uważałem nawet, że pędzę tym Pendolino po zajebiście równych szynach i w zdecydowanie dobrym kierunku, ale w drugiej części trasy Östlund jakby się nieco pogubił, spłaszczył temat i niemalże wykoleił pociąg, przez co zostałem na końcu trasy jak ten głupi chuj po środku niczego, zupełnie jak na peronie w Kutnie. Oczywiście z tej wielkiej chmury, która miała uderzyć w środowisko artystyczne, świat sztuki i politpoprawność wyszedł w zasadzie niewielki i stosunkowo niegroźny cumulonimbus, niemniej trochę z niego popadało. Zawsze coś. Rolnicy się ucieszą.

Wygląda więc na to, że tradycyjnie już punkt widzenia zależy od punktu zasiedzenia. To, co dla liberalnych i lewicowych środowisk zindoktrynowanych przez polityczną poprawność jest sufitem, dla mnie, mentalnego i kulturowego konserwy jest podłogą. Szoku poznawczego więc nie ma i w kraju nad Wisłą być nie może, ale też nie będę wam kłamał i mydlił oczu, trochę mnie ten Östlund jednak połechtał po podniebieniu, trochę też zaimponował. Nie po raz pierwszy zresztą. Jednak nie tacy durni ci Szwedzi jak samych siebie malują.


The Square szalenie celne zestawia ze sobą dwa jakże różne światy, które na co dzień żyją we własnych gettach, w opozycji do siebie i wszystkich innych od nich samych. I to bez względu na szerokość geograficzną. Szwecja, Polska, Madagaskar, Republika Vanuatu. Wszędzie jest tak samo. Świat bogaczy, ludzi biznesu, kultury, wyższej, niższej, i najniższej oraz... tak tak, dziennikarzy, kontra świat biedoty, plebsu, bezdomnych, emerytów i rencistów. Tu nigdy nie było, nie ma i nie będzie wspólnego mianownika. Zwłaszcza dziś. W czasach moralnego zezwierzęcenia i kultu gadżetu. Reżyser bardzo umiejętnie rozrysował granicę pomiędzy tymi dwoma płaszczyznami i trafnie punktuje ich przedstawicieli oraz ich słabości. Wielkości zresztą również.

Świat pierwszy, ten niby lepszy i lepiej sytuowany reprezentuje głównie Christian (Claes Bang), kurator prestiżowego muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie. Wiedzie on dostatnie i wygodne życie, wiadomo, jest z zawodu Dyrektorem. Jeździ Teslą sprawiedliwości, piastuje prestiżowe, publiczne stanowisko, nosi eleganckie garnitury i ma dwójkę dzieci z nieudanego małżeństwa. Słowem... typowy przedstawiciel klasy wyższej i pseudointeligenckiej. Na tle swoich współtowarzyszy w emocjonalnej niedoli przedstawiony jest nam świat, w którym na co dzień egzystują. Widzimy więc światłe ekspozycje w muzeum, pseudoartystyczne performance'y, przeintelektualizowane bełkoty, a także pijackie imprezy i ekscentryczne bale. Snobizm, pretensjonalizm, nihilizm.

Świat biedoty, ten jakby trochę nasz, swojski, bardziej szarobury, z dziwnych oraz nieznanych mi powodów będący w opozycji do luksusu, reprezentują może nie tyle ludzie, acz ich też tu przecież widzimy, co bardziej sceny dnia codziennego w których co i rusz te dwa światy się o siebie ocierają. A to na na ten przykład na ulicy, a to w centrum handlowym, albo gdzieś pod blokiem w dzielnicy nietolerancyjnych i ksenofobicznych nosaczy. Każde takie zderzenie się ze sobą tych światów stanowi najmocniejszą i zarazem najlepszą stronę filmu. Przedstawione są one trochę jak osobne skecze i zabawne scenki sytuacyjne. W dodatku okraszone są boskim sarkazmem i eleganckim humorem z pod, tej wiecie, ciemniejszej gwiazdy. Wybornie to się ogląda, ale niestety z czasem moce te jakby tracą na sile.


Östlund prezentuje nam tytułowy kwadrat i przedstawia go w formie instalacji artystycznej jaka ma za zadanie zobrazować dość karkołomną i nieco naiwną tezę, która głosi, ze w jego obrębie wszyscy jesteśmy tacy sami, mamy takie same prawa do życia i powinniśmy patrzeć na siebie w ten sam sposób, oraz rzecz jasna powinniśmy sobie pomagać. Równość, wolność, tolerancja i tego typu bzdury. Sęk w tym, że wszyscy o nim w filmie mówią, ale nikt nie wie czym ten kwadrat naprawdę jest. To trochę jak z tym naszym misiem na skalę naszych możliwości. Oni tym misiem, tfu, kwadratem otwierają oczy niedowiarkom. Mówią, to jest nasz kwadrat, przez nas zrobiony... i tak dalej. Kumacie. Do tego kwadratu nikt nie chce wejść, tzn. raz wchodzi małe dziecko, ale wybucha i zostaje z niego tylko miazga (jak bum cyk cyk). Każdy bohater filmu niby dużo o nim mówi, ale na co dzień żyje w innej figurze geometrycznej, która nie ma z tym kwadratem żadnego elementu wspólnego. To celowy i bardzo przebiegły pstryczek wycelowany w nos współczesnych piewców tolerancji, którzy coraz bardziej brutalnie narzucają na świat i kulturę kolejne granice absurdu. Osobiście wolałbym zobaczyć sążnistego kopa wycelowanego w ich tyłki, no ale cóż, cieszmy się też z rzeczy małych.

Kultura wysoka zderza się więc w pewnym sensie z popkulturą, a nawet z brakiem kultury. I ten brak kultury ją bezczelnie ośmiesza. Rani, ale niestety nie dobija. Tu wychodzą na jaw wszystkie te szwedzkie i współczesne europejskie bolączki oraz granice, których w kinie twórcy nadal jakby bali się przekraczać. Przyświeca im tylko jedna myśl. Oby tylko nie przegiąć pałeczki. Oby nie zostać posądzonym o rasizm, nietolerancję i ksenofobię, albo co najgorsze - o homofobię. I właśnie w drugiej części filmu Östlund trochę nam niestety pokornieje, studzi rozpalone łby, robi się bardziej grzeczny, ulizany i jakby bardziej humanitarny. Kurwa, chłopie. Dlaczego? Tak bardzo chciałem, żebyś wyrzygał to całe zjedzone przez lewicową wizję świata gówno, a ty zaczynasz je nagle dalej zjadać i się tym jeszcze chełpisz. Bleh. Oczywiście rozumiem jego zamysł, tak mi się przynajmniej wydaje. Chciał uczłowieczyć dzikie zwierzęcie, ucieleśnić ideę kwadratu, pokazać, że jednak można stać się w tych dzikich czasach dobrym, prostolinijnym człowiekiem. No ok, wszystko pięknie i słitaśnie, ale tak jak świeżaków z Biedry - ja tego nie kupuję. Żądałem krwi, żądałem ofiar, żądałem sprawiedliwości i zwycięstwa. Jakaż szkoda, że w pewnym momencie Östlund zszedł z wytyczonej na początku przez samego siebie ścieżki chwały. Poczułem się nawet tym trochę osobiście dotknięty i nieco rozczarowany. Na znak protestu ostentacyjnie wyszedłem z kina.

Ale też nie popadajmy w smutek i zniszczenie. Nie ma tragedii. To nie huragan Irma (swoją szosą, czy ktoś wie kto wymyśla imiona huraganom i tornadom?). The Square i tak świetnie broni się samo. Jest wystarczająco rześkie i odważne, szalone i surrealistyczne, krnąbrne i ekscentryczne. Świetne kreacje aktorskie podkreślają jego wyjątkowość, wyborne dialogi i teksty przyjemnie głaszczą od spodu potylicę, a wyszukany humor i sarkazm radują zbłąkaną duszę. Wszystko to pokazuje, że omawiane wyżej światy, mimo, że tak bardzo różne, są w gruncie rzeczy do siebie bardzo podobne, by nie powiedzieć wprost - identyczne. Różnią się tylko detalami i metkami na ubraniach. Koniec końców nie wiadomo już kto jest w tym filmie zwierzęciem, kto łowcą, a kto ofiarą systemu w którym istniejemy. Idea kwadratu w pewnym sensie wychodzi więc z tej batalii zwycięsko. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. To dość przewrotne założenie reżysera ostatecznie zaczyna żyć własnym życiem, nawet po końcowych napisach, a może nawet głównie po nich. To wielka siła The Square. Östlund zrobił nam chyba niezły kawał. Kawał (ze) sztuki.





IMDb: 8,0
Filmweb: Brak

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Dzień dobry, czy mogę prosić kilogram seksu?

Podwójny kochanek
reż. François Ozon, FRA, BEL, 2017
110 min. Gutek Film
Polska premiera: 25.08.2017
Thriller, Psychologiczny, Erotyczny



Na dzień dobry wita się z nami wagina śmiało ukazująca nam swoje wilgotne wnętrze, potem sporo nagości, erotyczne napięcie, seks w różnych konfiguracjach i gumowe penisy. Brzmi trochę jak typowy scenariusz filmów Marca Dorcela, a tu niespodzianka, to tylko najnowsze dzieło jego krajana Francoisa Ozona, chwalonego ostatnio na festiwalach, i to bynajmniej nie pornograficznych, w Cannes i Nowych Horyzontach. Słusznie chwalonego, trzeba przyznać. Śmiałym erotyzmem na granicy pornografii epatuje dziś niemal każdy. Pokazać do kamery cycka i penisa to w zasadzie żadna sztuka, wiedzą to nawet w MTV, ale pokazać goliznę tak, żeby zamiast z frywolnymi filmikami na Pornhubie skojarzyło nam się to z największymi artystami kina, z Cronenbergiem, Polańskim, von Trierem – to już sztuka.

W tym miejscu zasadnym wydaje się już właściwie tylko pytanie, czy sztuka ta jest napisana przez duże, czy jednak małe S. Akurat w tym aspekcie targają mną pewne sprzeczności. Ozon dał się już poznać jako wytrawny obserwator ludzkiej natury. Stworzył co najmniej kilka ciekawych i intrygujących obrazów ociekających egzystencjalizmem podanym w różnych sosach, ale w moim odczuciu żaden dotąd nie otarł się o geniusz, co najwyżej tylko potknął o zjawiskowość. Acz z ręką na sercu przyznaję, iż boska Ludivine Sagnier z Basenu jeszcze do dziś czasem nawiedza mnie we śnie, niemniej chyba nie o to chodzi, żeby to cycki, choćby nie wiem jak bardzo nie z tego świata świadczyły o reżyserskim geniuszu. A może o to? Sam mam czasem wątpliwości. Tak czy siak i na wspak, jeśli chodzi o wnikliwą obserwację swoich skrupulatnie rozrysowanych, głównie pod kątem psychologicznym bohaterów – Ozon jest liderem w swojej klasie. Kropka.


Nie inaczej rzecz dzieje się w Podwójnym kochanku. Tytuł trochę banalny i odpychający. Gdyby nie nazwisko reżysera, nie poświęciłbym mu nawet splunięcia na chodnik. A tu proszę ja was, niespodzianka. W ogóle mamy tu do czynienia z najlepszym możliwym połączeniem moich ulubionych filmowych gatunków. Psychologia spotyka się z erotyką, a trzymający w napięciu dreszczowiec ma romans z dramatyczną intrygą. Cóż za eklektyzm! Do pełni szczęścia brakuje mi już chyba tylko szczypty science-fiction, np. żeby urocza Chloe (Marine Vacth) była kosmitką, tak jak na ten przykład Scarlett Johansson w Under the skin. Ale kosmitów tu brak, co nie znaczy, że brakuje kosmosu. On się tu objawia, acz rzecz jasna niedosłownie, w momentami iście magicznych przejściach z obrazu w obraz poprzez odważne wizualizowanie snu, tudzież erotycznych urojeń ukazanych w akompaniamencie nieco hipnotyzującej muzyki autorstwa Philippe Rombi. Kosmiczny odlot kobiety pochłoniętej pożądaniem i namiętnością w połączeniu z szaleństwem jest niezwykle trudny do sfilmowania, ba, myślę, że tylko nielicznym poetom udało się go trafnie i wyczerpująco opisać, ale tu muszę uczciwie oraz z jednocześnie niekłamanym podziwem przyznać, że Ozon ze swoją autorską wizualizacją otarł się w tym aspekcie o perfekcję. Sześć cycków na sześć. Zdecydowanie.

Zastanawiam się tylko, czy udałoby mu się to bez Marine Vacth. Cóż za kreacja. Cóż za boska iskra w oczach, hipnotyczny urok i pociągająca naturalność. Postać Chloe aż ocieka seksem, mimo, że tli się on tylko gdzieś między wierszami. Niekłamaną frajdę sprawiało mi wychwytywanie go z całej udostępnionej mi treści (czy to już zboczenie?). Chloe bardzo przypomina mi młodziutką Juliette Binoche, a francuski język wydobywający się z jej tchawicy tylko potęgował to skojarzenie i wprawiał w dziwnego rodzaju zakłopotanie. Niemniej ktoś jednak musiał ją odkryć i na nią postawić, zatem kolejny ważny punkt dla Ozona. A co dalej? Cóż. Raz lepiej, raz gorzej.

Na pewno godnym pochwały i zachwytu wydaje się więź emocjonalna jaka w sposób intrygujący oraz nieco perwersyjny rozwija się na naszych oczach pomiędzy terapeutą a jego młodą pacjentką. Dość szybko zostaje pogwałcona etyka lekarska, ale na miejscu doktora Meyera (tudzież Delorda) też nie miałbym żadnych skrupułów. Kariera zawodowa jest jedna, i owszem, ale życie również otrzymujemy w liczbie pojedynczej. No, może poza kotami, o których także wypada napomknąć, bowiem w filmie stanowią dość wyraziste tło. Ale wróćmy do człekokształtnych. Ozon cały czas stara się trzymać to szaleństwo w bezpiecznych ryzach. Pełna kontrola i dojrzałość. Niestety ma to także swoje gorsze oblicze, wszak w tym pozornym chaosie czai się jakaś bezczelność, która w nieco dłuższej perspektywie zaczyna zwyczajnie irytować. Ciekawa gra pozorów jaka rysuje się na naszych oczach z czasem przyjmuje dość karykaturalne kształty. Zachowania bohaterów wymykają się z powszechnie przyjętych norm, przestaję trochę za nimi nadążać, co samo w sobie nie jest zarzutem, prędzej czymś pomiędzy rozczarowaniem a, hmm... niedowierzaniem. Niemniej wszystko podąża tu mniej więcej w tym samym, prawilnym kierunku, aż do grande finału, który sprawia wrażenie, że chce być jak Tommy Lee Jones w Ściganym, albo jak autor tego tekstu po wchłonięciu paszczowo 0,7 litra wysokoprocentowego alkoholu - chce być istotną i jakże ważną kropką, nieodłączną składową wykrzyknika postawionego na końcu zdania. A koniec końców wychodzi jak zwykle, najwyżej wielokropek.


Ozon przez cały film potęguje i umiejętnie wzmaga dramatyzm, trzyma go krótko na skórzanej smyczy, nie daje chwili wytchnienia, gnębi oddechem, gwałci seksualnością i drażni niepokojem. Podekscytowany takim obrotem sprawy widz oczekuje epickiego finału, co najmniej tak wielkiego, jakiego oczekują od Sashy Grey jej szesnastoletni pryszczaci fani. Przecież wszystko co widzimy go tu zapowiada. Gdy ten w końcu nadchodzi, fontanna tryska, a ja... poczułem się nagle bezradny jak włoska policja na plaży w Rimini. Tu muszę wam w ramach dygresji powiedzieć, że zasadniczo to ja uwielbiam ten stan kiedy film mną na końcu brutalnie poniewiera, bierze do buzi, żuje i ostentacyjnie wypluwa pozostawiając jak głupiego chuja na środku chodnika, ale tym razem trochę nie pykło. Ugryzło mnie gdzieś na dole przy kostkach lekkie rozczarowanie, rzecz jasna z naciskiem na lekkie. Aż się rozejrzałem na końcu po sali, czy tylko ja mam tak chujowy wyraz twarzy, i sam już nie wiem, bo jak na złość było jeszcze ciemno. Ale uczciwie przyznaję, że Ozon dobrze kombinował. Naprawdę trzeba oddać Cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie, ale do diaska, co z tego pozostaje dla ludzi? Plusem takiego finalnego rozgardiaszu bez wątpienia jest szereg różnych interpretacji jakie widz jest w stanie po sensie zaprojektować w swojej głowie, co generalnie jest słuszne i zbawienne, bo stanowi jakże przydatny dla przeciętnego Brajana i Dżessiki trening osobisty swojej czachojebni, dlatego koniec końców całość chyba wychodzi na zero. Tak, myślę, że chyba tak będzie uczciwie.

Jak zatem mam sklasyfikować Podwójnego kochanka? Na pewno przed oczami mam dobrze rozrysowany obraz ze wszech miar wyjątkowy i chyba jednak godny zachwytów jakimi go dotąd napastowano. Schludny wizualnie, trzymający w napięciu i zawadiacko podszczypujący pośladek pięknej niewiasty. Porno przed którym gdzieniegdzie złowieszczo ostrzegano (ach ten marketing) właściwie tu nie występuje, nie dajcie się zwieźć. Erotyce też chyba jednak bliżej do 50 twarzy Greya aniżeli do 9 i ½ tygodnia, taki to seks trochę z twarzą Biedronki, ale Podwójny kochanek i tak dostarcza nam wyrazistego i błogiego orzeźwienia w tych intelektualnych dusznościach i mieliznach jakie nas zewsząd otaczają. Trochę nawet szokuje, a przynajmniej stara się sprawiać takie wrażenie, jest jak uderzenie nadbałtyckiego jodu wprost w płuca emerytowanego górnika ze Śląska. Wyróżnia się zwłaszcza na tle letniego i miałkiego repertuaru spod znaku durnych i lekkich komedii o dupie i zupie. Kto lubi lekką perwersję w kinie oraz dostać po mordzie z otwartej, ten zdecydowanie musi się z tym wyzwaniem zmierzyć, ale jak ktoś marzy o tym, żeby kino go jeszcze poddusiło, naszczało i sprało pejczem, to niech uda się do specjalisty niech nieco obniży Ozonowi poprzeczkę. Trochę za mało tu pieprzu, a i z solą też może być problem. Ot, porządne rzemiosło i solidnie wykonana praca domowa przez klasowego kujona, ale kolegów z ław szkolnych to raczej nie ruszy. Ci wolą w tym czasie haratać w gałę i strzelać z procy w uciekające dziewczyny. Do seksu trzeba chyba po prostu dorosnąć. Nie można ot tak wejść do sklepu i kupić go sobie na wagę. Cóż. Typowy Ozon. Tylko dla kinowych estetów.






IMDb: 6,6
Filmweb: 6,2



poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Starość też radość

Obdarowani
reż. Marc Webb, USA, 2017
101 min. Imperial - Cinepix
Polska premiera: 18.08.2017
Dramat


Starzeję się. Tzn. to jest już niezaprzeczalny fakt i doskonale wiem, że proces przeprowadzenia się z nocnych parkietów do domowych kapci dawno już się u mnie rozpoczął, to jednak nadal jest to dla mnie trudne do zaakceptowania i stanowi pewnego rodzaju egzotyczną nowość. Ciało i umysł jak na swój wiek trzymają się całkiem nieźle i zdecydowanie bliżej im do tańca niż do różańca, ale tak, starzeję się. Tak mówią liczby oraz coraz dłuższe i bardziej męczące kace z rodziny gigantów. Twierdzi tak też nawet kino do którego mniej już ostatnio zaglądam (acz jak co roku zwalam to na letni repertuar) i filmy jakie oglądam. O moim starczym zgorzknieniu świadczy nawet to, że coraz bardziej nie chce mi się już tutaj więcej pisać i posłałbym tą całą zabawę w mało poważne blogowanie do wora, a wór do jeziora. Ale już takim ostatecznym potwierdzeniem moich starczych demencji, taką kropką nad i w kształcie laski jest fakt, że jestem pod wrażeniem Obdarowanych w reż. Marca Webba (m.i.n. 500 Days of Summer). Ba, postanowiłem nawet o tym napisać reckę i to w okresie wakacyjnym, w którym zwykle zamiast na durnym pisaniu skupiam się głównie na grzaniu w słońcu swoich niemłodych już kości. Starość, ty dziwko.

Dlaczego jest to takie dziwne, a przynajmniej powinno? A to dlatego, gdyż ponieważ, jest to film, którego konstrukcja odrysowana jest od starej jak ja kino kalki stworzonej z tanich i prostych emocji, przewidywalnej fabuły oraz przeciągniętej przez maszynkę do wyciskania łez, taką samą, którą można zaobserwować w wenezuelskich telewizyjnych tasiemcach, tudzież w ckliwych historyjkach drukowanych w Chwili dla Ciebie. Takie to trochę babskie kino doprawione sosem familijnym, w sam raz do kominka, bujanego fotela i medykamentów na suchość w gardle, odwodnienie, zgagę, katary (mokry, suchy i nieokreślony), nerwobóle, stawy, artretyzm i kolkę wątrobową. Doskonały towarzysz długich jesiennych wieczorów spędzonych na świetlicy w domu seniora Tęczowe Wzgórze. Wyobraźcie więc sobie, że w tym starczym tyglu i na tym bujanym fotelu siedzę ja, cały na biało, nagle wstaję i zaczynam klaskać.

Tak właśnie trochę się czuję dzieląc się teraz z wami moimi spostrzeżeniami na temat filmu dla mentalnych seniorów. Nieco niezręcznie, ale cholera, tak jest uczciwie. Podobał mi się. Serio. Fajnie się to oglądało. Pomijając już wyhodowane przez mą postępującą starość instynkty, to Obdarowani zawierają w sobie któryś z owoców z talerza pełnego potraw „magii kina”. Może i ten najczęściej stosowany i oklepany, najbardziej banalny, ale do diaska, co z tego? Jest smaczny. A jak coś mi smakuje, to wpierdalam aż mi się uszy trzęsą. Kucharz się postarał, wystrój restauracji też spoko, wszystko jest świeże i smaczne, a kelnerce zostawiłem nawet spory napiwek, wszyscy są więc zadowoleni. Interes się kręci.


Historia Obdarowanych ma w sobie coś z... Manchester by the Sea. Wiem. Właśnie w tym momencie spadają w domach ciężkie przedmioty z półek, wybuchają dawno nieczynne już wulkany, ślepcy odzyskują wzrok, a pandy w tokijskim ZOO nagle wykrzykują ludzkim głosem: Co on pierdoli?! Jak to Manchester by the Sea? Ten kapitalny film, być może nawet najlepszy produkt tego półrocza z zajebistym Casey Affleckiem ma coś wspólnego z jakimiś tam Obdarowanymi, które nikogo normalnego (poza mną) nie obchodzą? Ano ma. Niedosłownie rzecz jasna, bo to mimo wszystko nieco inna kategoria wagowa, ale boks jest zawsze boksem i w ryj dać można dać. Ja dostałem centralnie prawym sierpowym w nos i byłem nawet liczony. Co prawda szybko wstałem, ale przez chwilę musiałem wąchać stopy przeciwnika. Podobieństwa zaczynają się i w sumie także od razu kończą na cieplarnianej konstrukcji fabularnej i na takiej hmm... czysto ludzkiej w swoim wymiarze dobroci, która pokonuje cierpienie przez techniczny nokaut, ale ta też wcale nie daje znów tak od razu za wygraną. Niby happy end, ale tak jakby nie do końca. Raczej osiągnięty w bólach remis ze wskazaniem, ale koniec końców widz i tak wychodzi z kina zadowolony. Nawet, jeśli robi to w pozycji horyzontalnej.

Głównym bohaterem jest Frank (Chris Evans). Siedzi w nim jakaś trauma i niespełnienie z przeszłości, które pozostawiły na nim swoje piętno. Walczy o coś z jego punktu widzenia ważnego i zarazem pięknego wokół czego kręci się ta dziwka miłość (mówiłem, że się starzeję). Wychowuje w pojedynkę młodocianą siostrzenicę Mary, córkę swojej zmarłej siostry, która jak się okazuje, jest matematycznym geniuszem. Relacje oraz więź emocjonalna jaka się przez te lata między nimi wytworzyły są, cóż, niebanalne i oryginalne, a nawet takie wiecie, przedstawione z jajem i humorem. Reżyser od razu daje do zrozumienia, że jest fajnie i wszyscy są szczęśliwi, definiuje też jasną stronę mocy i mówi co jest najważniejsze w życiu. Ale żeby nie było znów tak za słodko, dorzuca dla kontrastu babcię małej Mary (Lindsay Duncan), która, jak to zwykle widać z punktu widzenia starszych ludzi, myśli, ze jest mądrzejsza, wie lepiej i chce także lepiej wykorzystać geniusz wnuczki, by pchnąć ją w kierunku międzynarodowej kariery. W pewnym sensie samoistnie lokuje się tym samym na pozycji tego nieco ciemniejszego charakterku. Ale Webb, który lubi takie gierki umiejętnie prowadzi tą w sumie banalną opowieść i uczciwie przedstawia argumenty dwóch stron konfliktu pokazując plusy i minusy obu obozów trzymających władzę. A z plusami, wiadomo, chodzi o to, żeby nie przysłaniały nam minusów.


Tak więc jako widzowie odsłaniamy minusy, żeby dostrzec te plusy właśnie, a tym największym z nich wydaje się być młodziutka Mary (Mckenna Grace), która wprowadza do tej opowieści taki power i taki koloryt, że festiwal balonów w amerykańskim Albuquerque niech się lepiej nie wygłupia i od razu schowa do szafy. Prawdziwa petarda, szyk i elegancja, ale to w zasadzie żadne novum w amerykańskiej kinematografii, bowiem ich dzieciaki mają na koncie już tak wiele fenomenalnych ról, że właściwie sam się sobie dziwię, że się jeszcze czasem dziwię i na to łapię. Dziecko nie dziecko, rozliczyć je trzeba tak samo jak dorosłego aktora. Tym bardziej, że mimo ledwie jedenastu lat na karku, mała ma już zaliczone czternaście ról. CZTERNAŚCIE. Stary ekranowy wyjadacz a nie słodkie i niewinne dziecko. Niemniej zagrała bardzo naturalnie i z bożą iskierką, która nie powiem, gdzieś tam zapłonęła mi nawet w okolicach klatki piersiowej. Natomiast o wspomnianym już wyżej Chrisie Evansie można napisać tylko tyle i aż tyle, że był jak Casey Affleck w Mancheter by the Sea (wiem wiem, znowu, ale musiałem) przez co Tommy Lee Jones w Ściganym może iść już na zasłużoną emeryturę. Klasa. I to pomimo tego, że w zasadzie nie zrobił niczego wielkiego, ot, wystarczyła jedna dobrze dobrana mina, ale tak to już jest, że czasem wielkie rzeczy rodzą się w wodzie do kostek. Np. pstrągi. Jadłem ostatnio dobrego, to wiem.

Zatem Obdarowani na pierwszy rzut oka nie dają nam niczego więcej ponad ckliwość oraz chwilowe i przyjemne +24 stopni Celsjusza, które kojąco rozgrzewają serducha mentalnych i wiecznie zmarzniętych seniorów. Celowo wywołują rodzinną wojenkę o prawa do wychowania małego geniusza, by na jej tle zdefiniować wartości stare jak Clint Eastwood. Niemniej ciągle płynnie przelewają się one przez nasze aorty i pompują utlenioną krew do naszych serc. Na końcu zasadne staje się pytanie - Kariera, sława i pieniądze, czy może jednak normalne, lecz skromniejsze życie, huśtawki w parku, koleżanki i koledzy? Odpowiedź wydaje się prosta w każdym momencie trwania tego sporu, ale Webb uczciwie ukazuje dwie strony medalu, jednak z pominięciem zbytecznego czepialstwa i moralizatorstwa, dzięki czemu w ostateczności całą pulę i tak zgarniają widzowie. Świetny układ. Ciepłe, wzruszające, proste i nieskomplikowane kino. Napisałbym, że takie jak nasze lato, ale te występujące w naszej szerokości geograficznej znacznie trafniej zdefiniowałaby np. Annabelle. Narodziny zła.

I tak sobie myślę sącząc teraz wódkę z colą limonkową, że starość chyba jednak nie jest taka znów najgorsza. Przywraca nam instynkty wypalone i stłamszone przez wódę, dragi i dziki seks na plaży. Pewnie, że jest to fajne, ba, kto nie próbował ten nie wie że żyje, ale każdy, nawet najbardziej hardcorowy imprezowicz musi w końcu kiedyś odpocząć. Choćby przez chwilę. Polecam więc zrobić to przy najnowszym filmie Marca Webba.






IMDb: 7,7
Filmweb: 7,7



niedziela, 23 lipca 2017

Make War Great Again

Dunkierka
reż. Christopher Nolan, USA, HOL, FRA, GBR, 2017
106 min. Warner Bros. Entertainment Polska
Polska premiera: 21.07.2017
Dramat, Wojenny, Historyczny



Zacznę może od krótkiego zarysu historycznego. W maju 1940 roku niemieckie siły pancerne wspomagane przez Luftwaffe dokonywały miażdżącego Blitzkriegu w Europie Zachodniej. Przedzierając się przez Ardeny parły w oszałamiającym tempie ku kanałowi La Manche wbijając klin pomiędzy zaskoczone takim obrotem sprawy oddziały brytyjskie i zupełnie nieprzygotowane do obrony siły francuskie. Niemieckie natarcie zmusiło cały Brytyjski Korpus Ekspedycyjny do zawrócenia w kierunku morza, aż w końcu zepchnięty do defensywy zajął wąski skrawek lądu wokół Calais i Dunkierki skąd nie było już dalszej ucieczki. Ok. 330 tysięcy alianckich żołnierzy mając na plechach pędzących w ich kierunku nazistów a przed sobą tylko Cieśninę Kaletańską, stanęło w obliczu niechybnej śmierci lub niewoli. Z plaż francuskiej Dunkierki niemalże widać było ich upragniony dom, to przecież tylko 30-40 km do brzegów Dover, ale w Anglii nikt nawet nie łudził się, że uda się ocalić uwięziony na plaży Korpus. Nie było wystarczającej ilości okrętów, które mogłyby tak wielką ilość żołnierzy przetransportować bezpiecznie i przede wszystkim szybko do domu, ani też wsparcia z nieba, a to co docierało z wysp było rozbijane przez niemieckie bombowce i U-Booty. Niemniej historia nie byłaby sobą, gdyby nie miała w zanadrzu kilku asów w rękawie. Zdarzył się cud.

Hitler popełnił wtedy jeden z największych błędów podczas II WŚ, a na pewno pierwszy poważny. Wstrzymał ostateczne natarcie obawiając się (jak się później okazało - bezpodstawnie) kontrataku ze strony Francji z południa i zatrzymał marsz niezwykle skutecznych i napalonych na permanentną destrukcję pancernych dywizji ok. 20 km od plaż Dunkierki w celu zaczekania na nienadążającą za czołgami piechotę. Alianci zyskali w ten sposób na czasie i dzięki temu udało im się przeprowadzić operację "Dynamo". Zdążyli ewakuować niemal cały korpus w czym pomogły m.in. pływające jednostki prywatne i zarekwirowane przez armię, a także ochotnicy-cywile, którzy odpowiedzieli na wezwanie i swoimi kutrami a nawet żaglowcami popłynęli licznie przez kanał do Francji ratować swoich żołnierzy. Najwyższy przejaw bohaterstwa, męstwa i patriotyzmu. Winston Churchill powiedział wtedy, że co prawda "wojny nie wygrywa się ewakuacjami", ale uratowanie w tych okolicznościach ponad 300 tys. żołnierzy, którzy mogli potem wziąć udział w Bitwie o Anglię nosi znamiona cudu. Dzięki tej operacji morale w narodzie mocno wzrosły, a sam początkujący wtedy na scenie politycznej Churchill wypłynął na szerokie wody i wkupił się w rolę prawdziwego męża stanu.

Zatem aż się prosiło o zekranizowanie tej wspaniałej historii. Zadania podjął się nie byle kto, bo sam Christopher Nolan, Brytyjczyk, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu, który doskonale wie co to znaczyło dla jego narodu. Do tego Nolan szczyci się w Hollywood tytułem reżysera, który może już kręcić niemal to co sam chce oraz jak chce. To duże błogosławieństwo i dar dzięki którym możemy podziwiać na dużym ekranie wysokobudżetowe blockbustery ze stemplem jakości Nolana, czyli trochę inne niż wszystkie. Perfekcyjne technicznie, inteligentne i absorbujące psychicznie. Rzecz jasna nie inaczej jest w przypadku Dunkierki.


Już od pierwszych minut filmu rzuca się w oczy epicki minimalizm Nolana w treści oraz w grafice. Wpierw mamy do czynienia z krótkim wprowadzeniem do historii, po czym następuje przedstawienie widzowi rozpoczynającej się właśnie uczty poprzez zaprezentowanie mu karty tylko z trzydaniowym menu: Tydzień, dzień i godzina. Tak więc na dzień dobry zostajemy zarażeni naczelną fascynacją Nolana - czasem. "Tydzień" określa czas uwięzienia na plaży alianckich żołnierzy. Jeden "dzień" trwa próba dopłynięcia morzem do Dunkierki jednostek pływających w celu udzielenia im pomocy, a "godzina" to czas lotu trzech brytyjskich Spitfire'ów lecących odeprzeć ataki niemieckich bombowców. Trzy równolegle toczące się historie z własnymi tragediami, dramatami, zwrotami akcji i bohaterami, które koniec końców lądują w jednym ujęciu kamery, w jednym miejscu i jednym czasie. Absolutna perła realizacyjna w koronie przebiegłego Nolana.

Dunkierka bardzo różni się od wszystkich wojennych filmów jakie dotąd widziałem, acz sam Nolan nie ukrywa, że garściami czerpał inspiracje z jego ulubionej wojennej produkcji - Cienkiej czerwonej linii Terrence'a Malicka. I rzeczywiście, jeśli już koniecznie szukać jakichś punktów wspólnych, to właśnie u Malicka. Niemniej w Dunkierce mamy do czynienia z zupełnie innym, na wskroś nowoczesnym spojrzeniem na wojenną produkcję. Być może niektórym ortodoksom będzie to przeszkadzać, ale doprawdy będą oni musieli wspiąć się na wyżyny swojej elokwencji, by ubrać swoje "ale" w sensowne słowa i silne argumenty. Przede wszystkim przez cały film nawet przez moment nie widać wroga (do dobra, w jednej końcowej scenie widać jego zarys), a mimo to mocno klaustrofobiczne odczucie permanentnego stanu oblężenia jest tu aż nadto wyczuwalne. Zabieg ten czasem stosuje się w klasowych horrorach przez duże H i niemal za każdym razem przynosi to rewelacyjne efekty. Nie trzeba epatować dosłownością, obrazem i "ciałem", by wzbudzić u widza lęk. Wystarczy dać mu do zrozumienia, że zło czai się tuż obok, np. za zasłoną. Reszta rozgrywa się już w jego głowie.

Nolan skupia się więc głównie na psychice osamotnionej w gąszczu jemu podobnych jednostki, na umyślnie budowanym odczuciu lęku i strachu przed śmiercią, na beznadziei oraz psychicznym i fizycznym wycieńczeniu, także na naczelnej, czysto zwierzęcej walce o przetrwanie, ale też na heroizmie, poświęceniu i bezgranicznemu oddaniu, wszak wśród tysięcy uwięzionych na plaży żołnierzy można wyodrębnić setki jakże odmiennych stanów emocjonalnych, które Nolan starał się w pewnym zakresie wykreować. Paradoksalnie nie zarysował żadnego z przedstawionych bohaterów na tyle wyraźnie, żeby można było się z którymś z nich zaprzyjaźnić oraz skutecznie scharakteryzować. Bardzo niewiele dowiadujemy się o nich wszystkich przez co może nawet pojawią się głosy o kiepskim i mało wyrazistym aktorstwie, ale sądzę, że to był jak najbardziej celowy zabieg reżysera, który pragnął, aby widz skupił się na zarysie tragedii w sposób bardziej globalny. Jednocześnie nie odczułem, żeby Dunkierka przybierała jakiś mocno antywojenny i pacyfistyczny wydźwięk, co często pojawia się w kinie wojennym. Wręcz przeciwnie. Momentami odczytywałem w poszczególnych scenach gloryfikację czynu, poświęcenia i heroizmu. Dla uwypuklenia tych cnót Nolan dodał szczyptę patosu, czym puścił oko do amerykańskiej publiki i do tych wszystkich wychowanych na wojennych blockbusterach. Na szczęście umiejętnie go dawkował, przez co jest on dla mnie absolutnie do przyjęcia. Uwaga. Możliwe występowanie gęsiej skórki oraz zwilżenia gałek ocznych.


Bardzo widoczny jest tu wspomniany na początku minimalizm w treści. W filmie pada bardzo niewiele słów, zaś dialogi, jeśli już się pojawiają, są bardzo krótkie, zdawkowe i ogołocone z siły przekazu. Słowa wręcz tu przeszkadzają. To, że można się bez nich obejść pokazał niedawno chociażby Inarritu w oscarowej Zjawie. Na pierwszym planie rysuje się więc dramat jednostki, wspaniałe zdjęcia i sceny batalistyczne, acz też nie ma ich tu specjalnie dużo - jeśli już są, to bardzo przekonują do siebie swoim rozmachem i autentycznością. Jednak w pierwszym rzędzie ramię w ramię z Nolanem siedzi w Dunkierce jaśnie Pan Hans Zimmer. Tak, jego muzyce zdecydowanie należy poświęcić jeden sążnisty akapit. Określiłbym ją mianem wspaniale irytującej. Męczy i fascynuje zarazem. Świdruje oraz dudni w głowie niczym świszczące obok głów żołnierzy pociski. Pomaga Nolanowi odmierzać czas oraz potęguje dramatyzm i przerażenie w sposób iście wybitny. Po wyjściu z kina nie potrafiłem jej w żaden sposób odwzorować w swojej głowie, nie umiem jej nawet teraz zanucić w myślach i określić jej kształt bez zaglądania na Youtube, a mimo to buzowało mi od niej we łbie jeszcze wiele minut po projekcji. Kwintesencja doskonałości muzyki w filmie. Absolutny geniusz i maestria.

Jeśli już miałbym się koniecznie do czegoś przyczepić, i to też w zasadzie tylko z przystawioną do skroni lufą, to zganiłbym Nolana za dosłownie jedną końcową, trochę może nawet i nieco poetycką w swojej konstrukcji, acz fizycznie mało realną scenę z "szybowcem" (spokojnie, nie będę spoilerował) z udziałem brytyjskiego pilota (Tom Hardy), ale żeby nie psuć odbioru tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli pozwolę sobie na tym dość zdawkowym stwierdzeniu zakończyć moje uwagi. Wszystko poza tym jest takie jakie być winno w filmie wojennym ze stemplem jakości Nolana. Perfekcyjnie zrealizowane technicznie, zarówno fizycznie jak i psychicznie absorbujące do ostatnich minut, wyraźnie zarysowane oraz nazwane zło, a także niski ukłon przed historią i ówczesnymi bohaterami. Obawiałem się trochę, że Nolan podąży tym samym tropem i użyje dokładnie tego samego modelu w sposobie konstrukcji jakim świecił po oczach w Incepcji czy też w Interstellar, co nie do końca pasowało mi do historycznego kina wojennego, i wiecie co? Zupełnie niepotrzebnie. Owszem, zrobił dokładnie to samo co we wspomnianych tytułach, znowu, kropka w kropkę i na bezczela, ale cholera jasna, chyba zaczyna mi się to u niego podobać.

Wspaniały film. Bardzo cieszę się, że wszedł do polskich kin na 10 dni przed kolejną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Być może pomoże on dostrzec młodemu pokoleniu w tym naszym historycznym dramacie jakiś fragment "dunkierkowskiego" symbolu oporu i walki o przetrwanie. Wtedy też nie było dokąd uciec. Chwała bohaterom. Chwała Nolanowi.



Filmweb: 8,2
IMDb: 8,8


poniedziałek, 20 marca 2017

Filmowe rekolekcje

Milczenie
reż. Martin Scorsese, USA, JPN, ITA, MEX, 2016
161 min. Gutek Film
Polska premiera: 17.02.2017
Dramat, Historyczny, Religijny



Martin Scorsese idealnie wstrzelił się ze swoim lirycznym i bardzo osobistym Milczeniem, w przeddzień wybuchu religijnej wojny na skalę światową, w sam środek kryzysu wiary w kolebce chrześcijaństwa, oraz w czasie szerzących się po cywilizacji łacińskiej wirusów apostazji i ateizmu. Kino głównego nurtu niezwykle rzadko chce i potrafi dziś dyskutować o istocie wiary. W świecie opętanym przez ciemność i duchowy nihilizm wiara najczęściej wykorzystywana jest do zobrazowania przejaskrawionego fanatyzmu na tle religijnym, głównie w celach prześmiewczych. Rzadko zadaje trudne pytania, rzadko też dostarcza odbiorcy sensownych odpowiedzi. Ale nie w Milczeniu. W nim najbardziej cenię to, że nie przyodziewa moralizatorskich szat, nie krzyczy i nie rości sobie prawa do wpływania na szerokie masy tłumacząc im co mają myśleć oraz w co wierzyć. W Milczeniu najbardziej szanuję to, że skłania do przemyśleń i chce rozmawiać o Bogu i człowieku jednocześnie. Ze wszystkimi. Z wierzącymi, niewierzącymi, wyznawcami Jezusa, Allaha, Buddy, a być może nawet i z kościołem latającego potwora spaghetti.

Milczenie, to czasem lepszy, czasem gorszy zbiór filozoficznych rozważań na temat wiary, Boga w ogóle, ale też wchodzi w korelacje z zupełnie mniej boskimi, przyziemnymi, stricte ludzkimi przekleństwami i powinnościami: przeznaczeniem, wiernością, odwagą, poświęceniem, strachem, cierpieniem, czy bólem. Wspaniałe uniwersum nisko pochylające się nad moralną kondycją współczesnej ludzkości, która tak po prawdzie niewiele zmieniła się od odwzorowanej przez Scorsese XVII-wiecznej rzeczywistości. Dzisiejszą zaprezentowaną w filmie Japonią może być np. Syria, albo po co szukać tak daleko - multikulturowa Francja. A oglądając wczoraj wydarzenia z weekendu jakie miały miejsce pod Wawelem, to Japonią sprzed czterech wieków można nazwać nawet i Polskę podzieloną dziś w quasi fanatyzmie religijnym i antyreligijnym mniej więcej na równe dwie krwawiące części. Scorsese bazując na motywach historycznych oraz na podstawie powieści Ajusaku Endo z roku 1966, którą zafascynował się już 26 lat temu, zbudował bardzo uniwersalną platformę po której swobodnie mogą tupać nóżkami dzisiejsi reprezentanci tegoż łez padołu, którzy z rozkoszą walą się po mordach krucyfiksem trzymanym w jednej dłoni oraz gumowym dildo w drugiej.

Zresztą, daleko nie trzeba szukać podobieństw. Tylko w całym roku 2016 zamordowano na świecie ponad 90 tys. Chrześcijan, a pół miliarda doświadczyło represji z powodu swojej wiary. Co 6 minut na świecie mordowany jest jeden wyznawca Jezusa, przez co staliśmy się (my, bo się do nich śmiertelnie poważnie zaliczam) najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Śmieszy mnie i zarazem trochę przeraża głoszenie przez wrogów krzyża i koloratki powielanych od dziesiątek lat opinii o barbarzyńskich krucjatach, pedofilach i zawłaszczaniu przez Watykan sumień narodów trzeciego świata przy jednoczesnym rozgrzeszaniu "religii pokoju" jaką jest Islam, który ma na rękach więcej krwi niż cały dorobek chrześcijaństwa zebrany przez wszystkie wieki wieków (Amen). Ale też nie o to tu chodzi, żeby licytować się kto jest bardziej okrutny i czyj Bóg ma więcej za uszami. Przynajmniej nie według Scorsese. Dla niego najważniejszy jest człowiek. I słusznie. Bóg i wiara sama w sobie są tylko wskazówką, zapisanym w świętych księgach zbiorem reguł oraz moralnych wartości z którymi zgadzamy się lub nie, oraz na których wytycznych chcemy maszerować z podniesioną głową po świecie, by stać się dobrym człowiekiem żyjącym zgodnie ze swoim sumieniem.


Milczenie zatem opowiada głównie o ludziach. Słabych i silnych, wierzących i niewierzących, pomiędzy którymi Scorsese rozgrywa główną batalię o ludzką godność. Wygląda to wszystko na wyrównane przeciąganie liny. Po jednej stronie Jezuici głoszący Słowo Boże w pogańskiej Japonii, z drugiej zaś miejscowi władcy, którzy stawiają na mądrości Buddy i nie życzą sobie wpieprzania się kolonizatorów z dalekiej Europy w nie swoje sprawy, tradycje i wierzenia. Trochę racji w obu obozach. Celowo poprowadzono narrację w taki sposób, żeby przeciętny zjadacz popcornu szukał odpowiedniego wyważenia pomiędzy dwoma skonfliktowanymi światami. Jedni dostrzegą więcej mądrości i prawd objawionych u jednych, drudzy u ich przeciwników. Wiadomo. Nie zgadzam się jednak z niektórymi opiniami z jakimi się zetknąłem w Internecie, że Milczenie jest filmem stricte antychrześcijańskim, wymierzonym przeciwko Bogu, czego doprawdy nie jestem w stanie dostrzec. To nie jest film ani anty, ani też specjalnie pro. Balansuje gdzieś pomiędzy i stara się być uczciwy dla jednych, jak i drugich, acz i tak finalnie oko zostaje puszczone w jednym konkretnym kierunku.

Nie ukrywam, że Scorsese mnie trochę pozytywnie zaskoczył. Nie od dziś wiadomo, że jego romans z wiarą w Boga był bardzo trudny i burzliwy. Gdy ostatni raz miał bliską styczność z Watykanem był przez niego ostro krytykowany za kontrowersyjne Ostatnie kuszenie Chrystusa. Dziś, te 30 lat, kilka papieży i gangsterskich filmów później Scorsese znów się do niego zbliżył, mało tego, światową premierę filmu zaplanował właśnie w Watykanie na tronie Piotrowym. Jego wizja wiary, ludzkiego dlań poświęcenia i targającego człowieka wątpliwościami jest dużo bardziej dojrzalsza i mądrzejsza. To pewnik. Ma w tym nawet spore doświadczenie. Próbował ją okiełznać przez wiele lat. Czy to w Taksówkarzu chcącym wyplenić przemocą plugawe zło i brud zalegający na ulicach Nowego Jorku, czy też w Przylądku strachu poprzez brutalną walkę o zadośćuczynienie i boską sprawiedliwość. Bóg i wiara przez wiele lat towarzyszyły w filmach Scorsese'owi, by w końcu postawić kropkę nad i w Milczeniu, które stało się czymś w rodzaju publicznego wyznania grzechów przez dziarskiego reżysera.


Bardzo podoba mi się także stawianie wielokropka na końcu wielu filozoficznych rozważań oraz przemyśleń zamiast wykrzyknika. To prowokuje do dyskusji w nomen omen milczeniu samego z sobą, otwiera umysł i skłania do duchowego zaangażowania się w historię, zwłaszcza biorąc pod uwagę czasową i kulturową aktualność rozterek naszych głównych bohaterów. To wszystko powoduje, że długie 160 minut bardzo szybko i bezboleśnie przelatuje przez szczerze pochłoniętą ekranowym liryzmem głowę. Niemniej do geniuszu jednak trochę brakuje. Niestety. Nie umiem tylko na dziś zdefiniować tego, co konkretnie w tym obrazie mnie uwierało. Być może wpływ na to miał zestaw aktorski z pierwszego planu, który delikatnie rzecz ujmując nieco irytował i w przeciwieństwie do bardziej autentycznego planu drugiego nie zdał egzaminu z wyróżnieniem. Być może raziło mnie perfekcyjne posługiwanie się językiem angielskim przez japońskich wieśniaków, lub też wpływ na to miała momentami źle poprowadzona przez Scorsese narracja z wątpliwie zarysowaną linią finalnego duchowego katharsis, które niestety trochę mnie rozczarowało. Sam do końca nie okiełznałem jeszcze swoich wątpliwości, ale może potrzebuję na to więcej czasu.

Jedno jednak jest pewne. Martin Scorsese, pół Włoch, pół Amerykanin, pół wierzący i pół niewierzący przybliżył człowieka do Boga oraz Boga do człowieka. Tytułowe milczenie można zapewne interpretować na wiele sposobów, ja jednak dostrzegam w nim próbę oddzielenia ziarna od plew oraz pośredników wiary od jej autentycznych odbiorców i poszukiwaczy prawd objawionych. W lirycznym i wizualnie pięknym Milczeniu jest coś z poezji, gdzie ascetyczna duchowość zderza się z głębią filozofii i mądrością człowieka, który pyta, bo chce wiedzieć, a nie być tylko kontrowersyjny. Milczenie dogłębnie penetruje granice ludzkiego poświęcenia, wierności ideałom oraz oddania wyższej sprawie. Nie wyśmiewa, nie krytykuje, lecz tłumaczy i prowokuje do swoistej refleksji. Osobiście uważam, że nie ma nic gorszego od człowieka, który nie wierzy w nic. Tacy ludzie najczęściej nie wierzą również w samych siebie, nie posiadają autorytetów i nie stawiają przed sobą żadnych wzorów do naśladowania oraz celów, do których w życiu zmierzają. Nie szukają też żadnych odpowiedzi i nie zadają pytań. Krytykują wszystko inne im obce oraz wyższe, bo nie rozumieją. Kończą zwykle zawsze tak samo. Jako nieszczęśliwi ludzie. Scorsese swoim najnowszym filmem odpowiada im w bardzo prosty sposób: Wierzcie, lub nie wierzcie, generalnie mam to w dupie, ale przynajmniej bądźcie w tym uczciwi, szczerzy, konsekwentni i autentyczni. Tak, to chyba największa mądrość i siła rażenia Milczenia. Idealne filmowe rekolekcje w sam raz na trwający właśnie Wielki post. Polecam. Ksiądz Wujek Ekran. Z Bogiem.






Filmweb: 6,9
IMDb: 7,4


niedziela, 5 marca 2017

Nostalgia, to dlatego tu jesteś

T2 Trainspotting
reż. Danny Boyle, GBR, 2017
117 min.
Polska premiera: 3.03.2017
Dramat


"Nostalgia. To dlatego tu jesteś" - wypalił po 20 latach rozłąki Sick Boy do Rentona. I myślę, że każdy z nas, tych wyhodowanych na Trainspotting również stał się mimowolnym adresatem słów Simona. Właśnie po to przyszliśmy do kina, żeby spotkać się z chłopakami, zobaczyć co teraz porabiają, ale głównie po to, by wspólnie powspominać. No, może poza małolatami urodzonymi w latach 90-tych oraz tą idiotką zza moich pleców, która przez cały film myślała, że jest na Milczeniu Scorsese. Oni nie zrozumieją, nie znają i nie czują, bo zwyczajnie nie mogą. Trainspotting był jednym z najważniejszych filmów dla pokolenia szczeniaków z połowy lat 90-tych, oglądających MTV, eksperymentujących z używkami, alkoholem i balansujących gdzieś na granicy gitarowych brzmień oraz jeszcze raczkującej elektroniki. Miałem wtedy jakieś 18-19 lat i od pierwszego zetknięcia silnie utożsamiłem się z jego bohaterami. Muzyka, klimat, przemyślenia wchodzącego w dorosłość debila, eksperymenty, kurwa, to był mój świat, to było moje kino.

Minęło 20 lat, zmieniło się wszystko. Świat, moda, muzyka, sport i polityka. W tym czasie przybyło mi trochę siwych włosów, przeklętych i źle wyselekcjonowanych kobiet oraz magnesów na lodówce, a jednak nadal mam w telefonie ustawione na dzwonku Born Slippy Underworlda. Pewne rzeczy widać są niezmienne, stanowią głęboko zakorzeniony w naszych głowach constans, który pełni rolę bufora bezpieczeństwa oraz chroni zbiór pewnych wartości, wspomnień i życiowych doświadczeń przed brutalnym zamachem współczesności. Trainspotting był głosem pokolenia, które zdążyło się już zestarzeć, nierzadko też umrzeć, choć wielu z nas jeszcze żyjących nie ma pojęcia, że dawno są już martwi. Gdy po raz pierwszy usłyszałem o próbie wskrzeszenia przez Danny'ego Boyle'a mojej kinematograficznej świętości z lat młodości, w pierwszej chwili poczułem delikatny dreszczyk podniecenia, ale po chwili zastąpił go lęk przed szarganiem legendy, przez wytarciem o nią brudnych buciorów współczesnej gimbazy oraz młodocianych autochtonów wychowanych przez inny system wartości, inną muzykę i kino. Nie chciałem oglądać podstarzałych i utuczonych Rentona, Sick Boya, Spuda i Begbiego niezdarnie zabawiających dzisiejszych odpowiedników mnie samego sprzed 20 lat. Tak wiem, egoizm i lęk przed zawłaszczeniem ikon, w dupie to mam. Nie chciałem się dzielić tym z nikim. To był głos mojego pokolenia, dzisiejsze gnoje niech szukają swojego gdzie indziej.

Ale z czasem pojawiały się pierwsze zdjęcia i trailery, całkiem niezłe i wybudzające ze snów wspomnienia. Ok - pomyślałem - niech będzie, kupuję to. I tak nie mam wyjścia. I gdy tak już zbliżała się godzina W, gdy szczeniacka i narwana ciekawość przejmowała kontrolę nad moim ciałem, pieprzony dystrybutor zmienił datę polskiej premiery i przesunął ją o miesiąc względem wysp brytyjskich. Pojawił się ból i niesmak. Chłonąłem więc w lutym pierwsze komentarze, recenzje i opinie brytoli, a te były różne i bardzo skrajne. Od zachwytów po ostre słowa krytyki. Przestałem ich wszystkich czytać, polałem sobie burbona i uzbroiłem w cierpliwość. Miesiąc później usiadłem na sali kinowej bardzo wcześnie, ze dwadzieścia minut przed reklamami, byłem pierwszy, no dobra, trzeci. Lubię wtedy z perspektywy trybun obserwować wchodzących na salę współtowarzyszy mej kinematograficznej niedoli. Było nieźle. Przeważało moje pokolenie przeżute przez 20 lat życiowych doświadczeń. Wiedzą po co przyszli - pomyślałem. Oczywiście zaraz potem ten całkiem niezły obraz Panoramy Racławickiej przyćmił gang małolatów w rurkach ze ściągaczami w kostkach udekorowany w popcorn i kubki z colą. Dobra, pieprzyć to. Panie Doyle, dawaj no mi tu moich chłopaków!


Jaki jest T2? Powiem wprost. Jest jak przeglądanie starego albumu ze zdjęciami ze studiów, jak przerzucanie rzutnikiem kolejnych slajd ze swojej osiemnastki na ścianie, jest jak wspomnienie pierwszego niezdarnego pocałunku ze swoją dziewczyną z liceum i jak smak pierwszego bełta na Juwenaliach gdzieś pod drzewem na Polu Mokotowskim. Początkowe kilkadziesiąt minut dostarczyło mi mieszanych uczuć. Chłopaki są w sumie w porządku i w całkiem niezłej formie, ale jakby już nieco inni i trochę mi obcy. Początkowo nie potrafiłem się wstrzelić w ich współczesny świat. Wymyślne kontynuacje chaotycznych życiorysów, mało logiczna i na siłę zarysowana spirala łącząca ich wszystkich razem po dwudziestu latach jest trochę śmieszna i trochę bez sensu. Film zaczyna się dla mnie dopiero mniej więcej w połowie. Typowo teledyskowy montaż, kolejne kultowe perełki muzyczne, liczne nawiązania do pierwszej części i lat 90-tych zaczynają zdobywać kontrolę nad moim umysłem. Od dawna walczę ze swoją pieprzoną skłonnością do popadania w tani sentymentalizm. Bezskutecznie. Muszę chyba w końcu nauczyć się z nim żyć. Także i tym razem mną w końcu zawładnął, jak jakaś marionetka dałem się nim oporządzać i sterować. Ale ku swojemu zdziwieniu stwierdziłem po chwili, że nawet mi się to podoba. T2 zabrał mnie w sentymentalną podróż wgłąb nie tyle lat 90-tych, co własnego ja.

Danny Boyle wraz ze scenarzystą John'ym Hodge nie silili się na stworzenie od podstaw nowej płaszczyzny po której przez kolejne lata będą pląsać jak króliki Energizera współcześni młodzi poszukiwacze mentalnej wyroczni i życiowych drogowskazów. To akurat dobrze. Podoba mi się tak postawienie sprawy. T2 to impreza zamknięta dla gości VIP z zaproszeniami wydrukowanymi jeszcze w latach 90-tych. Na bramce stoją wydziarane tłuste byki wychowane na Queen i The Clash, a oprócz garderoby sprawdzają wchodzącym do środka także dowodziki i playlistę w telefonie. Niby do kina wejść może każdy, ale wyjść z seansu T2 mogą z podniesioną głową tylko nieliczni. Żywym dowodem potwierdzającą moją być może zbyt śmiałą teorię była młoda laska wspomniana w pierwszym akapicie, która przez bite dwie godziny seansu myślała, że jest na Milczeniu. Kapitalne i jakże trafne dopełnienie tego pokoleniowego pojedynku. Oczywiście Boyle puścił oko także i do nich, młodych i niekumatych. Według mnie niepotrzebnie tłumaczył im czasem o co chodziło w jedynce, ale też z drugiej strony, dzięki temu i my mogliśmy sobie trochę powspominać. Wilk syty i Kansas City.


T2 w przeciwieństwie do jedynki jest trochę ogołocony z ciekawej i intrygującej treści. Opiera się głównie na nostalgii oraz na powielaniu sprawdzonych już i dobrze nam znanych haseł i dialogów. Kultowy monolog "Choose Life..." Rentona przeszedł tuning optyczny i został wzbogacony o te wszystkie technologiczne i egzystencjalne pierwsze problemy współczesnego świata, a mimo to i tak stanowi najmocniejszą stronę T2 pod kątem treści właśnie. Ale między Bogiem a prawdą, nie po to poszedłem do kina. Jak na odgrzewanego kotleta film i tak ma do zaoferowania całkiem sporo walorów smakowych. Głównie muzykę, wyspowe klimaty i szkocki akcent. Przypomina mi trochę zbiór kultowych teledysków puszczonych w jednym bloku w ramach "the best of 90's" na VH1.

T2 nie jest więc kontynuacją jedynki. Jest czymś w rodzaju pożegnalnej trasy koncertowej legendarnej rockowej kapeli, jest włożeniem po latach do odtwarzacza pierwszej płyty CD kupionej w 1996, albo jak zakupienie w ramach kryzysu wieku średniego ukochanej w młodości Lancii Delta HF Integrale. Film przygarną do serca tylko nałogowi sentymentaliści, ci wszyscy, którzy czują emocjonalną więź z chłopakami, Iggy Popem, Underworld, Prodigy, Guinessem, George'm Best'em i Edynburgiem. Nie dziwię się więc, że oceniany jest na całym świecie tak bardzo różnie. Prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to co myśli o nim gnój wychowany na Linkin Park. To są dwa zupełnie inne światy, nie można między nimi postawić znaku równości. Jeśli ktoś należy do mojego świata, niech czym prędzej idzie do kin, zachęcam. A jak ktoś chce się dopiero zaprzyjaźnić z Rentonem, Simonem, Begbie i Spudem, to niech wpierw sobie włączy w domu jedynkę i odczeka 20 lat. Mimo miłych chwil spędzonych w kinie i sentymentalnej przejażdżce po bulwarach Glasgow i Edynburga, T2 ostatecznie nie robi na mnie przesadnie wielkiego wrażenia. Trainspotting w mej pamięci już na zawsze pozostanie tylko jeden, zupełnie tak samo tak jak nasza młodość. Nie można jej przeżyć dwa razy.






IMDb: 7,8
Filmweb: 7,4

wtorek, 14 lutego 2017

Tajemnica Brokeback Moonlight

Moonlight
reż. Barry Jenkins, USA, 2016
110 min. Solopan
Polska premiera: 17.02.2017
Dramat



W ubiegłym roku w szczycie sezonu oscarowego polityczna poprawność ustami czarnoskórych artystów, oburzonych feministek, lewicowych aktywistów oraz liberalnych mediów zarzucała Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej rasizm, bowiem wszystkie dwadzieścia oscarowych nominacji w kategoriach aktorskich przypadło aktorom o białym kolorze skóry. I to już drugi rok z rzędu. Wiadomo. Skandal, gradobicie i koklusz. Przewodnicząca Akademii Cheryl Boone Isaacs, żeby było śmieszniej - czarna jak noc - pod presją opinii publicznej i mediów przyznała rację krytykom i obiecała nawet rozszerzyć skład Akademii o osoby o odmiennym zróżnicowaniu rasowym, płciowym i etnicznym, wszak okazało się, że 93 procent jej członków jest białych, a 3/4 stanowią, o zgrozo - mężczyźni. A gdzie parytety? Gdzie równość rasowa i etniczna? Zagrzmiało pół wiecznie zdziwionego świata.

W tym roku można zatem było stawiać swoją chałupę, samochód, wszystkie oszczędności życia, a nawet własną matkę na to, że pojawią się nominacje dla czarn… znaczy się Afroamerykanów. Akademia, żeby mieć w tym roku święty spokój poszła nawet krok dalej. Co ja gadam, dwa kroki. Nie dość, że przyznała nominacje Denzelowi Washingtonowi (raz), Ruth Negga (dwa), Maheshali Ali'emu (trzy), Violi Davis (cztery), Naomie Harris (pięć) i Octavii Spencer (sześć... razy więcej niż w ubiegłym roku), to jeszcze dosypała do kupki trzy filmy z czarnoskórymi aktorami w rolach głównych: Fences, Hidden Figures i... Moonlight. Na wszelki wypadek, żeby nikt nie poczuł się urażony, Akademia postanowiła udobruchać także środowiska LGBT. A co tam, niech i oni mają swoje pięć minut rozkoszy. Wilk syty i Kansas City. Uff. No to teraz pozostają już tylko czerwone dywany, ścianki i drinki z palemką. Skandalu nie będzie. Acz ja nie byłbym tego taki pewien, wszak na liście nominowanych nadal nie widzę Eskimosów, Albinosów i tych no, Aborygenów. Pieprzeni rasiści.


Ale dziś będzie tylko o Moonlight. Podchodziłem do niego jak dziwka do konfesjonału. Pół internetu zachwycona, za oceanem ochy i achy, krytyka pieje i tylko patrzeć jak będzie znosiła złote jaja. Z drugiej strony wpisy typu: "pieprzony film o pedałach, nie oglądać!". Jako, że nie lubię jak ktoś mi mówi co mam myśleć, co oglądać, a czego broń Boże unikać, to Moonlight rzecz jasna sobie obejrzałem, ale na wszelki wypadek z tyłu głowy miałem zakodowane: "uwaga, strefa homo". Nie to, że jestem uprzedzony, chociaż nie, wróć. Pewnie, że jestem, niech mnie usłyszą. W kinie zniosę wszystko, poza jednym. Ok, dwoma. Śpiewaniem i tańczeniem, przez co nie oglądam np. musicali (sorry fani La La Land - recki nie będzie) i tych no, ckliwych historii o pederastach. Zwyczajnie nie lubię jak chłop z chłopem... no wiecie. Klapki na oczach, beznadziejny ze mnie przypadek i do piachu. Ale też w myśl głoszonej przez pół świata tolerancji mam do tego pieprzone prawo i tej wersji będę się trzymał.

Moonlight. Ciężki orzech do zgryzienia. Sześć razy zmieniałem ocenę na Filmwebie. Najpierw, że średni, potem, że niezły, no ale jakże tak niezły, skoro jednak średni? I znów powrót na stronę. Do końca pisania tej zapewne nieco homofobicznej recki będę się zastanawiał jak mam ocenić ów dzieło. Najchętniej bym tego nie czynił w ogóle. To u mnie rzadki przypadek, zatem jednak istnieje coś, co Moonlight wyróżnia. To przed czym zamierzam film trochę obronić przed hejtem, to na pewno fakt, że jest wizualnie piękny. Autentyczne, wyraziste kolory, wysmakowane kadry, kapitalna praca kamer, mocowanie obiektywów a to na drzwiach samochodu, a to lokowanie ich symetrycznie za leniwie snującymi się ulicami bohaterami. Wyborne, serio, lubię to i szanuję bardzo. Gra aktorów? Też na plus. Jest autentycznie i przekonująco. Typowe siarczyste i czarne, nawet lekko kino gangsta. Pełno afro stereotypów - przemoc, narkotyki, uliczna patologia, złodziejstwo i to co lubię najbardziej - wyzywanie się nawzajem od czarnuchów. Gdyby nie to, że film nakręcił czarnoskóry Barry Jenkins, to znów byłby lament, że to obraza uczuć tych, którzy dali się złapać w siatkę białym w Afryce, a tak to pewnie nawet Spike Lee da lajka na Facebooku.


Klimat jakiś więc jest, relacje pomiędzy małym Chironem, nastoletnim Chironem i dorosłym Chironem, a jego matką są świetnie zobrazowane i kryją w sobie wiele emocji oraz kunsztu aktorskiego. Powiedziałbym wręcz, że relacje te są nawet lekko niedoszacowane. Osobiście uważam, że zamiast wątku homo Jenkins powinien bardziej skupić się właśnie na nich, acz wiadomo, że wtedy nie byłoby Moonlight tu gdzie jest, czyli z ośmioma nominacjami do Oscara. I teraz płynnie przechodzimy do tego co mi się w tym filmie nie podoba, acz nie odkryję Ameryki, bo już zdążyłem wam zdradzić miedzy wierszami, że mam klapki na oczach. Otóż, ja zasadniczo nie lubię takich ckliwych historyjek o tym jak to jeden chłopiec ma ochotę na drugiego chłopca, ale w zasadzie to nie wie jak zagadać. Żeby uwypuklić jego wielki dramat Jenkins ulokował wrażliwego chłopca zamkniętego w jakimś dziwnym ciele w amerykańskich slumsach Miami, gdzie rządzi przemoc i prawo ulicy. A tam jak powszechnie wiadomo, nie tak łatwo jest być ujawnionym gejem. Nieujawnionym zresztą również. Tak już jest skonstruowany ten świat, stety, czy niestety, kolejny film o tym niczego nie zmieni. Swego czasu te same ścieżki przecierał Brokeback Mountain i też było wiele hałasu o nic. Moonlight staje się więc kolejnym współczesnym manifestem w obronie uciśnionych i prześladowanych mniejszości seksualnych, oraz głosi te same motywujące teksty pisane helveticą na tle ładnych zdjęć: "bądź odważny, sam decyduj o tym kim chcesz być, rób co czujesz, bądź odważny....", acz na jego szczęście autorzy nie przesadzają i nie przekraczają jakichś trudno akceptowalnych norm przez, nazwijmy to ludzi normalnych (ledwie jedna scena lekkiego niesmaku), co w moich oczach go finalnie ratuje i daje nadzieję na ogólną przyzwoitość, acz Moonlight niesmak jakiś po sobie na pewno we mnie pozostawił.

I tu dochodzimy do ostatniego akapitu w którym będę musiał w końcu jakoś finalnie ocenić dzieło Jenkinsa. Postaram się zrobić to uczciwie, na tyle na ile potrafię, na ile jest we mnie uprzedzonego homofobicznego ciemnogrodczanina, oraz człowieka otwartego na sztukę, artyzm i drugiego bliźniego. Moonlight nie jest filmem wybitnym, to jest pewne jak techno w Trendzie i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Oczywiście środowiska LGBT i ci od walki z rasizmem, szowinizmem, czy tam inni przeciwnicy zabijania wigilijnych karpi będą wynosić film na ołtarze, co zresztą już się dzieje, ale ciach scyzorykiem wszystkie te ideologiczne ekstrema. Nie tylko lewe, ale bliższe mi prawe również. Zostaje więc do zagospodarowania umiarkowane i wyważone centrum. A dla niego film powinien być co najwyżej poprawny, nieco nudnawy, acz ładny dla oka i tyle. Zatem trzy i pół cycka ode mnie. Głównie za klimat, za zdjęcia i realizację, do czego przyznaję, mam słabość. Reszta jest milczeniem owiec.






IMDb: 8,0
Filmweb 7,0

niedziela, 12 lutego 2017

Chłopaki nie płaczą

Manchester by the Sea
reż. Kenneth Lonergan, USA, 2016
136 min. United International Pictures
Polska premiera: 20.01.2017
Dramat



Powiem wprost. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem okazję zderzyć się z tak perfekcyjnie skonstruowanym filmem, który mknie po dramatycznie wąskiej i krętej szosie z gracją rollercoastera, tudzież kierowcy BOR. To jedno z najprzyjemniejszych dwóch godzin jakie spędziłem w kinie od... nie wiem, paru ładnych miesięcy i to pomimo brutalnego ataku śmierdzącego popcornu z dwóch stron mojej aktualnej bytności. Spodziewałem się tego w pełni, ale i tak odczucie satysfakcji z powodu dobrze spędzonego czasu rozkosznie łechtało mnie w podniebienie. Czułem się jak ośmioletni Brajan po wysłuchaniu skierowanych pod jego adresem tuzina komplementów ze strony soboru nauczycielstwa polskiego wraz z rodziną po wzorowym wyrecytowaniu inwokacji na akademii szkolnej. Dumny i czerwony jak paw. Próbując się tuż po seansie przecisnąć przez tą fitloszkę po mej lewicy, która w trakcie seansu wchłonęła ze dwa wiaderka popcornu (część wysypując na mnie), byłem mimo tego incydentu ukontentowany i absolutnie przekonany, że właśnie na takie filmy warto chodzić do kina. Manchester by the Sea to sól naszego kinematograficznego pierdolca. Bezustannie uganiamy się za takimi sztukami i za każdym razem cieszymy tak jak małe dzieci na widok wigilijnej gwiazdki, kiedy uda nam się raz na pewien czas złapać taki okaz we własne ręce. Tak, kino jest jak jeden wielki plac zabaw. Czasem ulepisz w piaskownicy fajną babkę z piasku, a czasem spierdolisz się ze zjeżdżalni rozcinając sobie łeb, ale za dzieciaka i tak dobrze wiesz, że jutro przyjdziesz tu po raz kolejny z taką samą radością jak dziś.

Dzieło Lonergana bez wątpienia jest właśnie taką pełnoziarnistą babką z piasku, ba, nawet więcej - jest kołyszącą się Salmą Hayek z dyndającym na szyi wężem. Już od pierwszej minuty filmu czułem, że zaprzyjaźnię się z miasteczkiem Manchester by the Sea w stanie Massachusetts. Dziwnym nie jest, bardzo ładna okolica i przyjemne miejsce do zamieszkania. Polubiłem nawet pracę ciecia w Bostonie i tych wszystkich drugo oraz trzecioplanowych bohaterów z których utkana jest cała taśma filmowa. Wszystko jest tu idealnie wyważone, smakowicie wyselekcjonowane, oraz z zegarmistrzowską precyzją połączone jak tryb z trybikiem w jedną perfekcyjną mechaniczną całość, która pod batutą nieśpiesznie poruszającego się sekundnika mknie przed siebie dążąc do zdefiniowania na nowo istotę męczeństwa i odkupienia grzechów. Droga do celu wiedzie przez lasy, miasta i jeziora, kręte leśne drogi i asfaltowe miejskie arterie. Podąża także przez doliny smutku, bólu i cierpienia, ale też przez wyżyny radości, szczyty uśmiechu i wierzchołki miłości - przez składowe naszej ziemskiej egzystencji, która lubi wziąć czasem do buzi, raz possać, innym razem przerzuć i wypluć z niesmakiem do rynsztoka.


Lee Chandler (ponoć ten najzdolniejszy z braci Affleck) jest pewnego rodzaju alegorią żywota naszego (Je ZUS). Przynajmniej ja sam potrafiłem dostrzec w nim samego siebie i tak zwyczajnie się z nim zakumplować. Co prawda nie dźwigam w sobie takiej traumy jak on, ale tych kilka pomniejszych już tak i myślę, że jest nas wielu. Jego życie to wypisz wymaluj świetne zilustrowanie naszego, acz bardziej męskiego jestestwa. Czasem słońce, czasem deszcz w jednej pieprzonej niebieskiej pigułce, którą łykasz bo tak ci przepisał lekarz. Cierpienie, ból i przejmująca gorycz przerywana jest okresami szczęścia, radości oraz iluzorycznego odczucia spełnienia. I tak do zajebania. Bez lukru, pudru i powideł. Zupełnie jak jazda górską kolejką. Raz jesteś na górze, raz na dole, raz ktoś na ciebie puści pawia, a i tak po wszystkim z chiquitą na twarzy lecisz przejechać się nią ponownie. Lee przez cały film dźwiga na plecach z początku trudny do określenia wielki ciężar, z czasem jednak zdradza nam zawartość swojego plecaka i co chwila wyciąga z niego jakiś kamień, ale waga wcale się przez to nie zmniejsza. Lubię tak stawianie sprawy. Jest uczciwie. Tylko gangi psychologów, nastoletnie lifestyle'owe blogerki, celebryci z Koziej Wólki i trenerzy personalni od rozwoju osobistego twierdzą, że możemy sięgnąć gwiazd, że to proste tak jak kupno Big Maca w McD, wystarczy tylko chcieć, a najlepiej to kupić ich książkę, tam przecież wszystko jest napisane. Nie kurwa, otóż czasem to nie wystarczy. Nie wszędzie jest McDonald. Życie lubi pluć w nas gęstą flegmą i lepiej jest się nauczyć w niej pływać, niż udawać, że to tylko lekki opad deszczu.

W tej opowieści o ludzkich szczęściach i nieszczęściach najpiękniejsze są detale. Naturalność, autentyczność i szczerość. Nie ma udawania, jest życie. W jednej scenie ubaw po pachy, by w kolejnej nadziać się na śmierć, bolesną utratę bliskich i przeszywający wszystkich smutek. Momentami łzy same proszą się o gwałtowną erupcję, a po chwili przed nieszczelnością powstrzymuje je kąśliwy czarny humor pukający do nas już z zupełnie innej perspektywy. Wprost niebywały jest sposób połączenia tych wszystkich, jakże różnorodnych stanów emocjonalnych w jeden świetnie zgrany se sobą wspólny mianownik. Lonergan, który dotąd nie nakręcił niczego wielkiego zupełnie jakby po długich miesiącach spędzonych w piwnicy na robieniu pompek, skłonów i przysiadów wyszedł raptem na ring i dwoma ciosami powalił obrońcę mistrzowskiego pasa wagi ciężkiej. Sensacja. Nie mogą zatem dziwić głosy zachwytu płynące z całego świata oraz sześć nominacji do Oscara. To bez wątpienia jest wielkie, acz przy tym bardzo małe kino, które zostało podporządkowane wzruszającej historii, emocjom i wybitnym kreacjom aktorskim. Bazuje na tym, co najważniejsze w kinie, ale przede wszystkim szanuje widza. Nie traktuje go jak łatwej zwierzyny do upolowania, lecz pragnie wejść z nim w interakcje. Tak jak najlepszy kumpel zaprasza nas aby z nim usiąść i porozmawiać, napić się i zjeść, trochę pośmiać i wspólnie popłakać. O taką przyjaźń trzeba dbać i ją szanować.


Nie umiem pisać wiele o filmach do bólu perfekcyjnych, do których nie potrafię się przyczepić. Do czegokolwiek. To rzecz jasna nie jest arcydzieło w skali globalnej, nie jestem w stanie przydzielić mu najwyższej noty, bowiem Manchester by the Sea nie ma w sobie jakiegoś pierwiastka z arcydzieła, które mógłbym zapamiętać na lata, ale to zupełnie bez znaczenia, to nawet nie jest jego cel. Lonergan i spółka stworzyli obraz do bólu prawdziwy, niezwykle sentymentalny i na swój sposób bardzo osobisty, chropowaty i męski, który stanowi idealne antidotum na ludzką nieczułość, obojętność i pogardę. Ta słodko-gorzka opowieść jest tak po prawdzie o nas samych, o znaczeniu i sile rodzinnych więzi, braterstwie i męskiej szorstkiej miłości, także o podstawowych i bardzo prostych relacjach międzyludzkich, o tym, jak bardzo siebie nawzajem w życiu potrzebujemy. A jeśli ktoś dźwiga na swoich barkach własny krzyż i prywatne cierpienie, to postać Lee jest naszym zwierciadłem, w którym to warto się przejrzeć. Nie wiem co konkretnie zobaczycie w jego odbiciu wy, ale ja ujrzałem kilka niekoniecznie miłych rzeczy, ale nie szkodzi. Ten film nie jest tylko po to, żeby było miło i sympatycznie, ma też trochę zaboleć. Inaczej byłoby nieprawdziwie.

Na wysoką notę filmu oczywiście bardzo duży wpływ mają także kreacje aktorskie. Casey Affleck niczym współczesny Syzyf, postać tragiczna. Cierpi za swoje grzechy i tęskni za utraconym życiem, ale mimo to wtacza swój kamień na szczyt dalej i czyni to z wielką godnością. Rola wybitna i szalenie autentyczna. Michelle Williams choćby tylko dla jednej sceny warto zobaczyć, a młody Lucas Hedges, cóż... szanuję i to nie tylko za kręcenie z dwoma laskami naraz. Manchester by the Sea to najprawdopodobniej jeden z najlepszych filmów roku, to także jeden z nielicznych melodramatów, który pokochają również mężczyźni, a to głównie dlatego, że to film o nas i dla nas - facetów właśnie. Przejmujący i niezwykle celny przegląd naszych przekleństw, marzeń i lęków. Lonergan woła nim do nas: "Panowie, nie mazgajcie się. Chłopaki nie płaczą!" I za to należy się autorowi żółwik.






IMDb: 8,1
Filmweb: 8,1

niedziela, 22 stycznia 2017

Krzyczę, więc cierpię

Las, 4 rano
reż. Jan Jakub Kolski, POL, 2016
97 min. Wrocławska Fundacja Filmowa
Polska premiera: 20.01.2017
Dramat



Jan Jakub Kolski, nasz czołowy reprezentant swojskiego realizmu magicznego, z którym to lubię maszerować w ciemno przed siebie i szurać bosymi stopami po krętych ścieżkach z pogranicza baśni i realnego życia - gdyż zwyczajnie lubię jego towarzystwo - tym razem postanowił upchać w ekranowe ramy jedną z najbardziej pożądanych przez miliony ludzi myśl współczesną, szalenie martyrologiczną, stolicę wszystkich ludzkich pragnień, będącą jednocześnie naszym prywatnym requiem dla bolesnej epopei, która sprowadza się do jakże wymownego i szalenie prostego stwierdzenia: "A może rzucić to wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady?"

To także i moje osobiste pragnienie. Każdego dnia pałęta się ono gdzieś niczym bękart w mej zbłąkanej duszy, o dziwo głównie w weekendy, bo w tygodniu zupełnie nie mam czasu myśleć o swoim przekleństwie. Bieszczady są tu rzecz jasna tylko symbolem, jedynie umownym lokowaniem produktu, który stanowi wynik dodawania wszystkich naszych marzeń i pragnień. Dla jednych Bieszczady to sklep monopolowy w zasięgu wzroku i otwarty 24 godziny na dobę, dla innych dziesięć metrów kwadratowych prywatnej plaży wytyczonej czterema parawanami z Lidla, a dla mnie na ten przykład Bieszczady to święty spokój od ludzi. Wszystkich. I jeszcze może brak zasięgu GSM, Wi-Fi oraz o co dziś najtrudniej, brak łączności z głupotą ludzką.

Dla Forsta, bohatera Lasu, 4 rano Bieszczady to kawałek lasu lokowanego gdzieś przy ruchliwej trasie podmiejskiej, pomiędzy śmietnikiem, torami kolejowymi i dziwkami puszczającymi się na tylnym siedzeniu byle oblechom za kawałek swojej godności. W roli głównej Krzysztof Majchrzak, nieco zapomniany już (a szkoda) polski bad boy z parszywą gębą łotra i urodzonego szemranego schwarzcharakteru - reprezentant męskości odchodzącej już powoli wraz z Bogusiem Lindą i Herveyem Keitelem do lamusa, męskości cholernie mi bliskiej, szorstkiej i szczerej, bez pudrowania nosków i przepraszania za Jedwabne. Już za sam taki wstępniak gotów byłem dać się pokroić. Kolski, Majchrzak i Bieszczady. I to wszystko w cenie jednego biletu do kina. Aż się za mną kurzyło gdy biegłem w piątek do swoich małych prywatnych Bieszczad, znaczy się kina.


Niestety w samym kinie było już trochę gorzej. Z ekranu wołał do mnie jak zwykle u Kolskiego piękny obraz, ale tym razem jakby maszerujący przed siebie w pojedynkę i zupełnie osamotniony, bez towarzystwa swych nieodłącznych dotąd kompanów - myśli i mądrości. Mam więc z tym mały problem. Nie, nawet nie mały. Nie będę wam tu pieprzył bzdur do poduszki. Całkiem duży problem, tak jak ego polskich szafiarek. Forsta poznajemy już w pierwszych minutach filmu, będącego pewnego rodzaju zajebistym intro do reszty średniego albumu. Stoi na szczycie drabinki społecznej i zawodowej spod znaku "Mordoru na Domaniewskiej". Dyrektor? Prezes? CEO? Korporacyjny szef wszystkich szefów, który ostro jebie swoich podwładnych niczym biały pan i władca swoich murzynów na plantacji bawełny - "Przez bite jebane osiem godzin każdego dnia należycie tylko do mnie!" - Ma wszystko. Pieniądze, fejm, motor i żółtego Mustanga. Posuwa swoją sekretarkę w prackowym kiblu jak i każdą inną chętną młodą siksę, która chciałaby się ogrzać w blasku jego kariery, a przy tym wciągnąć koks z jego penisa. Forst jest królem życia, tego plugawego, brudnego, zakłamanego i okrutnie niesprawiedliwego, ale jednak zawsze królem.

Król ten jest jednak nieco nagi. Po pierwszych niezłych sekwencjach filmu, ni stąd ni zowąd i po ujrzeniu swojego odbicia w kubku z kawą Forst nagle budzi się w środku lasu, w norze zasypany liśćmi. Już nie jest Królem Mordoru, stał się królem lasu, Tarzanem na miarę swoich możliwości, bezdomnym dzikusem mieszkającym w leśnej lepiance i polującym na króliki. Ekstremalna przemiana trudna do zrozumienia, bowiem strasznie niewyraźnie rozrysowana, by nie powiedzieć wprost, że w ogóle. Przez cały czas próbowałem rozgryźć Forsta, zadawałem mu w duchu pytanie kim ty kurwa jesteś człowieku i o co ci chodzi? Co gorsze, odnoszę wrażenie, że sam Kolski pytał go ciągle o to samo. Bez skutku. W zamian ciągle dostawaliśmy zagmatwaną odpowiedź zbudowaną z niewyobrażalnego wręcz krzyku, bólu i cierpienia. Kolski ratując tą nieco kłopotliwą sytuację z czasem podawał widzowi na tacy garść wskazówek, starał się podpowiadać czemu Forst nagle postanowił zaszyć się w dziczy. Pytały go o to także poznane przez niego inne bohaterki tej opowieści, kobiety, co nie jest przypadkiem - przydrożna prostytutka Nata (kapitalna Olga Bołądź) oraz czternastoletnia Jadzia (uroczo przeklinająca Maria Blandzi). Kolski wplątał w to wszystko także Księgę Hioba, z której wyciął kilka cytatów i podzielił nimi film na kilka części. Niestety pytań nadal pojawiało się zewsząd mnóstwo, więc rozrywającego klatkę piersiową wewnętrznego bólu Forsta ciągle nie potrafiłem rozgryźć.


Jesteśmy zatem świadkami teatru jednego aktora, który podporządkował sobie całe towarzystwo, łącznie z samym reżyserem oraz z siedzącymi po drugiej stronie ekranu osłupiałymi widzami. To zaiste, gra aktorska godna największych mistrzów kina i teatru, wielka uczta dla widza, przyznaję, w charyzmatycznym Majchrzaku można się zatracić. To jeden z typów ludzi, z którym bez wahania poszedłbym na wódkę, by po wypitym wspólnie litrze opowiedzieć mu całą historię swojego życia. Być może nawet jesteśmy świadkami jednej z jego największych ról, hucznego ukoronowania całej jego wspaniałej, acz chyba jednak nie w pełni wykorzystanej kariery. Tak, to całkiem możliwe. Majchrzak wrócił na wielki ekran po raz pierwszy od roku 2006 i epizodzie w Inland Empire u Lyncha, zrobił to w wielkim stylu, niezwykle go za to szanuję, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że Kolski pozwolił mu nieco na zbyt wiele. Na jego prośbę kilkanaście razy zmieniano scenariusz w trakcie zdjęć, przez co wydaje mi się, że to co chciał nam Kolski finalnie przekazać zostało trochę przez Majchrzaka zawłaszczone. Las, 4 rano jest filmem niezwykle osobistym, dedykowanym zmarłej przed dwoma laty córce reżysera. I faktycznie, po dodaniu do siebie wszystkich poszlak możemy odnaleźć pewne logiczne części tej trochę chaotycznej układanki. To opowieść o wielkim ludzkim dramacie i próbie pogodzenia się z czymś przez nas nieakceptowalnym. Ociera się o odczucie samotności i wyobcowania, jest pełen bólu i cierpienia. Wszystko to, co zapewne tli się w piersi reżysera ma symbolizować krzyk Forsta. Niestety jest on trochę niewyraźny.

Krzyk ten w ostateczności do niczego mnie nie zaprowadza, a szkoda, bowiem potencjał w tej historii drzemie ogromny. Podświadomie czułem tu ducha Siekierezady i naiwnie doszukiwałem się poetyckiej wrażliwości spod znaku Stachury, czy Stasiuka. Nie wiem czemu, tak mi to pasowało do obrazu, po prostu. Zabrakło jednak treści, trudno. Na szczęście jest tu także wiele innych pięknych i przykuwających moje poczucie estetyki w kinie niuansów. Poza wspomnianymi pięknymi zdjęciami są tu także charakterystyczne dla kina Kolskiego dopełniacze. Zwierzęta, obrazy natury, szczypta humoru i odrobina tego niedefiniowalnego realizmu magicznego, którego tym razem jest tu jednak najmniej. Las, 4 rano to film niezwykle surowy i minimalistyczny, ogołocony z treści, jakby stworzony tylko dla krzyku Majchrzaka, dzięki któremu Kolski mógł wyrzucić drzemiący w nim osobisty ból i wkurw do całego otaczającego go świata. Krzyk Forsta jest więc krzykiem rozpaczy wołającym o pomoc w głuszy, ale jednocześnie odtrąca on nim od siebie wszystkich pozostałych mu bliskich, którzy go jednak akceptowali i chcieli jakkolwiek pomóc. Krzyk, który skazuje go na wieczną samotność i potępienie. Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło? Może Kolski po prostu chciał to wszystko z siebie wyrzucić i oczyścić się z cierpienia? Terapia kinem? Jeśli skuteczna, to dlaczego nie. Ja jednak Panie Kolski proszę, weź się Pan w garść. Czekam na kolejny film.






IMDb: 5,8
Filmweb: 6,0

środa, 4 stycznia 2017

Żywot człowieka (nie?)szczęśliwego

Paterson
reż. Jim Jarmusch, USA, GER, 2016
113 min. Gutek Film
Polska premiera: 30.12.2016
Dramat



Witam w Nowym Roku. Znów jesteśmy o rok starsi i o rok bliżsi spotkania z kostuchą. Ciągle nie mogę uwierzyć w znany w psychiatrii wzorzec epidemiologiczny, z którego wynika, iż każdego roku, gdy na świecie zaczyna kwitnąć bez, a niewiasty coraz śmielej odkrywają swoje ramiona i zawadiackie uda, zdarza się wtedy najwięcej samobójstw. Statystyki są bezlitosne i cholernie niedorzeczne, ale twierdzą one kategorycznie, że znacznie więcej ludzi (wzrost o całe 15%) popełnia samobójstwo wiosną i wczesnym latem, a nie np. późną jesienią i zimą, kiedy chlapa, błoto pośniegowe i minus osiem Celsjuszów za oknem odbierają smutnym ludziom na dużej części tego padołu chęci do dalszego spłacania wysoko oprocentowanych rat kredytu hipotecznego. Ja jeśli chciałbym się zabić, zrobiłbym to właśnie w Sylwestra, albo nie, zaraz po nim. Być może poczekałbym jeszcze do Trzech Króli, bo to zawsze wolne od pracy, ale na pewno zrobiłbym to jeszcze w styczniu, najgorszym z miesięcy, z którego wynika całe zło ludzkości. To najbardziej zakłamany miesiąc w roku, a jakby tego było mało, do wiosny i pierwszego długiego weekendu nadal jest w chuj daleko.

Być może moja niechęć do stycznia spowodowana jest tym, że w tymże miesiącu przyszedłem na świat i w sumie fajnie byłoby zdać klucze w tym samym porządku numerycznym, najlepiej jeszcze w środę, bo to najbardziej znienawidzony przeze mnie dzień tygodnia. Nie cierpię go nawet bardziej od poniedziałku, bo ten w przeciwieństwie do zdradzieckiej szmaty środy przynajmniej nie udaje kogoś, kim w rzeczywistości nie jest. Ba, nawet statystyki to potwierdzają. Właśnie w środy zostało popełnionych 25% wszystkich samobójstw na świecie. Co czwarty skubaniec skacze z mostu, strzela sobie w łeb i wiesza na sznurowadle właśnie w pieprzoną środę. Czyż to nie daje do myślenia?


Główny bohater filmu Paterson o nazwisku Paterson, mieszkający w miasteczku, tak tak, Paterson, wiedzie żywot właśnie takiego statystycznego środowego samobójcy. Do tego tak jak wielu z nich jest domorosłym poetą, co poniekąd świadczy o jego nadwrażliwości i uczulenia na życie. Zawsze nosi ze sobą notes z długopisem, w którym zapisuje swoje wiersze bez rymów. Z jego życia na pierwszy rzut oka ciężko jest wychwycić więcej niż pięć kolorów. Nasz główny bohater wstaje każdego dnia rano parę minut po szóstej, pochłania płatki z mlekiem i idzie do zajezdni, żeby po chwili wyjechać z niej zdezolowanym autobusem komunikacji miejskiej. Po pracy wraca do domu, w międzyczasie napisze jeszcze kilka wersów nigdy nieopublikowanego wiersza, porozmawia zupełnie o niczym ze swoją stukniętą dziewczyną (acz ładną), wieczorem wyjdzie z jej buldogiem angielskim na spacer, zostawi go pod barem, w którym wypije jedno piwo, po czym wróci do domu, położy się spać i znów będzie szósta rano.

Wyjątkowo nudne i bezbarwne życie, niewiele lepsze od większości naszych, prawda? Otóż nieprawda. Jim Jarmusch, jako niekwestionowana ikona niezależności w kinie nie byłby sobą, gdyby znów nie poszedł pod prąd i nie zrobił nam psikusa. Zaskoczył, ale nie tą wszędobylską nudą, bo z nią to już od dawna ma romans i trzeba się do niej po prostu przyzwyczaić, Jarmusch zaskakuje nas głównie zjawiskowym pięknem, poczuciem wolności i naturalnością jakie czają się między wierszami w tym z pozoru marnym żywocie Patersona. Zapytacie pewnie, co może być pięknego we wstawaniu każdego dnia o 6 rano do pracy? Co jest pięknego w wykonywaniu ciągle tej samej i nudnej czynności, której nawet nie lubimy? Co jest pięknego w życiu pod jednym dachem z kobietą, której nie rozumiemy i ledwie akceptujemy jej dziwactwa? Co jest pięknego w posiadaniu psa, który ma cię generalnie w dupie oraz ma wyższe poczucie wartości od Ciebie? Co jest pięknego w piciu piwa co wieczór w tym samym opuszczonym barze i w rozmawianiu z tym samym smutnym barmanem? Właśnie to. Tylko tyle i aż tyle.


Jarmusch zobrazował żywot człowieka zwyczajnego, wiodącego wyjątkowy nudny tryb życia i pozbawionego wielkich życiowych ambicji, który mimo cyklicznych poranków rodem z Dnia Świstaka żyje tak jak lubi i który na swój sposób cieszy się każdą chwilą. Paterson jest wbrew powierzchownym obserwacjom człowiekiem szczęśliwym. Nie posiada komórki, nie ogląda telewizji, nie serfuje w sieci, bo nie potrzebuje, do tego codziennie pije piwo w barze i poznaje wielu nowych, ciekawych ludzi. Definicja szczęścia według Jarmuscha? Właśnie tak to powinno mniej więcej wyglądać. Zwolnij kroku człowiek, weź wdech i wydech, porzuć utopijne i nierealne do realizacji marzenia ściętej głowy i skup się na rzeczach trywialnych i nic nieznaczących. Jakież to proste i oczywiste, a jakże trudne do realizacji w tym zabieganym i pędzącym na złamanie karku świecie. Dlatego waśnie Jarmusch do wykrzyczenia tej zawiłości, oraz do zobrazowania naszego podwójnego życia jakie dźwigamy niczym krzyż na swoich barkach, pełnego marzeń oraz tego realnego i pozbawionego złudzeń użył symbolu dualizmu w postaci bliźniaków, którzy ukazują nam się kilkukrotnie w filmie. Prosty chwyt, a jakże wymowny. Oprócz tego jest tu sto procent Jarmuscha w Jarmuschu jakiego znamy. Pejzaż ulicy, wyraziste postacie, groteska i humor. Cały on.

I wiecie co? Pieprzyć tych samobójców. Paterson jest świetną odtrutką na zimowe doły, na te wiosenne i środowe również. Udowadnia, że życie może być mimo wszech otaczającej nas szarości ciekawe i wystarczająco kolorowe, a my możemy żyć po swojemu szczęśliwie dając przy tym światu tak niewiele z siebie. Bo też nie o to w życiu winno chodzić, żeby się nabiegać, bo tylko się spocimy bez sensu, tylko o to, żebyśmy szli naprzód swoim własnym tempem pozwalając się przy tym wyprzedzić innym wariatom. Jak ktoś chce, to może przy tym jeszcze pooddychać sobie zielenią i poezją, albo muzyką, filmem i miłością, no co kto lubi. Mamy wybór. Ciągle mamy ten pieprzony wybór, acz z roku na rok jest go jakby mniej coraz. Nie wolno nam tego spieprzyć, a już tym bardziej nie wolno nam tego nie docenić. I to jest własnie największa siła jaka bije z tej niezwykle wyciszonej i ociekającą requiem do wolności produkcji. Paterson daje pozytywnego kopa, przy absolutnie minimalnym nakładzie środków ekspresji. Namawiam do zwolnienia swoich obrotów z Jarmuschem, zachęcam także do dostrzeżenia w tym filmie wszystkiego tego, o czym już dawno zapomnieliśmy. Idealny film na rozpoczęcie nowego roku nabrzmiałego od naszych kolejnych bzdurnych postanowień. Zamiast skakać z mostu, skocz lepiej do kina.






IMDb: 7,7
Filmweb: 7,5